Opublikowano Dodaj komentarz

Apel ws. zespołu dworskiego w Cisowie


Zwracamy się w imieniu Stowarzyszenia Jamiński Zespół Indeksacyjny, oraz jego sympatyków z prośbą o reakcję i podjęcie działań mających na celu uratowanie spuścizny po tzw. Rzeczpospolitej Sztabińskiej hrabiego Karola Brzostowskiego, czyli zespołu dworskiego w Cisowie, w którego skład wchodzi klasycystyczny dwór z oficyną dworską z pierwszej połowy XIX wieku. Gmina Sztabin jako moralny spadkobierca nielicznych śladów działalności Brzostowskiego jakie jeszcze pozostały na jej terenie, powinna zainteresować się tym, co się dzieje na jej obszarze, nawet jeśli te nieliczne ślady i pamiątki znajdują się w rękach prywatnych.

W ostatnich tygodniach coraz szersze koło zataczają echa filmu opublikowanego w Internecie na popularnym kanale YouTube, a dalej udostępnianego na Facebooku oraz w innych mediach społecznościowych. Film ten pokazuje ogromną dewastację, jakiej uległy zabudowania dworskie w Cisowie przez ostatnie lata i skalę zniszczeń niegdyś odrestaurowanych budynków. Dla osób z zewnątrz nasuwa się naturalne pytanie — czemu nikt z tym nic nie robił?

Szanowni Państwo, Stowarzyszenie JZI jak i inne instytucje, przez lata podjęły wysiłek rozsławienia postaci hrabiego Brzostowskiego i historii tej ziemi z nim związanej. Z własnego doświadczenia jak i wielu naszych sympatyków wiemy, że nie każdy odwiedzający poszukuje walorów przyrody oferowanych przez Biebrzański Park Narodowy. Wiele osób szuka materialnych śladów historii tych ziem, wielu słyszało o działalności hrabiego Brzostowskiego i chciałoby zobaczyć miejsca z nim związane. Tymczasem jeden z ostatnich zachowanych śladów bytności, bezpośrednio związany z postacią hrabiego niszczeje na oczach ludzi. Zabudowania dworskie w Cisowie przetrwały nawet w nie najgorszej kondycji ostatnią wojnę. W okresie powojennym, podobnie jak w wielu podobnych przypadkach, dewastacja następowała szybko, a sam obiekt przechodził z rąk do rąk. Obiekt w 1969 r. przeszedł kapitalny remont wykonany przez Warszawską Fabrykę Sprężyn z przeznaczeniem na zakładowy ośrodek wypoczynkowy.

Funkcjonowała tam nawet dosyć dobrze wyposażona Izba Pamięci Karola Brzostowskiego, w której gromadzono eksponaty związane z działalnością hrabiego i jego Instytucji Sztabińskiej, ale i one uległy z czasem rozproszeniu i roztrwonieniu. W roku 1977 ośrodek ten przejęła Fabryka Samochodów Osobowych w Warszawie, później zaś Związek Młodzieży Wiejskiej. W roku 1991 zespół dworski w Cisowie stał się własnością gminy Sztabin. Gmina Sztabin niestety szybko, bo już w 1993, odsprzedała go w ręce prywatne, w których pozostaje do dziś, stopniowo niszczejąc. Co prawda nowy właściciel rozpoczął remont dworu i oficyny, podejmując starania przywrócenia i utrzymania go w należytym stanie, ale jak widać to dzisiaj, zadanie to go przerosło lub poddał się i zostawił budynki bez opieki rzucając złą sławę nie na swoje imię, lecz na spadkobierców spuścizny hr. Karola Brzostowskiego, czyli mieszkańców regionu.

Apelujemy o podjęcie kontaktu z obecnymi właścicielami, poinformowanie ich o sytuacji i stanie rzeczy, lub wręcz powiadomienie odpowiednich służb celem zabezpieczenia przed dewastacją, rozgrabieniem, prowadzącym do nieodwracalnych zniszczeń substancji budynku jako obiektu wpisanego do rejestru zabytków. W ostateczności, rozpoczęcie negocjacji w celu odkupienia, przejęcia i zabezpieczania pozostałego majątku jako swoistej wizytówki regionu.

Uniknijmy ponownych błędów historii, kiedy to po śmierci hr. Karola Brzostowskiego jego źle zarządzany majątek uległ wyprzedaży i roztrwonieniu, a mimo to jeszcze w okresie międzywojennym mieszkańcy gminy czerpali z jego niewielkiej pozostałej części, korzyści w postaci Fundacji Sztabińskiej. Zadbajmy o wypełnienie testamentu, w którym to pozostawiona przez niego instytucja miała pozostać samodzielnym, na prawach gminy, organizmem gospodarczym, zapewniającym dobrobyt ludności tego obszaru. To przecież niegdyś z tych funduszy przeznaczano środki na budowę szkół, kościoła, poczty i innych obiektów użyteczności publicznej, które służyły naszym przodkom, a którzy rozjeżdżając się często po całym kraju i świecie sławili miejsce i postać hr. Brzostowskiego, w tym Cisów i Sztabin.

Zarząd i członkowie Stowarzyszenia Jamiński Zespół Indeksacyjny

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Przebieg referendum ludowego z 30 czerwca 1946 roku w powiecie augustowskim w świetle raportu Szefa Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Augustowie

Artykuł ukazał się pierwotnie w tomie XVI periodyku “Studia podlaskie”


Przeprowadzenie wyborów parlamentarnych w powojennej Polsce wynikało z postanowień Wielkiej Trójki przyjętych w Jałcie i Poczdamie. Było ponadto potrzebne dla legitymizacji nowej władzy na arenie międzynarodowej i wewnątrz kraju. Komuniści żywili jednak obawy, bo wiedzieli, że w wolnych wyborach nie mają większych szans na zwycięstwo. Sukces Partii Drobnych Rolników na Węgrzech był pod tym względem wymowny. Pokazał w sposób dobitny, jaki może być wynik wyborów z udziałem tak silnej partii opozycyjnej, jaką było Polskie Stronnictwo Ludowe (PSL)[1]. Dlatego też władza „ludowa” starała się maksymalnie odwlekać termin wyborów do sejmu, a jednocześnie osłabiać pozycję PSL i podporządkować sobie inne ugrupowania polityczne.

Referendum było ważną próbą przed właściwymi wyborami do Sejmu Ustawodawczego. Pozwalało lepiej rozpoznać polityczne nastawienie społeczeństwa, przygotować administrację i zmobilizować aparat represji, sprawdzić, jak należy postępować w komisjach obwodowych. Do „ochrony” głosowania, a zarazem do prowadzenia akcji propagandowo-politycznej, władze wyznaczyły około 130 tysięcy żołnierzy Wojska Polskiego, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej i aparatu bezpieczeństwa[2]. Społeczeństwo miało odpowiedzieć na następujące pytania:

  1. Czy jesteś za zniesieniem Senatu?
  2. Czy chcesz utrwalenia w przyszłej konstytucji ustroju gospodarczego wprowadzonego przez reformę rolną i unarodowienie podstawowych gałęzi gospodarki narodowej, z zachowaniem podstawowych uprawnień inicjatywy prywatnej?
  3. Czy chcesz utrwalenia zachodnich granic państwa polskiego na Bałtyku, Odrze i Nysie Łużyckiej?[3]

Tak sformułowane pytania były bardzo niewygodne dla opozycji i utrudniały jej prowadzenie akcji polityczno-propagandowej. W programach ruchu ludowego były bowiem postulaty przeprowadzenia pewnych reform, przesunięcia granic państwa na zachód, a nawet jednoizbowego parlamentu. Pytania były natomiast korzystne dla Polskiej Partii Robotniczej (PPR) i jej sojuszników, ułatwiały prowadzenie propagandy, dawały nawet szansę na zyskanie poparcia osób ogólnie niechętnych nowej, „ludowej” władzy. Komuniści nawoływali więc do głosowania „3 razy tak”. W takiej sytuacji PSL wezwało do głosowania w sposób następujący: „nie” na pierwsze pytanie i „tak” na dwa pozostałe. Odpowiedź na pierwsze pytanie miała więc pokazać skalę poparcia ludności dla nowej władzy i opozycji.

Bardzo wygodne dla komunistów były też przyjęte zasady oddawania głosów. Na otrzymanych w lokalach wyborczych kartach do głosowania należało wpisać przy każdym pytaniu słowo „tak” lub „nie”. Odpowiedź twierdzącą można było zastąpić krzyżykiem (+), a przeczącą kreską (–). Także wrzucone do urny czyste, niewypełnione karty, były uznawane za głosy ważne i równoznaczne z odpowiedzią „tak” na wszystkie trzy pytania[4]. Stąd też tak duża presja propagandowa ze strony lewicy na głosowanie „bez skreśleń” i demonstracyjne wrzucanie czystych kart do urn. Ponadto zasady głosowania ułatwiały dokonywanie fałszerstw – wystarczyło dodać czystych kart do urny lub zmienić znak (–) na (+) przez dostawienie pionowej kreski.

W całym kraju utworzono 10305 obwodów głosowania. Na terenie powiatu augustowskiego było osiemnaście takich obwodów. W powiatach powołano też powiatowe sztaby ochrony głosowania ludowego, na czele których stali szefowie Powiatowych Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego (PUBP). W skład tych organów wchodzili ponadto komendanci powiatowi MO i ORMO oraz dowódcy największych jednostek wojskowych w terenie. Każdy obwód głosowania otrzymał ochronę, której liczebność zależała od oceny stanu „zagrożenia”. Obwody podzielono na spokojne (ochraniane przez grupy 6-osobowe), średnio zagrożone (którymi opiekowały się grupy 11-osobowe) i silnie zagrożone (chronione przez pododdziały 21-osobowe). W powiecie augustowskim pięć obwodów uznano za spokojne, siedem za średnio spokojne, a sześć obwodów sklasyfikowano jako silnie zagrożone[5]. W skład grup ochrony wchodzili żołnierze, milicjanci i funkcjonariusze UB, występujący przeważnie w roli dowódców. Powiatowy sztab operacyjny miał problemy z zapewnieniem odpowiedniej liczby żołnierzy, mimo że do akcji użyto pododdziałów 51 batalionu saperów, 57 pułku piechoty i 27 grupy Wojsk Ochrony Pogranicza.

Organy bezpieczeństwa odpowiednio „zaopiekowały się” organizacją referendum. Dbały, by do komisji okręgowych i obwodowych nie dostały się „elementy reakcyjne”, a wśród członków komisji starano się pozyskać jak najwięcej współpracowników. Każdy obwód miał założoną teczkę obserwacyjną, gdzie zbierano dane o przewodniczącym i członkach komisji oraz nastrojach ludności[6]. Nasilono represje wobec działaczy PSL. W Augustowie funkcjonariusze UB aresztowali kilku liderów stronnictwa, a 28 maja 1946 roku zawieszono działalność tej partii na terenie powiatu[7]. W czerwcu kampania propagandowa nasiliła się. W teren ruszyły ekipy agitatorów z PPR i SL, wspierane przez wojsko. Masowo kolportowano plakaty i ulotki nawołujące do głosowania „3 x tak”. Grupy ochrony otrzymały nawet rozkazy użycia broni wobec osób zrywających afisze „bloku demokratycznego”[8]. Na potrzeby referendum zmobilizowano mechaniczne środki transportu i zarezerwowano łączność telefoniczną.

Samo głosowanie na Augustowszczyźnie odbyło się spokojnie, bez żadnych incydentów. Odnotowano, podobnie jak w całym kraju, wysoką frekwencję (ponad 86%). Funkcjonariusze UB bacznie obserwowali zwłaszcza zachowanie członków komisji obwodowych, lokalnych urzędników, sołtysów i księży. Zwracano uwagę, czy głosują jawnie, bez skreśleń (do czego zachęcano), czy też „idą za kurtynę” – co traktowano jako wyraz nieufności wobec władzy i głosowanie na „nie”. W opinii augustowskiego UB sprawdzian przedwyborczy, jakim było referendum, nie wypadł zgodnie z oczekiwaniami władzy ludowej. Społeczeństwo nie dało się zastraszyć i nie odegrało roli powolnej „maszynki do głosowania”. Także większość członków komisji obwodowych starała się uczciwie wypełniać swe obowiązki. Dlatego też przed wyborami do Sejmu Ustawodawczego w styczniu 1947 roku dokonano poważnych zmian w składach komisji obwodowych, wymieniono też część sołtysów i personelu urzędniczego w gminach.

