Opublikowano 2 Comments

Emigracja wsi podlaskich w latach 1885-1920 na przykładzie wsi Jagłowo

Imigracja Polaków do USA

Budując drzewo genealogiczne rodziny Siemion, a dalej rozbudowując je na prawie wszystkie rodziny zamieszkujące rodzinną wieś moich dziadków, zauważyłem, że duża część mieszkańców gdzieś znika. Wiedziałem oczywiście, że obaj dziadkowie byli i pracowali przez jakiś czas w USA ale nie mówiło się o tym zbyt dużo w domach rodzinnych. Po bardziej wnikliwej analizie na podstawie tylko jednej wsi zdałem dopiero sobie sprawę ze skali problemu. Dodatkowo pogłębiłem wiedzę dzięki przeczytanym w ostatnim czasie książkom. Pierwsza to Dariusza Terleckiego pt. „ Po dolary i wolność”, Małgorzaty Szejnert pt. „ Wyspa klucz” i Adama Leszczyńskiego pt. „ Ludowa historia Polski”. Polecam je wszystkim. Ważne były także dwie wizyty w USA i zwiedzanie muzeum emigracji na Ellis Island i Muzeum Emigracji w Gdyni. Oglądając eksponaty w muzeach można dopiero zrozumieć skalę problemów jakie przeżywali nasi przodkowie decydując się na tak daleką podróż. Ciekawiło mnie jak sobie dawali radę, jak ten proces imigracji milionów ludzi był zorganizowany.

W skrócie spróbuję opisać i wyjaśnić, ograniczając się do aspektów związanych z samą podróżą. Mam nadzieję, że artykuł ten w jakimś stopniu pokaże odwagę podlaskich emigrantów i odpowie na pytanie „Jak oni dali sobie radę?”

Dlaczego imigrowali?

W tym miejscu należy zadać sobie pytanie skąd była u nich taka desperacja by wyjechać, by opuścić rodzinne wsie. Przecież wcześniej nikt z nich nie podróżował poza obręb najbliższych stron. Z opowieści dziadka pamiętam, że jedyne wyjazdy, to było najbliższe miasteczko z czwartkowym targiem w Suchowoli. Jeden raz dziadek był w Grodnie załatwiając jakąś sprawę w urzędzie.

Statua Wolności witała imigrantów
Statua Wolności witała imigrantów

Główne powody emigracji to:

  • Gigantyczne przeludnienie wsi
  • Brak wolnej ziemi
  • Brak pracy w mieście
  • Unikanie służby w carskiej armii
  • System społeczny

Na wsi znajdujemy podział chłopów w zależności od posiadanego majątku ziemskiego na gospodarzy (kmieci); połowników; zagrodników; chałupników i komorników lub kątników. Ci dwaj ostatni nie mieli ziemi. O czym świadczą wpisy w znanych mi metrykach parafii Suchowola czy Jamin. Rodziny były wielodzietne. Posłużę się przykładem moich przodków. Pradziadek Wojciech miał czterech synów i trzy córki, był jeszcze brat wzięty do armii carskiej i dwie siostry. Dziadek jako najstarszy syn wyjeżdża do USA w 1898, wraca w 1907 roku. Przywozi pieniądze ale na rynku ziemi brak.

Podział gospodarstwa to bieda i głód. Wszystkich trzech braci wysyła do USA. Siostry wydaje za mąż, wspomagając zakup ziemi. Położenie chłopów w dobrach królewskich nie różniło się bardzo od położenia chłopów w majątkach prywatnych. Istotną zmianę w położeniu chłopów na terenach Podlasia było ogłoszenie przez carat 16 maja 1861 roku zniesienia pańszczyzny i przeprowadzenie oczynszowania z dniem 1 października. Następnie ukazy z 1864 roku wprowadziły uwłaszczenie pełne i natychmiastowe, za odszkodowaniem. Pozostawiono służebność, czyli prawo do korzystania z pastwisk i lasów. Wprowadzono zebrania wioskowe, oraz obieralnych sołtysów i wójtów. Car nadał ziemię także służbie folwarcznej i zagrodnikom. Wzrosła wydajność gospodarstw, chłop mógł produkować wreszcie dla swojej rodziny.

Ale jak podaje Dariusz Terlecki w książce „Po dolary i wolność”, po uwłaszczeniu chłopów w zaborze rosyjskim większość powstałych gospodarstw nie była samowystarczalna. Te karłowate, do dwu hektarów i małorolne, do pięciu hektarów, stanowiły w 1904 roku 64% ogólnej liczby gospodarstw rolnych. Jednocześnie zajmując tylko 16% areału. Na podstawie danych z książki Wiesław Cabana „ Służba rekrutów z Królestwa Polskiego w armii Carskiej w latach 1831-1873″ podaję kilka podstawowych informacji na temat służby w armii carskiej…

Zgodnie z ustawą z 1831 roku były trzy kategorie poboru – zwyczajny, zwiększony i nadzwyczajny. Pobór zwyczajny wtedy gdy wcielano do armii 6 osób na 1000 dusz męskich, zwiększony 7-10 osób i nadzwyczajny gdy wcielano więcej niż 10 osób. Były lata kiedy poboru nie było lub rezygnowano z niego na pewnym obszarze. Tak było na przykład w 1863 roku, kiedy przeprowadzono pobór zwiększony do 10 osób na 1000 dusz tylko w guberniach wschodnich. Z poboru wyłączono gubernie zachodnie carstwa czyli tzw. Ziemie Zabrane bo nie chciano włączać do armii mieszkających tam Polaków, a powodem było powstanie styczniowe. Służbie wojskowej podlegali młodzi ludzie w wieku 20-25 lat.

Cały ciężar służby spoczywał na chłopach. Dla przykładu w 1868 roku wcielono do armii 84060 osób z tego aż 76853 tj. 91,4% stanowili chłopi. Statystycznie z Królestwa Polskiego wcielano 7900 osób, co stanowiło 10% rocznego kontyngentu. Podlasie było traktowane jako ziemie zabrane przez carat. Obowiązywał więc pobór do armii carskiej tak jak w całej Rosji. Był on większy jak w Królestwie Polskim. Szczególnie uciążliwa służba w armii carskiej trwała 20-25 lat, często na dalekowschodnich granicach imperium, była uważana za gorszą od zesłania na katorgę.

Imigracja Polaków do USA. Imigranci z Jagłowa.

Zgodnie z zapisem Adama Leszczyńskiego w „Ludowej historii Polski”

„Masowa emigracja z ziem polskich zaczęła się po wojnie francusko-pruskiej (1870)… .W latach 1881-1890 emigracja pochłonęła w zaborze pruskim prawie cały, bardzo wysoki wówczas przyrost naturalny. W połowie lat 70 XIX wieku masowa emigracja ruszyła z ziem Królestwa Polskiego… trzecia fala emigracji ruszyła od lat 90-tych XIX wieku z Galicji… .W sumie wg. szacunków tylko w dekadzie poprzedzającej pierwszą wojnę światową z ziem polskich i kresów wyjechało ponad milion etnicznych Polaków. W tym trzy czwarte do USA. Aż 80% emigrantów stanowili chłopi. I tak np. z guberni łomżyńskiej wyjechało 36 osób na 10 tysięcy mieszkańców.

Według Dariusza Terleckiego „Po dolary i wolność” od 1860 do 1900 roku w każdym dziesięcioleciu wyjeżdżało z terenów polskich od 120 do 342 tysięcy osób. W ostatnich trzech latach przed wybuchem I wojny światowej po 150 tys. rocznie. Wskaźnik reemigracji wynosił 10-15 %. Wyjeżdżali ludzie młodzi, 82% z nich to osoby w wieku 14-44 lat.

Proszę sobie wyobrazić, że wg moich danych z Jagłowa w latach 1885-1915 wyemigrowało min. 60 mieszkańców. Wieś liczyła w 1909 roku około 290 mieszkańców tj. ok. 20 %. Dlatego liczba mieszkańców Jagłowa w roku 1926 była mniejsza niż w 1909.

Pierwsze odnalezione w archiwach wyjazdy z Jagłowa do USA.

  • Adam Siemion ur. ok. 1866 r. syn Jana. Przybycie do NY 1885 rok. Statek Polaria.
  • Wincenty Gudel ur. 29 list. 1857 r. syn Wincentego Stanisława. Przybycie do NY w 1885 r. Statek Polaria.
  • Wincenty Mojżuk ur. ok. 1865 r. syn Wincentego. Przybycie do Baltimore USA 24.10.1887 r. Statek Herman.
  • Wincenty Mojżuk ur. 16.08.1864 r. Syn Ignacego. Przybycie do USA w 1888 r. Statek Schiedam.
Fragment zapisu manifestu  imigrantów z Jagłowa
Fragment zapisu manifestu imigrantów z Jagłowa

Przetarcie szlaków i sukces ogłoszony w listach do rodziny i znajomych powodował kolejne wyjazdy. Imigranci słali zaproszenia swoim sąsiadom, krewnym wykupywali szyfkarty, bilety, polecali linie oceaniczne lub statki. Widoczne jest to w zapisach na kolejnych manifestach. Często nowi mieszkali razem z wcześniejszymi emigrantami. Nazywano to „boarding” czyli przyjęcie pod swój dach współlokatora. Ułatwiali nowym start w Ameryce pomagając im znaleźć zatrudnienie i mieszkanie.

Rząd carski nie chciał by rodziny poddanych, którzy wyemigrowali z polskiej ziemi pod zaborem rosyjskim, dostawały szyfkarty. Emigracja siły roboczej, a w szczególności wyjazdy mężczyzn w wieku poborowym była bardzo duża, dlatego bardzo często cała korespondencja była cenzurowana i w większości zatrzymywana. Te działania miały często tragiczne zakończenie, bo powodowały między nadawcami i adresatami konflikt i zerwanie korespondencji.

Agenci imigracyjni. Organizacja wyjazdów

Emigranci to byli ludzie odważni, przedsiębiorczy, sprytni. Byli to najbardziej aktywni, głównie młodzi mężczyźni. Po roku 1907, 80% emigrantów pochodzi z Europy Wschodniej i Południowej. Bieda była głównym bodźcem wypędzającym ich z własnego kraju. Ale nie znali języka, wcześniej poruszali się tylko w obrębie swoich miejsc zamieszkania. Z drugiej strony państwa zamorskie były zainteresowane imigrantami, czekał na nich duży rynek pracy w błyskawicznie rosnącym przemyśle. Stany Zjednoczone potrzebowały ludzi do zagospodarowania ciągle rozrastającego swego terytorium. Sprzyjał im rozwój kolei żelaznej, wzrost liczby linii żeglugowych, wymiana żaglowców na okręty zabierające często ponad tysiąc emigrantów, napędzane silnikami parowymi. Spadły znacząco koszty podróży.

Największe linie okrętowe to angielska kompania żeglugowa White Star Line, niemieckie Hamburg America Line (HAPAG) i Norddeutscher Llyod. Werbunkiem klientów dla przewoźników zajmowały się agencje, w naszym obszarze najaktywniejszą była bremeńska agencja Friedricha Misslera. Jej biura rozmieszczone po całym kraju zatrudniały setki agentów imigracyjnych.

Reklama prasowa linii żeglugowej
Reklama prasowa linii żeglugowej
Bilet na statek
Bilet na statek

Agenci emigracyjni werbowali ludzi do wyjazdu, załatwiali wszelkie formalności związane z podróżą, pomagali w zdobyciu potrzebnych dokumentów. Niestety często oszukiwali i dokumenty były fałszywe. Podstawowy dokument to tzw. z niemieckiego szyfkarta (przepustka do wyśnionej Ameryki ). Były dwa sposoby jego uzyskania. Pierwszy to przysłanie przez krewnego lub znajomego z Ameryki. Niestety często ginął, bo konfiskowała go carska cenzura, ginęły też pieniądze na podróż i wskazówki jak wyjechać, jak bezpiecznie się zachować. W sytuacji problemów z komunikowaniem się w tamtych czasach prowadziło często do zerwania więzi rodzinnych.

Szyfkarta
Szyfkarta

Drugi sposób to wypełnienie otrzymanego z biura emigracyjnego druku zgłoszenia i wysłanie go wraz z zadatkiem. W odpowiedzi potencjalny emigrant otrzymywał instrukcję zawierającą informacje na temat podróży i musiał wtedy wybrać termin wyjazdu. Biuro dokonywało rezerwacji miejsca na konkretnym statku i przysyłało tymczasową szyfkartę. Dokument ten był ważny na okres 6-12 miesięcy. W porcie z którego wypływał wpłacał resztę należności i wymieniał na właściwą szyfkartę. W każdym z tych sposobów konieczna była znajomość czytania i pisania, wielu musiało prosić o to najczęściej miejscowego proboszcza.

Kolorowa kartka wręczana emigrantom
Kolorowa kartka wręczana emigrantom

Wraz z tymczasowym biletem okrętowym podróżny otrzymywał kolorowe kartki. Wsiadając do pociągu na stacji początkowej, przy przesiadce, jak tez na peronie w mieście portowym, musiał je trzymać wysoko nad głową, by pracownicy agencji emigracyjnej rozpoznali swoich klientów i skierowali ich do właściwego celu. Każdy z nich musiał obowiązkowo mieć wydany przez władze miejscowe paszport i wszyscy brali metryki urodzenia od swego proboszcza.

