Opublikowano Dodaj komentarz

Cmentarz staroobrzędowców w Wodziłkach

Wycieczka zorganizowana przez JZI po Suwalszczyźnie, która miała miejsce ponad tydzień temu, była tak owocna, że wciąż analizuję dane zebrane podczas odwiedzin różnych fascynujących miejsc. Jednym z nich były Wodziłki, siedziba jednej z czterech parafii Wschodniego Kościoła Staroobrzędowego. Gorąco zachęcam do wyszukania informacji na temat tego odłamu prawosławia, ponieważ jego historia jest niezwykle interesująca. Pokazuje, jak przywiązanie do nawet najmniejszych symboli religijnych może wpłynąć na losy setek tysięcy ludzi.

Moje zainteresowanie staroobrzędowcami rozpoczęło się kilka lat temu, kiedy spotkałem panią Raisę Jefimow, nieżyjącą już sąsiadkę mojej teściowej. Pani Raisa pochodziła ze wsi staroobrzędowców w Gabowych Grądach koło Augustowa. Niestety, zawierucha II wojny światowej zmusiła ją jako kilkuletnią dziewczynkę do opuszczenia rodzinnej wsi wraz z matką. Resztę życia spędziła poza Gabowymi Grądami, głównie w Augustowie.

Nasze spotkanie zainspirowało mnie do stworzenia książki - wspomnień Raisy Jefimow. Dzięki współpracy ze Stowarzyszeniem JZI udało się wydać tę książkę pod tytułem „Pamiętnik z szuflady”. Publikacja ta stanowi cenne źródło informacji i refleksji na temat losów staroobrzędowców w Polsce, a także osobistych doświadczeń jednej z przedstawicielek tej społeczności.

Wracając do Wodziłek, warto wspomnieć, że jako parafia posiadają one cmentarz parafialny, znajdujący się w pobliżu molenny. Jest to niewielki cmentarz, ponieważ obecnie miejscowa molenna służy zaledwie dziesięciu rodzinom staroobrzędowców. Fotografowanie wszystkich opisanych nagrobków okazało się stosunkowo łatwe, choć ich odczytanie sprawiło już większe trudności. Większość inskrypcji (poza jedną) została wykonana w języku staro-cerkiewno-słowiańskim i wczesną cyrylicą.

Na szczęście, moja podstawowa znajomość języka rosyjskiego oraz prostota zapisów na nagrobkach pozwoliły mi na odczytanie wszystkich widocznych tekstów. W jednym przypadku musiałem jednak zwrócić się o pomoc do społeczności. Na kilku bardzo starych kamiennych nagrobkach tekst był tak zatarty, że światło słoneczne padające bezpośrednio na powierzchnię uniemożliwiało odczytanie czegokolwiek ze zdjęć. Dodatkowo, w kilku przypadkach liście zarośli lub kwiaty dekorujące pomniki zasłaniały fragmenty dat.

Planuję ponownie odwiedzić Wodziłki, nie tylko po to, aby uzupełnić braki w dokumentacji nagrobków, ale także by podziwiać zabytkową molennę, stare wiejskie zabudowania oraz piękno Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Każda wizyta w tym miejscu to wyjątkowa okazja do zgłębiania historii staroobrzędowców oraz doświadczania uroków tego malowniczego regionu.

Ostatecznie udało mi się opisać 60 grobów, w których pochowano 94 osoby. Najstarszy zapisany pochówek pochodzi z 1919 roku, a najwcześniej urodzonymi osobami są Paweł i Tatiana Nowikowowie, którzy oboje przyszli na świat w 1855 roku. Imiona na nagrobkach pozostawiłem w oryginalnej formie, mimo że wiele z nich ma polskie odpowiedniki. Wszystkie dane dostępne są (lub za chwilę będą) w wyszukiwarce Geneo.

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Cmentarz mariawicki w Filipowie

W ostatnią sobotę, 11 maja po raz pierwszy zawitałem do Filipowa, a konkretnie na cmentarz mariawicki położony po lewej stronie drogi wiodącej do Filipowa od Bakałarzewa, na przeciwko cmentarza katolickiego. Cmentarzyk maleńki, jako że mała była społeczność mariawitów żyjących w okolicach Filipowa. Ostatecznie naliczyłem 32 oznakowane groby i kilkanaście nieoznakowanych lub gdzie napisy są już zupełnie nieczytelne. Mimo, że cmentarz jest mały, to ku mojemu zdziwieniu doczekał się swojej strony w wikipedii. Można tam poczytać o cmentarzu, powstaniu społeczności mariawickiej w Filipowie i mariawitach w ogóle.

W każdym razie po przekroczeniu linii rozpadającego się murowanego ogrodzeniu od razu zakiełkowała we mnie myśl, by sfotografować wszystkie oznakowane nagrobki, a następnie w domowym zaciszu spisać istotne dla genealogów informacje na nich zawarte. Tak też uczyniłem i z tych 32 nagrobków spisałem 52 pochowane tam osoby. Dane są już dostępne w wyszukiwarce Geneo. Niby niewiele, ale niewielkim wysiłkiem udało się opisać wszystkich pochowanych na tym cmentarzyku, a więc zamknąć ten projekcik w kilka dni po jego otwarciu. Cmentarz powstał około 1909 roku, ale najstarszy (zidentyfikowany) pochówek jest dopiero z roku 1917. Jednak najwcześniej urodzoną osobą pochowaną na cmentarzu mariawickim jest Leon Grabowski ur. około 1851 roku. Numeracja grobów jest arbitralna. Zapraszam też do oglądnięcia zdjęć z tego cmentarza.

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Do Dworku Brzostowskiego

Podczas ostatniego spotkania członków JZI miałem okazję odwiedzić tereny, na których położony jest dworek Karola hr. Brzostowskiego. Postać niezwykle zasłużona dla Ziemi Sztabińskiej, właściciel huty wyrobów żeliwnych i wielu innych fabryk, inicjator reformy rolnej na tym terenie.

Dworek położony jest w odległości niecałych 3 km od Kryłatki, gdzie się spotykaliśmy, a więc na tyle blisko, by dotrzeć doń piechotą. Był to całkiem przyjemny marsz - poranek był rześki, ale słoneczny i bezwietrzny. Na początku ubiegłego roku JZI, rękami głównie Zbyszka Mierzejewskiego, rozpętał całkiem solidną burzę wokół zniszczeń i dewastacji jakim dworek od lat ulega. Zbyszek zainicjował m.in. akcję zbierania podpisów pod petycją, w której apelował jako Stowarzyszenie JZI przynajmniej o należyte zabezpieczenie budowli, aby dewastacja nie postępowała dalej. Ten apel można przeczytać here. Natomiast stan dworku w tamtym czasie został utrwalony przez Tomka Chilickiego w tej galerii. W kolejnych miesiącach Wojewódzki Konserwator Zabytków w Białymstoku zarzekał się, że rozmowy z obecnym właścicielem dworku zostały podjęte i obiecano szybkie zabezpieczenie budynku. Idąc więc w kierunku zabytku chciałem sprawdzić, czy rzeczywiście coś się zadziało.