Mimo oficjalnie ogłoszonych, pozytywnych dla władzy wyników głosowania, faktyczne rezultaty referendum były dla komunistów bardzo niepokojące. Wedle ustaleń niektórych historyków „blok demokratyczny” poparło zaledwie około 1/4 biorących udział w głosowaniu[9]. W powszechnej opinii społeczeństwa wybory zostały sfałszowane. Fałszerstw i „poprawek” dopuszczano się już na poziomie obwodów, jednak zasadniczej zmiany wyników referendum dokonano na szczeblu centralnym, zapewne przy pomocy „specjalistów” z Moskwy[10].

Publikowany dokument pochodzi z zasobu archiwalnego Instytutu Pamięci Narodowej Oddział w Białymstoku. Autorem jego był Aleksander Kuczyński, szef PUBP w Augustowie. Kuczyński był Białorusinem, który służbę w UB rozpoczynał jesienią 1944 roku w Bielsku Podlaskim. Wcześniej miał za sobą dłuższy pobyt w Rosji i działalność w Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi, dwuletni pobyt w polskim więzieniu i służbę w sowieckiej milicji[11]. Uczył się głównie w rosyjskiej szkole i miał problemy z językiem polskim, podobnie jak wielu funkcjonariuszy UB w pierwszym okresie działalności. Jego sprawozdania pełne są rusycyzmów i różnego typu błędów, co widać też w prezentowanym raporcie. W dokumencie zachowano oryginalna stylistykę, poprawiono jedynie oczywiste „literówki” i inne błędy, które obniżały czytelność tekstu.

[pieczęć]
Ministerstwo
Bezpieczeństwa Publicznego
Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Augustowie
2 VII 1946

Ściśle tajne!

Do
Szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Białymstoku
Majora Piątkowskiego[12]

RAPORT

Melduję o przebiegu w dniu głosowania 30 czerwca.

We wszystkich 18 obwodach przebieg głosowania odbył się spokojnie, żadnych wypadków nie było. Ogólny udział ludności, która wzięła udział w głosowaniu wynosi 90%.

W większej części obwodów dało się zauważyć, że większa część ludności szła za kurtynę. Wszyscy księża wzięli udział w głosowaniu i szli za kurtynę, oprócz trzech. 7 zakonnic, które są w Augustowie w Domu Dziecka, również wzięło udział w głosowaniu i szły za kurtynę.

Z opowiadań członków komisji obwodowych, którzy liczyli głosy, to w każdym obwodzie na pewnej ilości kartek głosowania były robione dopiski, jak treści natury gospodarczej, natury wrogiej i cynicznej jak np.: ja nic nie dostał z UNRRA[13], ja nie mam krowy, ja nie mam budynków, ja nie mam chałupy, ja nie mam chleba, precz z Polską komunistów, każdy uczciwy Polak głosuje 3 razy NIE i wprost wyrazy cynicznie niecenzuralne. W obwodzie Nr 1 w Augustowie do koperty były włożone kartki przyniesione z domu (sześć takich kartek załączam)[14].

W dniu głosowania w obwodzie Nr 1 Augustów było dodatkowo wciągnięte na listę do 200 osób, którzy nie figurowali na liście uprawnionych do głosowania.

We wszystkich obwodach dało się zauważyć, że największa frekwencja głosujących była w godzinach, kiedy ludzie szli do kościoła i po kościele. Po wyjściu z głosowania żadnych rozmów między sobą nie prowadzili. Niżej podaję tabelę głosowania.

Nr obwodu Nazwa obwodu Liczba uprawnionych do głosowania Przegłosowało [głosowało] Nie głosowało
1. Augustów 3050 2468 582
2. Augustów 1152 1080 72
3. Żarnowo 804 794 10
4. Bargłów Kośc. 1123 1059 64
5. Pomiany 1052 983 69
6. Jeziorki 937 893 44
7. Jaminy 1153 1125 28
8. Raczki 1384 1362 22
9. Janówka 1382 1050 332
10. Kolnica 1678 1526 150
11. Lipsk 2440 1492 948
12. Jastrzębna 1066 957 109
13. Gruszki 879 868 11
14. Sztabin 1510 1398 112
15. Krasnybór 883 857 26
16. Monkinie 415 391 24
17. Gatne 1124 1052 72
18. Gorczyca 637 601 36
Total 22667 19596 2711

Przebieg głosowania w poszczególnych obwodach:

Nr 1. Augustów. Wszyscy członkowie komisji swoje głosy opuścili bezpośrednio do urny, nie zachodząc za kurtynę, połowa ludności zachodziła za kurtynę a połowa opuszczała głosy bezpośrednio do urny.

Ze słów członka komisji obwodowej [wynika, że] przy liczeniu głosów, [na] ponad 50 kartkach byli dopisane rozmaite dopiski wrogiej treści oraz wyjęto z kopert sześć kartek przyniesionych z domu i włożonych do kopert. Referent[15] znajdujący się na sali obserwował, jak jedna kobieta otrzymawszy kartkę, urządziła się przy oknie i na głos powiedziała: „ja nic nie dostałam z UNRRA”. Przy 2 [dwóch] pierwszych pytaniach napisała TAK, a przy trzecim pytaniu napisała NIE. Jeden ob[ywatel] przy wszystkich trzech pytaniach napisał TAK i dopisał „ale ja z UNRRA dostał bardzo liche łachy”.

Trzech księży i 7 zakonnic wzięli udział w głosowaniu, lecz poszli za kurtynę i jak dało się z boku podpatrzeć naszym pracownikom, to na wszystkie trzy pytania napisali NIE! Przy czym przynieśli ze sobą swoje ołówki chemiczne.

Nr 2. Augustów. Cała komisja obwodowa rzucili swoje głosy bezpośrednio do urny. Ludność w przeważającej części zachodziła za kurtynę i jak dało się słyszeć od członków komisji, było bardzo dużo głosów z odpowiedzią NIE! I jak powiedział dla nas burmistrz Lech[16], członek PPR: „Wiecie, ja mieszkam w tej dzielnicy i dobrze wiem, to wszystko takie ludzie pisali NIE, którzy nie chcą pracować, a tylko stale obijają progi, żeby dostać po kilka razy z UNRRA i w ten sposób odwdzięczają się”.

Obwód Nr 3. Żarnowo. Wszyscy członkowie komisji chodzili za kurtynę. Wszyscy z głosującej ludności chodzili za kurtynę, na uwagi i zachęcanie agitatora, który znajdował się na sali, że głosy można opuszczać bezpośrednio do urny, nikt nie usłuchał tych rad.

Jest godnym uwagi następujący fakt: dnia 29 VI przyszła żona milicjanta Powiatowej Komendy MO Bartosiewicza, który znajdował się w tym obwodzie w grupie ochronnej i powiedziała „Jak ty zapatrujesz się w sprawie głosowania, bo ja wcale nie myślę iść głosować na tych łachudrów”, na co on odpowiedział „Ja muszę głosować, a ty jak sobie chcesz”.

Nr 4. Bargłów. Wszyscy członkowie komisji obwodowej rzucili swoje głosy bezpośrednio do urny. Ksiądz manifestacyjnie opuścił swój głos bezpośrednio do urny, nie zachodząc za kurtynę. Z głosującej ludności prawie wszyscy zachodzili za kurtynę.

Nr 5. Pomiany. 8-u członków komisji przy opuszczaniu głosów udawali się za kurtynę i tylko dwóch opuścili [karty] bezpośrednio do urny. Na uwagę i rady znajdującego się na sali agitatora, że można opuszczać bezpośrednio do urny, nikt tej rady nie słuchał.

Nr 6. Jeziorki. Połowa członków komisji rzuciła głosy bezpośrednio do urny, druga połowa chodzili za kurtynę. Ogromna część głosującej ludności chodzili za kurtynę.

Komisja Nr 7. Jaminy. Wszyscy członkowie komisji rzucili swoje głosy bezpośrednio do urny. Przeważająca ilość ludności głosującej, wszyscy w młodym wieku zachodzili za kurtynę. Na uwagi znajdującego się na sali agitatora, że można bezpośrednio do urny rzucać, odpowiadali: „my wiemy jak trzeba robić i co trzeba pisać”. Naszemu pracownikowi udało się zobaczyć jak ksiądz na wszystkie trzy pytania napisał – NIE!

Nr 8. Raczki. Wszyscy członkowie komisji opuścili swoje głosy bezpośrednio do urny i tylko jeden członek komisji chodził za kurtynę, dyrektor Gimnazjum Rolniczego Wójcik. Cała głosująca ludność chodziła za kurtynę i na rady agitatora, że można bezpośrednio rzucać do urny, nikt nie usłuchał. Ksiądz głosował, chodził za kurtynę.

Nr 9. Janówka. Wszyscy z członków komisji chodzili za kurtynę, oprócz przewodniczącego, który głos rzucił bezpośrednio do urny. Do południa trzy czwarte ludności głosującej nie chodzili za kurtynę. Po południu, gdy przyszedł członek komisji Grzywiński i zaczął pouczać, żeby wszyscy szli za kurtynę, na co jemu zwracali uwagę agitator i nasz pracownik. Ksiądz głosował i jak udało się podpatrzeć naszemu pracownikowi, na wszystkie trzy pytania napisał NIE!

Nr 10. Kolnica. Wszyscy członkowie komisji rzucili swoje głosy bezpośrednio do urny. Z ludności głosującej, połowa rzucali bezpośrednio do urny, połowa szli za kurtynę.

Nr 13. Gruszki. Obwód ten położony w Puszczy Augustowskiej, bardzo oddalony od Augustowa, ludność bardzo zacofana, łatwo ulega wpływom wrogim i cała ludność, jak za czasów niemieckiej okupacji, tak i po wyzwoleniu należała do AK[17]. Dość wspomnieć, że w moment wyzwolenia spod okupacji tam znajdowało się 5 wielkich obozów AK, toteż rezultat głosowania w tym obwodzie przedstawia się najgorzej. Podług spostrzeżeń naszego pracownika, ogromna większość głosujących na wszystkie trzy pytania pisali – NIE! Wszystkie 10 członków komisji chodzili za kurtynę. Znajdujący się na sali agitator podawał rady, że za kurtynę można nie iść a rzucać bezpośrednio do urny. Nikt tej rady nie słuchał. Tak np. nasz pracownik powiedział dla jednej starej kobiety „Może wy mamusiu niepiśmienni jesteście, nie możecie pisać, to można wrzucić prosto do urny, będzie to to samo”; na co kobieta ta odpowiedziała: „Co pan szalonej szuka, ja nie szalona, wiem co mam robić i co mam pisać”, poszła za kurtynę i zaczęła wyprowadzać trzy kreski[18]. Ze wsi Rubcowo, należącej do tego obwodu, przyjechali wszyscy uprawnieni do głosowania, i sędziwi starcy, i kaleki, i bez nogi, i wszyscy szli za kurtynę i jak dało się podpatrzeć naszemu pracownikowi, stawiali kreski na wszystkie trzy pytania. Obecnie przystąpimy do rozpracowania, celem wyszukania kto przyczynił się do prowadzenia wrogiej agitacji. Wszyscy członkowie komisji chodzili za kurtynę, jak również i wszyscy bez wyjątku głosujący. Ksiądz Kondracki, gdy otrzymał kartę, tuż przy stole przy pierwszym pytaniu napisał NIE, przy dwóch pytaniach napisał TAK. Na ten czas było koło niego 3 ludzi, których on pouczał „piszcie w ten sposób”.

Nr 14. Sztabin. Cala komisja obwodowa rzuciła swoje głosy bezpośrednio do urny. Z ludności głosującej jedna trzecia chodzili za kurtynę, dwie trzecie rzucali głosy wprost do urny. Wójt przyprowadził dużo ludzi i pokazał osobiście przykładem, otrzymawszy kartkę bezpośrednio wrzucił [ją] do urny. Co do pozostałych obwodów Nr 11, 12, 15, 16, 17 i 18 [były one] obsadzone przez grupy wojskowe, w których nie było naszych pracowników, do chwili drukowania raportu nie było możliwości zasięgnąć informacji, o czym nadeślę dodatkowy raport.

Przed i w okresie głosowania wrogich ulotek lub innych wydawnictw nie zanotowano, wyjątek stanowi: dnia 25 VI z przejeżdżającego samochodu ciężarowego przez Augustów, nie ustalono jakiego urzędu ten samochód, w trzech kilometrach za Augustowem szosą na Suwałki zostało zrzucone kilka ulotek PSL-u, z czego jedną ulotkę nam przyniesiono. Było w niej wypisane, aby ludność na pierwsze pytanie odpowiedziała NIE, na pozostałe dwa pytania by odpowiedziano TAK. Ulotka podpisana przez Mikołajczyka[19] i Wójcika[20].