Koszty szyfkarty to od 59 do 70 złotych reńskich tj. 24-30 dolarów. Do tego podatek emigracyjny ok. 7 dolarów. Średnio bilet kolejowy kosztował w Prusach ok. 18 marek tj. ok. 4 dolary. Koszt całej podróży do Ameryki, nawet przy słabej płacy w fabryce zwracały się po miesiącu pracy. Prędkości pociągów to 30-60 km/h, podróż pociągiem trwała ok. 2 doby. Oczywiste, że naszych emigrantów stać było na podróż pociągiem tylko w trzeciej klasie. W tym czasie w Prusach składy kolejowe nawet w trzeciej klasie miały wagony wyposażone w toalety, gazowe oświetlenie i ogrzewanie parowe. Ławy w wagonach były najczęściej dookoła ścian. Siedzieli więc na swoich kufrach czy tobołach. W przypadku przejazdów przez okupowane przez Rosję terytoria groziły częste kontrole żandarmów carskich, którzy poszukiwali rekrutów próbujących uniknąć długoletniej służby w armii carskiej. Podróż statkiem Brema New York ok. 10 dni. Posiłek na czas podróży pociągiem w ramach własnych zasobów. W porcie często w ramach bonusu, w oczekiwaniu na statek płaciły linie okrętowe. Na statku pożywienie było w ramach biletu.

Bilet kolejowy
Bilet kolejowy

Emigranci z Jagłowa byli w szczególnej sytuacji. Wieś położona w północno – zachodniej części guberni grodzieńskiej. Na południowym brzegu Biebrzy, która była rzeką graniczną z Prusami. Z opowiadań dziadka Jana pamiętam, że przemyt był ważnym elementem dochodu rodzin tam zamieszkujących. Można więc wnosić, że wielu przekraczało granice nielegalnie i dopiero z Prus organizowało wyjazd do Ameryki. Wyjeżdżali głównie z Bremy i Hamburga, to 65% portów wyjazdowych. Pozostałe to Liverpool, Rotterdam i Amsterdam. Porty docelowe w USA to w ok. 70% New York, 25 % Philadelphia i 5% Baltimore, ale płynęli także poprzez Kanadę do portów w Quebecku czy Halifaxie. Znakomita większość osiedliła się w Pensylwanii, New Jersey ,Michigan i Illinois.

Zaokrętowanie. Warunki podróży

Okres liberalnej polityki emigracyjnej skończył się w Stanach Zjednoczonych w 1882 roku, kiedy to zabroniono przyjazdu do USA chorym psychicznie, przestępcom kryminalnym oraz stanowiącym zagrożenie dla porządku prawnego państwa. Wprowadzono także podatek imigracyjny tzw. „head tax” w wysokości 0,5 dolara za każdego emigranta. Rósł on stopniowo i tak np. w roku 1907 osiągnął 7 dolarów. Następnie wprowadzono tzw. „Foran Act” – zabraniał on wstępu do USA robotnikom wykwalifikowanym, którzy jeszcze przed wyruszeniem do Stanów podpisali kontrakty o pracę. Od 1891 roku zobowiązano kapitanów statków do sporządzania jeszcze na pokładzie szczegółowego zestawienia danych wszystkich pasażerów, a oficerowie imigracyjni w amerykańskich portach na jego podstawie mieli decydować o wpuszczeniu emigranta do Stanów lub odesłania go do domu. Kosztem powrotnej podróży był obciążony armator przewożący emigranta. Te spisy były nazwane „manifest”.

Wypełniony manifest
Wypełniony manifest

Dlatego też w porcie wyjścia czekała na naszych emigrantów pierwsza kontrola. Nie mogły wejść na pokład także osoby chore, żebracy, karane sądownie, niezamężne kobiety w ciąży, osoby powyżej 60 roku życia z wyjątkiem głów rodzin.

Wejście na okręt stanowiło szok dla naszych emigrantów. Transatlantyk to był statek wielopokładowy. Liczba pokładów dochodziła do dziesięciu. Na szczycie kabina nawigacyjna, niżej pierwsze luksusowe pokłady dla najbogatszych pasażerów. Potem górny pokład spacerowy, dalej dolny pokład spacerowy i kabiny pierwszej klasy. Klasa średnia podróżowała niżej w kabinach drugiej klasy, były już one wyposażone w piętrowe łóżka a ich wygląd był funkcjonalny. Na tym poziomie były też bagażownie pierwszej i drugiej klasy a także kuchnie.

Kolejne niższe piętro, już poniżej linii wody tzw. międzypokład był dla najbiedniejszych pasażerów trzeciej klasy oraz stewardów i reszty załogi. W manifestach określany jako „Steerage”. Wystrój pomieszczeń był spartański, jadalnia to zwykła stołówka. Wielo osobowe kajuty z trzypiętrowymi metalowymi łóżkami, najczęściej wilgotne sienniki i brudne koce. Latem nagrzane, zimą zimne. Prysznic zbiorowy, toalety wspólne. Ścisk , brud , zaduch.

Emigranci z trzeciej klasy musieli być obowiązkowo zaszczepieni przeciw ospie i codziennie badani przez lekarza. Każdy dostawał przy zaokrętowaniu kartonik z ponumerowanymi dniami podróży, każdy dzień badania musiał być na nim odnotowany. Posiłki były stale takie same, stanowiły często przyczynę choroby. Był to głównie chleb, kartofle w łupinach i ryby. Wspomagali się własnym jedzeniem zabranym zgodnie z radami w listach, a więc sucharami, wędzoną kiełbasą, wędzoną słoniną, cebulą, suszonym mięsem i cukrem. Ciała zmarłych pasażerów były wrzucane do morza.

Pasażerowie trzeciej klasy byli często szykanowani. Zmuszano ich do prostych prac. Częste były wymuszenia czy okradanie. Niestety najgorsze warunki były na statkach niemieckich. Niektórzy emigranci pisali w listach do rodziny, że podróż statkiem to jak przejście przez czyściec, inni przez piekło.

Jakimi statkami pływali emigranci z Jagłowa do wyśnionej Ameryki?

Poniżej ich nazwy:

Polaria; Schiedam; Herman; Graff Waldersee; Pretoria; Albano; Koln; Scandia – 1400 pasażerów 3-ciej klasy; Branderburg; Waesland; Etruria – 900; Grosser Kufurst; Blucher; Rotterdam; Nieuw Amsterdam; Cleveland; Friedrich der Grosse; Generall Strugis; Barbarossa; Vaderland; Merion; Lord Clive; Belgenland; Pensylvania; Rhynland; Karlsuhe; Fulda; Noordam; Arcadia.

SS  Friedrich Der Grosse przewożący emigrantów do USA
SS Friedrich Der Grosse przewożący emigrantów do USA

Dokąd przybywali

Pierwsza stacja mieściła się na południowym cyplu Manhatanu zwanym Battery, w stacji imigracyjnej Castle Garden. Oficjalnie była nią od 1855 roku dla stanu Nowy York, a więc przyjmowała większość emigrantów do USA.

Stacja emigracyjna Castle Garden na południowym Cyplu Manhattanu zwanym Battery
Stacja emigracyjna Castle Garden na południowym Cyplu Manhattanu zwanym Battery

Odprawa w Castle Garden była piekłem dla emigrantów. Bałagan, poniżanie, nie przestrzeganie prawa, wokół oszuści złodzieje i handlarze żywym towarem. Została zamknięta w 1890 r. Na czas budowy nowej stacji odprawy odbywały się w Barge Office (Urząd Bankowy) była to odprawa jeszcze bardziej niewygodna i kłopotliwa.

Jak pisała amerykańska prasa nowa stacja imigracyjna musi być nowoczesna i wygodna, ale też odcięta od ulic miasta, gdzie natychmiast rzucają się na imigrantów oszuści, złodzieje i handlarze żywym towarem. Powinien też ją kontrolować rząd federalny. Zdecydowano o budowie nowej stacji na wyspie Ellis Island.

Nowa stacja imigracyjna na Ellis Island
Nowa stacja imigracyjna na Ellis Island

Nowa stacja na Ellis Island rozpoczyna pracę 1 stycznia 1892 r. Utworzono nową posadę komisarza imigracyjnego portu Nowy Jork z kwaterą główną na Ellis Island. Pierwszym rozładowanym statkiem jest parowiec Nevada.

Budynek był przestronny 122 m długości i 45 m szerokości. Posiadał centralne ogrzewanie parowe, zelektryfikowany, z nowoczesnymi sanitariatami. Stacja może przyjąć nawet 10 tys. emigrantów dziennie. Jest wykonana z drewna, dawała komfort i bezpieczeństwo. Budynek przypomina raczej nadmorskie kasyno niż stację kontrolną dla biednych imigrantów. Co bardzo charakterystyczne, na stacji imigranci czują swojski zapach lasu i domu. Z sosnowego odżywiczonego drewna wykonano podłogi, a ściany żywiczne z drewna świerkowego i sosnowego. Nowa bagażownia może pomieścić walizy i kufry dwunastu tysięcy pasażerów.

Pożar na wyspie wybucha 14 kwietnia 1897 roku. Żywiczne deski płoną z trzaskiem. Po trzech godzinach wielki gmach stacji zamienia się w hałdę węgla drzewnego. Nikt nie zginął. Spłonęły jednak jakże ważne dla nas wszystkich dokumenty, manifesty pasażerów.

Na czas odbudowy stację ponownie ulokowano na Manhattanie w budynku Barge Office. Działa wręcz skandalicznie. Brud chamstwo, złodziejskie ceny. Korupcja i chaos.

Zdecydowano o budowie nowej stacji. Tym razem z cegły, kamienia betonu i stali. Tym razem przypomina wielki dworzec kolei żelaznej. Fasada czerwono biała. Wielka sala ma 61 m długości i 30 m szerokości i 17 m wysokości. Wyspa została znacznie powiększona. Stacja stoi do dziś jako muzeum imigracji. Poniżej wiele zdjęć archiwalnych i aktualnych piszącego. Otwarcie nowej stacji następuje 17 grudnia 1900 r

Stacja Ellis Island działała do 1954 r.
Stacja Ellis Island działała do 1954 r.

Etapy weryfikowania przybyłych pasażerów

Cztery etapy weryfikowania przybyłych pasażerów:

  1. Na pokładzie transatlantyku lekarze identyfikowali chorych, którzy musieli poddać się kwarantannie.
  2. Urzędnicy emigracyjni na transatlantyku kontrolowali pasażerów I i II klasy.
  3. Pasażerowie I i II klasy po pomyślnej inspekcji schodzili na ląd. Pasażerowie III klasy na promach byli przewożeni na Ellis Island.
  4. Ellis Island – przewożeni tu pasażerowie poddani byli dokładnej kontroli prawnej i medycznej.
 Mapka Zatoki Nowojorskiej
Mapka Zatoki Nowojorskiej

Manifesty i kwestia zapisu nazwisk

Zacznijmy od wyjaśnienia, czym były tak zwane „manifesty”. Manifesty to spis pasażerów na statkach ich przewożących. By te listy oddawały prawdziwy opis pasażerów musiały się na nich znaleźć wszystkie informacje interesujące służby imigracyjne. Kapitanowie statków zobligowani byli do przygotowania takich rozbudowanych i ujednoliconych spisów pasażerów. Dokumenty te obowiązkowo musiały być archiwizowane. Co one zawierały? Wiele istotnych informacji, a więc: port wypłynięcia i port przybycia; daty wyjazdu i przybycia; nazwisko, imię, płeć, powołanie, zdolność do czytania i pisania, obywatelstwo i kraj pochodzenia, ostatnie miejsce pobytu, zamierzone miejsce pobytu, czy jest obywatelem Stanów Zjednoczonych, stan lub terytorium, zapraszający, liczbę sztuk bagażu, wzrost, kolor włosów i oczu oraz inne. Każdy pasażer musiał być opisany, a oficer przewożącego statku taki manifest poświadczał pod przysięgą.

Druk manifestu wypełniany na stacji rejestracyjnej
Druk manifestu wypełniany na stacji rejestracyjnej

Dziś manifesty są jednym z największych skarbów Ameryki. Pozwalają one przy użyciu techniki komputerowej, po zeskanowaniu oczywiście tych dokumentów, odnaleźć nam wielu przodków. Ale nie wszystkich, bo 14 kwietnia 1897 roku na wyspie Ellis Island wybucha wielki pożar. Budynki były z drewna i dokumenty poszły z dymem.

Manifest ze statku Waesland z Liverpoolu , którym płynęli mieszkańcy Jagłowa –Albin Mojżuk ; Klemens Poźniak i Andrzej Mitrosz w 1899 roku
Manifest ze statku Waesland z Liverpoolu , którym płynęli mieszkańcy Jagłowa –Albin Mojżuk ; Klemens Poźniak i Andrzej Mitrosz w 1899 roku

Oprócz manifestu były wydawane zaświadczenia czy certyfikaty potwierdzające przybycie imigranta do portu. Poniżej jeden imigranta z Jagłowa.

Certyfikat potwierdzający przybycie
Certyfikat potwierdzający przybycie

Pierwsze zmiany w zapisie nazwisk i innych danych emigrantów powstały przy wypełnianiu manifestów na statkach. W stacji rejestracyjnej w Castle Garden, a potem na słynnej Ellis Island pracowano na dostarczonych ze statków dokumentach. Błędy często nie były korygowane. Urzędnicy tam ich rejestrujący często zmieniali ich imiona i nazwiska – ponieważ nie byli w stanie ich poprawnie zapisać. Po prostu zapisywali w dokumentach nazwiska tak jak je usłyszeli. Dlatego też było masę przeinaczeń i błędów. Te zmienione nazwiska wielu emigrantów używało dalej jako oficjalnych. Wielu Polaków zmieniało lub skracało swoje nazwiska świadomie w okresie późniejszym, jako trudne do wymówienia dla Amerykanów ale też ze względów biznesowych.