Na końcu asfaltowego odcinka głównej drogi dojazdowej od strony Podcisówka znalazł się sporych rozmiarów wał ziemny uniemożliwiający dalszy dojazd pojazdom czterokołowym. Pomyślałem: "Dobrze, że jestem pieszo!". Po sforsowaniu tej przeszkody wzrok przyciąga oficyna, już teraz zupełnie opuszczona. Jest ona jeszcze w dość przyzwoitym stanie, ale kto wie jak długo w takim pozostanie. Już szyby w oknach są powybijane, a dach pokryty jest grubą warstwą mchu.

Niestety, wchodząc dalej w zarośla wrażenia były coraz gorsze. Od tyłu, czyli od strony Podcisówka dworek wygląda gorzej niż rok temu. Folia zabezpieczająca na dachu jest mocniej rozerwana i woda opadowa swobodnie penetruje dziurawy dach.

Od wschodnie strony sytuacja jest analogiczna. Na zacienionej elewacji rozgościł się grzyb, mech i porosty. Za chwilę zacznie odpadać odsłaniając wrażliwą cegłę. Miejscami już się to dzieje.

Najgorzej sytuacja przedstawia się od północnej strony, gdzie słońce zagląda najrzadziej. Tu brzózka na dachu urosła o kolejne centymetry, odpadły kolejne połacie tynku. Wszystko pootwierane, szyby powybijane. Wokół walają się sterty śmieci...

Jeszcze przez kilkanaście minut podczas powrotu myślałem o właścicielu, który zasłaniając się skomplikowaną sytuacją majątkową nie zrobił nic, aby ratować ten piękny zabytek. O urzędnikach, którzy zaczęli działać dopiero, pod presją akcji zbierania podpisów i medialnego szumu wokół tematu. No i oczywiście o tym, że wystosowawszy odpowiednie pisma uznali, że wykonali kawał dobrej roboty. Jak tak dalej pójdzie dworek Brzostowskiego podzieli los jego huty żeliwa, huty szklanej czy fabryki maszyn rolniczych. I tylko żeliwne krzyże wykute 150-200 lat temu będą przypominać osobowość, która tak wiele zrobiła dla Ziemi Sztabińskiej, ale i te systematycznie są wymieniane na sztampowe, granitowe nagrobki. Dlaczego nie potrafimy ocalić materialnych świadectw historii? Może po prostu nie chcemy? Ech...

 

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Krasnopol – urodzenia z lat 1878-1886

Indeksowałam kolejną Księgę Urodzeń: 1878-1886 z parafii Krasnopol. Spotykam się z pytaniem, po co grzebać w starych księgach, zwłaszcza pisanych po rosyjsku. Dla mnie jest istotne przywrócenie pamięci nie tylko o ludziach, który żyli ponad 150 lat temu, ale i o miejscach, po których zostały już tylko nazwy i puste pola.

Doskonale pamiętam z dzieciństwa miejsce w lesie nad rzeką Marychą zwane Ostoja Bobrów, czyli Rutka Pachuckich. Pochodzi z niej 20 aktów chrztów z księgi, którą indeksowałam oraz ponad 40 różnych mieszkańców – gospodarzy. Powtarzają się wśród nich nazwiska: Pachucki, Konefko, Jatkowski, Sakowicz, Paszkiewicz, Łaniewski, Zalewski, Jagłowski i Miszkiel. Była to wówczas wieś tętniąca życiem, pięknie usytuowana nad rzeką. Dziś pozostały zaledwie dwa domostwa i puste pole w środku lasu. Chciałabym, aby pamięć o jej mieszkańcach pozostała, chociażby w bazie danych naszej wyszukiwarki.

Jesienią zeszłego roku, na szlaku wędrówki “Wilczym tropem” z Głębokiego Brodu natrafiłam na miejsce, gdzie kiedyś istniały Adamowe Łączki, malowniczo położone nad Czarną Hańczą. Ta miejscowość występuje w metrykach krasnopolskich, jednak nie miałam wcześniej o niej pojęcia, ponieważ praktycznie przestała istnieć. To przepiękne miejsce, choć pamięć o jej mieszkańcach zachowała się tylko w metrykach. Mieszkali tu:

  • gospodarz Michał Zubowicz z żoną Teklą ze Stabińskich i synem Michałem,
  • robotnik Antoni Zubowicz z żoną Ewą z Malinowskich i dziećmi Aleksandrą i Marianną,
  • gospodarz Franciszek Węgrowski z żoną Ludwiką ze Stroniewskich i córką Apolonią,
  • strzelec lasów Cyprian Gozdziewski z żoną Marianna ze Stankiewiczów z córką Bronisławą,
  • robotnik Franciszek Kulbacki z żoną Ludwiką z Węgrzynowiczów i córką Heleną.

Wymienieni tu mieszkańcy stanowili jedynie niewielką część społeczności tej wsi, jednak ta liczba wystarczyłaby dla założenia wiejskiego klubu przedszkolaka dla ich dzieci.

Podczas indeksowania tej księgi napotkałam problem z odnalezieniem kilku miejscowości, które już przestały istnieć i trudno jest je zlokalizować na mapach. Wzięłam sobie do serca apel o dokładne weryfikowanie nazw miejscowości, ale mimo przeszukiwań w naszej bazie danych, niektóre z nich pozostały niezidentyfikowane. Na przykład miejscowość Podlipinki występuje w naszej wyszukiwarce tylko raz, w parafii rajgrodzkiej, i dotyczy ślubu Bolesława Trockiego i Marianny Kuczyńskiej. Okazało się, że pan młody Bolesław Trocki – ochrzczony w parafii krasnopolskiej w 1884 r. pod nr aktu 23, urodził się właśnie w Podlipince. W księdze, którą indeksowałam miejscowość Podlipinki pojawia się trzykrotnie w zwiazku z aktami dotyczącymi synów Józefa Trockiego, strzelca lasów rządowych, a świadkowie chrztów pochodzą z Pogorzelca, sugerując, że to raczej pobliska miejscowość. Miałam także problem z miejscowością Zagorce, jednak fakt, że świadkowie urodzenia dziecka pochodzą z Żubranajcia, sugeruje, że mogła to być miejscowość sąsiednia. Podmurowany Most prawdopodobnie znajdował się w okolicach Murowanego Mostu, mimo że świadkowie pochodzą z Krasnopola. Starałam się jak najlepiej zweryfikować nazwy miejscowości.