Dnia 29 VI we wsi Jaziewo, gmina Jaminy zerwano jedną ulotkę WiN[21], w której wzywało się na pierwsze dwa pytania odpowiedzieć NIE, na trzecie pytanie TAK. Podpisu na ulotce nie ma, lecz napisane „za zerwanie śmierć”.

Szef Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego na powiat Augustów
Kuczyński

Niżej podaje się kartkę, która znajdowała się w kopercie w obwodzie Nr 11 Lipsk. Z charakteru pisma jest podobnym do pisma wójta gminy Lipsk Chomiczewskiego[22], który owszem jest bałaganowym[23] „poetą”. Kartkę pozostawiliśmy w celu prowadzenia rozpracowania.

Senat podstawa i chluba, to mądrzy ludzie,
Wiedzą, że życie bez porządku nie pójdzie,
Polska nasza dorówna światu,
W Rosji rządzi zgromadzenie Komisarzy, jak wiemy,
Tego najgorzej się boimy, bośmy swoimi oczyma na to patrzyli.

Reforma rolna co to, to kołchoz,
Najpierw w Rosji wzięto obszarników,
Potem ich wszystkich przerobiono na kołchoźników,
Ludzie z Rządem w nienawiści,
Do pracy zapędzają czekiści (nasza Milicja to samo).

Czekiści to ludzie bez serca, to kaci,
Za niewykonanie normy strzelają,
Bo proletariatu chwaci,
Od komisarzy ludowych taki rozkaz mają.

Co do granic na zachodzie,
To mniejsza o to,
Byłem na wschodzie,
Rodzinne miejsce to złoto.

Maszynopis, oryginał.

Źródło: IPN Bi, sygn. 045/156, k. 92–97.


[1] A. Paczkowski, Pół wieku dziejów Polski 1939–1989, Warszawa 1996, s. 187.

[2] Ibidem, s. 191.

[3] Cz. Osękowski, Referendum 30 czerwca 1946 roku w Polsce, Warszawa 2000, s. 32.

[4] Ibidem, s. 34.

[5] Rozkaz operacyjny Nr 007/op dowódcy 18 Dywizji Piechoty z 6 VI 1946 roku, załączniki Nr 1 i 2 do tego rozkazu, Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej Oddział w Białymstoku (dalej: IPN Bi), sygn. 045/71, k. 13–15.

[6] Cz. Osękowski, op. cit., s. 51.

[7] W. Batura, A. Makowski, J. Szlaszyński, Dzieje Augustowa. Od założenia miasta do 1945 roku, Suwałki 1997, s. 339.

[8] Rozkaz dowódcy Grupy Operacyjnej Augustów do dowódców ochrony obwodów glosowania z 23 VI 1946 roku, IPN Bi, sygn. 045/71, k. 21.

[9] Probierzem była tu odpowiedź na pierwsze pytanie, dotyczące zniesienia Senatu. W świetle ustaleń prof. A. Paczkowskiego – opartych o poufne materiały, które docierały do najwyższych władz partyjnych – pozytywnie odpowiedziało na nie 26,9% głosujących („Karta” 1996, nr 18, s. 131). W powiecie augustowskim wyniki (według danych z 15 obwodów) były następujące: I pytanie – 31,4% tak, 68,6% nie; II pytanie – 48,8% tak, 51,2% nie, III pytanie: 50% tak, 50% nie. Zob. Referendum z 30 czerwca 1946 r. Przebieg i wyniki, oprac. A. Paczkowski, Warszawa 1993, s. 99; W. Batura, A. Makowski, J. Szlaszyński, op. cit., s. 340.

[10] N. Pietrow, Sztuka wygrywania wyborów, „Karta” 1996, nr 18, s. 122. Autor pisze, że w końcu czerwca 1946 roku do Warszawy przybyła specjalna grupa pracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR, pod dowództwem płka A. Pałkina, specjalizująca się w fałszowaniu dokumentów. Po referendum napisali oni od nowa 5994 protokołów komisji obwodowych z obliczonymi głosami i podrobili ok. 40 tysięcy podpisów członków komisji obwodowych.

[11] Aleksander Kuczyński urodził się w 1906 roku w Orli. W latach 1915–1922 przebywał w Rosji jako „bieżeniec”, ukończył siedem oddziałów dziesięciolatki w Kałudze, z zawodu był ogrodnikiem. Od 1924 roku działał w KPZB, za co był aresztowany i skazany na dwa lata więzienia. Do PUBP w Bielsku Podlaskim przyjęty w październiku 1944 roku, od lutego 1945 roku do września 1946 roku szef PUBP w Augustowie, następnie na różnych stanowiskach w WUBP w Białymstoku. Zob. T. Danilecki, Kadra Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Bielsku Podlaskim w 1944 r., w: Studia i materiały do dziejów najnowszych ziem północno-wschodniej Polski (1939–1945), pod red. J. J. Milewskiego, Białystok 2004, s. 69.

[12] Tadeusz Piątkowski – absolwent kursu NKWD w Kujbyszewie, w okresie 15 VIII 1944 – 12 I 1945 kierownik kontrwywiadu i zastępca szefa WUBP w Białymstoku, następnie od 12 I 1945 roku do 20 VII 1946 roku szef WUBP w Białymstoku.

[13] United Nations Relief and Rehabilitation Administration (UNRRA) – Organizacja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy, utworzona 9 listopada 1943 roku w Waszyngtonie z inicjatywy Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, ZSRR i Chin. Miała na celu udzielenie natychmiastowej pomocy krajom alianckim najbardziej dotkniętym wojną. Pomoc obejmowała artykuły pierwszej potrzeby (żywność, leki, odzież), jak i podstawowe urządzenia oraz inwentarz niezbędny do wznowienia produkcji rolnej i przemysłowej.

[14] Załączniki te przy publikowanym dokumencie nie zachowały się.

[15] Pracownik PUBP w Augustowie. Funkcjonariusze UB byli przy prawie wszystkich komisjach obwodowych, występowali formalnie jako kierownicy ochrony, ale bacznie obserwowali też zachowanie członków komisji i głosujących.

[16] Józef Lech – burmistrz Augustowa od końca marca 1945 roku, sekretarz miejskiej organizacji PPR.

[17] W lasach otaczających wieś Gruszki znajdowały się obozy oddziałów Armii Krajowej i partyzantki sowieckiej. Także po wojnie był to rejon działalności grup AKO-WiN.

[18] Trzy kreski oznaczały odpowiedź przeczącą na wszystkie trzy pytania.

[19] Stanisław Mikołajczyk (1901–1966) – polityk i znany działacz ludowy, premier rządu RP na uchodźstwie w latach 1943–1944, prezes PSL w latach 1945–1947, zagrożony aresztowaniem nielegalnie opuścił kraj i do końca życia przebywał na emigracji w USA.

[20] Stanisław Wójcik (1901–1989) – polityk, działacz ruchu ludowego, sekretarz Naczelnego Komitetu Wykonawczego PSL, poseł na Sejm Ustawodawczy, zagrożony aresztowaniem zbiegł w 1948 roku do Anglii.

[21] Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość” – niepodległościowa organizacja o charakterze cywilno-wojskowym, utworzona 2 września 1945 roku przez grupę oficerów Komendy Głównej AK. Pierwszym prezesem był płk Jan Rzepecki. W referendum nawoływała do glosowania „nie” na dwa pierwsze pytania i „tak” na trzecie pytanie.

[22] Jan Chomiczewski – wójt gminy Lipsk w 1945 roku, przewodniczący komisji obwodowej Nr 11 w Lipsku.

[23] Tu w znaczeniu – poeta okolicznościowy, kabaretowy.

 
Opublikowano Dodaj komentarz

I śmieszno, i straszno

Pierwsze lata budowy PRL to okres wyjątkowo brutalnego rozprawiania się z przeciwnikami nowego systemu. Do władzy doszły nowe „elity”, pochodzące często z nizin społecznych. Z jednej strony brutalność działań organów bezpieczeństwa, z drugiej – uległość nowych oficjeli, którzy swoim mocodawcom zawdzięczali wszystko. Mimo, że ci ludzie dla zwykłego mieszkańca małego miasteczka czy wsi byli potężni, nie potrafili pozbyć się nawyków i języka z wcześniejszego okresu. Pan Hieronim Wawren na łamach „Kuriera Porannego” w lipcu 1990 r. opublikował takie oto wspomnienie.

Augustowskie wspomnienia

W drugiej połowie lat czterdziestych także w Augustowie organizowano i. „utrwalano” władzę ludową przyniesiona na sowieckich bagnetach. Robiły to różne instytucje, przede wszystkim Urząd Bezpieczeństwa mieszczący się „U Turka”, czyli w budynku przy ulicy 3 Maja, w którym przed wojną Turek prowadził cukiernię. Zainstalowały się w mieście komitety PPR i PPS (potem PZPR), inspektorat szkolny, milicja wraz z ZOMO, magistrat. Pracowały w nich osoby już dziś częściowo zapomniane, choć o niektórych jeszcze wieść niesie. Takim był na przykład Jan Szostak[1]. AK-owiec, po wojnie szef UB, a pod koniec życia „artysta”. Pamiętam jeszcze szefa PPS Dobrenkę[2] (wysoki mężczyzna z bielmem na oku), inspektora szkolnego Ignacego Popowskiego (mówił bardzo ładną polszczyzną), milicjanta Banasia.

Najbardziej jednak zauważalnym i popularnym człowiekiem w Augustowie był ówczesny burmistrz Lech[3]. Ten posługiwał się językiem mazurskim, więc określono go ciepło „ociec miasta”, z czego był bardzo dumny. Powtarzano jego powiedzonka, wystąpienia. Oto kilka przykładów.

W lecie 1948 r. władze powiatowe zorganizowały ekshumację poległych żołnierzy radzieckich. Trumny przewieziono na cmentarz urządzony obok dawnego cmentarza katolickiego. Była warta honorowa. orkiestra wojskowa grała marsza żałobnego. „Ociec miasta” swoje wystąpienie zakończył okrzykiem „Niech zyjo te co tu lezo!”.

Po powstaniu PZPR przystąpiono do zbierania składek na „dom partii”. Kiedyś w niedzielę taką zbiórkę próbował przeprowadzić i augustowski burmistrz. W asyście dwóch pań, z puszką w ręku, namawiał osoby wychodzące z kościoła. „Ludzie! Dawajta piniądze! Partie diabli wezno a dom bedzie stojał”. Prorocze to były słowa, ale biedny Lech nie doczekał się ich potwierdzenia.

W 1949 r. obchodzono trzecią rocznice powołania ORMO. Stosowna akademia odbyła się w Augustowie w sali Foksa (Foxa?) koło śluzy. Przybyła głównie – z przymusu – młodzież gimnazjalna. Na scenie ustawiono duży stół nakryty czerwonym suknem, za którym siedli notable. Lech powiedział tak: „Towarzyski i towarzyse! My dzisiaj obchodziem trzecie rocznice ORMO. Nie kuzden wie co to je ORMO. Insy wie a insy nie wie. Tu siedzo panowie wojskowe oni wiedzo co to je ORMO, a wy cywile nie wieta co to je ORMO. A ORMO to je takie ORMO. Jak z tyłu za wojskiem idzie rezerwa, tak z tylu za naso kochano augustosko milicjo idzie nase kochane augustoskie ORMO. Dzięki nasemu kochanemu augustoskiemu ORMOju Augustowowi nie było zabójstw i merderstwów. Niech zyje nase ORMO, kochane ORMO, augusłosko ORMO!”. Rozbawiona młodzież skandowała OR-MO! OR-MO! OR-MO!, orkiestra grała „Międzynarodówkę”, kapral Banaś salutował wyprężony na baczność, a uszczęśliwiony „Ociec miasta” śmiał się ucha do ucha – takie przecież ładne przemówienie wygłosił!

Hieronim Wawren

Wycinek artykułu przekazała nam p. Lidia Wiszniewska

[1] Jan Szostak – ur. w Augustowie. Uczestnik walk kampanii wrześniowej. Według jego akt osobowych w latach 1939-1941 był współpracownikiem NKWD o kryptonimie „Wrona”. Według jego własnych relacji – wydał w ręce radzieckiego wywiadu kilkanaście osób oraz magazynów broni. Jednocześnie do 1942 r., był żołnierzem AK, pseudonim „Kruk”. W Armii Krajowej kolejno pełnił funkcję łącznika, dowódcy drużyny i dowódcy plutonu. Od 1944 r. ponownie był współpracownikiem NKWD ps. „Subocki” (jego oficerem prowadzącym był major Wasilenko, późniejszy doradca Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa) [przy. red.].

[2] Michał Dobrenko – ur. 26 lutego 1910 r., syn Michała, przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej w Augustowie [przy. red.].

[3] Józef Lech – burmistrz Augustowa od końca marca 1945 r., sekretarz miejskiej organizacji PPR [przy. red.].