Procedury na stacji emigracyjnej

 Promy dopływają do Ellis Island, opadają trapy i tłum imigrantów wchodzi do budynku głównego stacji. Każda nacja ma inne bagaże. Bagaży jest mnóstwo. Wszyscy taszczą toboły i kufry schodząc z podwożących ich promów i łodzi. Bagażownia znajduje się na parterze i wszyscy winni tam zostawić swoje bagaże przed udaniem się na górę do głównej sali rejestracyjnej. Przy sobie mogli mieć tylko bagaż podręczny. Największy problem jest z ludźmi mówiącymi po polsku, zapisanymi w rejestrach manifestów jako Rosjanie, Niemcy czy Austriacy. Nie chcą zostawiać swych bagaży i niosą je wszędzie za sobą. Ze względów bezpieczeństwa nie zezwala się jednak na wnoszenie bagaży do góry na salę przesłuchań. W zakresie organizacji tego obszaru na wyspie jest raczej porządek. Kufry oddane w przechowalni są opisane i bezpieczne. Po uzyskaniu zgody na wjazd firmy koncesjonowane przez rząd amerykański dostarczają je do docelowego miejsca podróży za „uczciwą” opłatą. Opłata często była uiszczona przez zapraszającego lub musi ją zapłacić imigrant i tu często dochodzi do jej zawyżania. Z parteru wielkie szerokie schody prowadziły na piętro, był tam „registry room”– sala rejestracyjna. Na schodach zaczynało się wstępne badanie. Stali tam lekarze i urzędnicy w mundurach.

Wstępne badania
Wstępne badania

Główną swą uwagę lekarz inspekcyjny kierował na: skórę głowy, twarz, szyję, ręce, sposób chodzenia i ogólną kondycję fizyczną oraz psychiczną. Jeśli któryś z tych elementów był niewidoczny emigrant był zatrzymywany i oglądany szczegółowo. Lekarzy tych nazywano „sześciosekundowi”, bo średnio tyle mieli czasu na oglądnięcie każdego imigranta. Jeśli coś zauważyli, na ubraniu tej osoby zaznaczali kredą literę oznaczającą problem, na przykład „C”- oznaczało zapalenie spojówek. Tych oznaczonych urzędnicy mundurowi wyprowadzali z kolejki i badał ich inny lekarz nazywany „człowiek oko”. Jeśli coś potwierdził, dalsze badanie odbywało się w pokoju lekarskim. Zdrowi wracali do kolejki. Chorzy trafiali do szpitala na Ellis Island, gdzie byli leczeni i obserwowani. Ozdrowieńcy powracali do procesu kontrolnego tj. inspekcji prawnej. Dla nieuleczalnie chorych nie było wjazdu.

Badanie w gabinecie lekarskim
Badanie w gabinecie lekarskim

Ci którzy pokonali schody bez kredowych znaczków ustawiani byli do inspekcji prawnej w tzw. registry room. Polegała ona na udzieleniu odpowiedzi na szereg pytań zadawanych rzez oficerów imigracyjnych. Każdy oficer prowadził rozmowę na bazie kart manifestu przekazanych ze statku. Rozmowom towarzyszyli tłumacze. W rozmowie przesłuchiwany winien przekonać, że jest zdolny by samodzielnie dać sobie radę, że nie będzie ciężarem czy zagrożeniem dla państwa amerykańskiego. Ci którzy zdali mieli otwarte drzwi do Ameryki.

Inspekcja prawna
Inspekcja prawna

Tych których odpowiedzi zostawiły wątpliwości, stawiano przed komisją weryfikacyjną do drugiego etapu inspekcji prawnej. Na ich korzyść mogli zeznawać sprowadzeni na ich prośbę mieszkający w Stanach krewni, znajomi , zapraszający itp. Zweryfikowani mieli zgodę na wjazd. Około 20 % tych weryfikowanych otrzymywało zakaz wstępu do USA.

Inspekcja prawna
Inspekcja prawna

Rozmowy były prowadzone w wielkim holu „registry room”. W tłumie czekającym na wyczytanie swego nazwiska zawsze straszne zdenerwowanie. Wyczytany podchodził do inspektora, gdzie był przepytywany. Hałas był ogromny. O co pytano?

Ile masz pieniędzy? Tu był problem, wielu już w tym momencie nic nie miało. Decydował inspektor, ważne było czy była już opłacona przez zapraszającego podróż do miejsca docelowego. Pytano o zawód, umiejętności radzenia, sytuacje rodzinną, co zamierza robić w Stanach itp.

Kobietom, które podróżowały bez mężczyzn nie pozwalano opuścić wyspy ze względu na bezpieczeństwo. Dopiero po przybyciu krewnych mogły wyjechać. Odnalazłem takie zdarzenie przy wyjeździe mojej babci ciotecznej Teofili Kuderewskiej z d. Gudel.

W oczekiwaniu na rozmowę
W oczekiwaniu na rozmowę

Po zakończeniu wielogodzinnych badań wyczytano nazwiska osób, które pomyślnie je przeszły. Część miała wykupione bilety do miejsca docelowego, inni mogli je kupić w holu, były tam kasy firm kolejowych. Były też kantory w których można było wymienić wszystkie waluty świata. W okienkach razem z biletem wydawano imigrantom duże kolorowe kartki na których wypisane były nazwy miast do których się udawali. Przypinali je do ubrań i konduktorzy podobnie jak w Europie mieli ułatwione zadanie na peronach by skierować ich do właściwego pociągu.

Jeszcze w sali rejestracyjnej każdy oczekujący na wynik rozmowy, miał prawo do zakupu paczki żywnościowej, lunch z kanapkami po specjalnej preferencyjnej cenie. Ponieważ ostatni raz jedli na transatlantyku dla wielu był to ostatni posiłek na dalszą drogę przez Stany Ameryki. Paczka była pożywna, cena wynosiła 75 centów.

Imigranci którzy pozytywnie przeszli weryfikację, przebywali na wyspie około 5 godzin. Czas pobytu pozostałych to już były tygodnie, a nawet miesiące.

Szczęśliwi musieli zejść na parter. Prowadziły tam z holu szerokie schody nazywane schodami rozstania „stairs of separation”. Były one przedzielone solidnymi barierkami na trzy linie ruchu. Lewa prowadziła na prom do Nowego Jorku. Prawa dla udających się pociągiem w dalszą podróż. Środkową prowadzono tych, których zatrzymano na wyspie do wyjaśnienia ich statusu.

Ci z prawej i lewej spotykali się z czekającymi często na nich bliskimi. Miejsce to nazwano wrotami pocałunków „kissing gate”.

 

Poszukiwania emigrantów z Jagłowa w manifestach i nie tylko

Poszukiwania prowadziłem dla tych nazwisk w drzewie co do których nie było żadnej wiedzy co się z nimi dalej działo, a byli w drzewie chociażby dzięki spisom obywateli Jagłowa z lat 1864 i 1909 oraz danym osiągniętym przez wywiady rodzinne. Były dwie możliwości – armia carska lub emigracja no i oczywiście zgon. Przejrzałem setki manifestów szukając znanych i typowych nazwisk z tej wsi. Każdy napotka tu na duży problem. Nazwiska które nosili są w większości poprzekształcane i wyglądają zupełnie inaczej. Zapisywane najpierw przez oficerów na statkach (obowiązek wprowadzono w 1891 r.) na początku było tylko 12 pozycji, w następnych latach urosło do 29 pozycji), a później na stacji imigracyjnej są bardzo uproszczone, są takie jak je spisujący usłyszał i w języku angielskim mógł zapisać. Następnym elementem pomocnym w szukaniu było zapisane w manifeście miejsce ostatniego stałego pobytu. Tu podobnie ten sam problem jak z nazwiskami. Jagłowo jest zapisane jako – Jeglowo ; Jaglawo; Diegowo ; Jeglewo ; Zaglewo ;Dleigowo ;Ruiglowo ; Dligowo itp. Ale są też inne problemy, pierwszy związany z tym że oficerowie na statkach upraszczają sobie pracę i wpisują jako ostatnie miejsce pobytu – port wypłynięcia statku. Z tej racji, że nasi emigranci w znakomitej większości płynęli do Grand Rapids w Michigan pomocne było sprawdzenie portu docelowego. W wielu przypadkach poszukując jednej osoby trafiałem na dwójkę lub trójkę płynących razem za wielką wodę.

Część danych udało się potwierdzić poprzez odnalezienie akt naturalizacji oraz rejestracji do wojska konkretnie do Armii Błękitnej Hallera prowadzonej wśród emigracji w latach 1917-1919. Pomocne były też zapisy i adresy zapraszających, jeśli wcześniejsze ustalenia co do ich pochodzenia były jednoznaczne.

Akt naturalizacji Stanisława Mitrosza z Jagłowa
Akt naturalizacji Stanisława Mitrosza z Jagłowa

Drugi problem stwarzają często sami emigranci, którzy zamiast małej wsi podają większe pobliskie miasta lub miasteczka. I tak pojawia się Suchowola , Sztabin , Sokółka a nawet Grodno.

Rejestracja do armii Franciszek Siemion. Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej . Wrócił do Stanów w 1920 r.
Rejestracja do armii Franciszek Siemion. Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej . Wrócił do Stanów w 1920 r.

Poniżej przedstawiam najbardziej prawdopodobne wyjazdy emigrantów z Jagłowa, nie ma jednak co do niektórych 100% pewności. Oprócz tych wpisanych na listę mam prawie drugie tyle nie potwierdzonych. Trzeba też zauważyć, że istnieje spora liczba wyjazdów krewnych Jagłowian, jak na przykład Siemion i Mojżuk ze wsi Leśniki czy Sawośko z Głęboczyzny, których nie ująłem w wykazie. Nie wszystkich o których wiedziałem, że wyjechali udało się znaleźć w manifestach i nie wszystkie dane są kompletne. Braki te wynikają pewnie z powodu poruszonego już w tekście spalenia milionów manifestów w pożarze w 1897 roku, małej ilości danych w początkach ich wprowadzenia ale tez także z emigracji nielegalnej.