Większość parafian krasnopolskich w indeksowanych latach to gospodarze i robotnicy, jednak niektórzy z nich potrafili czytać i pisać. Gospodarzami, którzy podpisali się po polsku byli: Franciszek Abramowicz z Krasnopola, Dominik Sosnowski z Krasnopola, Józef Wołengiewicz ze Żłobina, Adam Morgiewicz ze Żłobina. Osoby zajmujące jakiekolwiek funkcje publiczne podpisywały się zazwyczaj po rosyjsku i byli wśród nich:  Stanisław Nowicki, nauczyciel szkoły w Krasnopolu, Ignacy Biernacki, urzędnik miasta Sejny, Paweł Kuczyński, który w 1879 r. figurował jako pisarz gminny oraz strażnicy ziemscy Ignacy Kondrat i Wincenty Janulewicz. Dzięki wpisom w księgach metrykalnych wiemy, że młodym stolarzem w Krasnopolu był Stanisław Pachucki, zaś organistą nadal pozostawał Michał Piotrowski. W niektórych metrykach przeplatają się dane rodziców, świadków i rodziców chrzestnych: Wincenty Kulesza, pisarz gminny z Krasnopola, Maciej Fiłonowicz, właściciel majątku Bursynowizna i Wincenty Kulwieć, dzierżawca folwarku Jegliniszki, co świadczy o bliskich kontaktach towarzyskich między rodzinami.

Proboszczem w Krasnopolu był ksiądz Piotr Wnorowski, który pełnił tę funkcję przez prawie 19 lat. Wspomagali go dwaj księża: ks. Maciej Brzozowski i ks. Maciej Pietrajtys, prawdopodobnie wikariusze. W 1885 r. obowiązki proboszcza przejął ks. Józef Steponaitys (prawdopodobnie z powodu choroby lub innych niedomagań proboszcza) i prowadził zindeksowaną przez mnie księgę do końca, czyli do początku 1886 r. Ksiądz Piotr Wnorowski zmarł 26 listopada 1885 r. i został pochowany na miejscowym cmentarzu. Jego grób jest starannie utrzymany; zachował się na nim piękny, kuty krzyż ze szczegółowymi informacjami o zmarłym. Jest to dowód na szacunek, jakim darzono ks. Piotra Wnorowskiego.

Na cmentarzu parafialnym zachowały się nieliczne nagrobki mieszkańców, których urodzenia zapisano w indeksowanej księdze urodzeń z lat 1878-1886, jednakże pamięć o nich niech pozostanie jako efekt żmudnej i pasjonującej mojej pracy.

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Smutny Dzień Ziemi

Nie było zimy, nie ma wiosny, na całym świecie szaleje pandemia. Do tego potworna susza na podlaskiej ziemi. Wydawało się, że nic gorszego nie może nas spotkać. Żyliśmy nadzieją na otwarcie dostępu do lasów i parków, żeby nieco bardziej odetchnąć.

Dla mnie ważny był Dzień Ziemi – wiadomo, przewodnik terenowy po Biebrzańskim Parku Narodowym. Człowiek, który całe życie mieszka w okolicy „raju na ziemi”, jak to miłośnicy przyrody nazywają nasz skrawek Polski. Wydawało się, że będzie lepiej, że będzie normalnie.

Wydawało się.

Niedziela, 19 kwietnia 2020, nieco po godzinie 20. Nagle przeraźliwy dźwięk strażackiej syreny. Gdzieś nieszczęście – wypadek? Pożar? Szybko założyłem buty na nogi i wybiegłem na zewnątrz. Rozejrzałem się wokół, lecz nic złego nie dało się zauważyć. Słychać było jednak sygnał innej jednostki.

Oj, niedobrze.

Obserwuję błyskające, niebieskie światła wozów strażackich – kierują się na most przez Biebrzę w Dolistowie. Rozejrzałem się dokładniej i zauważyłem coraz większa łunę. Jadą następne jednostki. Zrozumiałem. Palą się łąki, na moje oko gdzieś w okolicy Polkowa, Kopytkowa. Był to początek ogromnego pożaru w Biebrzańskim Parku Narodowym. Jak dużego, jeszcze nie wadomo.

W chwili pisania tego tekstu nierówna walka z żywiołem trwa czwarty dzień. Strażacy z kilku powiatów – ochotnicy i zawodowi – i okoliczni mieszkańcy dzień i noc toczą bój z żywiołem. Działania na ziemi wspomagają z nieba cztery samoloty Lasów Państwowych. Na pomoc jadą strażacy z Krakowa, Poznania i Nowego Miasta Lubawskiego. Płyną pieniądze na sprzęt i paliwo – datki można wpłacać na specjalne konto, które znaleźć można na stronie Biebrzańskiego PN.

W poniedziałek ogień dotarł na wysokość Dolistowa. Byłem – można powiedzieć – w samym epicentrum żywiołu. Widziałem w życiu wiele pożarów, w tym pożary łąk, ale ogrom tego mnie przeraził. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, ogień i spalona ziemia, kłęby dymu widoczne podobno z wielu kilometrów. Zmęczeni i umorusani strażacy, często nie mający czasu na łyk wody czy zjedzenie kanapki.

Trzeba wiedzieć, w jakim niebezpiecznym i trudnym terenie pracują ci ludzie. W Dolistowie 15 wozów straży, samoloty, 3 traktory wyciągają zapadające się w torfie samochody.

I ta ludzka bezsilność.

Wiele kilometrów i to w różnych miejscach, ściany ognia. W jednym miejscu udało się opanować ogień. Strażacy wzięli głęboki oddech i przemieszczają się w inne miejsce, aż tu nagle podmuch wiatru i na nowo rozgorzało – trzeba wracać i znowu gasić to samo miejsce, a trawa pali się „z wiatrem i pod wiatr”. Kolejne dni i pożar dociera na wysokość Wrocenia, Dawidowizny, Goniądza – jeszcze pali się koło Kopytkowa. Goreją trawy, drzewa, zwierzęta. PRZYRODA.

Całe szczęście, że jest to teren słabo zamieszkały – do tego czasu nie ma strat w ludziach i budynkach, ale 4 000 hektarów poszło z dymem.

A ile jeszcze?

BOŻE! Ześlij nam deszcz, błagamy.

We wtorek, 21 kwietnia po południu, wybrałem się na pogorzelisko w okolicy Dolistowa. Pięć godzin, trochę pieszo, trochę traktorem po spalonych bezdrożach. Wokół czarna ziemia, wystające, spalone kikuty wszechobecnej turzycy, brzozy osmalone do wysokości 4 – 5 metrów, przypalone wierzby. Tu i tam lekki dymek unosi się z resztek korzeni brzozy czy innego drzewa, które uschło jakiś czas temu.

W całym tym nieszczęściu jest jeszcze jedna ważna sprawa – pali się trawa i wszystko, co jest na powierzchni ziemi. Niestety, gdyby ogień przedostał się głębiej, do torfu, to pożar może trwać miesiącami. W czasie swojej eskapady znalazłem dwa spalone łosie i kilkanaście resztek po gniazdach.

Coś strasznego.

Kiedy adrenalina i złość trochę opadły, zacząłem baczniej rozglądać się za życiem. Trochę znalazłem: 1 sarenka, 3 bażanty, para kaczek krzyżówek. Usłyszałem też, a potem i zobaczyłem kszyka, a także troszkę ptasiej „drobnicy”. Im się udało, ale gniazda, jaja i pewnie część lęgów mamy stracone.