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Smutny Dzień Ziemi

Nie było zimy, nie ma wiosny, na całym świecie szaleje pandemia. Do tego potworna susza na podlaskiej ziemi. Wydawało się, że nic gorszego nie może nas spotkać. Żyliśmy nadzieją na otwarcie dostępu do lasów i parków, żeby nieco bardziej odetchnąć.

Dla mnie ważny był Dzień Ziemi – wiadomo, przewodnik terenowy po Biebrzańskim Parku Narodowym. Człowiek, który całe życie mieszka w okolicy „raju na ziemi”, jak to miłośnicy przyrody nazywają nasz skrawek Polski. Wydawało się, że będzie lepiej, że będzie normalnie.

Wydawało się.

Niedziela, 19 kwietnia 2020, nieco po godzinie 20. Nagle przeraźliwy dźwięk strażackiej syreny. Gdzieś nieszczęście – wypadek? Pożar? Szybko założyłem buty na nogi i wybiegłem na zewnątrz. Rozejrzałem się wokół, lecz nic złego nie dało się zauważyć. Słychać było jednak sygnał innej jednostki.

Oj, niedobrze.

Obserwuję błyskające, niebieskie światła wozów strażackich – kierują się na most przez Biebrzę w Dolistowie. Rozejrzałem się dokładniej i zauważyłem coraz większa łunę. Jadą następne jednostki. Zrozumiałem. Palą się łąki, na moje oko gdzieś w okolicy Polkowa, Kopytkowa. Był to początek ogromnego pożaru w Biebrzańskim Parku Narodowym. Jak dużego, jeszcze nie wadomo.

W chwili pisania tego tekstu nierówna walka z żywiołem trwa czwarty dzień. Strażacy z kilku powiatów – ochotnicy i zawodowi – i okoliczni mieszkańcy dzień i noc toczą bój z żywiołem. Działania na ziemi wspomagają z nieba cztery samoloty Lasów Państwowych. Na pomoc jadą strażacy z Krakowa, Poznania i Nowego Miasta Lubawskiego. Płyną pieniądze na sprzęt i paliwo – datki można wpłacać na specjalne konto, które znaleźć można na stronie Biebrzańskiego PN.

W poniedziałek ogień dotarł na wysokość Dolistowa. Byłem – można powiedzieć – w samym epicentrum żywiołu. Widziałem w życiu wiele pożarów, w tym pożary łąk, ale ogrom tego mnie przeraził. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, ogień i spalona ziemia, kłęby dymu widoczne podobno z wielu kilometrów. Zmęczeni i umorusani strażacy, często nie mający czasu na łyk wody czy zjedzenie kanapki.

Trzeba wiedzieć, w jakim niebezpiecznym i trudnym terenie pracują ci ludzie. W Dolistowie 15 wozów straży, samoloty, 3 traktory wyciągają zapadające się w torfie samochody.

I ta ludzka bezsilność.

Wiele kilometrów i to w różnych miejscach, ściany ognia. W jednym miejscu udało się opanować ogień. Strażacy wzięli głęboki oddech i przemieszczają się w inne miejsce, aż tu nagle podmuch wiatru i na nowo rozgorzało – trzeba wracać i znowu gasić to samo miejsce, a trawa pali się „z wiatrem i pod wiatr”. Kolejne dni i pożar dociera na wysokość Wrocenia, Dawidowizny, Goniądza – jeszcze pali się koło Kopytkowa. Goreją trawy, drzewa, zwierzęta. PRZYRODA.

Całe szczęście, że jest to teren słabo zamieszkały – do tego czasu nie ma strat w ludziach i budynkach, ale 4 000 hektarów poszło z dymem.

A ile jeszcze?

BOŻE! Ześlij nam deszcz, błagamy.

We wtorek, 21 kwietnia po południu, wybrałem się na pogorzelisko w okolicy Dolistowa. Pięć godzin, trochę pieszo, trochę traktorem po spalonych bezdrożach. Wokół czarna ziemia, wystające, spalone kikuty wszechobecnej turzycy, brzozy osmalone do wysokości 4 – 5 metrów, przypalone wierzby. Tu i tam lekki dymek unosi się z resztek korzeni brzozy czy innego drzewa, które uschło jakiś czas temu.

W całym tym nieszczęściu jest jeszcze jedna ważna sprawa – pali się trawa i wszystko, co jest na powierzchni ziemi. Niestety, gdyby ogień przedostał się głębiej, do torfu, to pożar może trwać miesiącami. W czasie swojej eskapady znalazłem dwa spalone łosie i kilkanaście resztek po gniazdach.

Coś strasznego.

Kiedy adrenalina i złość trochę opadły, zacząłem baczniej rozglądać się za życiem. Trochę znalazłem: 1 sarenka, 3 bażanty, para kaczek krzyżówek. Usłyszałem też, a potem i zobaczyłem kszyka, a także troszkę ptasiej „drobnicy”. Im się udało, ale gniazda, jaja i pewnie część lęgów mamy stracone.

Przerażająca jest opowieść strażaków, którzy widzieli, jak koło Wrocenia samica bielika starała się obronić gniazdo. Smutne i straszne, po prostu brak słów. I jeszcze coś – zajechałem na swoją łąkę. Mamy tam kilkanaście brzózek. Wszystko opalone. Szkoda, ale wśród tej spalenizny stało nienaruszone jedno źdźbło turzycy.

W pewnym momencie usiadł na nim mały ptaszek (za daleko, żeby rozpoznać) i przez moment zaśpiewał i odleciał, a ja poczułem, że mam mokre oczy. Kiedy trochę doszedłem do siebie, pomyślałem: chłopie, a może chciał ci powiedzieć, ten ptaszek „nie martw się, jeszcze będzie dobrze”. No tak, przecież nadzieja umiera ostatnia.

Ale przez wiele lat, a może i nigdy więcej, ta ziemia biebrzańska nie będzie taka sama. Gdzie te kaczeńce, rycyki, kszyki, cudowne w tym czasie bataliony i inne ptactwo, zwierzęta, unikalna roślinność.

A wszystkiemu niestety winny jest człowiek. Nie mnie prowadzić dochodzenie, co było zarzewiem ognia. Czy była to jakaś szklana butelka, czy niedopałek papierosa, czy… aż strach pomyśleć. Ale mogło być i tak.

Gorycz, smutek, żal i bezsilność z jednej strony, a z drugiej ewangeliczna wiara, nadzieja i miłość. Miłujmy tę przyrodę z nadzieją i wiarą, a będzie lepiej.

 

Artykuł ukazał się w numerze 5/2020 miesięcznika “Nasz Sztabiński Dom”
 
Opublikowano Dodaj komentarz

Wielkanoce, tamte Wielkanoce

Zbliża się Wielkanoc i jest to dobra okazja, by pokazać to ważne wydarzenie roku liturgicznego widziane oczami Józefy Drozdowskiej, autorki tomiku gawęd “Opowieści z domu pod topolą”. 


Pola coraz bardziej się zieleniły, łąki pokrywały kwiaty. Wielkanoce mojego dzieciństwa były raczej ciepłe. W mojej wsi oddalonej od kościoła w dniu Zmartwychwstania Pana nie słychać było bicia dzwonów. Udawano się na rezurekcję do Bargłowa Kościelnego, często do Prawdzisk, czasem do Augustowa, a mimo to zdawało się, że świętuje w jej czasie również cała pozostająca w opłotkach przyroda.

Na zawsze utrwalił mi się w oczach obraz wiernych spieszących ze wszystkich stron – pieszo, na rowerach, ciągnikami i furmankami – do kościoła znajdującego się w mazurskiej wsi Prawdziska[1]. Leżała ona tuż za przedwojenną granicą z Prusami. Ze wszystkich ścieżek i dróg wlewała się wprost do kościoła barwna lawa ludzi, która przy wtórze dzwonów i furkocie chorągwi, śpiewała Temu, który zwyciężył śmierć i szatana. Zdawało się, że radują się z nami wszystkie pola, ptaki śpiewające w zaroślach i po wiejskich podwórkach, gospodarskie Burki, także Kasztany i Siwki, mruczące po łąkach krowy. Uwielbiało Boga wszystko Jego stworzenie. „Alleluja” przebijało się przez kolorowe, wysokie, niemieckojęzyczne witraże ku niebu i słało się po zakurzonych drogach, wymiecionych do cna podwórkach, między opłotkami, jakby chciało przeniknąć w głąb ziemi.

W domu do wielkanocnego śniadania siadaliśmy wszyscy uroczyście. Ojciec modlił się nad spożywanym jako pierwsze jajkiem, solą i chlebem, i je błogosławił. Święconą wodą skrapiał cały dom, po czym następowała wspólna modlitwa, wzajemne przeprosiny i życzenia świąteczne. Po nich upragniona uczta. O ile w Wielki Czwartek i Wielki Piątek jako dzieci wytrzymywałyśmy w poście, to już w Wielką Sobotę, jeżeli się udało, podszczypywałyśmy w „składówce” potrawy oczekujące świąt.

Moje dziecięce Wielkanoce były ubrane w kolorowe letnie sukienki z falbankami, sandałki i w ogromną radość. Z pobliskiego zagajnika Wyszyńskich znosiłam pęki zawilców, a z bieli za domem złote kaczeńce, od których wszystkich, a szczególnie mamę, bolały głowy. Wszystkich, tylko nie mnie. Kaczeńce stały na stole w kuchni, a w sieni wystawały spod skrzydeł kwoki, podobne im, malutkie kurczęta. Dziecięce Wielkanoce obfitowały w niekończące się zabawy, chociażby w palanta, dwa ognie, turlanie pisanek w piasku. Oczekiwało się również na przyjazd chrzestnych z „wykupem”[2]. Pod wieczór zaś fascynowało nas przysłuchiwanie się pogaduszkom starszych. Zbierali się oni na wysokiej przyzbie pod domem Nagolskich i Okrągłych, opowiadali przeróżne cuda, również te o strachach. Byłam ich ciekawa, ale i zarazem bałam się ich bardzo. Pamiętam, jak odwiedzał nas wtedy Feliks Jesionek, nazywany przez wszystkich „Paneckiem”, a to chyba z powodu jego niskiego wzrostu i szykownego stroju, i tego, że jako jedyny we wsi nosił kapelusz. Spędził kilka lat w Ameryce i tam nauczył się m.in. nieść pomoc w niektórych nagłych wypadkach, leczenia domowych zwierząt i iluzjonistycznych sztuczek, którymi najbardziej zdumiewał wszystkich. Nas, dzieci, jego sztuczki pociągały nadzwyczaj.

Wieczorami od domu do domu chodzili tzw. „allelujnicy”[3]. O wcześniejszej porze dzieci i młodzież, zaś na granicy nocy także starsi. Z koszami na jajka stawali pod oknami i wyśpiewywali wielkanocne pieśni, obdarowani jajkami, pieniędzmi, czasem świątecznym ciastem, składali życzenia wesołych świąt i wędrowali dalej. Niestety, ci starsi nie zawsze byli trzeźwi, stąd często kończyli występy niewybrednymi przyśpiewkami.

Świętowanie po dwóch dniach przenosiło się jeszcze na trzeci dzień. U mnie we wsi w tym dniu również nie pracowano.

Wielkanoce, tamte Wielkanoce, gdzież są one teraz? Jedynie we wspomnieniach i sercu, które na wiosnę ożywa jak pole czajkami.

[1] Uważana za najstarszą wieś na tym terenie. Neogotycki kościół w Prawdziskach, zbudowany został przez katolików po I wojnie światowej, a wyświęcony w 1921 roku. Zob. J. Kopciał: „Kalinowo. Monografia gminy”. Suwałki 1994, s. 114 i 138-139. Zob. też. „Prawdziska – Parafia pw. św. Andrzeja Apostoła” http://diecezjaelk.pl/prawdziska-parafia-p-w-sw-andrzeja-apostola/ [2.02.2018].

[2] „Wykup” – podarunek wielkanocny od chrzestnych rodziców dla ich chrześniaków. Za mojego dzieciństwa koniecznie w wykupie musiały się znajdować jajka (pisanki lub kraszanki), słodycze i inne podarunki, jak chociażby materiał na sukienkę.

