Opublikowano Dodaj komentarz

Spotkania innego rodzaju: wspomnienia Suwalczanina

Henry Dorsey (Iska Wigdorczyk)

Listopad 1995

Wczesne dzieciństwo

Pamięć o niektórych wydarzeniach sięga u mnie czwartego roku życia, czyli roku 1923. Uczęszczałem do ochronki, która, jak sądzę, mieściła się na drugim piętrze przy ulicy Kościuszki 54. Było to zaledwie o jeden dom dalej od naszego mieszkania, przy Kościuszki 52.

Raz w tygodniu przychodził do ochronki skrzypek, który grywał z niewielką orkiestrą na żydowskich uroczystościach. Siadał po turecku na środku sali i grał rozmaity repertuar: muzykę klasyczną, taneczną oraz żydowską. My, dzieci, siadaliśmy w kręgu, słuchając uważnie i podśpiewując znane melodie. Bez żadnego powodu, ilekroć grał muzykę klasyczną i wydobywał wysokie dźwięki, ogarniało mnie przerażenie — zaczynałem się trząść i gorzko płakać. Matka i ojciec mieli ze mną każdego ranka nie lada kłopot, by skłonić mnie do pójścia do ochronki mimo moich protestów i łez. W końcu nauczycielka pozwoliła mi podczas zajęć muzycznych wychodzić z sali. Nie potrafię wyjaśnić tej dziecięcej reakcji. Od późnych lat młodzieńczych pokochałem jednak muzykę klasyczną — wysokie i niskie tony — i często chodziłem na koncerty symfoniczne oraz występy skrzypcowe i fortepianowe.

Kolejne zdarzenie również wywarło na mnie wpływ natury psychicznej. W tym wypadku przyczyna jest oczywista. W Suwałkach dwa razy w tygodniu, przez cały rok, odbywały się dni targowe. W te dni miasto tętniło życiem, gdyż kupcy z mniejszych miejscowości przyjeżdżali, by zaopatrzyć się w potrzebne towary. Chłopi z okolicznych wsi przywozili na sprzedaż owoce, warzywa, nabiał oraz drób. Bardzo lubiłem chodzić na targ z matką i naszą służącą, by oglądać te wszystkie barwne artykuły spożywcze. Matka napełniała kosze, a ja chciałem pomagać służącej w ich noszeniu, lecz były dla mnie zbyt ciężkie.

Pod wieczór, gdy chłopi sprzedali już swoje towary i dokonali zakupów, udawali się do szynków, by uczcić udany dzień handlu. W naszej okolicy mieszkali także Białorusini i gdy się upili, bywali bardzo niespokojni. Pewnego dnia targowego stałem późnym popołudniem przed naszym domem i przyglądałem się, jak białoruscy chłopi urządzają wyścigi wozów po brukowanej głównej ulicy — czynili to zresztą dość często. Woźnica na prowadzącym wozie stał wyprostowany, trzymając w ręku bat i popędzając konie do większego wysiłku. Chwiał się i ledwie utrzymywał równowagę. Nagle ją stracił i przeleciał przez przód wozu. Jego nogi zaplątały się między szczeblami z boku, a on uderzył głową o bruk, który rozciął się, pozostawiając za sobą smugę krwi, podczas gdy konie pędziły dalej bez żadnej kontroli. Ten krwawy widok na lata zniechęcił mnie do jedzenia czerwonych pomidorów. Minęło sporo czasu, zanim mi przeszło. Dziś jem pomidory z prawdziwą pasją.

Plac Targowy w Suwałkach, Lata okupacji niemieckiej
Gdy miałem około siedmiu lat, ojciec uznał, że jestem już na tyle duży, by towarzyszyć mu w piątkowe popołudnia w jednej z miejskich łaźni parowych. Najczęściej chodziliśmy do łaźni Kaplana. Do dziś nie jestem pewien, czy zabieranie mnie tam w tak młodym wieku było rozsądne z punktu widzenia zdrowia. Z drugiej jednak strony nie wydaje się, by miało to na mnie zły wpływ. Rozwijałem się fizycznie zupełnie normalnie. Z niecierpliwością czekałem na te wizyty — były dla mnie wielką przyjemnością i źródłem radości.

Pewnego piątku ktoś, chcąc zwiększyć temperaturę i ilość pary, przez nieuwagę wylał wiadro wody, w którym znajdowało się mydło. Niewidoczne opary dały o sobie znać dopiero, gdy opuściliśmy łaźnię. W drodze do domu straciłem przytomność. Ojciec musiał mnie ocucić, sam zresztą ledwo trzymał się na nogach. Tego wieczoru nie poszliśmy, jak co tydzień, do synagogi na modlitwy.

W drodze powrotnej z łaźni parowej w piątkowe wieczory widywałem i słyszałem Strażników Szabatu (Shomrei Shabbat), którzy chodzili od sklepu do sklepu, głośno nawołując do zamykania — zbliżał się bowiem czas rozpoczęcia szabatu. Zwyczajem było, że w większość piątków po kolacji odwiedzaliśmy dziadka i babcię. Stół uginał się od rozmaitych przysmaków. Najbardziej lubiłem bób. Starsi popijali go piwem, a dzieci — oranżadą.

Latem, w czasie przerwy szkolnej, moi rodzice wynajmowali domek (daczę) w Jasionowie, około dziesięciu kilometrów od miasta. Od szosy żwirowej odchodziła piaszczysta droga wiodąca pod górę. Po obu stronach stały chaty zamieszkane przez miejscowych chłopów. Przy każdym obejściu znajdowały się nieodmiennie stodoła, obora i stajnia. Wielu gospodarzy budowało także skromne domki przeznaczone na wynajem. W większości przypadków wynajem takich domków letnikom stanowił ich główne źródło dochodu.

Pierwszy domek przy samej drodze należał do żydowskiej rodziny prowadzącej sklep spożywczy. Mieli konia i wóz, którym przywozili z miasta zaopatrzenie. Niekiedy wielką przyjemnością i urozmaiceniem było pojechać z jednym z ich synów do miasta po towary dla sklepu. Gdy powierzano mi lejce i mogłem prowadzić konia, wydawało mi się, że nie ma mi równego. Było to uczucie podobne do siedzenia za kierownicą samochodu.