Przerażająca jest opowieść strażaków, którzy widzieli, jak koło Wrocenia samica bielika starała się obronić gniazdo. Smutne i straszne, po prostu brak słów. I jeszcze coś – zajechałem na swoją łąkę. Mamy tam kilkanaście brzózek. Wszystko opalone. Szkoda, ale wśród tej spalenizny stało nienaruszone jedno źdźbło turzycy.

W pewnym momencie usiadł na nim mały ptaszek (za daleko, żeby rozpoznać) i przez moment zaśpiewał i odleciał, a ja poczułem, że mam mokre oczy. Kiedy trochę doszedłem do siebie, pomyślałem: chłopie, a może chciał ci powiedzieć, ten ptaszek „nie martw się, jeszcze będzie dobrze”. No tak, przecież nadzieja umiera ostatnia.

Ale przez wiele lat, a może i nigdy więcej, ta ziemia biebrzańska nie będzie taka sama. Gdzie te kaczeńce, rycyki, kszyki, cudowne w tym czasie bataliony i inne ptactwo, zwierzęta, unikalna roślinność.

A wszystkiemu niestety winny jest człowiek. Nie mnie prowadzić dochodzenie, co było zarzewiem ognia. Czy była to jakaś szklana butelka, czy niedopałek papierosa, czy… aż strach pomyśleć. Ale mogło być i tak.

Gorycz, smutek, żal i bezsilność z jednej strony, a z drugiej ewangeliczna wiara, nadzieja i miłość. Miłujmy tę przyrodę z nadzieją i wiarą, a będzie lepiej.

 

Artykuł ukazał się w numerze 5/2020 miesięcznika “Nasz Sztabiński Dom”
 
Opublikowano Dodaj komentarz

Urzędy fikcyjne

Podczas weryfikacji akt chrztów z parafii Bakałarzewo z księgi obejmującej lata 1760-1783 natrafiłem na niejakiego Piotra Dobrowolskiego i jego żonę Annę, oboje szlachetnych. Nic w tym niezwykłego oczywiście, gdyby nie tytuł, który mnie zafrapował: skarbnik derpski i skarbniczyni derpska. Pewnie każdy historyk zajmujący się historią I Rzeczypospolitej od razu by wiedział o co chodzi, ale ja z historią stykam się głównie przy okazji genealogii.

W tej metryce chrztu z parafii Bakałarzewo z 7 listopada 1770 r. chrzestnym jest szlachetny Piotr Dobrowolski, skarbnik derpski
W tej metryce chrztu z parafii Bakałarzewo z 7 listopada 1770 r. chrzestnym jest szlachetny Piotr Dobrowolski, skarbnik derpski

Otóż w 1598 r. za rządów króla Zygmunta II Wazy utworzono na Inflantach województwo dorpackie zwane również derpskim. Jego stolicą było miasto Dorpat (obecnie Tartu w Estonii). W XVII wieku toczyły się walki polsko-szwedzkie o Inflanty, w wyniku których znaczna, północno-zachodnia część tego obszaru przypadła Szwecji (1621), co zostało potwierdzone rozejmem altmarskim (1629) i następne pokojem oliwskim (1660). Dotyczyło to także województwa dorpackiego (derpskiego), które przestało istnieć.

Województwo dorpackie, jak każde inne województwo Rzeczypospolitej miało swoje urzędy: wojewody, kasztelana, starostów, skarbników itd. Cóż więc dziwnego, że w księgach metrykalnych wzmiankuje się skarbnika derpskiego? Nic, poza faktem, że w okresie tworzenia wspomnianej na początku księgi bakałarzewskiej województwo dorpackie nie istnieje od ok. 150 lat!

Próbując zgłębić tę zagadkę dokopałem się do informacji, że mimo likwidacji województwa dorpackiego (również wendeńskiego, parnańskiego, smoleńskiego i czernichowskiego) administracja tych województw nie przestała istnieć i utrzymała się do końca Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a więc do roku 1795 (a nawet nieco dłużej, o czym za chwilę). Wydawano przywileje i nominacje obejmujące całą hierarchię urzędów ziemskich wymienionych województw.

Istnienie tych fikcyjnych urzędów wynikało ze szczególnej roli urzędu w opinii szlachty, dla której urzędy, w większości i tak honorowe, niezwiązane z wynagrodzeniem ani rzeczywistymi obowiązkami, zastępowały brak arystokratycznych tytułów w czasach, gdy teoretycznie panowała równość szlachecka. Urzędy często w rzeczywistości pełniły funkcję analogiczną do tytułów szlacheckich w innych krajach – określały pozycję danej osoby zgodnie z istniejącą hierarchią urzędów. Jednocześnie posiadanie urzędu podkreślało znaczenie i rolę danego szlachcica jako świadomego obywatela i współtwórcy Pospolitej Rzeczy.

Wyrazem tęsknoty za urzędami, których przy dużej ilości szlachty zawsze brakowało, mimo rozbudowanej hierarchii urzędów, był niespotykany gdzie indziej zwyczaj przechodzenia tytułu urzędowego z ojca na syna (w przypadku braku własnego) lub nawet na wnuka. Syn starosty w takim wypadku tytułował się starościcem, córka starościanką, wnuk, jeśli i on nie doczekał się jakiegoś urzędu, zwał się starościcowiczem, a wnuczka starościcówną. Nie tylko młodzieńcy, ale i dożywający swych lat starcy, nie doczekawszy się urzędu, tytułowali siebie stolnikiewiczami czy rejentowiczami.

Wobec powyższego nie dziwi więc, że w granicach parafii Bakałarzewo (być może we dworze Suchorzec) zamieszkiwali państwo Piotr i Anna Dobrowolscy noszący tyuł skrbnika i skarbniczyni derpskiej. Choć żadnych obowiązków urzędniczych nie wykonywali, przywileje związane z tym stanowiskiem posiadali.

Z kolei w metrykach z parafii Rajgród w latach 1798-1820 pojawiają się Józef i Marianna Dobrowolscy, także skarbnik i skarbniczyna derpska. Józef swój tytuł musiał uzyskać (odziedziczyć – czyżby po Piotrze Dobrowolskim z parafii Bakałarzewskiej?) jeszcze przed rokiem 1795. Posługiwał się nim zapewne do końca życia, choć po roku 1795 żadne przywileje nie były z nim już związane wobec nieistnienia państwa polskiego.

Akt chrztu z parafii Rajgród z 14 kwietnia 1801 r., w którym odnotowano chrzestnego Józefa Dobrowolskiego, skarbnika derpskiego
Akt chrztu z parafii Rajgród z 14 kwietnia 1801 r., w którym odnotowano chrzestnego Józefa Dobrowolskiego, skarbnika derpskiego

Ciekawym pozostawiam poszukanie w Geneo urzędników innych zlikwidowanych województw, a są tacy!