 Lista imigrantów

  1. Jan Siemion ur. 08.07.1880 r. syn Wojciecha. Wyjazd 1898 r z Bremy. Powrót 1907, ślub 1908 r.
  2. Bolesław Bert Siemion ur. 18.06.1888 r. syn Wojciecha. Wyjazd 10.08.1907 z Bremy do Qebec, Kanada. Następnie przez jeziora statkiem Montezuma przybył dn. 21.08.1907 r. do Grand Rapids Michigan. Odebrał go brat Jan. Zamieszkał u niego pod adresem 11 Str.205. Pozostał w USA, ślub 1910 r. Rejestracja do Armii Hallera 12.09.1918 r.
  3. Adolf Siemion ur. 28.06.1891 r. syn Wojciecha. Wyjazd 02.06.1911 r. prawdopodobnie z Bremy. Przybycie do Quebec Kanada dn. 12.06.1911 r. Dalej statkiem Lake Michigan do Detroit gdzie przybył 13.06.1911 r i do Grand Rapids Michigan do brata Bolesława. Pozostał w USA, ślub w 1914 r. Rejestracja do Armii Hallera 05.06.1917 r. w Grand Rapids, Michigan.
  4. Franciszek Adolf Siemion ur. 28.03.1896 r. syn Wojciecha. Pierwszy wyjazd 1914 r. Wyjazd prawdopodobnie z Bremy 02.08.1914 r. Przybył do Quebec w Kanadzie 12.08.1914 r. Dalej statkiem Rathenia do Detroit dotarł 13.08.1914 r. i dalej do Grand Rapids Michigan do brata Adolfa Siemiona. Rejestracja do Armii Hallera 05.06.1917 r. w Grand Rapids, Michigan. Powrót do Polski w ramach błękitnej Armii Hallera. W latach 1918 -20 udział w wojnie z Rosją i Ukrainą. Drugi wyjazd z Gdańska 16.06.1920 r. i powrót do USA New York 28.06.1920 r. statkiem Mercury. Ślub w 1924. Pozostał w USA.
  5. Antoni Siemion ur. 12.02.1855 r. syn Antoniego. Pierwszy wyjazd 1890 i drugi 1897 r. z żoną Mary Jacobski i pięciorgiem dzieci John; Helen; Michael; Peter Anton i Steve.
  6. Adam Siemion ur. ok. 1866 r. syn Jana. Wyjazd z Hamburga statkiem Polaria do New York 18.05.1885 r. Powrót przed 1905 rokiem. Po raz drugi prawdopodobnie z żoną Rozalią i dwoma synami Józefem i Zygmuntem ponowny wyjazd po 1909 r.
  7. Franciszek Siemion ur. ok. 1876 r. w Jagłowie. Wyjazd z Hamburga do New Jorku dn. 01.05.1896 r. Statek Scandia. Brak danych w drzewie.
  8. Drugi prawdopodobnie jego wyjazd. Franciszek Siemion ur. ok. 1876 r. w Jagłowie. Zaprosił Albin Mojżuk z Grand Rapids Michigan. Wyjazd z Bremy 16.08.1906 r. Przybycie do Baltimore 30.08.1906 r. Statek Branderburg.
  9. Klemens Poźniak ur. ok. 1877 r. syn Mateusza Michała. Wyjazd z Liverpool 08.03.1899 r. statek Waesland, przybycie do USA Philadelphia Pa 20.03.1899 r. Pozostał w USA. Zaprosił Joseph Mojzuk.
  10. Adam Poźniak ur. ok. 1875 r. syn Mateusza Michała. Wyjazd z Liverpool 20.02.1904 r. Statek Etruria. Przybycie do USA New York 29.02.1904 r. Powrót przed 1908 r. Ślub 1908 r. w Polsce. Zaprosił kuzyn Cegelski .
  11. Ignac Poźniak ur. ok. 1879 r. w Jagłowie. Syn Mateusza Michała. Wyjazd z Bremy 16.08.1906 r. Statek Branderburg. Przybycie do Baltimore 30.08.1906 r. Zaprosił kuzyn Jan Sienko (Siemion).
  12. Izydor Janewicz ur. ok. 1886 r. syn Józefa. Wyjazd z Bremy 18.06.1904 r. Statek Grosser Kurfurst. Przybycie do New York 29.06.1904 r. Powrót przed 1924. Ślub ok. 1924 r.
  13. Jan Janewicz ur. ok. 1887 r. syn Józefa. Wyjazd z Hamburga 19.07.1905 r. Statek Blucher. Przybycie do New York 30.07.1905 r. Zaprosił brat Izydor Janewicz.
  14. Jan Kuderewski ur. ok. 1873r. mąż Teofili d.Gudel. Wyjazd z Rotterdamu. Statek Rotterdam, przybycie do USA New York 25.07.1905. Prawdopodobnie powrócił i mieszkał w Suchowoli.
  15. Teofila Kuderewska z d. Gudel ur. ok. 1883 r. córka Jana. Wyjazd z Rotterdamu 13.03.1909 r. Statek Nieuw Amsterdam. Przybycie do USA New York 23.03. 909 r. W kraju mąż Jan Kuderewski. Zaprosił Kuzyn Wincenty Mojżuk.
  16. Jej drugi wyjazd. Teofila Kuderewska ur. ok. 1883 z Suchowoli. W kraju teściowa Aniela Kuderewska w Suchowoli. Wyjazd z Hamburga 23.08.1911 r. Statek Cleveland. Przybycie do New York 03.09.1911 r. Zaprosił Anton Sokołowski. Jest także zapis w rejestrze zatrzymanych oczekujących na odbiór kobiet. Odbiera Małgorzata Sokołowska 05.08.1911 (sic!?) godz. 10.00.
  17. Wincenty Gudel ur. ok. 29.11.1857 r. w Jagłowie syn Wincentego Stanisława. Wyjazd z Hamburga 05.05.1885 r. Statek Polaria. Przybycie do New York 18.05.1895. Prawdopodobnie pozostał.
  18. Marianna Gudel ur. ok. 1894 r. córka Jana? (brak w drzewie – jest ale ojciec jego brat Józef). W kraju pozostał ojciec Jan Gudel w Sztabinie (Jagłowo). Wyjazd z Rotterdamu 29.11.1912 r. Statek Nieuw Amsterdam. Przybycie do USA, New York 04.12.1912 r. Pozostała w USA.
  19. Adolf Dawidowicz ur. ok. 15.05.1884 r. w Jagłowie syn Marcina. Wyjazd z Bremy 13.07.1911 r. Statek Friedrich Grose. Przybycie do USA, New York 25.07.1911 r. Pozostał w USA, ślub w 1924 r. W kraju pozostał ojciec Marcin Dawidowicz w Jagłowie. Rejestracja do Armii Hallera 12. 08. 1918 r.
  20. Serafina Wiesztort z d. Dawidowicz ur. ok. 1886 r. córka Marcina-wyjazd do USA –wyjazd z mężem do Australii – pozostała w Australii.
  21. Mieczysław Dawidowicz ur. 25.03.1914 r. w Jagłowie syn Kajetana i brat Adolfa i Serafiny. Wyjazd z Bremerhaven 02.07.1950 r. Statek Generall S. D. Strugis. Przybycie do USA, New York, dwie daty 12.02.1950 i 11.07.1950 – został lekarzem. Pułkownik armii USA, pozostał w USA.
  22. Andrzej Mitrosz ur. ok. 1887 r. syn Mateusza. Wyjazd z Bremy. Statek Barbarossa. Przybycie do USA New York 24.03.1905 r. Zaprosił Franciszek Koszczuk, adres Main St.4209 Philadelphia Pa, USA. Pozostał w USA.
  23. Kazimierz Mitrosz ur. 28.08.1881 r. syn Mateusza. Wyjazd z Antwerpii, statek Vaderland. Przybycie do USA, New York 12.04.1907 r. Pozostał w USA. Akt naturalizacji 10.02.1922 r.
  24. Stanisław Mitrosz ur. ok 1888 r. syn Mateusza. Wyjazd z Liverpool. Statek Merion. Przybycie do USA Philadelphia Pa 17.04.1910 r. Pozostał w USA. Zaprosił Andrzej Mitrosz.
  25. Marianna Mitrosz ur. ok. 1890 r. córka Mateusza – przyjechała razem z bratem Stanisławem.
  26. Antoni Mitrosz ur. ok. 1872 r. syn Mateusza. Wyjazd z Hamburga. Statek Pennsylvania. Przybycie do USA New York 26.09.1912 r. Pozostał w USA zmarł w 1950 r. dzieci w Polsce.
  27. Wiktor Winkiewicz ur. ok. 1865 r. (19.04.1864) syn Mateusza. Wyjazd z Hamburga. Statek Polaria. Przybycie do New York 18.05.1885 r. Brak danych o powrocie.
  28. Kazimierz Winkiewicz ur. 1852 r. syn Mateusza. Wyjazd z Antwerpii. Statek Rhynland. Przybycie do USA, New York 15.04.1903 r. Powrót przed 1905 r.
  29. Klemens Winkiewicz ur. ok 1858 r. syn Mateusza. Wyjazd z Bremy. Statek Karlsuhe. Przybycie do USA Baltimore, Maryland w 05.08.1890 r. Powrót przed 1909 r.
  30. Wiktoria Winkiewicz ur. ok 1860 r. córka Kazimierza. Wyjazd z Niemiec. Statek Fulda. Przyjazd do New York 1890 r. Brak danych o powrocie.
  31. Feliksa Wojtkielewicz ur. ok. 1890 r. córka Wincentego. Wyjazd z Rotterdamu. Statek Noordam. Przybycie do USA, New York 14.06.1910 r. Pozostała w USA, ślub 20.09.1911 z Bolesławem Kolskim.
  32. Anna Wojtkielewicz ur. ok. 1879 r. córka Kazimierza. Wyjazd z Hamburga. Statek Arcadia. Przybycie do USA New York 06.04.1902 r. Pozostała w USA, mąż Frank, synowie Edwin i Alfred.
  33. Ignacy Wojtkielewicz ur. ok. 1870 r. emigrował przed 1902 rokiem, na jego zaproszenie przyjechała Anna – wrócił do Polski.
  34. Rozalia Wojtkielewicz ur. ok. 1885 r. z d. Jaroszewicz, córka Mateusza , II-ga żona Ignacego. Statek Belgenland. Przybycie do USA Philadelphia Pa 1903 r. Wróciła wraz z mężem do Polski. Przy tej ulicy Main Str. 4145 Philadelphia Pa mieszali Mojżukowie: – Wincenty s. Wincentego i następni Albin Mojżuk; Joseph Mojżuk; Klemens Pożniak.
  35. Wincenty Mojżuk ur. ok. 1865 r. syn Wincentego. Wyjazd statkiem Hermann, przybycie do USA Baltimore MD, Maryland 24.09.1887 r. Pracował tam ok. 20 lat – wrócił po śmierci ojca ok. 1906-1907 r.
  36. Wincenty Mojżuk ur. 16. 08. 1864 r. syn Ignacego. Wyjazd statkiem Schiedam, przybycie do USA New York 1988 r. Pozostał w USA. Ślub w USA w 1901 r. z Anna Kozłowską z Mogilnic.
  37. Albin Mojżuk ur. ok. 1874 r. syn Jana . Wyjazd z Liverpool statkiem Waesland, przybycie do USA Philadelphia PA 20. 03. 1899 r. Wrócił przed 1901 r. Zaprosił brat stryjeczny Wincenty.
  38. Józef Mojżuk ur. ok. 1870 r. syn Piotra. Wyjazd z Liverpool 18.03.1890 r. Statek Lord Clive , przybycie 04.04 1890 r. do USA Philadelphia PA. Wrócił przed 1909 rokiem. Zaprosił do USA Klemensa Poźniaka i Izydora Janewicza.
  39. Stanisław Mojżuk ur. ok. 1895 r. syn Piotra, brat Józefa. Wyjazd z Hamburga, przybycie statkiem Graff Waldersee do USA Phpladelphia PA, 21.09.1912 r. Brak informacji o powrocie.
  40. Ignacy Mojżuk ur. ok. 1882 r. syn Jana. Wyjazd z Hmburga, statek Pretoria, przybycie do USA New York 11.03.1907 r. Brak informacji o powrocie.
  41. Albina Mojżuk ur. ok. 1883 r. w Jagłowie, córka Jana i siostra Albina, który ją zaprosił. Wyjazd z Bremy 14.08.1902 r. Statek Breslau. Przyjazd do Baltimore 27.08.1902 r.
  42. Jan Ratkiewicz ur. ok. 1867 r. syn Ignacego. Wyjazd Hamburga 04.02.1903 r. Statek Albano, przybycie do USA New York 24.02.1903 r. Zaproszenie od Jana Kamińskiego mieszkającego w Pitsburgu. Brak informacji o powrocie, prawdopodobnie ściągnął żonę.
  43. Marianna Ratkiewicz z d. Polkowska ur. 08.11.1872 r. żona Jana. Syn Bolesław ur. ok. 1895 r. i córka Marianna ur. ok. 1900 r. Zaproszeni przez męża i ojca Jana. Wyjazd z Bremy 03.07.1902 r. Statek Breslau. Przyjazd do Baltimore 16.07.1902 r.
  44. Anna Ratkiewicz ur. ok. 1881 r. córka Jgnacego. Wyjechała razem z bratem Janem. Brak wiedzy o powrocie.
  45. Władysław Ratkiewicz ur. ok. 1887 r. syn Józefa. Wyjazd z Bremy, statek Koln, przybycie 14.06.1911 r. do Philadelphia. Zaproszenie od Józefa Romanowskiego, adres 141 St. Calton Phila-Pa. Powrócił.
  46. Pelagia Ratkiewicz ur. ok. 1889 r. żona Władysława z d. Romanowska, wyjazd razem z mężem.
  47. Magdalena (Marianna) Ratkiewicz ur. 03.03.1864 r. w Jagłowie, córka Ignacego. Wyjazd z Liverpool 03.06.1907 r. Port docelowy Philadelphia 14.06.1907 r. Statek Wasterland.
  48. Józef Sawośko ur. 19. 03. 1891 r. syn Ignacego lub Jana z Jagłowa. Przybycie do USA 11.11.1907 r. Naturalizacja 29.08.1918 Illinois USA.
  49. Aleksander Sawośko ur. ok 1893 r. syn Ignacego z Jagłowa. Przybycie do USA 21.09.1912 do Philadelphia, statek Waldersee z Hamburga. Brak danych o powrocie.
  50. Kajetan Sawośko ur. ok. 1887 r. z Jagłowa syn Ignacego. Przybycie do USA Chicago w 1905 r. Małżeństwo z Rozalią Sztukowską.
  1. Franciszek Sawośko ur. ok. 1877 r. w Jagłowie. Brak w drzewie. Wyjazd z Hamburga 25. 05. 1903 r. Przybycie do New York 8.06. 1903 r.
  2. Wincenty Mikucki ur. 11.08.1868 r. syn Laurentego Bartłomieja. Wyjazd 1908 r. Zaproszenie od Ignacy Mikucki, wrócił do Polski.
  3. Jan Koszczuk ur. ok. 1865 r. syn Wincentego. Wyjazd z Hamburga, statek Palatia, przybycie do New York 11.05.1895 r. Brak wiedzy o powrocie.
  4. Jan Kamiński ur. ok. 1865 r. syn Józefa z Jagłowa. Wyjazd z Bremy, statek Maryland, przybycie do Baltimore USA 28.03.1896 r. Wrócił ok. 1899 r.
  5. Aleksandra Szkiłądź ur. ok. 1883 z Jagłowa córka Józefa. Wyjazd z Antwerpii 01.04.1907 r. Statek Vaderland. Przyjazd do New York 12.04.1907 r. Wyjechała razem z Kazimierzem Mitroszem .

Niektórych wyjazdów nie jestem w stanie przypisać do konkretnych rodzin z braku pełnej wiedzy o mieszkańcach Jagłowa, podam jeden ciekawy przypadek. Wyjazd z Hamburga, statek SS Scandia. Port docelowy Nowy Jork 01.05.1896 r. Sześć typowych nazwisk dla Jagłowa.

  • Franciszek Siemion L.25
  • Klemens Winkiewicz l.35
  • Joanna Winkiewicz l.22
  • Jan Mojżuk l.23
  • Wincenty Mojżuk l.30
  • Marian Ratkiewicz l.19

Zapis w manifeście jest ubogi, z roku 1896, zawiera mało danych. Takich zapisów jest jeszcze wiele. Te wyjazdy powodowały, że z czasem pewne rodziny od wieków zamieszkujące Jagłowo znikały. Zniknęły np. rodziny: Mitroszów; Sawośków; Koszczuków; Winkiewiczów, w dużej części Mojżuków; Siemionów czy Ratkiewiczów.