Dalsza część tych unikalnych wspomnień dostępna jest dla naszych patronów z progu ŻYDZI SUWALSCY i wyższych. Serdecznie zapraszamy do wspierania naszych działań: https://patronite.pl/jzi

 

Opublikowano Dodaj komentarz

Dziwne przypadki w Suwałkach

Jamiński Zespół Indeksacyjny podjął decyzję o przetłumaczeniu z jidysz na język polski i wydaniu „Księgi pamięci Żydów suwalskich” – jednego z najważniejszych świadectw dotyczących przedwojennej społeczności żydowskiej Suwalszczyzny.

Księga obejmuje nie tylko Suwałki, ale również sztetle związane z gminą suwalską: Bakałarzewo, Wiżajny, Jeleniewo, Sejny, Puńsk, Przerośl, Filipów, Krasnopol i Raczki. To opowieść o ludziach, miejscach i świecie, który niemal całkowicie zniknął w czasie II wojny światowej.

Publikacja będzie dopełnieniem wydanej wcześniej przez JZI „Księgi pamięci Żydów augustowskich” i kolejnym ważnym krokiem w dokumentowaniu historii regionu.

Poniżej publikujemy tłumaczenie jednego z rozdziałów księgi, aby przybliżyć jej charakter i znaczenie.

Row Icchak Ajzyk Chawer

Za moich czasów prawie nikt go już osobiście nie znał, ale w Suwałkach opowiadano o tym uczonym i znamienitym Żydzie rozmaite historie. Na wielkim szyldzie suwalskiej Talmud-Tory aż do samego końca widniało: „Posadowiono przez uczonego cadyka rebego Icchaka Ajzyka Chawera, błogosławionej pamięci”. Starsi przekazali, że jak długo będzie trwała nauka w Talmud-Torze, tak długo wstawiać się będzie jej fundator za miastem, szczególnie w czasie wojny. Podczas pierwszej wojny światowej rzeczywiście nie przerwano studiów i dzięki temu, jak się powiada, miasto cudownie ocalało od zagłady, a Żydzi, których powołano do wojska, wrócili do domu cali i zdrowi. Nie dochodziło do bitew, które mogłyby naruszyć miasto, nikt nie ucierpiał także z powodu bombardowań. Gdy Niemcy wkroczyli do Suwałk, od razu zamknęli Talmud-Torę i wtedy zaczęły się prześladowania miejscowych Żydów.

Rebe z klojza rybackiego

Uzdrowiciel, do którego ludzie przychodzili po błogosławieństwo i amulety. Nazywano go też rebem-uzdrowicielem, bo niosła się wieść o jego cudownej mocy. W naszej rodzinie zdarzyło się, że jedno z dzieci cały czas wpadało w konwulsje. Lekarze byli bezradni, więc matka udała się do owego rebego. Ten kazał jej pójść i nalać z miejskiej pompy wody do buteleczki a przez całą drogę nic nie mówić, tylko w domu położyć ją u wezgłowia dziecka. Przy tym zapewnił ją: „Nie lękaj się. Dziecko wyzdrowieje”. I choroba minęła jak ręką odjął.

Córka tego rebego mieszkała w Suwałkach aż do drugiej wojny światowej, była ubogą wdową i mieszkała w lichej izdebce u reba Arcyka Murarza, wspierana przez miasto. Wszystkie jej dzieci były słabe na umyśle. Księga Chasidim ostrzega przecież przed paraniem się magią, bo stanowi to niebezpieczeństwo zarówno dla tych, którzy się tym zajmują, jak i dla ich dzieci – że albo się ochrzczą, albo postradają zmysły. Wyżej wspomniany uzdrowiciel na pewno był świadom tego niebezpieczeństwa. Jego miłość do ludu Izraela jednak przeważyła i poświęcił się dla niego.

Błogosławieństwo reba Moszego Becalela

Reb Jozef Turecki był Żydem zamożnym. Prowadził handel maszynami do szycia, motocyklami i rowerami, miał też warsztat. Trzymał się z dala od spraw świata żydowskiego, ale któregoś dnia stał się pobożny. Potrzebujących wspierał hojnie, czynił także wiele dobra unikając rozgłosu. Wrócił do religii po przedwczesnej śmierci córki. Gdy później zachorował jego syn Chaim, a lekarze nie dawali mu żadnych szans, udał się do ówczesnego rabina Mosze Becalela i zwierzył się ze swojej zgryzoty. Reb Mosze pobłogosławił go i powiedział: „Twój syn będzie zdrowy”. Błogosławieństwo się spełniło. Chaim cudem ocalał przed nazistami i osiadł w Południowej Afryce.

Przestępstwo ukarane klątwą

Podczas pierwszej wojny światowej miasto cierpiało niedostatek, a mimo to znaleźli się tacy, którzy wywozili jedzenie z Suwałk. Miastu groził głód. Władze zażądały zastosowania radykalnych środków mających zapobiec spekulacji. W mieście nie było naczelnego rabina, który mógłby zdyscyplinować pobratymców. Zostali tylko dajani, którzy nałożyli klątwę na wszystkich nieprzestrzegających zakazu. Ci, którzy się nią nie przejęli, skończyli tragicznie. Od tamtego czasu w Suwałkach bano się mocy takich praktyk.