[3] Osoby (dzieci, młodzież, dorośli) chodzące z tzw. „allelują”, śpiewające wielkanocne pieśni, za co obdarowywane były jajkami. O „chodzeniu po alleluji” pisze M. Pokropek w „Ludowych tradycjach Suwalszczyzny”, dz. cyt., s. 207-208. Mowa jest również o nich w artykułach zamieszczonych w suwalskim kwartalniku „Jaćwież” nr 18 z 2002 roku: Magdaleny Kopiczko: „Chodzenie z allelują”, s. 18-19 i Małgorzaty Majewskiej-Wójcik: „Allelujka w Dziadówku”, s. 20-22. Ze wspomnień mojego ojca wiem, że również przed II wojną światową w naszych okolicach zbierali się chłopcy i młodzi mężczyźni, którzy chodząc po wsiach, święcili domy i śpiewali pieśni wielkanocne. W ich repertuarze nie brakło też niewybrednych przyśpiewek. W okolicach wsi Jabłońskie i Jaśki „allelujnicy” przygrywali sobie do śpiewu na skrzypcach.

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Życiorys w przyrodę wpisany

Kontynuujemy serię artykułów na temat Antoniego Patli. Tym razem na łamach "Gazety współczesnej" (nr 162 z 1976 r.) swoją relację ze spotkania z tym niezwykłym człowiekiem spisał znany dziennikarz i publicysta Jacek Grün.

Życiorys w przyrodę wpisany

Jacek Grün

Augustów. Jak na złość pada deszcz i na powrót Antoniego Patli z miasta muszę czekać dosyć długo. Profesora znają wszyscy (pierwsza napotkana w Domu Kultury osoba podaje mi natychmiast adres), w oddziale PTT-K przede wszystkim, w Urzędzie Miejskim, nawet w małej kawiarence, w której skracam oczekiwanie przy wyśmienitej kawie.

I oto za chwilę siedzimy z Antonim Patlą w niewielkim pokoiku, obok stołu założonego książkami, czasopismami, mapami, przewodnikami turystycznymi, szeregiem kartek zapisanych drobnymi, równymi rzędami pisma. Wielki znawca przyrody, człowiek oddany tej ziemi całym sercem, autor wielu artykułów w „Miesięczniku literackim”, „Przyrodzie Polskiej”, „Gościńcu”, w „Poznaj swój kraj”; autor wydanej przed czterema laty książki pt. „Piękno ziemi suwalskiej”.

Z okna piętrowego domu widać ogród: 250 odmian róż, 40 odmian irysów, 25 piwonii. Pasja, która niejednemu człowiekowi na emeryturze ustala rytm życia, dla Antoniego Patli stanowi zaledwie cząstkę tego, co daje swoim istnieniem miastu, regionowi, ludziom z Augustowa i z całej Polski. O przewodnika I klasy dopominają się wszystkie wycieczki, o profesora Patlę dopominają się imiennie. Przynajmniej dwa razy w roku rusza wycieczkowym autokarem w Bieszczady, siedemset, osiemset kilometrów od Augustowa, a potem jeszcze drugie tyle po krętych szosach obwodnicy.

Po dwudziestu minutach rozmowy wiem jedno: będzie to pasjonujący życiorys, pasjonująca opowieść człowieka, którego życie gnało z miasta do miasta, dając w zamian mnóstwo zainteresowań realizowanych z całą zawziętością, bez ustępstw i kompromisów, jeśli kompromisem nie nazwać wyjazdu w obawie przed zemstą opisywanych w „Kurierze Nadniemeńskim" władz sanacyjnych.

Pierwszy mój kontakt z tymi terenami — mówi Antoni Patia, emerytowany nauczyciel, były dziennikarz, żołnierz, ogrodnik, sadownik, znawca przyrody i jej wielbiciel — zaczął się w 1921 r., kiedy jako młody oficer Pułku Legionów przyjechałem do Suwałk. Zajmowałem się wówczas organizowaniem życia kulturalno- oświatowego. Moją prawą ręką była podchorąży Jadwiga Sienkiewicz – tak, tak! – córka wielkiego pisarza. Cóż za ludzie służyli wówczas z nami: Władysław Broniewski, Andrzej Strug, Karol Bunsch, generał Józef Kostroń – absolwent czterech wydziałów uniwersyteckich, który zginął w 1939 r. w jednej z bitew prowadzonych z wojskami hitlerowskimi.

To trwało ponad rok. A później wróciły młodzieńcze tęsknoty, natura upomniała się o pana Patlę, jak o swojego. Więź zaszczepiona w rodzinnych okolicach Krosna nad Wisłokiem, okolicach otoczonych przez Krasiczyn, Wzgórze Suchodolskie, Odrzykoń, Prządki, Iwonicz, Rymanów, dopominać się zaczęła gwałtownie kontynuacji.

— Rozpocząłem romantykę osadnika, pioniera ogrodnictwa i sadownictwa. — Rozjaśnia się twarz, jakby na wspomnienie owych dziesięciu lat spędzonych na 22 hektarach ziemi w okolicach Grodna ubywało wieku a przybywało sił.

— Czegoż ja tam nie miałem, 7 hektarów sadu, drzewa, krzewy, kwiaty, szkółki drzewek owocowych. I co z tego, rozchorowałem się na najgorszą chyba dla człowieka tak związanego z naturą chorobę – dostałem światłowstrętu. Koniec dni spędzanych na dworze, bolesne rozstanie z przyrodą.

W 1929 r. szczęśliwym zbiegiem okoliczności autor wielu już artykułów fachowych otrzymuje propozycję objęcia redakcji „Kuriera Nadniemeńskiego".

Dzięki tej pracy poznaje Juliusza Osterwę, Kazimierza Opalińskiego (młodego wówczas aktora), rozmawia z prezesem Towarzystwa Literackiego — Zofią Nałkowską. Kolejna, blisko dziesięcioletnia przygoda redaktora naczelnego regionalnego dodatku warszawskiego dziennika, kończy się kilkunastoma procesami sądowymi wytoczonymi przez władze sanacyjne. Konfiskaty pisma, w którym Antoni Patia gromi sanację za błędy i nieprawości, stają się zwyczajem dnia codziennego. Trzeba wyjechać możliwie jak najdalej. Daleko, a więc z powrotem do Krosna. Rodzinne strony... ale wybucha wojna światowa.

Krwawe dni. Jak zajmować się zawodowym powołaniem, gdy trzeba walczyć. Podziemna walka od pierwszych miesięcy wojny. Jeden karabinem, inny piórem. Niespokojny duch, duża odwaga, w pamięci świadomość wolnej Polski stawiają znowu Antoniego Patlę w sytuacji nieprzeciętnej. Łukasz Grzywacz-Świtalski w książce „Z walk na Podkarpaciu" pisze:

„Niepokaźne i nieregularne wychodzące biuletyny informacyjne przekształcają się w obszerne tygodniki, ukazujące się raczej regularnie, zróżnicowane w treści i drukujące nawet poezję. Prasą podziemną kierował Antoni Patia („Kuna") zawodowy dziennikarz o dużym doświadczeniu. Jego zastępcą był Maksymilian Majak („Marek"), który zajmował się jednocześnie kolportażem. Nakłady pism nie przekraczały 200-300 egzemplarzy, ale kolportaż pracował niesłychanie dynamicznie i każdy egzemplarz, krążąc z rąk do rąk, obsługiwał wielu czytelników".

Krosno, Jasło, Sanok, Strzyżów, Lesko — „Reduta”, „Kret", „Przegląd Tygodniowy". Potem koniec wojny i znowu wyjazd, tym razem na Pomorze. Państwowy Dom Dziecka, najmłodsze ofiary wojny, kilku wychowawców i po pewnym czasie miano placówki wzorcowej. Przy tym wszystkim nieustanna praca w terenie. Wycieczki, lektura, artykuły, zwiedzanie zabytków, studia nad przyrodą, kontynuacja przerwanej przez wojnę pracy i kolejny powrót.

W 1946 r. Suwałki ogłaszają w prasie zapotrzebowanie na nauczyciela do technikum ogrodniczego. Jest kilku kandydatów, przyjmują najlepszego. W senne Życie prowincjonalnego miasteczka w odległym zakątku Polski wkracza człowiek „z charakterem", rwący się do czynu.

„...więc muzeum, bo co innego? Wie pan, każdą wolną chwilę spędzałem za miastem, zbierałem materiały po całym regionie. Grodziska, stare cmentarzyska, materiały geologiczne, to były pierwsze poszlaki, na których, później oparto naukowe badania. Pierwszą wystawę zrobiłem w swoim domu; przychodzili, kiwali głowami („no jak to tak, w domu?") no i dali mi lokal, powołali na stanowisko dyrektora. To jest ten sam budynek, w którym dzisiaj mieści się muzeum w Suwałkach".

Kolejne oblicze pasji, historia tej ziemi, po której stąpa człowiek; prelekcje, odczyty, prezesura oddziału powiatowego PTT-K, znowu artykuły, niestrudzone życie badacza, pasjonata. W 1953 r. Antoni Patia przechodzi na emeryturę i... znowu przeprowadzka. Tym razem na stałe, do Augustowa. Domek przy ul. Słowackiego, ogród, kwiaty, ale bez odpoczynku.

W Augustowie profesora Patlę znają wszyscy. Toż ponad 20 lat życia włożył w to miasto, w ten region. Jak zawsze aktywny, zakochany w przyrodzie do granic możliwości. Zawsze na pierwszym miejscu, gdy trzeba walczyć o to, co ukochał – o przyrodę. Ochrona środowiska naturalnego zwłaszcza tutaj, w pięknym Augustowie, otoczonym setkami jezior i pięknymi jeszcze lasami, ma swoje podwójne znaczenie. Zakątek Polski, do którego wiodą szosy uczęszczane przez miliony turystów z kraju i zagranicy, otóż ten zakątek musi pozostać w swoim naturalnym, nieskażonym cywilizacją kształcie. Po to m.in. Augustów ma u siebie Antoniego Patlę, jednego z pięćdziesięciu tutejszych przewodników, członka Zarządu Oddziału PTT-K, człowieka, o którego bezustannie pytają wycieczkowicze.

— Pan nie napisze, kto mówił — słyszę w biurze PTT-K — ale mamy z tym trochę kłopotu. Przyjeżdża grupa i pyta, czy mogą jechać z panem Patlą, bo w ubiegłym tygodniu byli ich koledzy i teraz oni chcą tego samego, świetnego przewodnika. A skąd ja im znajdę profesora, skoro on dzisiaj poza Augustowem. To oni mają pretensje i chcą składać zażalenie.

Dobiega końca moja rozmowa z Antonim Patlą, człowiekiem, który poświęcił życie przyrodzie. Nie chce się wychodzić z tego pokoju owianego dyskretnym zapachem papieru: map, książek, czasopism. Żeby napisać prawdziwy reportaż o tym człowieku nie wolno stąd wychodzić przez tydzień. Rozmowy pełne dygresji, ciekawe wydarzenia, wspomnienia przerywane lekturą artykułów. W tych artykułach serce włożone w temat. Teraz powstają dwa foldery. Ukażą się wkrótce.

— Nad czym pan jeszcze pracuje? — pytam.

— Chwilowo przerwa. Jestem trochę zniechęcony — mówi — wysłałem książkę o ziemi krośnieńskiej na konkurs „Miesięcznika Literackiego". Miałem tylko jeden egzemplarz, prawie rok pracy. Pisałem tam wielokrotnie. Odpowiedzieli, że „redakcja nie zwraca rękopisów".

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Bitwa pod Kostiuchnówką

4 lipca 1916 roku Legiony Polskie rozpoczęły pod Kostiuchnówką na Wołyniu walkę z przeważającymi liczebnie wojskami rosyjskimi. Ta najkrwawsza bitwa polskich oddziałów stanowiła prawdziwy sprawdzian bojowy dla legionistów, a o trudzie walk niech świadczy fakt, że znajdujące się w bezpośrednim sąsiedztwie sojusznicze oddziały węgierskich honwedów wycofały się już w pierwszym dniu bojów. Cena za wykazany w krwawej bitwie hart ducha i poświęcenie była ogromna: zginęło, odniosło rany lub zaginęło bez wieści ok. 2 tys. legionistów, w tym wielu oficerów. Wprawdzie Kostiuchnówka leży bardzo daleko od Suwalszczyzny, ale te dwa miejsca powiązane są osobą Antoniego Patli, autora wspomnień “Notatnik z niełatwego życia“, których fragment przytaczamy poniżej.


Naszą wilegiaturę[1] w Karasinie przerywają coraz częściej koncerty dział na froncie. Raz tu, raz tam. Czy te koncerty nie są opukiwaniem frontu, przygrywką, uwerturą do jakiegoś wielkiego koncertu?

Węszymy zbliżającą się niechybnie rosyjską ofensywę. O tym, że nie mylimy się, utwierdza nas seria posunięć, które wezmą nas w swoje bezlitosne tryby. Oto, w wyniku potężnej uwertury na prawym skrzydle, front nagle przybliżył się. Zarządzono w pułku alarm i pośpieszny marsz w kierunku niebezpieczeństwa. Po morderczym, prawie czterdziestokilometrowym marszu (w pełnym rynsztunku i na wściekłym upale) rozwijamy się zaraz w linie tyralierską i ruszamy do kontrataku.