Zdjęcia przedstawione w artykule są zdjęciami autora – dokumentów odnalezionych w manifestach, wykonanymi podczas podróży do USA z ekspozycji Muzeum na Ellis Island i Muzeum Emigracji w Gdyni. Niektóre zdjęcia wykorzystałem z książki pt. „Po dolary i wolność” Dariusza Terleckiego, który przywołuje iż pochodzą ze zbiorów Muzeum w Gdyni.

Opracował: Ryszard Siemion na bazie Family Tree Siemion.

Od redakcji

Znakomitą relację o emigracji i emigrantach z tego samego obszaru, ale z nieco innej perspektywy można znaleźć w książce Marii Narel-Challot pt. „Amerykański kapelusz. Feliks”

Opublikowano 2 Comments

Historia jednego grobu

Wiele lat temu korespondowałem z Sharon, potomkiem Bernatowiczów, którzy wyemigrowali do USA. Wymienialiśmy mnóstwo maili i w pewnym momencie okazało się, że jest również potomkiem rodziny Pycz. Nazwisko niewątpliwie związane z regionem gminy Sztabin i sąsiednich. Otrzymałem od niej klepsydrę krewnego Ludwika Pycza wydrukowaną w 1902 roku w „Dzienniku Chicagoskim”, a więc po polsku. Poza imieniem i nazwiskiem Sharon niewiele odczytała z tej notki, którą zamieszam poniżej.

Ponieważ kopia jest marnej jakości i słabej rozdzielczości (taką dostałem), pozwolę sobie przepisać tutaj jej treść. Oto ona:

Krewnym i znajomym donosimy tę smutną wiadomość, iż najukochańszy ojciec nas i mąż mój, Ludwik Pycz, pożegnał się z tym światem17 grudnia 1902 roku w Czarniejewie, Gminie Dębowskiej, Guberni Suwalskiej, (Powiat Augustowski), a zwłoki ś.p. Ludwika złożono w grobie w parafii Jamińskiej.

Ś.p. Ludwik Pycz, przybywszy do Ameryki przed 13tu laty pracował przez cały czas w zawodzie rzeźniczym w rzezalniach Chicagoskich. Zapadłszy na ciężką chorobę, za poradą prof. Kuflewskiego udał się w rodzinne strony dla poratowania zdrowia, tymczasem nielitościwa śmierć przecięła pasmo życia jego.

Ś.p. Ludwik był członkiem Tow. Obrońców Korony Polskiej, w parafii NMP Nieustającej Pomocy, na Bridgeporcie. Msza św. za spokój duszy jego odbędzie się 16go stycznia o godz. 7mej rano w kościele NMP Nieustającej Pomocy, na Bridgeporcie.

Na tę świętą i ostatnia przysługę zaprasza w smutku pogrążona:

Felicya Pycz, żona; Leonarda, córka; Józef Szyperski, szwagier; Wiktoria Szyperska, siostra; Józef Zacharewicz, szwagier; Joanna Zacharewicz, siostra; Hieronim Łukawski, teść z dziećmi; Milanowska, ciocia z dziećmi.

Bardzo ciekawy nekrolog! Zawiera mnóstwo informacji o życiu zmarłego i jego rodzinie. Dziś już takich nie spotkamy, nad czym ubolewam, podobnie jak wiele koleżanek i kolegów genealogów. Mnie jednak najbardziej interesowała informacje, że Ludwik Pycz został pochowany na cmentarzu jamińskim, a ponieważ bywałem i bywam w okolicy, więc postanowiłem to sprawdzić.

Pogodny letni dzień 2009 roku wybrałem się wspólnie z żoną po raz pierwszy do Jamin celem odszukania domniemanego grobu. Przetrząsnęliśmy niemal cały cmentarz i dopiero przy granicy we wschodniej części znaleźliśmy grób zmarłego w 1902 roku Ludwika.

W bezpośrednim sąsiedztwie znajdowały się groby Ignacego Pycza, Romualdy Pycz i Henryka Pycza, którzy byli zapewne powiązani rodzinnie z rzeczonym Ludwikiem. Moją uwagę zwrócił nadzwyczaj dobry stan grobu sprzed ponad 100 lat. Nie tylko ktoś przynosił kwiaty, ale i płyta z inskrypcją była w takim stanie, jakby wykonana była niedawno, choć współcześnie, ani takich betonowych nagrobków się nie wykonuje, ani takich inskrypcji w cementowych płytach. Zapytałem więc przypadkowo napotkaną osobę, czy może wie, kto się opiekuje tym grobem. Traf chciał, że była ona dobrze zorientowana i skierowała mnie do rodziny Panasewiczów w Czarniewie. To musiał być dobry trop, bo przecież ta miejscowość (w zniekształconym nieco zapisie) została wzmiankowana w nekrologu.

Wizyta w domu Panasewiczów była bardzo owocna. Spotkałem tam młodego człowieka i jego teściową, która okazała się być córką Ignacego i Romualdy Pyczów, pochowanych tuż obok Ludwika, stryja Ignacego. Opowiedziałem całą historię w jaki sposób do nich trafiłem, o Sharon – ich amerykańskiej krewniaczce i innych zagadnieniach związanych z genealogią. W konsekwencji Sharon mogła się skontaktować z nowopoznanymi krewnymi z Polski ze strony rodziny Pycz.

Akt zgonu Ludwika Pycza z 1902 r.
Akt zgonu Ludwika Pycza z 1902 r.

Po indeksacji parafii Jaminy i umieszczeniu indeksów w wyszukiwarce Geneo każdy może z łatwością odnaleźć dane Ludwika i Ignacego Pyczów oraz poznać ich wzajemne relacje rodzinne. Jak się okazuje znalezienie tych powiązań jest możliwe i bez wglądu w księgi metrykalne. Potrzebne są wizyty terenowe, przeszukiwanie cmentarzy, rozmowy z ludźmi. Jest to znacznie trudniejsze niż wpisanie kwerenty w wyszukiwarce, ale i znacznie ciekawsze!

P.S. Historię tę opisywałem już kiedyś na jakiejś stronie w Internecie, ale strona zaniknęła i w niebyt pociągnęła tę moim zdaniem ciekawą historię, którą teraz postanowiłem odtworzyć z wykonanych ponad 12 lat temu zdjęć, maili i własnej, coraz bardziej szwankującej pamięci. Nic nie jest wieczne – warto więc trzymać swoje notatki w kilku kopiach w różnych miejscach 🙂

Opublikowano Dodaj komentarz

Handel wyrobami szklanymi u Brzostowskiego

Otrzymałem właśnie najświeższy, czyli datowany na grudzień 2021 roku, numer miesięcznika „Nasz sztabiński dom”. Czytam tam zawsze teksty o historii regionu i o ludziach powiązanych z regionem. Od kilku miesięcy ukazuje się w tym miesięczniku rubryka „Wydarzenia ubiegłych stuleci”, w której nasza koleżanka, Urszula Zalewska przytacza wyciągi z ciekawych metryk sprzed stuleci, powiązanych z regionem obecnej gminy Sztabin. Moją uwagę przykuła wzmianka o śmierci Marcina Bernatowicza 202 lata temu i właśnie ten kilkuzdaniowy tekst zainspirował mnie do napisania tego posta.

Ów Marcin Bernatowicz (skądinąd wiadomo, że był synem także Marcina, najstarszego znanego z imienia protoplasty rodu Bernatowiczów z gminy Sztabin) zmarł 18 grudnia 1819 roku. U urzędnika stanu cywilnego zgon zgłaszali jego szwagier, Michał Karp, lat 38, gospodarz z Kunichy, oraz Józef Mikucki, lat 26, parobek u tegoż Michała Karpa. Tu mała dygresja. Po raz kolejny widać, że analiza całej metryki daje pełniejszy obraz sytuacji zmarłego. Choć bezpośrednio nie podano nazwiska małżonki Marcina Bernatowicza, to na podstawie podanych danych zgłaszających wiadomo, że pochodziła z Karpów. I to majętniejszych chłopów, skoro posiadali parobka.

Co jest takiego niezwykłego w tej metryce? Otóż czytamy dalej, że „Marcin Bernatowicz, gospodarz mający wieku swego lat około sześćdziesiąt, będąc w drodze przy towarze szklanym i chorując przez dni pięć, umarł w mieście Szczuczynie w domu sławetnego Karola Pożarskiego, cyrulika w Szczuczynie zamieszkałego, pod numerem dwusetnym w ulicy Grabowskiej”. Kościelny akt zgonu spisano 25 grudnia, zapewne w dniu pogrzebu Marcina. Fantastyczny zestaw informacji o okolicznościach śmierci! Nie dość, że wiemy czym zajmował się Marcin Bernatowicz, to wiemy jak długo chorował, u kogo zmarł, a także ile czasu trwał transport ciała z powrotem do miejsca jego zamieszkania, czyli do wsi Kunicha koło Sztabina. Dalej musimy uruchomić trochę wyobraźni i połączyć fakty z metryki z innymi faktami historycznymi, a zwłaszcza z postacią hrabiego Karola Brzostowskiego.

Karol Brzostowski, właściciel majątku Cisów, przyjął i zrealizował nową myśl – uprzemysłowienia gospodar­stwa wiejskiego. Zdając sobie sprawę z tego, że inaczej dochodów nie osiągnie, oraz ko­rzystając z miejscowych bogactw naturalnych postanowił rozwinąć działalność przemysło­wą. Już w 1819 podpisał umowę z majstrem kunsztu wyzwolonego fabryk huty szklanej, za­mieszkałym w królestwie pruskim Gustawem Uklańskim o budowę i wydzierżawienie manu­faktury szklanej w Koziej Szyi53 Tak więc urządził Brzostowski hutę szkła zwyczajnego o pół mili od Cisowa, a gdy dzierżawca nie umiał wyjść na swoje i w przeciągu roku zbankrutował, Brzostowski wciągnięty znacznym nakładem, musiał fabrykę sam dalej prowadzić.

Brzostowski sprowadził książki techniczne i wyuczył się na hutnika. Po kilku latach manufaktura zaczęła przynosić poważne dochody. Stała się znaną ze swych wyrobów nie tylko w Królestwie, lecz i w guberniach zachodnich carskiej Rosji. Szklana manufaktura stała się zaczątkiem osady fabrycznej zwanej Hutą Sztabińską. Zabudowania huty wysta­wiono w latach 1819-1820 i składały się one z hali huty, prostowni tafel szklanych, tłuczar­ni, potażni, magazynu wyrobów szklanych. Hala huty była jedną z największych w wówczas w Polsce, natomiast powierzchnia wszystkich budynków przemysłowych tej manufaktury nie ustępowała najsłynniejszym obiektom tego typu w kraju i w Imperium Rosyjskim. Wszy­stkie zabudowania wzniesiono z drewna na fundamentach kamiennych.

Prężnie działająca huta dawała zajęcie okolicznej ludności, czego przykładem jest choćby wymieniony akt zgonu Marcina Bernatowicza. Był on rolnikiem i nie zajmował się handlem wyrobami szklanymi. Okres zimy to czas zmniejszonej intensywności prac gospodarskich i prawdopodobnie najmował się do przewożenia transportu gotowych wyrobów do większych ośrodków miejskich, skąd były rozprowadzane w głąb Królestwa Polskiego i dalej, za granicę. Niewątpliwie Szczuczyn należał do takich miejsc. Było to miasteczko zamieszkałe w większości przez Żydów, którzy licznie trudnili się handlem.

Handlem wyrobami szklanymi zajmowali się również Żydzi z najbliższego Sztabina, i to bardzo licznie. To również widać po szybkiej analizie metryk z ówczesnej gminy krasnoborskiej w wyszukiwarce Geneo. Jeśli w polu „Szukaj dowolnego tekstu” wpiszemy ciąg znaków „szkł” (odpowiadających fragmentom wyrazów: szkłem, szkła, itp.) otrzymamy pokaźną listę osób wyznania mojżeszowego pochodzących niemal wyłącznie ze Sztabina:

Niestety Żydzi byli notowani we wspólnych dla wszystkich grup wyznaniowych metrykach cywilnych tylko w latach 1808-1825 i tylko te metryki, wraz z towarzyszącymi im szczegółowymi informacjami o profesjach, zostały zachowane i zindeksowane.

Rozwój miejscowości skończył się wraz ze śmiercią Karola Brzostowskiego w 1854 roku. Od tej pory zakłady przemysłowe zaczęły upadać, a mieszkańcy wsi zajęli się głównie rolnictwem. Na mocy testamentu Brzostowskiego uwłaszczono tam 53 rodziny na 499 morgach ziemi, co czyniło Hutę jedną z największych miejscowości w okolicy. Jednak w wyniku upadku przemysłu wiele rodzin wyjechało stamtąd i tym należy tłumaczyć brak wzrostu liczby mieszkańców po 1854 roku, a nawet spadek. W 1880 roku we wsi Huta Sztabińska notowano 47 domów i 450 mieszkańców.

Podobno po dziś dzień na polach, które znajdują się w miejscu dawnych zabudowań fabrycznych Brzostowskiego, można wyorać fragmenty jego szklanych wyrobów. Co jakiś czas zdarzają się całe, nienaruszone butelki mające dziś już niemal 200 lat. Kilka z nich znajduje się w Muzeum Ziemi Sztabińskiej oraz w prywatnych kolekcjach mieszkańców regionu.

Opublikowano Dodaj komentarz

Akt zgonu ks. Michała Pożarowskiego

No to dzisiaj coś, co rzeczywiście można nazwać genealogicznym znaleziskiem dnia. Akt zgonu znaleziony w księdze zgonów z Augustowa z lat 1875-1882, którą obecnie uzupełniam do formatu JZI.