Upominając się o cześć zmarłych

W roku 1922 roku ptaszki śpiewały o następujących zajściach. W mieszkaniu pewnej Żydówki zamieszkałej przy ulicy Więziennej, coś zaczęło walić w okna. Na początku próbowano to jakoś wyjaśnić. Ludzie przychodzili, aby na własne oczy przekonać się, że dokładnie o północy rozlega się stukanie i że dochodzi ono z zewnątrz. Tak działo się przez dłuższy czas. W mieście opowiadano, że dajan Binjamin Magenca udał się tam z dziesiątką Żydów, żeby odmawiać modlitwy. Na koniec sprawą zajął się stary Zalmele, który, jak powiadano, amuletami uciszył te przedziwne hałasy. Później owa kobieta z nawiedzonego domu opowiadała, że przyczyną wszystkiego było prawdopodobnie to, że jakiś czas wcześniej niefrasobliwie wyrwała źdźbło z grobu rebego Icaka Ajzika Chawera i użyła go jako amuletu, który uzdrowił jej wnuka. Tymczasem, jak piszą w księgach, dusze znajdują spokój i odkupienie właśnie w trawach porastających groby cadyków. Ta opowieść na długo pozostała w pamięci suwalskich Żydów. Już wiele lat później, bo po powstaniu państwa Izraela, pewna kobieta z Suwałk wybrała się na grób rebego Szymona Bar Jochaja w Meronie, aby pomodlić się o zdrowie swojego chorego dziecka. Kiedy jej powiedziano, że można tam dostać uzdrawiający olejek wytłaczany z oliwek znajdujących się nieopodal ohelu Bar Jochaja, zadrżała i zatrwożona opowiedziała historię o tym, jak kiedyś w Suwałkach coś pukało w okno. Co prawda w Meronie drzewa oliwne nie wyrastały z samego grobu, lecz stały w gaju opodal, ale mimo to Suwalszczankę przejęła święta trwoga.

Opublikowano Dodaj komentarz

JZI i Patronite

Jamiński Zespół Indeksacyjny od początku był oddolną inicjatywą pasjonatów genealogii i historii lokalnej, która od lat działa w oparciu o wolontariat i nieodpłatne udostępnianie efektów swojej pracy. Zespół sukcesywnie udostępnia coraz większe zasoby indeksów akt metrykalnych, wspiera wyszukiwanie genealogiczne poprzez narzędzie Geneo oraz realizuje projekty wydawnicze dokumentujące historię regionu. Jaminy Indexing Team

Aby kontynuować tę działalność i rozwijać kolejne projekty, JZI uruchomił kampanię wsparcia na platformie Patronite. To tam osoby, które korzystają z indeksów, wyszukiwarki Geneo lub po prostu cenią sobie działania zespołu, mogą zadeklarować comiesięczne wsparcie finansowe. JZI podkreśla, że regularne wpłaty są szczególnie istotne, ponieważ pozwalają planować prace długoterminowe i utrzymywać stabilność zasobów cyfrowych.

Członkowie zespołu angażują swój wolny czas i kompetencje społecznie nie pobierając przy tym żadnego wynagrodzenia, a stałe wsparcie patronów to realna pomoc w utrzymaniu i rozwoju bazy genealogicznej oraz kolejnych inicjatyw.

Na stronie kampanii Patronite dostępne są różne progi wsparcia, które umożliwiają wsparcie dopasowane do indywidualnych możliwości i oczekiwań wspierających: od symbolicznych (10 zł miesięcznie) do bardziej konkretnych (50 zł miesięcznie). Comiesięczne wsparcie trafia bezpośrednio na cele statutowe stowarzyszenia, w tym rozwój narzędzi, digitalizację materiałów oraz prace wydawnicze.

Działalność JZI to przykład nowoczesnej, otwartej i społecznej genealogii, która łączy lokalne pasje z cyfrowymi narzędziami dostępu do źródeł historycznych. Zachęcamy do zapoznania się z kampanią i rozważenia wsparcia — szczególnie jeśli korzystałeś z zasobów zespołu w swoich badaniach genealogicznych lub łączysz swoją historię rodzinną z regionem.

Dlaczego warto zostać Patronem JZI?

Wspierając Jamiński Zespół Indeksacyjny na Patronite, stajesz się częścią społeczności, która aktywnie chroni i udostępnia dziedzictwo genealogiczne regionu. Twoje wsparcie to realny wpływ na rozwój otwartych zasobów, z których korzystają tysiące badaczy historii rodzinnej.

Dzięki regularnym wpłatom Patronów JZI może:

  • systematycznie rozwijać bazę indeksów metrykalnych,
  • utrzymywać i rozbudowywać wyszukiwarkę Geneo,
  • realizować nowe projekty wydawnicze i dokumentacyjne,
  • planować prace długoterminowe bez ryzyka przerw finansowych.

Nawet niewielka, comiesięczna kwota ma znaczenie — stabilność finansowa pozwala zespołowi skupić się na pracy merytorycznej i udostępniać efekty wszystkim, bez barier i paywalli.

Jeśli korzystasz z indeksów, wyszukiwarki Geneo lub cenisz rzetelną pracę społeczną — zostań Patronem JZI.

👉 Dołącz do Patronów: https://patronite.pl/jzi

👉 Jesteś ciekaw szczegółów? Znajdziesz je tej stronie: https://jzi.org.pl/wspieraj/

Patron JZI – co zyskujesz, wspierając?

Twoje wsparcie = realne efekty

  • 🔍 Więcej indeksów metrykalnych
    szybsze i dokładniejsze wyszukiwanie przodków

  • 🧠 Rozwój narzędzi genealogicznych
    utrzymanie i rozbudowa wyszukiwarki Geneo

  • 📚 Nowe projekty historyczne
    publikacje, opracowania i digitalizacja źródeł

  • 🤝 Otwartość i dostępność
    zasoby bezpłatne dla całej społeczności

  • 🕯 Ochrona lokalnego dziedzictwa
    pamięć o ludziach i miejscach regionu

 

Opublikowano Dodaj komentarz

Kościół parafialny katolicki w Suwałkach

Na miejscu gdzie teraz wznosi się piękne i ludne miasto Suwałki, w XV wieku była jeszcze dąbrowa, na której trzebiskach osiadło kilku Litwinów, nazwanych od ziomków swoich susiwiłkaj, co znaczy włóczęgi, miano później nadane całej osadzie, a następnie na Suwałki spolszczone. Z czasem wzrosła ona na wieś, i kiedy w XVII wieku powstał sławny ze swej zamożności klasztor kamedułów w Wigrach, została do dóbr ich przyłączoną. Zakonnicy ci, zarówno gorliwi o chwałę Bożą, jak o wzrost swego mienia, zbudowali tutaj w roku 1710 niewielki drewniany kościół, a w dziesięć lat potem wyjednali u króla Augusta II przywileje i swobody, na mocy których wieś na miasto zamienili. Tym sposobem na krańcu Litwy powstało nowe miasteczko, które za staraniem hrabiego Ludwika Paca, dziedzica dóbr Dowspuda i Raczki, przeznaczono w roku 1816 na stolicę województwa, a od roku 1834 na miasto gubernialne.

