Opublikowano Dodaj komentarz

Leon Cieciuch – pionier polskiej radiofonii w USA

Leon Cieciuch - syn Franciszka z Kapic i pochodzącej z Woźnejwsi Marianny z d. Noruk

Tragiczny wypadek

Leon Cieciuch, dyrektor polskiego oddziału WHOM w Jersey City i spiker radiowy z 15-letnim doświadczeniem, zginął tragicznie 20 maja 1942 r. w wypadku samochodowym w pobliżu lotniska Newark. Doszło tam do czołowego zderzenia z ciężarówką, w wyniku którego poniósł śmierć na miejscu.

Przez lata był jedną z czołowych postaci polonijnego środowiska w Nowym Jorku. Utrzymywał bliskie relacje m.in. z wybitnym pianistą i politykiem Ignacym Janem Paderewskim. Zanim związał się ze stacją WHOM dwa i pół roku temu, zdobywał doświadczenie jako śpiewak koncertowy, występował w programach operowych NBC, a także prowadził polskie audycje w rozgłośni WAAT w Jersey City.

W dniu jego śmierci, 20 maja, dyrektor generalny WHOM, Joseph Lang, oddał mu hołd, odwołując wszystkie sponsorowane polskie programy na cztery godziny. W tym czasie na antenie emitowano wyłącznie muzykę żałobną. Stacja przeprowadziła również transmisję nabożeństwa pogrzebowego, które odbyło się 23 maja w kościele św. Antoniego w Jersey City.

Leona Cieciucha żegnają żona oraz troje dzieci.

Od początku

Leon Cieciuch urodził się 9 października 1901 roku w Jersey City jako syn polskich emigrantów. Jego ojciec, Franciszek Cieciuch, pochodził z Kapic, natomiast matka, Marianna z domu Noruk – z Woźnejwsi. Rodzinne korzenie i historia emigracji odegrały ważną rolę w jego życiu.

Indeks urodzonych w Jersey City z 1901 r., na których widnieje Leon Cieciuch; domena publiczna

Opowieść o losach rodziny Cieciuchów splata się z historią dwóch innych rodów: Orłowskich i Noruków. Wszystko zaczyna się jeszcze w Polsce, gdzie dorastały wcześnie osierocone dzieci: Franciszek i Anna Cieciuchowie, Edward, Paulina i Bolesław Orłowscy z Kapic oraz Wiktor, Marianna i Jan Norukowie z Woźnejwsi. Młodzi ludzie, wychowani w trudnych warunkach, podejmują się pracy przy budowie fortów w Osowcu w latach 70. i 80. XIX wieku, szukając sposobu na poprawę swojego losu.

Pod koniec lat 80. XIX wieku część z decyduje się na emigrację do Stanów Zjednoczonych. Jako pierwszy wyjeżdża Franciszek Cieciuch – w 1888 roku. Dwa lata wcześniej poślubił Mariannę Noruk, a w 1886 roku w Woźnejwsi przyszedł na świat ich syn Józef, najstarszy brat Leona.

W tym samym czasie losy pozostałych członków rodzin potoczyły się różnie. W 1887 roku Paulina Orłowska wyszła za mąż za Wiktora Noruka i pozostała w Polsce. Razem angażowali się w pomoc innym – opiekowali się dziećmi pozostawionymi przez emigrantów, wychowywali także nieślubne dziecko Marianny (przyrodnią siostrę Leona) oraz wspierali organizacyjnie wyjazdy do Ameryki.

Również bracia Orłowscy podjęli decyzję o emigracji. Edward płynie do USA w 1889 roku, jednak po pewnym czasie wróci do kraju i – za namową siostry – pozostanie w Polsce. Jego brat Bolesław wyrusza za ocean rok później. W październiku 1891 roku żeni się w Ameryce z Anną Cieciuch, siostrą Franciszka. Bolesław podejmuje pracę w koncernie Standard Oil, w głównej rafinerii należącej do Johna D. Rockefellera w Bayonne w stanie New Jersey.

Akt ślubu Franciszka Cieciucha i Marianny Noruk; Rajgród, 1886 r.

Franciszek Cieciuch, ojciec Leona, osiedla się w Jersey City, gdzie początkowo pracuje w dokach. Dzięki determinacji i ciężkiej pracy po kilku latach awansuje na kapitana barki węglowej. Wkrótce sprowadza do Stanów Zjednoczonych swoją żonę, dziecko oraz siostrę Annę. Kolejne dzieci przychodzą już na świat w Ameryce, gdzie rodzina stopniowo buduje stabilne życie.