Podpis ks. Michała Pożarowskiego znajdziemy pod wieloma metrykami z Augustowa. Urodził się w 1822 roku i wieku 28 lat został wikariuszem w Augustowie, by w latach 1858‑1881 sprawować urząd proboszcza i dziekana augustowskiego, który objął po swoim wuju Antonim Jaskowskim.

Istotnie przyczynił się do rozwoju parafii augustowskiej. W roku 1861 uzyskał pozwolenie na rozebranie i pobudowanie nowych budynków plebańskich, w których uwzględniono także budowę „domu mieszkalnego dla dziadów”. Jednak w aktach z lat następnych opisujących nowe zabudowania nie spotykamy wyraźnej wzmianki o istnieniu szpitala. Można tylko przypuszczać, że w domu służby kościelnej mogło być pomieszczenie przeznaczone dla ubogich. W akcie wizytacyjnym z 1873 r. umieszczono adnotację, iż parafia Augustów szpitala nie posiada.[1]

Okres jego pasterzowania przypadł również na trudny czas. Władze carskie rozwiązały kościół unicki, a jego wyznawców siło starano się przenieść do obcego im kościoła prawosławnego. Powszechnie, nie tylko pod wpływem przymusu, ale i chęci przypodobania się władzom, donoszono na sąsiadów i księży nieposłusznych rządowym wytycznym. Polecenia donosicielstwa nie ominęły ks. Pożarowskiego. Dnia 3 lipca 1875 r. ksiądz Pożarowski informuje biskupa sejneńskiego, że rządowa władza administracyjna wymaga od kapłanów, aby w konfesjonale żądali od swych penitentów osobistej książeczki legitymacyjnej, by prze­konać się z niej, jakiego są wyznania.

W roku 1873 ks. Michał Pożarowski oceniał stan moralny parafian augustowskich w sposób następujący: „Prowadzenie się parafian w ogólności można powiedzieć jest przyzwoite i moralne, [ludzie] są chętni w spełnianiu obowiązków religijnych. Wprawdzie pomiędzy nimi znajduje się kilkanaście osób z wyższej klasy lekceważących posty nakazane przez Kościół i rzadko uczęszczających w dni świąteczne i niedzielne na nabożeństwa. Znajduje się także kilkanaście osób oddających się nałogowi pijaństwa mimo zaprowadzonej wstrzemięźliwości, są i tacy w niewielkiej liczbie osób, niewstrzemięźliwe życie prowadzący pod względem czystości. I nareszcie z klasy biedniejszej niektórzy oddają się Żydom do posług w szabasy.”[1]

Ks. Michał Pożarowski umiera 17 kwietnia 1881 roku. Trzy dni później jego zgon zgłaszają: Antoni Jaskowski, 65 lat, z Klimaszewnicy (zapewne krewny zmarłego), Franciszek Dobecki, 52 lata, miejscowy organista. Z metryki zgonu dowiadujemy się też, że urodził się w miejscowości Guzy w guberni grodzieńskiej w rodzinie zmarłych Augustyna i Katarzyny z d. Jaskowskiej. Akt podpisuje ks. Wawrzyniec Włostowski, późniejszy proboszcz parafii Jaminy. Został pochowany na augustowskim cmentarzu wspólnie ze swoim poprzednikiem, a jego nagrobek w dobrym stanie zachował się do dziś. Niedawno został poddany renowacji.

Grób księży Antoniego Jaskowskiego i Michała Pożarowskiego. Zdjęcie pochodzi ze strony mogily.pl

[1]   Akapit pochodzi z przygotowanej do wznowienia przez wydawnictwo JZI książki „Z dziejów chrześcijaństwa w Augustowie”.

Opublikowano Dodaj komentarz

Co indeksować – stare czy nowe księgi metrykalne?

Sobór trydencki (1545-1563) podjął uchwały, w wyniku których w kościele rzymskokatolickim rozpoczęto prowadzenie ksiąg metrykalnych. Początkowo prowadzono księgi ochrzczonych i zaślubionych, później również zmarłych. Takie księgi prowadzone są do dziś. Z punktu widzenia wartości historycznej najcenniejsze są te najstarsze księgi metrykalne, tym bardziej, że zachowało się ich niewiele. Sam z pasją rzucam się do ich studiowania i później indeksacji, gdy jakaś wpadnie mi w ręce. Takie księgi są również niezwykle cenne dla zaawansowanych genealogów, którzy mogą cofnąć się bardzo głęboko w swoich poszukiwaniach przodków i pochodzenia. Jest tylko jedno ale: aby cofnąć się do XVIII czy XVII wieku należy najpierw przebrnąć przez wiek XX, a potem XIX!

Zdarza się, i to wcale nierzadko, że owszem znamy imiona i nazwiska swoich dziadków, zmarłych powiedzmy w latach 1970-tych, ale imion i nazwisk ich rodziców (pradziadków) już nikt z żyjących nie pamięta. Zaawansowany genealog powiedziałby: wystarczy pojechać do Urzędu Stanu Cywilnego, przedstawić dowód na bezpośrednie pokrewieństwo i można otrzymać wypis z aktu zgonu dziadków, w którym informacje o rodzicach być powinny. No dobrze, ale gdy mieszkamy obecnie w odległym miejscu Polski lub za granicą? Wizyta w USC to poważne przedsięwzięcie! A co gdy nie wiemy, w którym urzędzie szukać dokumentów? To tylko jeden z licznych przykładów, które zniechęcają ludzi do poważniejszego zajęcia się historią swojej rodziny. Naturalne jest, że trudności powinny narastać w miarę cofania się w czasie w badaniach, ale gdy pojawiają się na samym początku, skutkują szybkim porzuceniem genealogii. Sam nie raz widziałem porzucone w sieci drzewa genealogiczne składające się z probanta (osoby głównej), jego rodziców i… czasem już tyle. Nawet dziadków nie zaznaczono, prawdopodobnie z powodu trudności ze zdobyciem informacji.

W sukurs mogą przyjść indeksy z nowszych ksiąg metrykalnych. Jak nowych? Na to pytanie odpowiedź daje ustawa o nazwie Prawo o aktach stanu cywilnego1. Informuje ona, że po upływie pewnego czasu zapisy z metryk cywilnych przestają być chronione i mogą być udostępnione zupełnie. Ten czas zdefiniowany jest następująco:

  • dla metryk urodzonych: 100 lat
  • dla metryk zaślubionych: 80 lat
  • dla metryk zmarłych: 80 lat

Innymi słowy prawo przewiduje, iż na dzień pisania tych słów metryki urodzonych spisane przed 9 grudnia 1921 roku powinny być udostępniane zupełnie. Analogicznie metryki zaślubionych i zmarłych powinny być dostępne metryki spisane przed 9 grudnia 1941 roku. Czy to oznacza, że metryki spisane później nie są dostępne? Niezupełnie! Wyżej wspomniana ustawa dotyczy aktów stanu cywilnego, czyli dokumentów metrykalnych przechowywanych w urzędach stanu cywilnego. Nie dotyczy ona np. metryk kościelnych, które spisywane były i są przez proboszczów poszczególnych parafii zgodnie z wytycznymi sprzed wieków. Tutaj jednak obowiązuje ustawa o ochronie danych osobowych, która chroni dane personalne przed publicznym udostępnianiem, czyli słynne RODO. Na szczęście tylko osoby żyjące w świetle prawa podlegają tej ustawie, a zmarłe nie.

Jakie są tego konsekwencje? Że można udostępniać wszelkie dane dotyczące osób zmarłych. Można więc indeksować księgi zgonów do czasów współczesnych, a wynik tej pracy udostępniać publicznie pod rygorem spełnienia dwóch warunków:

  1. Zgody administratora danych osobowych, czyli w tym wypadku proboszcza
  2. Usunięcia z publikowanych danych informacji o osobach potencjalnie żyjących

O ile konieczność spełnienie pierwszego warunku jest oczywista, to o co chodzi w warunku drugim? Otóż w aktach zgonów znajdują się informacje o rodzicach zmarłej osoby, ewentualnie o współmałżonku lub o innych osobach np. zgłaszających zgon. Publikując kopie metryk lub indeksy powstałe na bazie tych metryk należy zadbać o to, aby nie znalazły się tam informacje o osobach, które nie ukończyły 100 lat na dzień publikacji. Przykład poniżej:

Jest to strona z księgi zgonów parafii Żyliny z siedzibą w Podżylinach zawierająca dane o zmarłych pod koniec 1979 roku. W metryce #11 i #12 nie ma danych niejawnych – pierwsza osoba urodziła się w 1911 roku, druga w roku 1920, a więc rodzice tych osób są nieżyjący. Wobec tego wszystkie dane zawarte w tych dwóch metrykach można pokazać. Natomiast w metryce #13 wymazałem dane osobowe współmałżonka zmarłej, gdyż nie ma pewności, iż współmałżonek nie żyje, mimo tego, że zmarła osoba urodziła się w 1920 roku. Mało tego! Identycznie zachowuje się wyszukiwarka Geneo, która z indeksów selekcjonuje prawidłowo dane i wyświetla tylko te, które mogą być publicznie udostępnione.

Wyszukiwarka Geneo od samego początku miała być zgodna z literą prawa obowiązującego w Polsce. W jej bazie danych znajdują się na przykład indeksy urodzeń z parafii Adamowicze z roku 1926, a mimo to w wynikach wyszukiwania pokazywać się zaczną dopiero w roku 2026. Analogicznie związki małżeńskie i zapowiedzi zawarte po 1941 roku zaczną się pokazywać w wynikach, gdy upłynie 80 lat od daty wskazanej w zapisie. Tak jak wcześniej pisałem z metrykami zgonów jest nieco inaczej, bo dane o osobie zmarłej publikować można z uwzględnieniem restrykcji wymienionych wyżej.

Podsumowując, dzięki indeksacji nowszych ksiąg metrykalnych, zwłaszcza ksiąg zmarłych można dokonać jakościowego skoku pomiędzy współczesnością, a powszechniej dostępnymi danymi historycznymi. W Geneo są indeksy z kilku, czy może nawet kilkunastu takich ksiąg. Zawsze będę zachęcać do rozmów z proboszczami, aby zdecydowali się na udostępnianie współczesnych ksiąg zgonów do indeksacji, bo dzięki sposobowi prezentacji wyników jest to w pełni bezpieczne i chroni wrażliwe dane.

  1. Ujednolicony tekst tej ustawy z 16 marca 2021 znajduje się na stronach Sejmu[]
Opublikowano Dodaj komentarz

Leśniczówki

Jeszcze kilka wieków temu obszary Suwalszczyzny porośnięte były zwartymi borami. Osadnictwo na większą skalę rozpoczęło się za czasów królowej Bony. Wtedy to Augustów otrzymał prawa miejskie i powstały najstarsze w regionie parafie. Przybywająca ludność karczowała las, by uzyskać miejsce pod domostwa i pola uprawne. Mimo to drzewostan stanowił przez kolejne stulecia dominujący element krajobrazu i gospodarki tego obszaru. Po lasach rozsianych było wiele osad leśnych zamieszkiwanych przez strzelców i strażników leśnych strzegących lasy królewskie, później państwowe, przed kłusownikami i złodziejami drewna. Wraz z upływem czasu wiele z tych osad, które dziś nazywamy leśniczówkami zniknęło z powierzchni ziemi – obszary puszczy kurczyły się, a dzięki szerszemu użyciu konia wierzchowego patrolowane obszary zwiększyły się. Już w okresie dwudziestolecia międzywojennego, kiedy tworzono dokładne mapy topograficzne całego kraju, wielu z tych osad leśnych nie było. Wcześniej z kolei mapy nie były wystarczająco dokładne, aby wszystkie te zabudowania odwzorować. Jest więc całe mnóstwo dawnych leśniczówek, które nie pozostawiły po sobie wyraźnego znaku na mapach. Gdzieniegdzie nazwa danej osady leśnej przerwała jako lokalnie używana zwyczajowa nazwa obszaru, drogi czy uroczyska.

Pamiętajmy jednak, że każda z tych osad zamieszkiwana była przez rodziny, czasem jedną lub dwie, w których rodziły się dzieci, młodzi wchodzili w związek małżeński, a wszyscy wcześniej czy później umierali. Każde z tych wydarzeń pozostawiło ślad w aktach metrykalnych (kościelnych lub cywilnych) odpowiadających najbliższej parafii. Zapis w księgach metrykalnych nierzadko jest jedynym śladem wskazującym na istnienie dawnej osady leśnej, nie wspominając o imionach i nazwiskach zamieszkujących je ludzi.

Przykłady takich leśniczówek można znaleźć samodzielnie w wyszukiwarce Geneo wpisując odpowiednie słowo w polu „Szukaj dowolnego tekstu”, np. „strzelec”, „strażnik leśny” itp. Polecam również lekturę dwóch ciekawych artykułów na ten temat: Osada strzelecka Klonowo i jej mieszkańcy oraz Inhabitants of Łubianka based on Jaminy record books, oba autorstwa Daniela Paczkowskiego.

Opublikowano Dodaj komentarz

Pijaństwo w carskiej armii

No to pierwsza ciekawostka z ksiąg metrykalnych z obszaru Suwalszczyzny. Dnia 13 września 1914 roku umiera dwóch stacjonujących w Łabnie żołnierzy 1. Fińskiego Artyleryjskiego Dywizjony 1. Parku. Fakt ten odnotowano w prawosławnej księdze zgonu za ten rok, a jako przyczynę zgonu obu kompanów podano ostre zatrucie alkoholowe.