Właściwie tedy kościół był początkiem całego miasta; pierwotnie atoli stanowił on filią parafii św. Magdaleny w Wigrach, i dopiero za rządu pruskiego, gdy utworzono nową dyecezyą wigierską, następnie augustowską nazwaną, wyniesiono go do rzędu parafialnego. Mała jednak, przez czas zniszczona świątynia, skoro samo miasto wyższe przeznaczenie Otrzymało, ostać się żadną miarą nie mogła. Rozebrano więc ów stary drewniany kościołek i w innem miejscu, w środku miasta, kosztem rządu i parafian, założono w roku i 8’20 nowy teraźniejszy murowany, który w roku 1845 ukończony, (podług planu Henryka Markoniego), poświęcony został pod tytułem św. Aleksandra, przez biskupa Pawła Straszyńskiego.

Budowla ta, w późniejszych latach przez powiększenie okien i podniesienie wież nieco przerobiona, jest w stylu włoskim; na jej czele znajdują się dwie wysokie wieże, ze złocistemi baniami na wierzchu. Prowadzi do niej portyk o 6 kolumnach, do którego wstępuje się po schodach z ciosu, mających po obu stronach figury, wyobrażające św. Romualda i Benedykta, podobnież z ciosu wykonane.

Wewnątrz starannie i porządnie utrzymany kościół obejmuje trzy ołtarze pięknej snycerskiej roboty, z obrazami, w wielkim św. Aleksandra, w dwóch zaś bocznych św. Antoniego padewskiego i Matki Boskiej Szkaplerznej. Prócz tych są tu dwa inne obrazy, pędzla znakomitego naszego malarza Franciszka Smuglewicza, przeniesione z Wigier, przedstawiające jeden św. Benedykta siedzącego po lewej stronie stołu, po prawej zaś św. Scholastykę, z zachwyceniem słuchającą opowiadania swego brata; drugi wyobraża także św. Benedykta wychodzącego z murów klasztornych, przy których jeden z zakonników furtę zamyka; po lewej stronie stoi osoba obrócona plecami do widzów, przedstawiająca dwóch młodzieńców św. Benedyktowi, z których jeden całuje mu rękę, a drugi odbiera jego błogosławieństwo. Oba te obrazy mają wysokości łokci 4, szerokości łokci 3. Zresztą jest tu kaplica, do której wchodzi się z prezbiteryum, w ostatnich czasach staraniem miejscowego proboszcza i parafian odnowiona i ozdobiona, z ołtarzem Matki Boskiej i Pana Jezusa. W zakrystyi zaś zawieszone są obrazy Matki Boskiej Częstochowskiej i Pana Jezusa ukrzyżowanego, z dawnego drewnianego kościoła pochodzące.

Na rysunku kościół ok. 1864 r. według rytownika F. Sznage

 

Opublikowano Dodaj komentarz

Wyróżnienie dla Józefy Drozdowskiej

Wierszem pt. Zawierszam zastożam pamięć w Jubileuszowym X Konkursie Literackim „Srebro nie Złoto”, organizowanym przez Stowarzyszenie Szukamy Polski i Podlaską Redakcję Seniora we współpracy z Książnicą Podlaską im. Łukasza Górnickiego w Białymstoku oraz Polskim Radiem Białystok Józefa Drozdowska z Augustowa zdobyła wyróżnienie specjalne Polskiego Radia Białystok, zaś wyróżnienia specjalne Stowarzyszenia Szukamy Polski otrzymali Krystyna Gudel z Suchowoli za wiersz Po rosie and Konrad Milanowski z Augustowa za wiersz Nic do powiedzenia.

Zawierszam zastożam* pamięć

Józefa Drozdowska

Z krainy dzieciństwa do której
coraz mi dalej niż bliżej
słyszę przeciągłe prrr!
na zakręcie
i wio na polnym gościńcu
Z pamięci wyłania się
sznur sań
Tarcie płóz o śnieg wplata się
w stękanie i chrapanie koni
i niebo ścielące się im pod kopyta
Prr wio za olszynowym lasem
za „górą” z kartoflanymi dołami
za torfownikiem na połaci kliniku
pola w Turówce
Gdzieś od ojcowskich łąk na Świderku
latem pyszniących się soczystością traw
między Nettą a Sosnówką
Prr prr bo już stękają konie i popręgi
trzeszczą powrozy a pod powęzami
granatowiejące niebo liże ściśnięte siano
I już kopią ludzie stogi
jeden drugi trzeci
A te przyciskane żerdziami do ziemi
obsiadane co chwilę przez wrony
i przedwieczorny zamróz
wierzgają na podłożu z łozin
jak narowiste konie
Pną się ku górze spalając swą energię
w łunie rozespanego słońca
Spieszą się chłopi przed nocą
by przed zawieruchą zdążyć
je zawierszyć by zimą bydłu
ulżyć w głodzie
Zastożam i ja swoją pamięć
przygodą ze spotkanym wilkiem
gdy zjeżdżając nartami
pod którymś ze stogów
ujrzeliśmy z bratem
światełka jego oczu
Siedzę w kuchni pośród półek
z wciąż pachnącej dębiny
ściętej w lesie okalającym łąkę
i przewożonej niegdyś wraz z sianem
Z kubkiem herbaty w ręku
i tulącym się do kolan kotem
spoglądam w oczy ludziom i koniom
Pamięć biegnie w głąb wilczym tropem
dalej i coraz dalej
Zastożam ją by wciąż była jasna
jak na obrazach Claude’a Moneta
gdzie malowane przez artystę stogi
wciąż w świetle nieba mówią
o pięknym trwaniu
Na ustach wschodzi pytanie
jak jeszcze długo?