Po kilkugodzinnej zażartej walce wyrzucamy nieprzyjaciela do jego wyjściowej pozycji.

Jeszcześmy nie poobcierali z czoła strug potu, a już pada rozkaz szybkiego marszu gdzieś ku północy, w stronę Gałuzji[2], bo tam podobna sytuacja: przerwany front. Ten „odpoczynek” w Karasinie zaczyna nam już wychodzić bokiem. Znowu wściekły marsz, znowu zażarta bitwa, znowu wyparcie nieprzyjaciela.

Ta wściekła kołomyjka[3] trwać będzie wiele dni i miotać nami bez możliwości zastanowienia się, czy te wariackie kontredanse mieszczą się w granicach ludzkich wytrzymałości. No cóż. Taki los rezerwy – łata się nią dziury na froncie.

Wreszcie przychodzi oczekiwany z niepokojem koncert, wobec którego wszystkie dotychczasowe przygrywki wyglądają na miłą operetkę.

Zaczyna się potężna w swej grozie beethovenowska sonata tysięcy dział, i to już na całym froncie.

Ostatkiem sił maszerujemy w kierunku znanej nam już Kostiuchnówki[4] i Palenbergu. Po drodze dowiadujemy się, że pułki austriackie, które obsadzały dotąd Palenberg, już nie istnieją. Zostały unicestwione samym ogniem artyleryjskim. Idziemy w piekło ognia, w dymiący wulkan kurzu, który przysłania wszystko. Lipcowy upał potęgują wybuchy setek tysięcy granatów z ciężkich haubic, a niepojęty ryk eksplozji otępia i przeraża. Dym spalenizny przesyca każdą piędź przestrzeni, a potworna temperatura wali z nóg.

Najgorsze w tej sytuacji jest to, że manierki puste, a organizmy odwodnione. W ustach zasycha, język staje kołkiem, w głowie szumi. Łamaną linią rowów dobiegowych suniemy powoli w kierunku głównej linii frontu, napotykając na trupy lub ciężko rannych, którym już nikt nie udzieli pomocy. My sami zaścielamy drogę własnymi stratami.

Ginie z uśmiechem na ustach przemiły szesnastoletni chłopiec, Władek Nogajski – uosobienie wiecznej, żywiołowej pogody. Ginie korpulentny siłacz Baliga. Ginie nieustraszony Adam Ochała[5]. Giną inni, których się już nie spamięta.

Wreszcie dopadamy do głównych pozycji. Są puste. Huraganowy ogień setek ciężkich dział zmiażdżył i starł linię zasieków z drutu kolczastego, pogruchotał trawersy i ziemianki, zamieniając okopy w potworne kłębowisko dołów wielokrotnie zasypywanych nowymi wybuchami. Zresztą ta apokaliptyczna scena wyłania się tylko na moment, gdy dym z wybuchem rozwieje się na ułamek sekundy. Na szczęście z okopów są wejścia do głębokich schronów. Tam jest nieco chłodniej i można trochę odpocząć po nieludzkim wysiłku. Huraganowy ogień nie ustaje ani na moment. Przeciwnie – potęguje się. Ci w głębokich schronach odpoczywają, ale na powierzchni funkcjonują posterunki obserwacyjne, które w wypadku wyruszenia nieprzyjacielskich mas do generalnego szturmu zaalarmują tych, co w schronach. Mnie przypada rola tkwienia w tym piekle.

Trzech z nas trwa na niebezpiecznych posterunkach: ja, mój stryjeczny brat Tadek i Władek Kasza. Nagle w miejscu, gdzie był Kasza, kłębi się wał ziemi. Kaszy nie ma. Dobiegamy z Tadkiem i widzimy tylko rękę Władka. Z furią przerzucamy ziemię, bo liczą się sekundy. Już odsłaniamy głowę, za moment i resztę. Kasza szybko się dźwiga, maca, czy wszystkie gnaty całe, przeciera trochę oczy i zaczyna się śmiać. Ten śmiech przy akompaniamencie potwornego huku eksplozji pocisków z ciężkich haubic dałby się zakwalifikować jako histeria. Ale śmiech Kaszy nie jest objawem patologicznym. Kasza śmieje się zupełnie przytomnie i zdrowo. Śmieje się z tego, że kostucha przerazi się jego widokiem wśród żywych. A to i kawał!…

Grzmot nie ustaje ani na moment. Wbiegam na chwilę do schronu –wszyscy leżą nieprzytomnie i nie ma takiej rzeczy, która byłaby w stanie przywrócić im przytomność. Granica wytrzymałości została przekroczona. To są już żywe trupy. Można by ich stąd wynosić jak worki ze zbożem i rzucać w ogień lub do wody. Nie drgną.

Jestem przerażony tym widokiem. Wolę już być na powierzchni i tkwić w samym sercu ogniem kipiącego wulkanu. Po kilku godzinach tego rozkipiałego piekła następuje nagła cisza. Cisza, która swoją sensacyjnością szokuje. Cóż to jest?

Lekki wietrzyk rozwiewa dymy pocisków. Patrzę przed siebie i dostrzegam przewidywany obraz. Od strony okopów nieprzyjacielskich sunie ku nam lawina ludzi z rozdzierającym wrzaskiem: „ura, ura!”

Poszczególne linie tyralierskie dadzą się uchwycić wzrokiem. Liczę szybko: 16 linii, które wkrótce skłębiają się w jeden bezkształtny wał ludzki. Wbiegam do schronu z okrzykiem: „alarm, do okopów!”

Jakiż głupiec ze mnie! Przecież tu leżą żywe trupy. Dwóch jednak podniosło się – Jędrek Jagiełło i sierż. Karol Lenczowski. O jakimkolwiek alarmie nie ma już mowy. Wbiegam na prawe skrzydło, gdzie przed godziną widziałem małe rewolwerowe działko. Próbuję je uruchomić i wygarnąć w tę kupę serię pocisków. Działko zagwożdżone. Wiem, że z tyłu w rowach dobiegowych są jakieś rezerwy austriackie. Biegnę, aby ich zaalarmować i napędzić do okopów. Jakiż jestem naiwny! Mam przed sobą bezładną kupę ludzką zupełnych wariatów. Leżą na dnie rowu i wyją. Całkiem po psiemu wyją. W oczach wyraźny i chyba już nieodwracalny obłęd. Inni leżą bez żadnych oznak życia, choć żaden nie padł od kuli czy artyleryjskiego pocisku. Skonali z braku wody. Z tak dużego odwodnienia, że zgęstniała krew przestała obiegać organizm. Jeden po drugim umierali.

Tymczasem lawina nieprzyjacielska weszła już na linię okopów i szybko okrąża nas łukiem. Już są z tyłu i stamtąd atakują. I wtedy rozgrywa się nowa, zupełnie nieoczekiwana scena. W tę burą masę ludzką, która nazywa się nieprzyjacielem, runął huragan pocisków z naszej artylerii.

W nagłym przerażeniu wszystko zapełnia rowy łącznikowe i przywiera do dna rowu i do ścian. Jest to dla mnie maleńka szansa ocalenia. Rzucamy się we trzech w to kotłowisko wybuchów i, depcząc po głowach przerażonych sołdatów, w piekielnym sprincie wychodzimy poza obręb ich pierścienia, a także poza zasięg artyleryjskiego ognia.

Po kilkunastu minutach stajemy przy bateriach naszej legionowej artylerii. Tej artylerii, którą uwiecznił Jan Lechoń w wierszu „Polonez artyleryjski” w zwrocie : „To major Brzoza kartaczami w moskiewskie pułki wali”.

Ale artyleria już się pakuje do odwrotu. Zostawia jednak po sobie skarb dla nas trzech nieoczekiwany: wiadra pełne herbaty z winem. Wierzyć się nam nie chce. Czy ten najcenniejszy z płynów, ta boska ambrozja nie jest aby mirażem, który zniknie, gdy podejdziemy bliżej? Podchodzę, przyklękam, nabożnie przykładam usta i… o moje szczęście niewysłowione – piję, piję… Czuję, że płyn swoją potęgą ożywczą rozchodzi się po moich żyłach i nasyca wyschły na wiór organizm, dając mi poczucie niewysłowionego szczęścia. Po kilku minutach odstawiam na bok puste wiadro. Podobnie czynią koledzy Lenczowski i Jagiełło.

Łatwo mi stwierdzić, że cały front znajduje się w odwrocie. Kierunek – bagnisty Stochód[6]. Nie mamy żadnego macierzystego oddziału. Jesteśmy rozbitkami i los nasz niewiadomy.

Gdzieś pod Trojanówką mam przygodę. Maszerujemy z jakimś taborem, który nagle zostaje zaatakowany przez nieprzyjacielski samolot. Powstaje popłoch, z którego lotnik korzysta – z niskiej odległości, z cekaemem, sieje spustoszenie. Przypadam do gałęzistego drzewa, które daje mi dobrą podpórkę pod manlichera[7]. Jednym celnym strzałem zwalam samolot na ziemię. Lotnik zabity, samolot roztrzaskany.

Przekraczamy wreszcie Stochód i kierujemy się za główną kolumną odwrotową do Stobychwy[8]. Tymczasem okopy nad Stochodem obsadzają już jakieś pułki niemieckie i węgierskie. My, skrwawieni w tylu morderczych bitwach, idziemy do rezerwy.

Po paru dniach przyjeżdżają uzupełnienia rekruckie i rekonwalescenckie, z których na nowo formuje się trzeci batalion. Otrzymuję awans na kaprala i dostaję wielki srebrny medal za waleczność, do którego przywiązana jest specjalna pensja.

Po kilku dniach niezbędnych do dokonania reorganizacji pułku odchodzimy na front, ale na pozycje rezerwowe. Bardzo zasadną zmianą jest to, że w miejsce rannego majora Minkiewicza dowódcą naszego pułku zostaje płk. Władysław Sikorski.

Nie powiem, abyśmy nowego dowódcę powitali z entuzjazmem. Dla nas, starych frontowców, sztabowiec i polityk był kimś obcym i dalekim. Wyraźnie nie lubiliśmy go i mieliśmy ku temu pewne żołnierskie racje.

Dla sztabowca Sikorskiego nie istniała żołnierska osobowość. Na oddział patrzył nie jak na zespół ludzkich charakterów, ale wartość jego mierzył ilością bagnetów i siłą ogniową. Człowieka z całym jego złożonym wnętrzem już nie dostrzegał. Żołnierz był dla niego tylko bezduszną maszynką do strzelania, siłą ognia.

Dowódcą 12. kompanii zostaje ppor Ćwiertniak, dowódcą plutonu sierż. Ryszka, jego zastępcą plut. Rutkowski, ja zaś zostaję komendantem sekcji. Nowy skład kompanii bardzo mi odpowiada. Jest sporo nowych podoficerów, ale są i starzy wiarusi. Zżywam się bardzo szybko z sierż. Ryszką, plut. Rutkowskim, plut. Bandrowskim (bratem Kadena). Duch frontowego zawadiactwa znowu dominuje w naszym zbiorowym życiu.


[1] Wilegiatura – przest. urlop spędzany na wsi.

[2] Hałuzja – wieś na Ukrainie, w obwodzie wołyńskim w rejonie maniewickim.

[3] Kołomyjka – w nawiązaniu do ukraińskiego tańca ludowego tańczony częściowo przez samych tancerzy i wykonywane w coraz szybszym tempie z przytupami, przysiadami, podskokami. Przypomina inny taniec zwany kozakiem.

[4] Bitwa pod Kostiuchnówką – działania opóźniające Legionów Polskich prowadzone w dniach 4-6 lipca 1916 r. pod Kostiuchnówką na Wołyniu przeciwko oddziałom rosyjskiego 46. Korpusu Armijnego, prowadzącego natarcie w ramach ofensywy Brusiłowa.

[5] W 12. kompanii 3. baonu 3. PP było trzech żołnierzy nazywających się Adam Ochała. Wszyscy trafili do rosyjskiej niewoli.

[6] Stochód – rzeka na północno-zachodniej Ukrainie, prawy dopływ Prypeci.

[7] Karabinki Mannlicher M.95 były podstawową bronią palną armii austro-węgierskiej w czasie I wojny światowej.

[8] Stobychwa – wieś na Ukrainie w rejonie koszyrskim obwodu wołyńskiego.

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Augustów 1928 r.

Przedstawiamy fragment I rozdziału wspomnień Witolda Wołosewicza pt. “Moja szkoła” i jednocześnie zapraszamy do kontynuacji lektury.