W carskiej Rosji podstawową jednostką obrotu alkoholem było wiadro, czyli ok. 16,5 litra. Dopiero pod koniec XIX wieku państwo powróciło do własnego monopolu produkcji alkoholu oraz zlikwidowało dotychczasowy system miar handlowych. Od tej pory podstawowymi jednostkami handlowymi stały się pojemności 0,25, 0,5 i 0,75 l. Zezwolono na sprzedaż wyłącznie butelkowanego i opieczętowanego alkoholu. Oczywiście skutek takiego pomysłu okazał się odwrotny od zamierzonego. Państwo nie zlikwidowało prywatnych gorzelni tylko skupowało od nich całą produkcję, a następnie wprowadzało ten alkohol ponownie do obiegu. Takim działaniem kierowała chęć uzyskania większych zysków dla kasy państwa.

Powszechne pijaństwo nie omijało również armii. Regulamin wojskowy przewidywał, że podczas wojny każdy żołnierz ma tygodniowo prawo do trzech czarek wódki zwanej „winem chlebowym”. Jedna czarka równała się 160 gramom alkoholu. W czasie pokoju wódka była wydawana z okazji świąt, nie mniej niż 15-krotnie w ciągu roku. Skutek był taki, że poborowy-abstynent kończył służbę wojskową będąc nałogowym alkoholikiem.

Regulamin regulaminem, ale prócz przepisowych, już nie małych, ilości alkoholu (wcale nie małych) żołnierze pozyskiwali dodatkowe ilości wódki u miejscowej ludności. Nic dziwnego więc, że artylerzyści starszy feuerwerker Ilia Smirnow i starszy feuerwerker Aleksander Prokofiew dokonali żywota przy kieliszku, a raczej przy szklance wypełnionej tym zdradliwy trunkiem.

Opublikowano Dodaj komentarz

Co można wycisnąć z metryki

Wielokrotnie słyszałem opinie powątpiewające w sens szczegółowej indeksacji. Za długo! A po co? Każdy może sobie zajrzeć do metryki, itp. Chciałem więc pokazać przykład uzasadniający takie podejście na przykładzie metryki cywilnej ślubu z 29 stycznia 1815 roku. Metryka spisana według Kodeksu Prawa Cywilnego Napoleona, a więc bardzo długa, mieszcząca się na kilku stronach – stąd dwa skany:

Akt ślubu: Wojciech Pycz i Agnieszka Cimoch Akt ślubu: Wojciech Pycz i Agnieszka Cimoch

O ile wiem metryka nie jest nigdzie dostępna online, więc łatwo zajrzeć do niej nie można. Indeksując ją więc według standardowego podejścia otrzymujemy następujące dane:

  • Rok: 1815
  • Akt: 2
  • Miejscowość: Kunicha
  • Pan młody: Wojciech Pycz, syn Macieja i Magdaleny Sokołowskiej
  • Panna młoda Agnieszka Cimoch, córka Bazylego i Krystyny Bernatowicz

Na podstawie tych danych możemy więc dodać 6 osób do drzewa genealogicznego, ale… No właśnie. Poza rodzicami młodych nie mamy o nich żadnej dodatkowej informacji. Miejscowość wskazuje, najprawdopodobniej na wieś, z której pochodzi panna młoda, ale jednak najprawdopodobniej. Tylko tyle.

Jednak metryka jest bardzo obszerna, więc zapewne zawiera znacznie więcej informacji. Istotnie! Ale od początku… Mamy po pierwsze mnóstwo informacji o panu młodym: że mieszkał we wsi Czarniewo w parafii Jaminy i w tejże parafii się urodził (podług złożonej metryki wyjętej z ksiąg kościoła jamińskiego), że jego ojciec nie żyje od roku i dwóch miesięcy (złożył sepulturę ojca swego, który jak życie skończył rok jeden miesięcy dwa), że ma 23 lata i że mieszka przy matce luźno, a więc nie ma gospodarki rolnej. Sporo, prawda? Analogicznie dowiadujemy się, że panna młoda mieszka we wsi Kunicha parafii Krasnybór i w tejże parafii się urodziła, ma 23 lata i że jej matka już nie żyje, a zamieszkuje wspólnie z ojcem. Otrzymujemy niemal pełny obraz sytuacji życiowej dwójki nowozaślubionych umocowany w funkcji czasu i przestrzeni. Wiemy w jakich księgach poszukiwać metryk urodzenia młodych, wiemy w jakim okresie szukać metryk zgonu nieżyjących rodziców.

Mało tego! Czytając dalej, na kolejnej stronie otrzymujemy informację o świadkach obecnych przy spisywaniu metryki. A są to:

  • Antoni Pycz (60) stryj młodego
  • Szymon Pycz (50) stryj młodego
  • Marcin Bernatowicz (42) brat wujeczny młodej
  • Maciej Bernatowicz (31) brat wujeczny młodej

Poznajemy w ten sposób dwóch braci ojca młodego oraz dwóch braci matki młodej wraz z ich wiekiem (czyli można określić przybliżoną datę urodzenia). Kolejne cztery osoby do drzewa genealogicznego!

Czy warto? Można przecież zebrać informacje o krewnych przeszukując indeksy z innych okresów. Zdarza się jednak, że jest luka w zapisach metrykalnych bodź w ogóle brak wcześniejszych ksiąg, a więc indeksów za dany okres nie ma, bo nie ma na podstawie czego ich stworzyć i co wtedy? I nie jest sytuacja wyjątkowa. Możemy sobie wyobrazić również gruby błąd indeksującego, a wówczas mimo tego, że indeksy są, to są tak zdeformowane, że ciężko znaleźć poszukiwaną osobę.

Zdarza się też, że metryka jest dostępna online, a jest zapisana w języku rosyjskim lub po łacinie. Jeśli ktoś zna te języki – super, ale jeśli nie? Zaczynają się prośby o tłumaczenie na różnych grupach czy forach. Oczywiście tak też można, ale wiem z własnego doświadczenia, że uzyskanie rzetelnego tłumaczenia w niektórych przypadkach nie jest trywialne.

Nie wiem, czy czujecie się przekonani. Aby zrozumieć sens takiej indeksacji trzeba posiedzieć w genealogii trochę więcej czasu i w swoich badaniach cofnąć się do okresu, gdzie zapisów metrykalnych zaczyna już brakować lub urywają się w ogóle.

Opublikowano 2 Comments

Jak to wszystko się zaczęło

Moja rodzina ze strony ojca pochodzi z maleńkiej mazowieckiej wsi. W latach 70-tych było to 25 gospodarstw, teraz trochę więcej. No może gospodarstw nie jest więcej, może nawet mniej, ale domów na pewno więcej. Zawsze mnie zastanawiało skąd w tak maleńkiej wsi, nazwisko które noszę było tak licznie reprezentowane. Jedni Zięcinowie byli z naszą rodziną spokrewnieni, inni nie – przynajmniej tak twierdził ojciec. Nie dawało mi to spokoju i w końcu postanowiłem to wyjaśnić.

Z Mazowsza na Suwalszczyznę

Był wrzesień 2008 roku. Rok, w którym bardzo rozpowszechniły się w Polsce serwisy społecznościowe takie jak nasza-klasa.pl czy facebook. Ułatwiały one odnalezienie i kontakt nawet z dalekimi członkami rodziny, również za granicą. Był to też rok, w którym zajmowanie się genealogią stało się bardzo modne. Właściwie każda osoba, z którą rozmawiałem na temat rodziny chciała w jakiś sposób współuczestniczyć w budowaniu drzewa genealogicznego, czy to dostarczając nowe informacje, czy tez kontaktując mnie z jeszcze dalszą rodziną. Budowa drzewa genealogicznego do poziomu pradziadków poszła więc bardzo szybko. Spodobało mi się też, że miałem właściwie komplet podstawowych informacji o niemal każdym członku rodziny: daty urodzenia i zgonu, zawody, miejsca pochówku, numery grobów (tam gdzie na cmentarzach groby były numerowane), historie o danej osobie itp. Już taki jestem – luki mnie drażnią. Jest to moim przekleństwem, bo czasem łapię się, że zbyt wiele czasu poświęcam detalom tracąc z oczu główny cel.

Moim poczynaniom z zazdrością przyglądała się żona i poprosiła mnie, abym budował drzewo genealogiczne również po jej stronie. Czemu nie! Tu już nie było tak łatwo z najbliższą rodziną, bo te rody bardzo lubiły się przemieszczać, również do USA. W każdym razie to genealogia żony zaprowadziła mnie do Augustowa i na Suwalszczyznę w ogóle. To wtedy odkryłem, że bez wglądu w księgi metrykalne nie posunę się zbyt daleko. Ależ to były czasy – odkrywanie czym jest genealogia, na czym polega poszukiwanie przodków i krewnych, jak systematyzować uzyskane informacje. Dziś śmieję się ze swojej naiwności, błądzenia, odkrywania Ameryki na nowo. Ten początkowy entuzjazm powodował jednak, że zainteresowanie genealogią zapuszczało coraz mocniejsze korzenie w moim umyśle. Teraz są tak silne, że nie do wyrwania!

Dzięki poznanej przez Internet pod koniec października 2008 roku Alicji, która jest daleką krewną mojej żony, posunąłem się w badaniach rodziny bardzo daleko. Alicja była bardzo zdeterminowana i bardziej ode mnie doświadczona. Dotarła do kogoś w Archiwum Diecezjalnym w Łomży, kto przejrzał księgi metrykalne z parafii Krasnybór, wynotował metryki dotyczące rodziny Bernatowicz w tej parafii zamieszkującej, wykonał zdjęcia tych metryk i przesłał je Alicji. Alicja podzieliła się nimi ze mną i wspólnie wyłuskiwaliśmy informacje z tych dokumentów. Nawet odczytanie metryk zapisanych w języku polskim sprawiało mi ogromną trudność! Kiedy jednak przebrnąłem przez wszystkie zawijasy XIX-wiecznej „kaligrafii” mojemu entuzjazmowi nie było końca. Nauczyłem się nawet na pamięć formuły stosowanej wówczas do zapisów metrykalnych! Od roku 1868 zapisy były jednak w języku rosyjskim i musiałem sobie mozolnie przypominać ten język, który kiedyś, gdy kończyłem studia, znałem dość dobrze. Na kłopoty językowe nałożyło się jeszcze stosowanie wówczas kalendarza juliańskiego. Którą datę wziąć pod uwagę – wcześniejszą czy późniejszą? Dzisiaj te dylematy wydają mi się śmieszne, ale zdaję sobie sprawę, że ludzie, którzy obecnie zaczynają przygodę z genealogią, mogą z tego samego powodu drapać się po głowie.

Zdjęć metryk dotyczących rodziny było sporo, ale nie dotyczyły wszystkich osób. Zwyczajnie nie sposób w ograniczonym czasie wyłuskać wszystkich informacji na temat tak licznie reprezentowanej rodziny. Zdałem sobie sprawę, ze tylko bezpośredni i długotrwały wgląd w księgi metrykalne może pomóc mi uzupełnić luki, na które natrafiłem. Wtedy właśnie odkryłem mormonów i ich mikrofilmy. Biegałem do Centrum Historii Rodziny w Warszawie i… robiłem masowo zdjęcia! I to wbrew obowiązującym tam regułom. Ustawiałem lustrzankę na statywie przed czytnikiem mikrofilmów i co przewiniętą klatkę wykonywałem zdjęcie przy pomocy pilota. Każde takie posiedzenie przynosiło kilkaset, do niemal tysiąca wykonanych zdjęć, czyli z reguły jeden mikrofilm lub jego połowę. Fotografowałem wszystkie klatki z mikrofilmu po kolei, by dopiero w domowym zaciszu zagłębić się w te, które dotyczyły mojej rodziny (dla uproszczenia rodzinę żony będę również nazywać moją rodziną). W fotografowaniu doszedłem do takiej wprawy, że zdjęcia wykonywane z czytnika, po pewnej obróbce niewiele różniły się od skanów osiągalnych współcześnie. Migawka trzaskała co 2-3 sekundy (tyle czasu zajmowało mi ustawienie kolejnej klatki mikrofilmu) i był to na tyle miarowy i głośny dźwięk, że co jakiś czas przybiegała siostra bibliotekarka, zaniepokojona tym co się dzieje na sali. Ja w tym czasie zamierałem udając, że wczytuję się akurat w to co jest na ekranie.

Zdjęcie strony księgi urodzeń z Krasnegoboru wykonane z czytnika mikrofilmów
Zdjęcie strony księgi urodzeń z Krasnegoboru wykonane z czytnika mikrofilmów

Analizując dokładnie metryki, zwłaszcza te z lat 1808-1825, kiedy akta urodzeń, ślubów i zgonów spisywano podług Kodeksu Prawa Cywilnego Napoleona III, zauważyłem, że samo odczytywanie podstawowych informacji o osobie głównej, jej rodzicach jest niewystarczające. W metrykach kryło się więcej informacji, pozwalających na potwierdzenie pokrewieństwa pomiędzy osobami w okresie wcześniejszym, za który dokumentów na przykład nie było. Pojawiał się więc wśród świadków brat stryjeczny pana młodego, wuj panny młodej, szwagier ojca dziecka itp. Analizując te koligacje można było z łatwością połączyć dwie gałęzie, które korzeniami sięgały okresu, gdy dokumentów nie było lub były zubożone. Piszę o tym wszystkim, aby zwrócić uwagę na dwa ważne aspekty związane z dokładnymi badaniami genealogicznymi: kompletność metryk oraz szczegółowość ich przeglądania, czyli coś co leży u podstaw działań Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego obecnie.