* Wyrażenia „zawierszyć” i „zastożyć” podaje Zygmunt Gloger w Encyklopedii staropolskiej przy haśle „Stóg”.

Opublikowano Dodaj komentarz

Zaproszenie na spotkanie autorskie z Józefem Matyskiełą

Józef Matyskieła, urodzony w 1956 roku w Jaziewie. Jest absolwentem Liceum Ogólnokształcącego w Suchowoli z roku 1975. Studiował na wydziale weterynaryjnym Akademii Rolniczej w Lublinie. Studia ukończył w roku 1980, uzyskując dyplom lekarza weterynarii. Przez wiele lat pełnił funkcję Powiatowego Lekarza Weterynarii – obecnie na emeryturze. Od dawna zajmuje się pisaniem wierszy i tekstów, głównie o tematyce historyczno-wspomnieniowej, m.in. do miesięcznika „Nasz Sztabiński Dom”. W swojej twórczości literackiej powraca do lat młodości spędzonych na wsi, skąd, jak twierdzi, nigdy nie wyprowadził się do miasta. Inspiruje go również otaczająca nas, często absurdalna rzeczywistość. Fascynuje się historią rodzinnych stron, odkrywaniu której poświęca każdą wolną chwilę. Dostrzega w tym wyjątkową rolę swego pokolenia, które jego zdaniem łączy niejako pamięć o epoce ojców i dziadów z zaawansowanym technologicznie światem „pamięci komputerowej” i „cybernetycznej przestrzeni” naszych dzieci oraz wnuków. Mówi o sobie, że ma do spłacenia dług wobec minionych, ale też przyszłych pokoleń.

Dotychczas wydał: tomik wierszy satyrycznych i fraszek pt. Strofy wyczesane (2020 r.) oraz zbiór esejów pt. Dwa brzegi Biebrzy (2023 r.).

W swojej najnowszej książce pt. "Historie nieprzeoczone. Znad Biebrzy, Netty i Kanału Augustowskiego" pięknym językiem opisuje historię swojej małej ojczyzny opierając się na swoich własnych wspomnieniach oraz na tym, co udało mu się ocalić z pamięci innych osób - mieszkańców Jaziewa, Jamin, Sztabina i okolic. Nadarza się właśnie okazja, by spotkać się z Józefem Matyskiełą, porozmawiać o jego książce, historii regionu, a także o planach na przyszłość.

W dniu 10 listopada o godzinie 12.00 zapraszamy do wiejskiej świetlicy w Jaziewie na spotkanie z autorem. Będzie można na miejscu nabyć egzemplarz książki i uzyskać dedykację p. Matyskieły. Tych, którzy nie będą mogli dotrzeć w tym dniu do Jaziewa informujemy, że sprzedaż wysyłkowa książki rozpocznie się 5 listopada w sklepie internetowym: https://jzi.org.pl/produkt/historie-nieprzeoczone/

Serdecznie zapraszamy!

Opublikowano Jeden komentarz

Skąd się wzięło nasze logo

Początki

Jamiński Zespół Indeksacyjny powstał w 2011 roku jako luźna grupa kilku osób połączonych pasją do genealogii i historii regionu. Od początku naszej działalności chcieliśmy dzielić się informacjami, które zdobywaliśmy i nadal zdobywamy. Niemal od początku mieliśmy nasz fanpejdż na fejsbuku i stronę www, która w obecnej wersji nie przypomina zupełnie tej pierwotnej.

Od początku także chcieliśmy budować własną tożsamość, aby nie podzielić losu wielu małych grup, które w większości po jakimś czasie znikały z genealogicznego horyzontu. Oczywiście jednym z elementów budowania własnej tożsamości jest indywidualny znak graficzny jednoznacznie identyfikowany z organizacją, czyli logo.

Budżet zero, osób sześć w tym zero grafików, ale trzeba było coś wymyślić. Wymyśliliśmy więc okrągłą pieczęć, którą sygnowaliśmy swoje wpisy na fejsbuku i na stronie www.

Centralną część pieczęci zajmuje herb województwa podlaskiego z okresu I Rzeczypospolitej – mknący na koniu rycerz gotowy do walki. Wprawdzie rejon naszych ówczesnych działań w okresie I Rzeczypospolitej nie należał do województwa podlaskiego, ale nie był też geograficznie oddalony. Postać walczącego rycerza spodobała nam się, bo ilustrowała nasze ciężkie zmagania z indeksacją, a jednocześnie symbolizowała walkę o utrzymanie naszej tożsamości. Herb otoczony został nazwą naszej grupy Jamiński Zespół Indeksacyjny z wyraźnym zaznaczeniem roku początku naszej działalności. Ten rok pojawił się z myślą, że przetrwamy w genealogicznej przestrzenni przez co najmniej kilkanaście lat, co jak na razie nam się udaje! Całość została zaprojektowana w programie MS Powerpoint. Tym logiem posługiwaliśmy się przez wiele lat, aż do roku 2017.

Pieczęć okrągła ma to do siebie, że można ją „przyłożyć” w dowolnym kierunku i zawsze będzie czytelna, choć oczywiście jest pewien kierunek preferowany narzucony przez wewnętrzny znak graficzny.

Można mieć wątpliwości, czy tekst „od 2011” powinien być odwrócony, czy powinien podążać wokół okręgu jak obecnie. Jest to wyłącznie kwestia gustu. Np. na niektórych monetach mamy napis podążający wokół obwodu be zmiany kierunku (poniżej suweren brytyjski z podobizną królowej Elżbiety II),

a na innych napis wokół obwodu jest wykonany tak, aby jeszcze bardziej podkreślić preferowany kierunek (poniżej polska złotówka z okresu PRL).