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Z notatnika przewodnika

Biebrzański Park Narodowy – największy park narodowy w Polsce i jeden z większych w Europie. Bezkresne przestrzenie terenów ciekawych przyrodniczo i historycznie. Również ludzie odcisnęli swe piętno na tej biebrzańskiej ziemi. Powstanie styczniowe, partyzantka AK w czasie II wojny światowej, bitwa w ramach operacji Burza 08.09.1944 r. na Piekielnych Wrotach i wiele innych.

Podczas spaceru na Grzędach Szlakiem Polskiego Sybiru” możemy zadumać się nad piękną i nieraz tragiczną historią tego terenu. Tu wspomnimy ludzi, którzy nad Biebrzą się urodzili, tu żyli, pracowali dla dobra i rozkwitu tej pięknej krainy. Wspomnieć trzeba tutaj na przykład Piotra z Goniądza, hr. Karola Brzostowskiego, ojca Andrzeja Czesława Klimuszko, błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszko i wielu innych cichych bohaterów, którzy w znoju i pocie czoła pracowali i pracują, aby biebrzańska kraina rozkwitała, aby tę perełkę pokazywać ludziom z całego świata.

A ludzie są tutaj nie tylko pracowici, ale i wyjątkowo gościnni, otwarci i szczerzy. Tutaj turysta znajdzie nie tylko informacje, ale też i dach nad głową, naje się miejscowych smakołyków i przenocuje wśród świergotu ptaków i zapachów wsi. Wszystko to nad Biebrzą. Starsi mieszkańcy wspominają, że pra­wobrzeżna Biebrza to „mazurska”, a lewobrzeżna to „ruska”, ale o tych podziałach, o Jaćwingach, Mazurach, Rusinach i innych narodowościach w innych wspomnieniach.

Rzeka dzieli, a drogi i mosty łączą. Najbardziej „kultowy” to most kabłąkowy w Dolistowie. To z tego mostu otwiera się panorama największych torfowisk w Europie środkowo-wschodniej. Prawdziwa brama na bagna znajduje się właśnie tutaj. Obojętnie, w którą stronę się skierujemy będziemy w sercu tej dzikiej krainy. Teraz takich mostów już się nie buduje. Kon­strukcja ta w starych przewod­nikach jest określana jako most donikąd i wtedy słusznie, „bo dzisiejsza” droga do Jasionowa zbudowana była trzydzieści lat temu. Wcześniej była przejezdna tylko w czasie suszy, bądź zimą.

Dlaczego ten most nazywam „kultowym”? Dla mnie jest bliski z wielu powodów. Po pierwsze, jest moim rówieśnikiem. Po drugie, w czasie swoich młodzieńczych, wspaniałych lat spędzałem na tym moście wakacyjne wieczory. To stąd wyruszało się z kolegami w truskawki, na jabłka, gruszki, w strąki… Kto dziś delektowałby się zielonym grochem?

Na tym moście niejedna miłość się zaczęła i pewnie niejedna się zakończyła, ech… Po latach wracałem z sentymentem na ten most. Przesiadywałem na poręczy i obserwowałem, obserwowałem, obserwowałem.

Poutworzeniu BPN w 1993 r. coraz częściej pojawiały się samochody z rejestracjami niemieckimi, holenderskimi, a z polskimi z różnych, nawet naj­odleglejszych. zakątków naszego kraju. Ludzie wyposażeni w wodery, lunety, wysokiej klasy lornetki i aparaty fotograficzne z „lufami”. Czego oni tu szukają, zastanawiali się miejscowi. Nie ukrywam – ja też.

Dla nas nadbiebrzańskie tereny kojarzyły się z ciężką pracą. Trzeba było trawę skosić kosą, siano zgrabić grabiami, złożyć w kopę, na nosidłach ponosić do odziomka, zbudować stóg, a zimą powozić do gospo­darstwa. Latem w słonecznym skwarze. przy bzyczeniu komarów, ostrych cięciach ślepaków, bąków i innych „atrakcjach”. Zimą przy mrozie do -30 stopni Celsjusza trzeba było zwieźć siano, jechać do lasu po drzewo.

Ależ to było „sielsko, anielsko” i życie płynęło. Dzisiaj opowiadamy o tym naszym turystom, pokazujemy wiele narzędzi i przedmiotów gospodarstwa domowego oraz wyposażenia wnętrz. Niewyobrażalną skarbnicą pomocną do takich opowieści jest zbiór etnograficzny w Izbie Regionalnej Ziemi Sztabińskiej im. Romana Gębicza w Sztabinie. Moim marzeniem jest utworzenie w naszym gospodarstwie ciągów tzw. tematycznych, na przykład dotyczących przetwarzania wełny i lnu (zaczynalibyśmy od nożyc do strzyżenia owiec, garści wełny i lnu i kończylibyśmy na warsztacie tkackim) lub związanych z obrób­ką drewna tradycyjnymi narzędziami.

Trzeba marzyć, a jest szansa, że marzenia się spełnią.

Artykuł ukazał się w numerze 5/2016 miesięcznika “Nasz Sztabiński Dom”

 

Nadbiebrzańskie krajobrazy w obiektywie Tomka Chilickiego

 

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Z dziejów mostu na rzece Netcie w Augustowie

Istnieją dwie wersje zniszczenia mostu na starym trakcie przez rzekę Nettę. Jedna — że został on rozebrany w zawiązku z budową kanału w 1828 r., druga – że został spalony przez powstańców w 1831 r. Jakkolwiek było, mostu w tym miejscu nie było równo 100 lat.

Powzięte w dniu 15 sierpnia 1927roku uchwały rady miasta rozeszły się po Augustowie już następnego dnia. Szczególnie sprawa budowy mostu przypadła wszystkim do gustu.

Przez całe 100 lat w śnieżne zimy gromady ludzi brnęły po pas w zaspach śnieżnych idąc na cmentarz. Najczęściej od szosy za młynem wkładano trumny z nieboszczykami na sanie, bo nie sposób było iść w tych warunkach z ciężarem i w niewygodnej postawie. Każdego to kiedyś czekało i była to przykra bolączka mieszkańców Augustowa. Rzeka też nie zawsze była bezpieczna do przekraczania w zimie po lodzie. Śluza, a szczególnie jej upusty były w zimie przywarte, a woda pod lodem była w ruchu. Lód był więc słaby i większego ciężaru nie wytrzymywał. Stale, w dzień i w nocy, pracował młyn wodny.

Więc przychodzili ludzie do magistratu, sprawdzali uchwały, pochwalali je i dziękowali za inicjatywę. Przyszli ksiądz proboszcz Chojnowski i rabin z Augustowa wyrazić podziękowanie. Pierwszą rzeczą było zrobić plan mostu, aby przygotować materiały na jego budowę. Inżynier drogowy, Władysław Rudowski, podjął się tego zadania chętnie kosztem dwumiesięcznych poborów (800 zł) z warunkiem zatwierdzenia planu przez Dyrekcję Dróg Wodnych w Wilnie.