Powstanie Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego

Kolejnym przełomem, który doprowadził do powstania grupy entuzjastów o nazwie Jamiński Zespół Indeksacyjny, było spotkanie Zbyszka Mierzejewskiego w marcu 2009 roku. Początkowo wymieniliśmy się informacjami na temat rodziny Lewoców, potem co jakiś czas dzieliliśmy się genealogicznymi znaleziskami, tak jak to robili, robią i będą robić entuzjaści tej dziedziny. Ja tymczasem wsiąkłem w coś co nazywa się indeksacją akt metrykalnych. Zająłem się przepisywaniem do excela podstawowych informacji z metryk parafii Matki Boskiej Loretańskiej na warszawskiej Pradze. Do indeksacji wziąłem dwa roczniki urodzeń, czyli bagatela około 6000 metryk! Mimo tego, że wypisywałem tylko podstawowe informacje z metryki (imię dziecka, imiona i nazwiska rodziców, data urodzenia), to i tak zajęło mi to kilka miesięcy. Dzięki temu jednak poznałem indeksację z dwóch stron – indeksującego – jak żmudny jest ten proces – oraz korzystającego z indeksów przygotowanych przez innych i samego siebie. Wspaniała sprawa takie indeksy! W ten sposób można bez odrywania się od komputera budować drzewo genealogiczne! Dlaczego by więc nie zrobić tego samego z parafią Krasnybór, z której miałem tysiące zdjęć metryk.

Zacząłem sam, ale ponieważ wiedziałem, że Zbyszek interesuje się także tym samym rejonem, poprosiłem go o zindeksowanie jednego rocznika czy dwóch. Dodam, że w porównaniu z parafią MB Loretańskiej Krasnybór jest parafią maleńką (później dowiedziałem się, że jest jedną z większych w regionie). Jakoś nie kleiła się nam obu ta indeksacja. Może dlatego, że była to nasza własna inicjatywa, a może dlatego, że nie wiedzieliśmy co z tymi indeksami dalej robić. W każdym razie nie udało nam się zindeksować nawet w zakresie podstawowym ani jednej księgi.

Do tematu wróciliśmy w listopadzie 2011 roku, ale indeksacja miała dotyczyć już parafii Jaminy. Zbyszek w jakiś magiczny sposób dobrał się do ksiąg metrykalnych znajdujących się w tamtejszym archiwum parafialnym i wykonał zdjęcia kilku z nich. Ponadto miał już zespół! Niewielki, bo włącznie z nim trzyosobowy (Zbyszek + Daniel Paczkowski i Aneta Cich), ale poza mną bardzo szybko dołączył Rysiek Korąkiewicz i Jay Orbik z USA, który też w jakiś cudowny sposób wykonał zdjęcia kilku ksiąg w tej parafii.

Początkowy skład Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego
Początkowy skład Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego

Spotkanie tych ludzi było kluczowe. Po pierwsze mogliśmy podzielić się indeksacyjną robotą, dzięki czemu nie wyglądała już na benedyktyńską pracę. Po drugie wspieraliśmy się wzajemnie, aby chęci do pracy nie minęły. To niesamowicie ważny aspekt pracy zespołowej. Po trzecie prowadziliśmy niekończące się dyskusje na temat tego jak indeksować – w formacie uproszczonym jak wszyscy, czy nigdy wcześniej niestosowanym rozbudowanym? Poprawiać ewidentne błędy zapisującego czy nie? Stosować współczesne brzmienia nazwisk i nazwy miejscowości, czy takie jakie były używane w chwili spisywania metryki? Czy wyniki indeksacji zachować tylko dla grupy, czy dzielić się nimi szeroko, a jeśli tak, to jak? Co ciekawe wszystkie te dyskusje prowadziliśmy przez maila – obecnie nie do pomyślenia.

Pod koniec grudnia powstała strona „Jamiński Zespół Indeksacyjny” i wkrótce ta mała grupka ludzi z tą nazwą zaczęła się identyfikować. 28 grudnia 2011 roku Zbyszek tak do nas pisał: Większość Nam kibicuje, ale nieliczni, tak ja Wy postanowili się zmierzyć z tym wyzwaniem, za co Wam w imieniu swoim i całej rzeszy ludzi dziękuję i gratuluję. Z wyzwaniami zmierzamy się do dziś.

Co to za blog?

Podsumowując tę być może przydługą opowieść proszę Was, abyście zapamiętali trzy fundamentalne elementy działania Jamińskiego Zespołu indeksacyjnego:

  • kompletność – interesują nas nie tylko metryki, które powiązane są z naszymi rodzinami, ale wszystkie metryki i inne dokumenty niemetrykalne dotyczące ludzi regionu
  • szczegółowość – czytamy całe metryki i wypisujemy z nich wszystkie istotne dla genealoga informacje
  • praca zespołowa – wynik pracy zespołu jest większy niż suma wyników poszczególnych jego członków

W tym blogu, który będę chciał uzupełniać jak najczęściej, nie będzie długich historii jak ta. Stworzyłem go, by dzielić się z Wami ciekawostkami, na które natrafiłem podczas działań w Jamińskim Zespole Indeksacyjnym. Stąd też nazwa. Starałem się je publikować i wcześniej w różnych miejscach, ale stały się przez to rozproszone, zapomniane i czasem niedostępne dla wszystkich. Będę więc systematycznie odgrzebywać te stare i dzielić się nowymi. Liczę, że będą tu zaglądać nie tylko roboty wyszukiwarek, ale i Wy 🙂

Opublikowano Dodaj komentarz

Zapracowany ksiądz

Jako członek Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego indeksuję sporo ksiąg metrykalnych i weryfikuję indeksy stworzone przez innych, podobnych do mnie wolontariuszy[1]. Czasami jest to dość nużący proces – wydaje się, że kolejna metryka jest podobna do poprzedniej. Poszukuję więc motywacji do tego co robię i najczęściej znajduję ją w tym co robię.

Indeksacja JZI

Format indeksacji stosowany przez JZI, czyli wypisywania z metryki wszystkich istotnych dla genealoga informacji, włącznie z pozoru nieistotnymi, jak np. świadkowie, chrzestni, dopiski czy po prostu data sporządzenia wpisu do księgi, jest procesem czasochłonnym. Wiele osób zadaje mi pytanie, po co tak szczegółowo indeksować. Lepiej wypisać podstawowe informacje z metryki, a indeksować szybciej i więcej – argumentują. Częściowo zgadzam się z takim podejściem, ale gdy początkujący genealog zbuduje już drzewo swoich przodków i pozostanie w nim pasja badania historii rodziny, zaczyna drążyć głębiej. Zaczyna go interesować nie tylko rok urodzenia i zgonu oraz czyim dzieckiem był przodek, czy dalszy krewny, ale też czym się zajmował, jak żyli ludzie w jego wsi lub miasteczku, ile płacili za pogrzeb czy z kim ucztowali na chrzcinach czy weselach. Budujemy w ten sposób obraz świata zaginionego, często osadzonego już tylko w wyobraźni, podpartej nieco literaturą, historycznymi filmami, ale też mocno zakotwiczonego w odnalezionych dokumentach.

W tym artykule chciałbym się skupić na jednej parafii, na jednym stuleciu i na jednym aspekcie związanym z rozszerzoną indeksacją JZI. Chodzi mi mianowicie o datę wpisu aktu zgonu do księgi. Informacja pozornie nieistotna, ale można ją wykorzystać do ciekawej analizy.

Analiza

Analizę oparłem na danych z parafii Bargłów od roku 1808 do końca XIX wieku. Za ten okres istnieją wszystkie księgi zgonów i wszystkie zostały już zindeksowane w formacie JZI. Oznacza to, że z danych można wyekstrahować datę wpisu do księgi i jest zachowana ciągłość tych danych[2]. Przeanalizowałem częstość wpisów zgonów do księgi i wyraziłem ją w godzinach. Innymi słowy, jeśli danego dnia dokonano 3 wpisów, oznacza to, że wystąpiły co 8 godzin. Jeśli kolejne wpisy następowały dzień po dniu – oznaczało to, że odstęp między nimi wyniósł 24 godziny. Wiemy jednocześnie, że zapisujący metryki to też człowiek i nie pracował przez 24 godziny na dobę. Założyłem, że ksiądz mógł być aktywny i pełnić swoją posługę przez 16 godzin na dobę. A więc po normalizacji, jeśli były wykonane cztery wpisy dziennie, to oznaczało, że co 4 godziny ksiądz zapisywał zgon.

Dane wynikowe nazwałem tak jak tytuł tego artykułu, czyli „Zapracowany ksiądz”. Na wykresie przedstawiłem dane uśrednione. Dzięki uśrednieniu udało się zlikwidować kilka drobnych luk związanych z brakiem pojedynczych metryk, a także nieco wygładzić wykres. Ujemną stroną uśredniania jest utracenie faktycznych minimów, ale ogólny obraz nie został utracony.

Interpretacja danych

W jaki sposób interpretować dane? Gdy wykres zbliża się do osi poziomej, mamy do czynienia z bardzo częstymi zapisami w księdze zgonów. Jednym z logicznych uzasadnień jest wysoka umieralność w danym okresie spowodowana wybuchem epidemii na danym obszarze. Można więc prześledzić występowanie tego typu nieszczęść prześladujących lokalną społeczność na przestrzeni XIX wieku. Drugą przyczyną może być udział miejscowej ludności w konfliktach zbrojnych. Tego wątku nie chciałbym tutaj szerzej rozwijać, bo oddziały powstańcze były mobilne, a ich skład był różnorodny. Ci, którzy zginęli lub zmarli z ran chowani byli w bezimiennych mogiłach, a jako nieznani nie byli wpisywani do ksiąg metrykalnych.

Gdy wykres z kolei oddala się od osi poziomej mamy do czynienia z rzadszymi zgłoszeniami zgonów. Przyczyny mogą być co najmniej dwie. Po zakończeniu epidemii liczebność lokalnej społeczności spadła na tyle, że nawet przy typowej umieralności w liczbach bezwzględnych zgonów zgłaszano mniej. Drugą przyczyną może być czasowa nieobecność księdza na plebanii, a zgony mogły być zgłaszane z opóźnieniem, w sąsiedniej parafii lub niezgłaszane wcale[3].

Warto również zaobserwować ogólny trend. Przez większą część XIX wieku liczba ludności parafii Bargłów wzrastała, a więc wzrastała również częstość zgłoszeń zgonów. Dopiero w końcówce tego okresu stan zdrowotny społeczeństwa zaczął się nieco poprawiać i widać wyraźny spadek w częstości zgłaszania zgonów.

Epidemia cholery w 1873

Przyjrzyjmy się bliżej dekadzie 1870-1880. Rok 1873 naznaczony został epidemią cholery, która szczególnie w zaborze rosyjskim i austriackim zbierała ogromne żniwo. Na wykresie (powiększono dekadę lat 70-tych XIX wieku) wyraźnie widać, że na terenie parafii Bargłów cholera szalała we wrześniu i październiku 1873. Z analizy poszczególnych metryk za te miesiące widać, że rejestrowano nawet do 5 zgonów dziennie. Uśrednianie co prawda wygładza wykres i likwiduje tak skrajne wartości, ale minimum jest wyraźnie naznaczone. Pół roku później ilość zgonów wyraźnie spada – lokalna społeczność została już mocno przerzedzona – co pokazuje maksimum wykresu przypadające na lato następnego roku.

Co dalej?

Podobną analizę można rozszerzyć na inne parafie, które mają komplet (lub prawie komplet) ksiąg metrykalnych za badany okres. Porównując miejsca minimów wykresu da się określić przebiegi epidemii w czasie i przestrzeni – na jakim obszarze pojawiały się w pierwszej kolejności, a na jakim epidemia zakończyła śmiertelne żniwo.

Znacznie trudniejsza jest analiza w ramach jednej parafii, ale z podziałem na poszczególne wsie. Trudna ze względu na to, że niektóre wsie były małe, a zatem i ilość danych do analizy może być niereprezentatywna. Jednak dla największych wsi danej parafii taka analiza jest jak najbardziej możliwa i może dać ciekawe wnioski.

Zakończenie

Indeksacja JZI daje szerokie możliwości analizy danych dla całej parafii oraz dla całego regionu, którym się zajmujemy. Przedstawiono tu tylko jeden drobny przykład, który można dalej rozszerzać, analizując na przykład, które grupy wiekowe zostały najbardziej dotknięte epidemiami, z jakich miejscowości, jak to wpłynęło na status społeczny tych, którzy epidemię przetrwali itp.

Nieustająco zachęcamy do udziału w indeksacji oraz do dzielenia się spostrzeżeniami, które w trakcie tej pracy się pojawiają.


[1] Więcej o indeksacji i weryfikacji można przeczytać w artykule „Czym jest indeksacja akt metrykalnych

[2] Poza pojedynczymi stronami, które zostały wyrwane z ksiąg lub przez nieuwagę nie zostały sfotografowane.

[3] Zanim zaczęto zakładać przykościelne cmentarze, zmarłych grzebano w tzw. mogiłkach. Później parafianie mieli obowiązek chowania zmarłych na cmentarzach zarządzanych przez władze kościelne. Tradycja chowania na mogiłkach była kultywowana na niektórych obszarach jeszcze pod koniec XIX wieku, a jako, że była nielegalna, zmarłych pochowanych w ten sposób nie zgłaszano do ksiąg.