Rzadkie monety PRL czyli dlaczego zwykłe 10 groszy MOŻE być warte więcej niż średnia pensja

W obu przypadkach preferowany kierunek patrzenia narzucony jest przez wewnętrzny element graficzny. Nie ma jakichś narzuconych najlepszych praktyk w tym zakresie. Każdy renomowany program graficzny dedykowany do projektowania okrągłych pieczęci ma opcję utrzymania kierunku tekstu wokół, jak i jego odwrócenia. Nam podoba się tak, jak jest na brytyjskim suwerenie, a nie na złotówce z czasów PRL ?

Association

Po kilku latach działalności okazało się, że nie tylko nie znikamy z rynku, ale i umacniamy na nim swoją pozycję, a także zyskujemy wielu nowych sympatyków. Motywowało nas to do rozszerzenia naszej działalności i podsumowania zamkniętych etapów. Takim podsumowaniem miała być m.in. książka zbierająca wszystkie indeksy z Jamin, czyli pierwszej parafii, której indeksację udało nam się zakończyć. Właściwie nie książka, ale seria książek. Jeszcze pierwsza pozycja nie ukazała się drukiem, a już w naszych głowach lęgły się kolejne pomysły wydawnicze.

Zmobilizowało nas to do formalnego usankcjonowania naszej działalności pod postacią stowarzyszenia. Działo się to na początku 2017 r. Powstała nowa strona www pod adresem https://jzi.org.pl (ta która jest znana obecnie) i sklep internetowy, w którym oferujemy książki o tematyce genealogiczno-historycznej. Założenie stowarzyszenia wiązało się również z koniecznością odzwierciedlenia tego faktu w logo.

Nadal sami wolontariusze, nadal budżet zero, a więc najprostszą metodą było wkomponowanie słowa „stowarzyszenie” w istniejące logo wraz z jego uproszczeniem graficznym, ale bez zmiany koncepcji. I tak powstało obecne logo, którym się posługujemy.

Owszem, była to świetna okazja, by zrobić większą rewolucję, ale pamiętajmy – działaliśmy i nadal działamy w ramach ograniczeń jakie narzuca nam czas wolny od pracy, rodziny i innych obowiązków, a wówczas pracy formalno-prawnej mieliśmy w bród.

Pozostał więc znak graficzny, bo nazwa zespołu i zakres działalności nie zmienił się, ale dodaliśmy słowo „stowarzyszenie” i adres naszej strony www. Z wielu odcieni brązu pozostały dwa kolory, które dobrze się ze sobą komponują. Takie logo pojawia się we wszystkich naszych publikacjach drukowanych, na naszej stronie www, na fejsbukowym fanpejdżu, na koszulkach, w korespondencji itd.

Logo wkomponowane jest w symbole naszej wyszukiwarki Geneo and kanału na YouTube. Wydaje nam się, że spełnia swoją rolę.

Co dalej

Co jakiś czas powraca dyskusja, czy coś zmienić w logo, czy może zmienić je w ogóle. Na razie zwolennicy zmian przegrywają batalię ze zwolennikami utrzymania logo w obecnej formie. Będziemy Was więc jeszcze długi czas bombardować okrągłą pieczęcią z napisem Stowarzyszenie Jamiński Zespół Indeksacyjny.

Opublikowano Dodaj komentarz

Lista imienna zbiegłych spisowych z Województwa Augustowskiego

DODATEK

Do Nru 276.

DZIENNIKA URZĘDOWEGO

WOJEWÓDZTWA PODLASKIEGO.

Siedlce dnia 24. Kwietnia 1824. r.


Nro 14675. Wydział Woyska i Policyi.

KOMMISSYA WOJEWÓDZTWA PODLASKIEGO.

Umieszczając poniżey listę Imienną zbiegłych spisowych z Województwa Augustowskiego, poleca ich śledzić, a w razie wyśledzenia pod strażą do Kommissyi tuteyszey odstawić.

  1. Łukasz Zaniewski, lat 24. wzrostu stóp 4. cali 18. twarzy okrągłey, oczu piwnych, nosa miernego, włosów ciemnych, czoła wysokiego.
  2. Adam Kossakowski, lat 27. wzrostu stóp 4. cali 20. twarzy ściągłey, oczu niebieskich, nosa miernego, włosów ciemno-blond, czoła niskiego.
  3. Benedykt Zalewski, lat 26. wzrostu stóp 4. cali 20. twarzy ściągłey, oczu piwnych, nosa płaskiego, włosów ciemnych, czoła wysokiego.
  4. Stanisław Ubanowski, lat 29. urodził się w Giełczynie.
  5. Piotr Borowski, lat 23. twarzy okrągłej, oczu niebieskich, nosa miernego, włosów blond, czoła małego.
  6. Szymon Lubin, lat 20. twarzy okrągłey, oczu siwych, nosa spiczastego, włosów blond, czoła miernego.
  7. Andrzey Borowski, lat 20. twarzy okrągłey, oczu niebieskich, nosa małego, włosów blond, czoła miernego.
  8. Jerzy Lodznis, lat 21. twarzy okrągłey, oczu niebieskich, nosa małego, włosów blond, czoła miernego.
  9. Błażey Orint, lat 20. twarzy okrągłey, oczu siwych, nosa małego, włosów blond, czoła miernego.
  10. Kazimierz Dangiełas, lat 20. twarzy ściągłey, oczu siwych, nosa małego, włosów jasno blond, czoła miernego.
  11. Jan Ławcewicz, lat 26. twarzy ściągłej, oczu niebieskich, nosa małego, włosów blond, czoła miernego.
  12. Jerzy Bolnis, lat 25. twarzy okrągłey, oczu niebieskich, nosa dużego, włosów blond, czoła wysokiego.
  13. Jan Danilewski, lat 21. twarzy ściągłey, oczu siwych, nosa małego, włosów blond, czoła miernego.
  14. Józef Grybas, lat 22. twarzy okrągłey, oczu siwych, nosa małego, włosów ciemno blond, czoła miernego.
  15. Szymon Karnowski, lat 24. twarzy okrągłey, oczu siwych, nosa małego, włosów ciemnych, czoła miernego.
  16. Adam Mokrzycki, lat 25. twarzy okrągłey, oczu siwych, nosa miernego, włosów blond, czoła miernego.
  17. Fridrich Rebner, lat 20. twarzy ściągłey, oczu siwych, nosa ściągłego, włosów blond, czoła wysokiego.
  18. Stefan Urkaytys, lat 25. twarzy okrągłey, oczu niebieskich, nosa małego, włosów blond, czoła miernego.
  19. Woyciech Seroka, lat 24. rodem iest z Niemiery, Obwodu Ostrołęckiego, Województwa Płockiego.
  20. Wincenty Kalinowski, lat 24. twarzy okrągłey, oczu niebieskich, nosa małego, włosów iasno-blond, czoła niskiego.
  21. Antoni Sarikun, lat 23. ,twarzy ściągłey, oczu siwych, nosa małego, włosów blond, ,czoła miernego.
  22. Bartłomiej Szłapikas, lat 22. twarzy ściągłey, oczu siwych, nosa miernego, włosów ciemnych, czoła miernego.
  23. Łukasz Szmutowski, lat 25. twarzy okrągłey, oczu niebieskich, nosa spiczastego, włosów blond, czoła niskiego.
  24. Jakób Paulukiewicz, lat 19. twarzy .okrągłey, oczu siwych, nosa małego, włosów ciemnych, czoła miernego.
  25. Józef Adamowicz, lat ,20. twarzy okrągłey, oczu siwych, nosa miernego, włosów ciemnych, czoła miernego.
  26. Jan Izokaytis, lat 21. twarzy ściągłey, oczu siwych, nosa miernego, włosów ciemnych, czoła wysokiego.
Opublikowano Jeden komentarz