Jak przedstawiał się Augustów w 1928 roku – przynajmniej w moich oczach? Liczył wówczas 12 000 ludności i w ciągu 11 lat mego pobytu liczba ludności podniosła się podobno do 18 000. Czy te liczby odpowiadają prawdzie? – nie wiem. Sądzę jednak, że nie są oparte na urzędowych statystykach, a jednak – sądzę – że nie odbiegają zbytnio od rzeczywistości. Augustów w ciągu tych 11 lat stał się znany, stał się do pewnego stopnia modny. Zawdzięcza to przede wszystkim swoim walorom krajoznawczo-turystycznym.

Z jednej strony w centrum miasta jest rynek[1]. Na środku rynku stała niegdyś cerkiew, którą w pierwszych latach niepodległości rozebrano. Rynek był otoczony z czterech stron domami, przeważnie murowanymi, piętrowymi. Domów tych było po każdej stronie około dziesięciu. Prawie każdy z nich miał od strony frontowej sklep – jeden albo i więcej. Z rynku od każdego rogu dochodziły ulice. W stronę dawnego mostu prowadziła ulica Mostowa (później Batorego) do cmentarza i na jezioro Necko. Druga ulica – 3 Maja[2] – prowadziła w stronę szkoły, koszar i dworca kolejowego. Od drugiego rogu ciągnęły się ulice: Krakowska[3] w stronę Grajewa i druga na plebanię – ks. Skorupki. Początkowo nazywała się ul. Poświętna. Przy tej ulicy mieściła się restauracja Maciejewskich[4], a po przeciwnej stronie mieszkali jedni z najzamożniejszych Żydów w Augustowie, niejacy Rechtmanowie, dzierżawcy jezior augustowskich[5]. Na trzecim rogu stał budynek magistratu oraz straży ogniowej. Od czwartego rogu ciągnęła się ulica w stronę zachodniego brzegu jeziora Necko.

Południowa pierzeja rynku w Augustowie, 1925 r.
Południowa pierzeja rynku w Augustowie, 1925 r.

 

Widok na południową pierzeję rynku w dzień targowy. Około 1928 r.
Widok na południową pierzeję rynku w dzień targowy. Około 1928 r.

 

Poza tym stały codzienny handel skupił się na rynku. Tu były sklepy z każdej branży. Na stronie południowo-wschodniej rynku był sklep z pieczywem Solinków, była apteka Stankiewiczów i dalej na rogu ul. Kościelnej restauracja Maszewskiego. Po tejże stronie był klub wioślarski[6], w którym odbywało się kartograjstwo. Na samym początku tego odcinka mieszkał kolektor Loterii Państwowej, u którego czasami nabywałem losy, ale bez żadnego wyniku. Po stronie północno-wschodniej rynku zapamiętałem na samym rogu kwiaciarnię pani Kellertowej. Sprzedawano tam smaczne ciastka po 15 gr sztuka. Po tej stronie było jeszcze kilka sklepów, ale co one sprzedawały już nie przypominam sobie. Po stronie północno-zachodniej mieściła się duża spółdzielnia rolnicza, a prowadził ją pan Piotr Rółkowski. Rozstrzelany później wraz z córką Haliną przez Niemców. Żona z córkami: Ireną, Jadwigą i synem Tadeuszem ocaleli. Po stronie magistratu miał swój zakład znany fotograf Rotsztejn. Robił bardzo ładne zdjęcia krajoznawcze. Jego widokówki miały duże powodzenie. Za magistratem mieli swoją maleńką fabryczkę dwaj bracia, z których jeden był podobno inżynierem. Robili oni piórniki i inne pomoce naukowe, które wysyłali gdzieś w świat.

Budynek magistratu projektu Henryka Marconiego, 1927 r.
Budynek magistratu projektu Henryka Marconiego, 1927 r.

 

Byli to bardzo przedsiębiorczy Żydzi – sprowadzali wprawdzie małe, ale nowoczesne maszyny. Zaczynali od małego, ale uporczywie rozszerzali swoje przedsiębiorstwo i jestem przekonany, że gdyby nie wojna, w Augustowie powstałby z czasem duży zakład wyrobów drzewnych.

Zawsze dziwiłem się i dziwię obecnie, że w Augustowie nigdy dotychczas nie powstał (a i teraz nie widać zrozumienia tego zagadnienia) żaden większy zakład wyrobów drzewnych, chociażby np. fabryka mebli, lub też fabryka futryn, ram okiennych i drzwiowych. Przecież nigdzie w całej Polsce, a może nawet i w Europie nie ma tak dobrego surowca stolarskiego, jak w Puszczy Augustowskiej. A zależy to od piasków augustowskich. W augustowskim przeważa piasek wysokiej jakości, piasek silikatowy, jałowy, zawierający bardzo mało składników odżywczych. Z tej przyczyny drzewa sosnowe rosną stosunkowo powoli, a słoje roczne są bardzo cienkie i ścisłe. Drzewnik (włókno drzewne, masa drzewna) jest bardzo spoisty, ścisły i tworzy wspaniały surowiec stolarski. O zaletach tego drzewa dowiedziałem się od starego praktyka branży drzewnej, inż. Adama Łucejki, dyrektora przedwojennego Tartaku Państwowego na Lipowcu w Augustowie. Był on przez długie lata prezesem komitetu rodzicielskiego szkoły średniej w Augustowie.

Za jego pośrednictwem nabywałem odpadki desek wysyłanych za granicę – oczywiście odpłatnie, ale cena nie była zbyt wygórowana – i robiłem z tego szkolne ławki, które odznaczały się przede wszystkim swoją niezwykłą wytrzymałością. Poza ławkami robiłem z tego drewna dużo innych mebli, a następnie łodzie i kajaki. Pod koniec mego pobytu w Augustowie tabor wodny wynosił przeszło setkę sztuk: kajaków, łodzi płaskodennych, żaglówek i motorówek. Wszystko to podczas wojny zostało zniszczone przez Niemców.

Ciekawe, że najlepiej poznała się na wysokiej jakości augustowskiej sosny zagranica. Deski sosnowe pierwszej klasy, a więc bez sęczka o bardzo ścisłych słojach wysyłane były do prawie wszystkich państw europejskich, a nadto do Stanów Zjednoczonych i do Afryki Południowej.

Otóż pomimo tej niezwykle wysokiej jakości surowca drzewnego i dużej ilości lasów, należących do magistratu miasta Augustowa, nigdy nie powstała tu myśl o konieczności wyzyskiwania tego waloru i spowodowania budowy dużego zakładu drzewnego. Taniość surowca, taniość robotnika (przecież płaciłem wykwalifikowanemu stolarzowi 3 złote dziennie) i taniość utrzymania, to były te plusy, które dawały przewagę zakładom pracy w Augustowie. Trzeba było tylko człowieka z inicjatywą, odważnego i energicznego. Dotychczas taki się nie znalazł. A może ci dwaj Żydzi, o których wspomniałem wyżej, daliby temu początek?

Kanał Bystry, około 1931 r. (fot. Judel Rotsztejn)
Kanał Bystry, około 1931 r. (fot. Judel Rotsztejn)

 

[1] W okresie międzywojennym nosił nazwę Plac Piłsudskiego [przyp. red.].

[2] Obecna ulica 3 Maja przed I wojną światową była fragmentem ul. Długiej. W okresie rządów komunistycznych nosiła nazwę 1 Maja [przyp. red.].

[3] Obecnie ul. Wojska Polskiego [przyp. red.].

[4] Wincenty i Bronisława Maciejewscy mieli kilkoro dzieci, z których Halina została synową Dziadka. Obecnie (w 2022 r.) ma 97 lat, mieszka w Warszawie. Przez lata była wybitną aktorką lalkarską, pracowała w teatrze w Gdańsku, a od 1954 r. do emerytury w Teatrze Lalka w Warszawie. Jej brat – Maciej Maciejewski – był znanym aktorem teatralnym, filmowym i telewizyjnym, zmarł w 2018 r. w wieku 103 lat [przyp. Krystyny Zdziechowskiej].

[5] Do 1937 r. jeziora augustowskie były dzierżawione przez braci Rechtmanów: Lejbla (Leona) i Mordechaja (Maksa) [przyp. red.].

[6] Chodzi o Bufet Klubu Towarzystwa Wioślarskiego znajdujący się przy pl. Piłsudskiego 10 [przyp. red.].

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Aleksandra Chapko czyta fragment rozdziału XVII “Eldorado nad Biebrzą – Zofia”

Aleksandra Chapko, aktorka Teatru Polskiego we Wrocławiu, czyta fragment książki Marii Narel-Challot pt. "Eldorado nad Biebrzą. Zofia"

Czytany fragment rozdziału XVII

Dzisiaj na suchowolskim targu Zofia z trudem rozpoznała Jasiuka. Był ubrany jak Sowieci w nową wojskową koszulę, obszerną, wykładaną na spodnie i przepasaną paskiem. Pomimo przejmującego chłodu, nie miał na sobie wierzchniego okrycia. Rubaszka musiała być ciepła, widocznie z wełnianego sukna, a nie z cienkiego bawełnianego drelichu. Zofia już miała do niego podejść i zagadnąć, gdy zaczepił go jakiś Sowiet. Zrzucił swój płaszcz na ziemię i stanął przy Jasiuku. Zaczął trącać go ramieniem, wskazując swoją podniszczoną rubaszkę.

— Machniom?!? — krzyknął, gestykulując zawzięcie.

— Niet, nie machniom. Moja rubaszka porządna, zimowa. A twoja licha. Nie chcę takiej zamiany — odparł hardo.

Żołnierz rzucił się na niego z pięściami. Zaczęli się szarpać, okładać. Zofia struchlała. Przewaga fizyczna zięcia nad przeciwnikiem była oczywista. Nie daj Boże go zrani! Albo jeszcze gorzej – zabije. Dopiero ściągnie na siebie i na rodzinę kłopoty! To przecież najeźdźca, a nie rodak, by stawać z nim do bójki! Już miała rzucić się między nich, kotłujących się na ziemi, gdy zauważyła, jak Jasiuk się opanował. Unieruchomił ramiona przeciwnika i odepchnął go na bezpieczną odległość. Wstał, odpiął pas i ściągnął z siebie koszulę. Rzucił mu ją pod nogi. Sowiet zrobił to samo, zadowolony z korzystnej wymiany. Szybko zabrał lepszą, a swoją zostawił, ale Jasiuk tylko splunął, zawrócił na pięcie i odszedł. Zofia dopadła go z poczuciem ulgi.

— Dobrze, że powstrzymałeś tę bijatykę. Wiesz, jak to mogło się zakończyć. Lepiej unieść się honorem. Taka koszula to mała strata. Pal ją licho!

Przy furmance, Jasiuk otrzepał się z piasku, założył starą kurtkę i zaproponował Zofii, by zajechali do Czerwonki, bo ma im coś do pokazania.

 

Więcej informacji na stronie poświęconej książce: https://jzi.org.pl/produkt/eldorado-nad-biebrza-zofia/

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Suwalski Park Krajobrazowy

Miłośnicy Suwalszczyzny postać Antoniego Patli jednoznacznie kojarzą z powstaniem Suwalskiego Parku Krajobrazowego – jednego z najpiękniejszych zakątków Polski. Antoni Patla był jednym z pomysłodawców wdrożenia tej idei w życie. Ostatnie dekady swojego życia poświęcił krzewieniu wiedzy o regionie. Był inicjatorem powstania i kierownikiem Muzeum Regionalnego w Suwałkach. Pracował jako przewodnik turystyczny i działacz Ligi Ochrony Przyrody. Nie wolno zapominać o wcześniejszych latach życia Antoniego Patli, gdy walczył w Legionach Polskich o wolność Ojczyzny, gdy parał się dziennikarstwem w Grodnie i innych ciekawych epizodach. Wszystko opisał w swoim skróconym życiorysie, który opublikowaliśmy w artykule: “Antoni Patla – działacz społeczny, dziennikarz, krajoznawca, nauczyciel, kapitan WP“. Wkrótce światło dzienne ujrzą dwie książki autorstwa Antoniego Patli: „Notatnik z niełatwego życia” będący wspomnieniami od czasu dzieciństwa do końca lat 40. oraz przewodnik „Piękno ziemi suwalskiej”, w którym A. Patla w wyjątkowy sposób opisuje uroki Suwalszczyzny. Poniżej przedstawiamy artykuł Antoniego Patli, który ukazał się w periodyku “Ziemia” w 1973 r.

Suwalski Park Krajobrazowy

Antoni Patla

Wielki szlak turystyki pieszej (195 km) przecinający Suwalszczyznę ekscentrycznymi liniami jest tak pomyślany, aby ni. in. wyeksponować nową jednostkę geograficzną – Suwalski Park Krajobrazowy.