Pierwszy plan przewidywał most niski – 1,5 metra nad lustrem wody. Kosztorys budowy takiego mostu wynosił 30 tysięcy złotych. Jednakże Dyrekcja Dróg Wodnych nie zatwierdziła tego planu i zażądała kapitalnego wysokiego na 3,5 metra nad poziomem wody i drugiej kategorii, to jest na podwójnych palach (9 par dla pierwszego przęsła). Podrażało to budowę mostu prawie trzykrotnie, bo nie tylko wymagało dwukrotnie więcej materiału drzewnego, ale wielu olbrzymich śrub i sworzni do wiązania pali.

Budowa mostu według nowej wersji projektu wymagała wysokich rusztowań, dwukrotnie więcej robotników oraz wysokich nasypów ziemnych. Co najgorsze, projekt ten wykluczał oddanie mostu do użytku publicznego w setną rocznicę jego rozbiórki – 1828 roku. Ratowała tę sytuację kolejka na długości przeszło 0,5 km, nabyta od Zarządu Kanału Augustowskiego. Na szczęście w tym terminie nowy most był jako tako zaawansowany, przydatny tylko dla pieszych, a więc i dla konduktów pogrzebowych.

Ugruntowanie się nasypów, które kilkukrotnie trzeba było nadbudowywać wskutek stałego osadzania się, konieczność odarniowania skarp spowodowało, że ostateczne ułożenie nawierzchni twardej i chodników zajęło całe cztery lata.

Najważniejszym osiągnięciem wszakże był pierwszy etap umożliwiający ruch pieszy przez budowany most. Od tego czasu spacery w kierunku mostu grodzieńskiego całkowicie i nieodwołalnie ustały, a cały ruch ludności skierował się na nowy most; na cmentarz, do lasu, do jeziora Necko, do koszar. Rozwiązanie to wypadło bardzo szczęśliwie pod każdym względem i do dziś jest ono widoczne.

Pod koniec drugiej wojny światowej Niemcy zburzyli ten most, podobnie jak inne na Kanale Augustowskim. Rosjanie, wyzwalając miasto od strony północnej, posłużyli się mostem pontonowym, który łączył się z ul. Sienkiewicza (w pobliżu domu państwa Lipskich). Był bardzo niski, więc kiedy ruszyły lody wiosną 1945 roku, woda go zalewała i przejście stało się nie tylko nieprzyjemne, ale i niebezpieczne.

Wkrótce w dawnym miejscu stanął tak zwany most bajlejowski1 (mieszkańcy nazywali go most żelazny) z drewnianymi kładkami dla pieszych po obu stronach. Dopiero pod koniec lat pięćdziesiątych przystąpiono do budowy mostu z prawdziwego zdarzenia, który po kolejnych remontach służy do dziś nie tylko mieszkańcom naszego miasta.


Powyższy tekst pochodzi ze wspomnień Piotra Halickiego, który w latach 1927-29 był burmistrzem Augustowa.

 

Most na Netcie oddany do użytku w 1932 r. Fot. NAC
Most na Netcie oddany do użytku w 1932 r. Fot. NAC

 

Most w 1934 r. Fot. Sz. Lewinson. Ze zbioru Aleksandra Ganuszko
Most w 1934 r. Fot. Sz. Lewinson. Ze zbioru Aleksandra Ganuszko

 

Resztki zniszczonego w trakcie II wojny światowej mostu na Netcie
Resztki zniszczonego w trakcie II wojny światowej mostu na Netcie

 

Most bajlejowski w 1951 r. Drewniane kładki piesze były zbudowane po obu stronach stalowej konstrukcji kratownicowej. Fot. Zdzisław Stefański
Most bajlejowski w 1951 r. Drewniane kładki piesze były zbudowane po obu stronach stalowej konstrukcji kratownicowej. Fot. Zdzisław Stefański

 

Most kratownicowy w Augustowie, widok od strony obecnego portu katamaranów. Kadr z filmu "Ostatni strzał" z 1958 r.
Most kratownicowy w Augustowie, widok od strony obecnego portu katamaranów. Kadr z filmu “Ostatni strzał” z 1958 r.

 

Przejście pod mostem wzdłuż Netty, widok od strony obecnego portu katamaranów. Kadr z filmu "Ostatni strzał" z 1958 r.
Przejście pod mostem wzdłuż Netty, widok od strony obecnego portu katamaranów. Kadr z filmu “Ostatni strzał” z 1958 r.

 

Kładka na Netcie wybudowana na czas budowy współczesnego mostu. Na kładce kondukt pogrzebowy. Rok 1960
Kładka na Netcie wybudowana na czas budowy współczesnego mostu. Na kładce kondukt pogrzebowy. Rok 1960

 

Współczesny most na Netcie w Augustowie wkrótce po otwarciu. Na brzegu widoczne jeszcze baraki budowlane. Fot. Ludwik Jaworski
Współczesny most na Netcie w Augustowie wkrótce po otwarciu. Na brzegu widoczne jeszcze baraki budowlane. Fot. Ludwik Jaworski

 

  1. Most bajlejowski – most stalowy o kratownicowych przęsłach wspartych na palach[]
 
Opublikowano Dodaj komentarz

Mogilnica – Nasz Głos 1933 r. Nr 5 (11)

Poniżej zaprezentowany artykuł z cyklu “Nasze wsie” autorstwa Stanisława Wysockiego, ukazał się w numerze 5 (11) 1933 roku w augustowskim piśmie regionalnym „Nasz Głosˮ. Zachowano oryginalną pisownię.

Na południowych granicach naszego powiatu, w dorzeczu kanału Augustowskiego, tuż przy drodze powiatowej, wiodącej z Augustowa w stronę Białegostoku, położona jest jedna z najstarszych i najpiękniejszych wsi naszego powiatu — wieś Mogilnica. Prawdziwy typ wsi polskiej, zaścianka szlacheckiego. Zamieszkana jest przez ludność rdzennie polską, wyznania rz.-katol. bardzo ceniącą tradycję i formy ludowe. Śmiałoby można powiedzieć. że na terenie powiatu, Mogilniczanie stanowią odrębny odłam ludności. Przodkowie ich to szlachta łanowa, rekrutująca się ze słynnej piechoty wybranieckiej Stefana Batorego. Osadzeni na gruntach królewskich, zagospodarowali się wzorowo.

Wieś położona w linji prostej w kierunku ze wschodu na zachód, ma szeroką alejową ulicę, wyłożoną polnym kamieniem, po stronie północnej postawione są domy mieszkalne i chlewy, z przeciwnej zaś strony, rzędem wzdłuż całej wsi, ciągnie się pasmo stodół i śpichlerzy. Domy są otoczone sadami i kwietnikami. W całości wieś wygląda imponująco, poważnie. Turysta na pierwszy rzut oka potrafi ocenić i uznać wysiłek pracy kilku pokoleń, porządek i estetyczny wygląd wsi.