Apel ws. zespołu dworskiego w Cisowie


Zwracamy się w imieniu Stowarzyszenia Jamiński Zespół Indeksacyjny, oraz jego sympatyków z prośbą o reakcję i podjęcie działań mających na celu uratowanie spuścizny po tzw. Rzeczpospolitej Sztabińskiej hrabiego Karola Brzostowskiego, czyli zespołu dworskiego w Cisowie, w którego skład wchodzi klasycystyczny dwór z oficyną dworską z pierwszej połowy XIX wieku. Gmina Sztabin jako moralny spadkobierca nielicznych śladów działalności Brzostowskiego jakie jeszcze pozostały na jej terenie, powinna zainteresować się tym, co się dzieje na jej obszarze, nawet jeśli te nieliczne ślady i pamiątki znajdują się w rękach prywatnych.

W ostatnich tygodniach coraz szersze koło zataczają echa filmu opublikowanego w Internecie na popularnym kanale YouTube, a dalej udostępnianego na Facebooku oraz w innych mediach społecznościowych. Film ten pokazuje ogromną dewastację, jakiej uległy zabudowania dworskie w Cisowie przez ostatnie lata i skalę zniszczeń niegdyś odrestaurowanych budynków. Dla osób z zewnątrz nasuwa się naturalne pytanie — czemu nikt z tym nic nie robił?

Szanowni Państwo, Stowarzyszenie JZI jak i inne instytucje, przez lata podjęły wysiłek rozsławienia postaci hrabiego Brzostowskiego i historii tej ziemi z nim związanej. Z własnego doświadczenia jak i wielu naszych sympatyków wiemy, że nie każdy odwiedzający poszukuje walorów przyrody oferowanych przez Biebrzański Park Narodowy. Wiele osób szuka materialnych śladów historii tych ziem, wielu słyszało o działalności hrabiego Brzostowskiego i chciałoby zobaczyć miejsca z nim związane. Tymczasem jeden z ostatnich zachowanych śladów bytności, bezpośrednio związany z postacią hrabiego niszczeje na oczach ludzi. Zabudowania dworskie w Cisowie przetrwały nawet w nie najgorszej kondycji ostatnią wojnę. W okresie powojennym, podobnie jak w wielu podobnych przypadkach, dewastacja następowała szybko, a sam obiekt przechodził z rąk do rąk. Obiekt w 1969 r. przeszedł kapitalny remont wykonany przez Warszawską Fabrykę Sprężyn z przeznaczeniem na zakładowy ośrodek wypoczynkowy.

Funkcjonowała tam nawet dosyć dobrze wyposażona Izba Pamięci Karola Brzostowskiego, w której gromadzono eksponaty związane z działalnością hrabiego i jego Instytucji Sztabińskiej, ale i one uległy z czasem rozproszeniu i roztrwonieniu. W roku 1977 ośrodek ten przejęła Fabryka Samochodów Osobowych w Warszawie, później zaś Związek Młodzieży Wiejskiej. W roku 1991 zespół dworski w Cisowie stał się własnością gminy Sztabin. Gmina Sztabin niestety szybko, bo już w 1993, odsprzedała go w ręce prywatne, w których pozostaje do dziś, stopniowo niszczejąc. Co prawda nowy właściciel rozpoczął remont dworu i oficyny, podejmując starania przywrócenia i utrzymania go w należytym stanie, ale jak widać to dzisiaj, zadanie to go przerosło lub poddał się i zostawił budynki bez opieki rzucając złą sławę nie na swoje imię, lecz na spadkobierców spuścizny hr. Karola Brzostowskiego, czyli mieszkańców regionu.

Apelujemy o podjęcie kontaktu z obecnymi właścicielami, poinformowanie ich o sytuacji i stanie rzeczy, lub wręcz powiadomienie odpowiednich służb celem zabezpieczenia przed dewastacją, rozgrabieniem, prowadzącym do nieodwracalnych zniszczeń substancji budynku jako obiektu wpisanego do rejestru zabytków. W ostateczności, rozpoczęcie negocjacji w celu odkupienia, przejęcia i zabezpieczania pozostałego majątku jako swoistej wizytówki regionu.