Niektóre elementy Parku były znane już wcześniej, jeżeli nie szerokim rzeszom turystów pieszych, to wąskim kręgom naukowców: geografom. geomorfologom, hydrobiologom. Opisywali je: prof. dr Stanisław Pietkiewicz, prof. dr Czesław Pachucki, prof. dr Stangenberger, dr Ber i inni. Idea Parku narodziła się jednak później.

Udokumentowany wniosek o utworzenie Parku wpłynął do władz w latach pięćdziesiątych. Jego skutkiem był przyjazd do Suwałk Komisji Ekspertów, która po trzydniowej wizji lokalnej zaakceptowała projekt z drobnymi tylko korektami przestrzennymi.

Pełną jego realizację komplikował fakt, że w obrębie Parku znajduje się wiele osiedli i pól uprawnych, co wymagało szczegółowych studiów i ustalenia, które fragmenty mają być wyłączone z upraw rolnych, które poddane zalesieniu, a które pozostawione w dotychczasowym stanie.

Przeprowadzenie takich studiów Wojewódzka Rada Narodowa w Białymstoku zleciła Wyższej Szkole Rolniczej w Olsztynie. która zadanie wykonała w końcu 1970 r. Na podstawie tego materiału Wojewódzka Pracownia Urbanistyki i Planowania Przestrzennego w Białymstoku sporządziła dokładną, precyzyjnie spoziomicowaną mapę Parku, ustalając główne punkty widokowe, ważniejsze drogi dojazdowe itp.

Suwalski Park Krajobrazowy nie ma jeszcze pełnego statusu prawnego, gdyż na temat jego obszaru toczą się w dalszym ciągu dyskusje. Autor artykułu, jako twórca projektu Parku, postuluje włączenie do jego obszaru wspaniałych meandrów rzeki Czarnej Hańczy na odcinku od wsi Malesowizna do Czarnakowizny, dwa starożytne cmentarzyska jaćwieskie koło tej wsi, niezwykle ciekawy obiekt – Górę Krzemieniuchę oraz Jeleniewską Bramę Wód Lodowcowych z pięknymi drumlinami koło wsi Rutki.

Obszar i granice Suwalskiego Parku Narodowego będą następujące:

Granicę wschodnią stanowi szosa jeleniewska na odcinku Prudziszki – Jeleniewo – Gulbieniszki – Sidory.

Granicę północną wyznacza szosa na odcinku Sidory – Kleszczówek – Smolniki oraz jej przedłużenie, droga dziś trudno jeszcze przejezdna, na odcinku Smolniki – Dzierwany – Stara Hańcza.

Granicę zachodnią określa droga Stara Hańcza – Mierkinie – Hańcza (wieś) – Wróbel – Kruszki – Pawłówka – Malesowizna.

Granica południowa nie została jeszcze ustalona.

Spełniając postulat Wojewódzkiej Pracowni Urbanistycznej, granica Parku biegłaby zygzakami od Malesowizny przez wysoki wał moreny bocznej w kierunku wsi Szurpiły, by dojść do Jeleniewa i tu zamknąć krąg obszaru od strony południowej.

Jeśli przeprowadzona zostanie korekta przestrzenna postulowana przez niżej podpisanego, granica Parku od wsi Malesowizna pójdzie meandrami Czarnej Hańczy do wsi Okrągłe, Zarzecze Jeleniewskie, Żywa Woda. Prudziszki, zamykając krąg od południa na szosie jeleniewskiej.

W tej drugiej wersji obszar Parku wynosiłby ok. 7000 ha, zaś w pierwszej – 6000 ha.

Generalnym założeniem Parku jest wyodrębnienie z obszaru Suwalszczyzny północnej terenu o wybitnych walorach krajobrazowych i obfitującego w formy rzadkie lub wręcz unikalne, a następnie udostępnienie tych obiektów szerokim rzeszom turystów.

Autokarowa wycieczka krajoznawcza, wjeżdżając na teren Parku od strony Suwałk, natknie się na liczne obiekty zasługujące na bliższe poznanie. Tuż za wsią Prudziszki (7 km na północ od Suwałk) oś szosy jeleniewskiej biegnie wyraźnie zarysowaną doliną szerokości około 500 m. Dolina ta to właśnie Jeleniewska Brama Wód Lodowcowych. Szlak wiedzie dnem byłej rzeki i to rzeki nie byle jakiej, bo półkilometrowej szerokości, choć zaledwie kilkukilometrowej długości.

Naprzeciwko małej wioski Rutki, w środku doliny, znajdują się osobliwe wzgórza w formie rogalików – są to drumliny, dowód oczywisty, że dnem tej rzecznej doliny sunął w pewnym okresie jęzor lodowca. A więc odczytujemy tu krajobrazy epok minionych.

Gulbieniszki – Góra Cisowa, fot. T. Smagacz
Gulbieniszki – Góra Cisowa, fot. T. Smagacz

 

Naprzeciwko kościoła w Jeleniewie szlak skręca w lewo, w kierunku wsi Kazimierówka i Szurpiły. W odległości pół kilometra przed wsią Szurpiły najwyższe wzniesienie stanowi znakomity punkt widokowy. Rysujący się w kierunku północnym krajobraz fascynuje swoją niezwykłością. Liczne wysokie wzgórza o bardzo stromych zboczach przeplatają się tu z błękitnymi taflami wód kilku jezior o bogato urozmaiconej linii brzegowej, stwarzając krajobraz urzekającej piękności. Jest to grupa jezior szurpilskich, Pośrodku niej dominuje potężne grodzisko obronne z okresu VI–XIII w., zwane popularnie Górą Zamkową. Warto podjąć trud wędrówki pieszej na szczyt grodziska, skąd rozciągają się we wszystkich kierunkach wspaniałe widoki.

Autokarem wracamy znów do szosy jeleniewskiej, kierując się na północ. Tu zwraca uwagę górujący wysoko nad otaczającym terenem potężny stożek wzgórza morenowego, zwany popularnie „Suwalską Fudżijamą”. Jest to stożek sandrowy uformowany w masywie lodowca przez wody spływające szczeliną. Wysokość 256 m n.p.ni., a w stosunku do otoczenia 100 m, świadczy o wielkości przebiegających tu procesów i unikalnej formie obiektu.

Ze szczytu „Fudżijamy”, a ściśle Góry Cisowej lub Gulbieniskiej, rozciągają się rozległe i bogate widoki w promieniu wielu kilometrów.

Jeziora Kleszczowieckie, fot. T. Smagacz
Jeziora Kleszczowieckie, fot. T. Smagacz

 

Za wsią Gulbieniszki zjeżdżamy w dół, by skręcić w lewo, w kierunku Kleszczówka i Smolników. Mijamy po drodze jeziora: Przechodnie, Postawele, Sidory. Za wsią Kleszczówek teren wznosi się. by kulminację osiągnąć na skraju wsi Smolniki, Na najwyższym punkcie szosy zatrzymujemy autokar, wysiadając, by podejść pieszo w lewo, na skraj pobliskiego „lasanka”, gdyż stamtąd mamy przepyszny widok na grupę Jezior Kleszczowieckich: Okrągłe, Pierty, Kojle. Urok ich polega na położeniu głęboko w dolinie (a więc są jak na dłoni) i na bogatej linii brzegowej oraz otoczeniu z trzech stron lasem. Po drodze napotykamy ciekawostkę botaniczną: masowo tu rosnący dziki czosnek.

Od kościoła w Smolnikach teren obniża się, a w najniższym punkcie widnieją rozstaje dróg. Nasza trasa wiedzie w kierunku szkoły, którą mijamy notując w pamięci zielony trójkąt, znak, że w okresie wakacji działa tu schronisko szkolne.

Za ostatnim domem w Smolnikach zatrzymujemy autokar i idziemy ok. 150 m w kierunku południowym, polną dróżką i zatrzymujemy się na wysokim, stromym zboczu, aby nasycić wzrok pięknem krajobrazu.

Głęboko w rozległej dolinie widnieje znów grupa jezior otoczona lasami. Centralnie usytuowane jezioro Jaczne ma nie tylko fantastycznie skomponowaną linię brzegową. ale i niezwykły, malachitowo-zielony koloryt wody. Jest to perla krajobrazu Suwalskiego i chyba jedno z najpiękniejszych jezior w Polsce.

O tę grupę jezior działacze ochrony przyrody toczyli zacięte boje z autorami projektu budowy hydroelektrowni szczytowo-pompowej, Tym razem, na szczęście, zwyciężyli „ochraniacze” suwalsko-augustowscy i białostoccy.

Nieprzejezdna na razie droga wiedzie nas teraz ze Smolnik przez las, w kierunku Dzierwan i północnego krańca słynnego jeziora Hańcza. W Dzierwanach skręcamy w lewo. Pośrodku wsi znajduje się niewielkie grodzisko obronne, nie zbadane jeszcze przez archeologów, zapewne jaćwieskie; teren tchnie jakąś polarną egzotyką, pola – to w większości ugory, nie tknięte jeszcze pługiem ze względu na olbrzymie ilości głazów, z których niektóre ważą kilka ton.

2 km dalej droga poprawia się. Wreszcie głęboko w dole błyszczy błękit lustra wody jeziora Hańcza, od 20 lat uznanego za rezerwat przyrody. Wydanie tego aktu prawnego było podyktowane względami nie tylko geologicznymi, ale i biologicznymi. Zarówno w dennych jak i przybrzeżnych strefach jeziora znajdują się okazy fauny, nigdzie w Polsce nie znane. Szczupaki dochodzą tu do kolosalnych rozmiarów (ponad 2 m). Dr żabiński znajdował tu zarówno okazy fauny alpejskiej, jak i polarnej. Skały uronione przez lodowiec na wschodnim brzegu są pochodzenia fińskiego, zaś na brzegu zachodnim – wyraźnie szwedzkiego.

Jezioro Hańcza należy wprawdzie do kategorii jezior średniej wielkości (305 ha), ale głębokością bije rekordy nie tylko w skali krajowej (108,5 m). Co więcej – geologowie stają tu wobec niebywałej zagadki. Oto zachodnie pobrzeże jeziora wyraźnie podnosi się, „puchnie”, gdy jego przybrzeże wschodnie obniża się. Tak więc występuje tu zjawisko tektoniki, stanowiące rewelacyjną zagadkę polskiego niżu. To zapadanie „wschodniego boku” obejmuje zapewne jego strefę denną, co by tłumaczyło fenomenalną głębokość tego jeziora i jego tektoniczną genezę.

Regaty na jeziorze Wigry, fot T. Smagacz
Regaty na jeziorze Wigry, fot T. Smagacz

 

Na północnej skarpie brzegowej oglądamy ruiny pałacyku Światopełka-Mirskiego, uczestnika powstania listopadowego. Od pałacyku zaczyna się już zachodni brzeg Parku Krajobrazowego. Droga tu niezła, zwłaszcza od wsi Mierkinie. Docieramy tędy do południowego krańca jeziora – do wioski Wróbel. Oglądamy miejsce wypływu rzeki Czarnej Hańczy z jeziora i kierujemy się jej biegiem w stronę Bachanowa. Tuż za wsią, na prawym brzegu, znajduje się wielki rezerwat głazowiskowy – na przestrzeni ok. 3 ha potworne stłoczenie głazów różnej wielkości, nie tknięte ręką ludzką od kilkudziesięciu tysięcy lat. Tych głazowisk było tu do 1939 r. znacznie więcej. Niestety – okupant niemiecki wyeksploatował większość do budowy „wilczego gniazda” w Gerłożu k. Kętrzyna, budując do tego celu specjalną linię kolejową, dziś już nieistniejącą.

Przez wieś Bachanowo aż do młyna w Turtulu Czarna Hańcza płynie głębokim kanionem o bardzo stromych zboczach, co sprawia niezwykle wrażenie. Patrząc w kierunku biegu rzeki w pewnej odległości za Bachanowem dostrzegamy dwa fenomeny morfologiczne: turtulsko-bachanowski oz, uznany przez geologów za najpiękniejszy w Polsce, oraz dolinę wiszącą, pozostałość po nie istniejącej już dziś rzece. która wpadała do Czarnej Hańczy. Dodajmy, że poziom dna tej doliny jest o 18 m wyższy niż poziom wody w Czarnej Hańczy.

Od Turtula Czarna Hańcza rozpoczyna fantastyczny bieg, tworząc niezwykle malownicze meandry, które kończą się w Starym Brodzie niedaleko Suwałk.

Suwalski Park Krajobrazowy dostarcza turystom nie tylko niezapomnianych wrażeń. ale i rzetelnej wiedzy z zakresu geomorfologii i przeszłości tego niezwykłego zakątka Polski.