Ludność jest pracowita i sumienna. Spotyka się przeważnie charaktery urobione, twarde, zrównoważone i łagodne. Pozatem cechuje ją jeszcze religijność, uczciwość i zamiłowanie do pracy w gromadzie.

Mogilniczanie noszą się poeuropejsku. Sukmany chłopskie noszą jedynie starsi, lecz obecnie i te są już. rzadko spotykane, młodzież nosi garnitury marynarkowe z wiązanymi krawatami i kapelusze filcowe. Kobiety starsze noszą chustki lub szale, spódnice z zakładanemi fałdami t. zw. „w trzy brety”, dziewczęta natomiast noszą się modnie, ubierając się w suknie, często z droższych tkanin. Za przykrycie głowy służą kapelusze lub berety sportowe. Wszyscy z zamiłowaniem poświęcają się pracy na roli, a w wolnych chwilach starsi politykują, młodzież zaś oddaje się zabawom ze śpiewami i pląsami. Praca na roli jest jedynem zasadniczem źródłem dochodów, oprócz której mieszkańcy jeszcze zarabiają w lasach państwowych przy wywózkach i trzebieżach.

Mogilnica ma również piękne karty w historji. W czasach walk powstańczych 1831 i 1863 r. ludność miejscowa występowała zbrojnie przeciwko zaborcom. Młodzież ówczesna organizowała się w oddziały powstańcze i staczała boje na Ruskiej Górze, w uroczysku „Kunicha” i „Pobojna”. Z tych właśnie czasów istnieje bardzo wiele legend ludowych np. o złotym koniu na „Pobojnie”, lub skarbach na „Ruskiej Górze”, jakie mieli ukryć powstańcy przed wojskami rosyjskiemi. (O szczegółach napiszę innym razem).

Po wybuchu wojny światowej, Mogilniczanie energicznie organizowali się w oddziały P. O. W. Brali udział w walkach z Niemcami pod Czarniewem i Jaminami, wreszcie całym oddziałem przystąpiono do 4 kompanji 41 p. p.

Mogilniczanie będąc z krwi i kości ludźmi rycerskiego ducha i obecnie chętnie garną się do pracy organizacyjnej. Na terenie gminy Dębowo, wieś Mogilnica jest kuźnią roboty społecznej i ośrodkiem ruchu organizacyjnego. Istnieje tutaj męski oddział Związku Strzeleckiego, liczący 30 ludzi i oddział żeński liczący 12 strzelczyń. Obydwa oddziały uprawiają przysposobienie rolnicze; zaś oddział męski jest dość daleko posunięty w przysposobieniu wojskowem. Oba oddziały współpracują z sobą. Urządzają obchody uroczystości narodowych, wspólne wieczornice z przedstawieniami, latem zaś majówki na świeżem powietrzu. Do większych uroczystości miejscowych zalicza się dzień 3-go Maja, po którym w pierwszą niedzielę, co roku, oddziały Zw. Strz. urządzają majówkę z zawodami sportowymi na uroczysku „Ostrzełek”.

Na polu pracy społecznej wielkie zasługi położyła b. nauczycielka p. Janina Maksymowiczówna, założycielka żeńskiego oddziału Zw. Strz. i kilkoletnia referentka wych. obyw. oddziałów Mogilnice. Po odwołaniu Jej przez władze szkolne do Hołynki pozostały jeno wspomnienia oraz żywe serca bijące miłością i szacunkiem do przewodniczki duchowej — pionierki ruchu strzeleckiego w Mogilnicy.

Oprócz p. Maksymowiczówny w organizacji „Strzelca” zasługi położyli: Wacław Tomaszewski, miejscowy włościanin, Władysław Rzepko, b. komendant oddziału i Franciszek Duczyński, leśniczy, którzy żywo i gorąco zajęli się oddziałami Zw. Strz. po wyjeździe p. Maksymowiczówny.

Gdyby nie okoliczności, składające się niepomyślnie dla ruchu społecznego, Mogilnica dawałaby wszelkie gwarancje najwyższego rozwoju organizacji. Z niewiadomych powodów władze szkolne postanowiły zlikwidować miejscową szkołę. Dzięki energicznym wystąpieniom miejscowej ludności oraz poparciu władz administracyjnej i samorządowych, po zamknięciu szkoły we wrześniu 1932 roku zdołano w grudniu tegoż roku ponownie szkołę przywrócić, lecz według wszelkiego prawdopodobieństwa, z nowym rokiem szkolnym władze projektują nowy atak na szkołę. Mogilniczanie zajmują stanowisko wyraźne i zdecydowane, przy którem wszelkiemi siłami będą szkoły bronili, chociażby im przyszło ponieść największe ofiary, gdyż po zlikwidowaniu szkoły i odwołaniu miejscowego nauczyciela, zbraknie w Mogilnicy jednostki będącej ostoją zarówno organizacji jak też i biblioteki, nie mówiąc już o niemożności kształcenia dzieci.

Pod względem turystycznym Mogielnica ma położenie bardzo pomyślne; położona jest między uroczyskami lasów państwowych „Ostrzełkiem” i „Kunichą”. Tereny suche, piaszczyste, lasy iglaste, obfite w zwierzynę, jagody i grzyby. Zawdzięczając jedynie drogom wodnym, ma doskonałą komunikację w jedną stronę z Augustowem, w drugą zaś przez Biebrzę, Narew i Wisłę z Polską Środkową i Pomorzem. W czasie więc wycieczek letnich, możnaby wykorzystać malownicze zakątki południowych krańców naszego powiatu, lecz niestety, okolice te są najmniej zwiedzane przez wycieczkowiczów, których kanałem Augustowskim ciągną się rzesze w kierunku do jezior Mazurskich, nie zatrzymujących się tutaj. Za usprawiedliwienie posłuży uwaga, iż Mogilnica aczkolwiek leży nad kanałem Augustowskim, to jednak połączenie z kanałem ma przez groblę, prowadzącą na Dębowo. Największą właśnie bolączką nie tylko Mogilnicy, lecz wszystkich tutejszych miejscowości, jest bardzo zły stan dróg powiatowych, raczej podobnych do rowów i wertepów, niż do dróg oddanych do użytku miejscowej ludności. Grobla prowadząca przez błotniste łąki z Mogilnic do Dębowo, w porze wiosennej i jesiennej jest nie do przebycia. Dotychczas bardzo dużo mówiło się o reparacji powyższej drogi, lecz projekty spełzły na niczem, a stan dróg z roku na rok pogarsza się.

Drogą powiatową Mogilnica ma połączenie z Augustowem przez Promiski i Białobrzegi. Odległość około 20 klm. przebywa się końmi w 3-y godziny. Do jazdy rowerem lub motocyklem służą dróżki boczne, twarde, zupełnie nadające się dla ruchu kołowego. W kierunku południowym, drogą powiatową łączy się z Białystokiem przez Dolistowo i Osowiec, gdzie do szosy około 10 klm.