Uniknijmy ponownych błędów historii, kiedy to po śmierci hr. Karola Brzostowskiego jego źle zarządzany majątek uległ wyprzedaży i roztrwonieniu, a mimo to jeszcze w okresie międzywojennym mieszkańcy gminy czerpali z jego niewielkiej pozostałej części, korzyści w postaci Fundacji Sztabińskiej. Zadbajmy o wypełnienie testamentu, w którym to pozostawiona przez niego instytucja miała pozostać samodzielnym, na prawach gminy, organizmem gospodarczym, zapewniającym dobrobyt ludności tego obszaru. To przecież niegdyś z tych funduszy przeznaczano środki na budowę szkół, kościoła, poczty i innych obiektów użyteczności publicznej, które służyły naszym przodkom, a którzy rozjeżdżając się często po całym kraju i świecie sławili miejsce i postać hr. Brzostowskiego, w tym Cisów i Sztabin.

Zarząd i członkowie Stowarzyszenia Jamiński Zespół Indeksacyjny

Opublikowano Dodaj komentarz

I śmieszno, i straszno

Pierwsze lata budowy PRL to okres wyjątkowo brutalnego rozprawiania się z przeciwnikami nowego systemu. Do władzy doszły nowe „elity”, pochodzące często z nizin społecznych. Z jednej strony brutalność działań organów bezpieczeństwa, z drugiej – uległość nowych oficjeli, którzy swoim mocodawcom zawdzięczali wszystko. Mimo, że ci ludzie dla zwykłego mieszkańca małego miasteczka czy wsi byli potężni, nie potrafili pozbyć się nawyków i języka z wcześniejszego okresu. Pan Hieronim Wawren na łamach „Kuriera Porannego” w lipcu 1990 r. opublikował takie oto wspomnienie.

Augustowskie wspomnienia

W drugiej połowie lat czterdziestych także w Augustowie organizowano i. „utrwalano” władzę ludową przyniesiona na sowieckich bagnetach. Robiły to różne instytucje, przede wszystkim Urząd Bezpieczeństwa mieszczący się „U Turka”, czyli w budynku przy ulicy 3 Maja, w którym przed wojną Turek prowadził cukiernię. Zainstalowały się w mieście komitety PPR i PPS (potem PZPR), inspektorat szkolny, milicja wraz z ZOMO, magistrat. Pracowały w nich osoby już dziś częściowo zapomniane, choć o niektórych jeszcze wieść niesie. Takim był na przykład Jan Szostak[1]. AK-owiec, po wojnie szef UB, a pod koniec życia „artysta”. Pamiętam jeszcze szefa PPS Dobrenkę[2] (wysoki mężczyzna z bielmem na oku), inspektora szkolnego Ignacego Popowskiego (mówił bardzo ładną polszczyzną), milicjanta Banasia.

Najbardziej jednak zauważalnym i popularnym człowiekiem w Augustowie był ówczesny burmistrz Lech[3]. Ten posługiwał się językiem mazurskim, więc określono go ciepło „ociec miasta”, z czego był bardzo dumny. Powtarzano jego powiedzonka, wystąpienia. Oto kilka przykładów.

W lecie 1948 r. władze powiatowe zorganizowały ekshumację poległych żołnierzy radzieckich. Trumny przewieziono na cmentarz urządzony obok dawnego cmentarza katolickiego. Była warta honorowa. orkiestra wojskowa grała marsza żałobnego. „Ociec miasta” swoje wystąpienie zakończył okrzykiem „Niech zyjo te co tu lezo!”.

Po powstaniu PZPR przystąpiono do zbierania składek na „dom partii”. Kiedyś w niedzielę taką zbiórkę próbował przeprowadzić i augustowski burmistrz. W asyście dwóch pań, z puszką w ręku, namawiał osoby wychodzące z kościoła. „Ludzie! Dawajta piniądze! Partie diabli wezno a dom bedzie stojał”. Prorocze to były słowa, ale biedny Lech nie doczekał się ich potwierdzenia.

W 1949 r. obchodzono trzecią rocznice powołania ORMO. Stosowna akademia odbyła się w Augustowie w sali Foksa (Foxa?) koło śluzy. Przybyła głównie – z przymusu – młodzież gimnazjalna. Na scenie ustawiono duży stół nakryty czerwonym suknem, za którym siedli notable. Lech powiedział tak: „Towarzyski i towarzyse! My dzisiaj obchodziem trzecie rocznice ORMO. Nie kuzden wie co to je ORMO. Insy wie a insy nie wie. Tu siedzo panowie wojskowe oni wiedzo co to je ORMO, a wy cywile nie wieta co to je ORMO. A ORMO to je takie ORMO. Jak z tyłu za wojskiem idzie rezerwa, tak z tylu za naso kochano augustosko milicjo idzie nase kochane augustoskie ORMO. Dzięki nasemu kochanemu augustoskiemu ORMOju Augustowowi nie było zabójstw i merderstwów. Niech zyje nase ORMO, kochane ORMO, augusłosko ORMO!”. Rozbawiona młodzież skandowała OR-MO! OR-MO! OR-MO!, orkiestra grała „Międzynarodówkę”, kapral Banaś salutował wyprężony na baczność, a uszczęśliwiony „Ociec miasta” śmiał się ucha do ucha – takie przecież ładne przemówienie wygłosił!

Hieronim Wawren

Wycinek artykułu przekazała nam p. Lidia Wiszniewska

[1] Jan Szostak – ur. w Augustowie. Uczestnik walk kampanii wrześniowej. Według jego akt osobowych w latach 1939-1941 był współpracownikiem NKWD o kryptonimie „Wrona”. Według jego własnych relacji – wydał w ręce radzieckiego wywiadu kilkanaście osób oraz magazynów broni. Jednocześnie do 1942 r., był żołnierzem AK, pseudonim „Kruk”. W Armii Krajowej kolejno pełnił funkcję łącznika, dowódcy drużyny i dowódcy plutonu. Od 1944 r. ponownie był współpracownikiem NKWD ps. „Subocki” (jego oficerem prowadzącym był major Wasilenko, późniejszy doradca Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa) [przy. red.].

[2] Michał Dobrenko – ur. 26 lutego 1910 r., syn Michała, przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej w Augustowie [przy. red.].

[3] Józef Lech – burmistrz Augustowa od końca marca 1945 r., sekretarz miejskiej organizacji PPR [przy. red.].