Najbliższy Urząd Pocztowy i Zbiornica P. K. O. mieści się w Sztabinie, oddalonym piękną drogą polną i leśną o 7 klm. Urząd gminy Dębowo, telefon, Kasa Stefczyka oraz zakłady gastronomiczne i sklepy spożywcze, mieszczące się w Jaminach, oddalonych o 2 klm. od Mogilnic. Na miejscu można zakupić po bardzo niskich cenach, artykuły spożywcze i nabiał. Pewną trudność sprawia zakup mięsa, które trzeba sprowadzać ze Sztabina lub Augustowa.

Ludność jest bardzo gościnna i chętnie wita wycieczkowiczów.

Okolice Mogilnicy mogą być wykorzystane jako tereny turystyczne II klasy. Okolice piękne, swojskie, iście sienkiewiczowskie, tu zagroda, tam zagajnik, ówdzie sędziwy las, działają na człowieka, szukającego w przyrodzie uroku, a na łonie natury — wypoczynku po dniach pracy i znoju. Aczkolwiek poza lasami, miłą ludnością, kanałem Augustowskim i Biebrzą, niema tego, czego się u nas ogólnie wymaga, połaci jezior, to jednak okolice Mogilnicy są urocze, a przedewszystkiem zdrowe. Turyście szukającemu urozmaiconego krajobrazu i suchej miejscowości, nie żaglowcowi i kajakowcowi, lecz amatorowi wędki, piechurowi lub cykliście, gorąco zalecałbym zwiedzenie tych okolic.

Dla rybołówstwa są warunki bardzo pomyślne. Kanał Augustowski w okolicy Dębowa oraz rzeka Biebrza odległa od Mogilnic o 2 klm. są bardzo rybne, a zwłaszcza w jazie i węgorze, natomiast trudno spotkać leszcza.

Komu wiec odpowiadają warunki Mogilnicy, powinien koniecznie zwiedzić królewską wieś, kogo zaś bardziej interesuje żagiel, wiosło lub wreszcie urocza Rusałka, to już bezsprzecznie powinien na wypoczynek udać się do Studzienicznej lub Serw.

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Krewniak Starke z CIA

Nazwisko Starke nie robi wrażenia na żadnym z członków mojej rodziny czy znajomych. Nie mając genealogicznej wiedzy o tej rodzinie trudno domyślić się, że przybrał je sobie na amerykańskie nowe życie urodzony w Lipowie Jan Stankiewicz (1877- 1955). Nie jest powszechnie znane też, że ten Jan po przybyciu do Stanów w 1900 roku, ożenił się z Bronisławą Łabanowską (1887- 1977) z Łopuchowa pod Sejnami, wnuczką Tomasza (1835- 1889) i Floryanny Szczudło (1834-1900). Ślub dany był w 1904 roku w Shenandoah, Pensylwania. Para ta miała siedmioro dzieci: Nell (1905- 2001), Mary (1907- 2000), Edna (1909- 2013), John (1912- 2007), Irene (1915- 2007), Richard (1923- 1944) i Raymond (1925- 2013).

Najmłodszy z rodzeństwa Raymond Starke w skrócie zwany Ray’em, tak jak reszta dzieci Jana i Bronisławy, urodził się w Shenandoah, górniczym miasteczku w stanie Pensylwania. Z jakichś przyczyn pojawiało się tam wielu Polaków z Suwalszczyzny, o czym mogłem przekonać się w czasie pobytu na tamtejszych cmentarzach w 2014 roku.

Ray uczył się w szkole podstawowej w Shenandoah, a następnie poszedł do St. John’s College Annapolis Maryland, gdzie dostał się zajmując limitowane miejsce zabitego w 1944 roku na wojnie we Francji brata Richarda. Po zdobyciu wykształcenia wstąpił do CIA (Central Inteligence Agency) i jako pracownik agencji był wysyłany w różne miejsca pracy. Świadom ryzykowności swojej pracy, miał dobry zwyczaj listownego informowania rodziny o miejscu swojego aktualnego pobytu. Zgodnie z umową list miał być otwarty dopiero wtedy, gdy nie odzywał się przez dłuższy czas. Jedną z destynacji agenta Starke była powojenna Polska, dokąd trafił w ramach porozumienia z polskimi władzami. Jednak został zdemaskowany i bez wiedzy patronów z USA osadzony w areszcie. W tym czasie był w narzeczeńskim związku z córką ówczesnego ambasadora USA w Szwecji. Kiedy dłuższy czas do niej się nie odzywał, poprosiła o interwencję ojca, który wydobył więźnia z aresztu. W czasie pobytu w areszcie Ray nie przyznał się, że zna język polski. Wspominając później ten trudny czas jako coś niezwykłego opowiadał, że co rano wszyscy więźniowie rozpoczynali dzień od śpiewania pieśni „Boże coś Polskę”.

W okresie późniejszym, już w Ameryce Raymond Starke poznał Hortensję Lopez Lagudę (1920- 2010, fot. obok, źródło: Find A Grave), która pochodziła z Filipin. Ray został ostrzeżony przez władze agencji, że jeśli będzie chciał się z nią ożenić, musi zrezygnować z pracy w CIA, gdyż nie była obywatelką USA. Takie było prawo. Ray zdecydował się na małżeństwo z Filipinką kosztem pracy w wywiadzie, mimo że szefem był wówczas jego dobry kolega.

Hortensja Laguda przed Rayem miała już związek z Georgem Hodelem (1907- 1999), który był jednym z licznych podejrzanych w głośnej, szeroko opisywanej w amerykańskich mediach sprawie makabrycznego zabójstwa kelnerki Elizabeth Short znanej jako „Black Dahlia Murderer”. Hortensja miała z nim czworo dzieci. Rodzina Hortensji Laguda w Negros na Filipinach miała wielkie plantacje trzciny cukrowej. Ray z Hortensją założyli plantację na Florydzie. Kiedy ciągle jeździła tam i z powrotem na Filipiny, zostawiając czwórkę swoich dzieci mężowi (była na Filipinach senatorem), relacje małżonków się pogorszyły. Nie mógł sobie dać z tym rady, bo mimo że formalnie poza firmą, faktycznie nadal pracował dla CIA (w sumie 25 lat). W grudniu 1987 roku Ray rozwiódł się z nią i ożenił z Leilą Bray.

Tablica nagrobna pierwszej żony Ray’a Starke

Swoim krewnym Ray zostawił dyspozycję, że chce być pochowany na cmentarzu w Shenandoah, przy rodzicach. Prosił o to swoją kuzynkę Isabelle. Zmarł w roku 2013 na Florydzie. W ceremonii pożegnalnej i pogrzebie na cmentarzu parafii św. Stanisława w Shenandoah była najbliższa rodzina i kuzynka Isabelle. Żona Laila się nie pojawiła.

Konto Ray’a Starke na portalu Find A Grave. Zgodnie ze swoją wolą, pochowany przy rodzicach, z nazwiskiem rodowym ojca, Stankiewicz

Na podstawie informacji Christy Shukaitis opracował Andrzej Szczudło.