Mimo trudnych początków młodzi emigranci przywiązują ogromną wagę do edukacji swoich dzieci. Większość kończy lokalne uczelnie, a część decyduje się na studia prawnicze - szczególnie widoczne było to wśród braci Cieciuchów. Franciszek (Frank) pracuje jako detektyw, Władysław (Walter) zostaje oficerem policji i osiąga stopień inspektora, natomiast Aleksander robi karierę jako prawnik i polityk, dochodząc do stanowiska w legislaturze stanowej.

Niektórzy z nich biorą również udział w I wojnie światowej. Aleksander Cieciuch zostaje kilkakrotnie ranny, pada ofiarą ataku z użyciem broni chemicznej, i po powrocie, podupada na zdrowiu umierając przedwcześnie w wieku 42 lat w 1939 r.

Frank Cieciuch z żoną Sophie Zamoyski; domena publiczna

 

Aleksander Cieciuch

O braciach Cieciuchach w gazetach (tłumaczenie przez AI)

Artykuł o Leonie Cieciuchu w radiopolska.pl: Ślady w eterze. Zanim powstało Polskie Radio (część artykułu dotycząca Leona Cieciucha; 19-05-2020 Krzysztof Sagan)

Leon Robert Cieciuch urodził się w roku 1901 w Jersey City. Był synem polskich emigrantów – Franciszka i Marianny z domu Noruk. Miał czterech braci – Józefa, Władysława, który był inspektorem policji w Jersey City, Franciszka i Aleksandra oraz dwie siostry – Helenę i Agnieszkę. Mówił w czterech językach. Jak po jego śmierci wspominał dziennikarz i historyk Henry Archacki, już jako piętnastolatek – nie podając swojego prawdziwego wieku – zaciągnął się do armii, żeby w wojnie światowej walczyć o swój kraj. Po dwóch miesiącach, gdy dowództwo ustaliło ile lat ma naprawdę, miał być odesłany z reprymendą i… uznaniem. W 1924 roku wystąpił w „Halce” – pierwszej polskiej operze wystawianej w Nowym Jorku, na scenie Manhattan Opera. Była to jedna z pomniejszych ról, obok Leonii Ogrodzkiej (Halka), Leona Cortilliego (Jontek) i Adama Didura (Stolnik). Utwór ten musiał mieć dla niego szczególne znaczenie, bowiem pięć lat później – 20 maja 1929 roku – doprowadził do transmisji „Halki” na antenie czternastu stacji należących do kompanii NBC. Wówczas też obsadzony został w ważniejszej roli – był Stolnikiem. Halką była Eugenia Zielińska, Józef Woliński – Jontkiem, Kajetan Kopczyński – Januszem, a Hanna Opieńska – Zofią. Powtórzył to 10 kwietnia 1930 roku pomiędzy 22 a 23, tym razem w jedenastu stacjach. W tym spektaklu również pojawił się w obsadzie jako Stolnik. Eugenia Zielińska była Halką, Józef Kallini – Jontkiem, Jan Żuchliński – Januszem, a Zofia Halska – Zofią. Cieciuch wraz z Ludwikiem Kowalskim czynili też starania, aby „Halkę” wystawić w Mecca Auditorium w Nowym Jorku. Udało się to 16 marca 1930 roku. Jak pisano w prasie, sala wypełniona była po brzegi, a blisko sześćset osób musiało odejść od kasy z kwitkiem. Wśród publiczności znalazła się Polonia z Nowego Jorku, Chicago czy Milwaukee, a także ze stanów Wirginia i Pensylwania. Pojawił się też przybyły z Waszyngtonu ambasador Rzeczypospolitej Polskiej Tytus Filipowicz. W roli Halki zobaczyć i usłyszeć można było ponownie Eugenię Zielińską, Jontkiem był Stanisław Wyszatycki, Januszem – Walenty Figaniak, Stolnikiem – Jan Steszenko, a Zofią – Zofia Halska. W tej obsadzie również znalazło się miejsce dla Cieciucha… I to właśnie dzięki śpiewaniu po raz pierwszy pojawił się w radiu…

Według magazynu „The Billboard”, kariera Leona Cieciucha zaczęła się od występów jako śpiewak koncertowy w programach operowych w nowojorskiej stacji WEAF. Prawdopodobnie było to jeszcze w roku 1925 – w maju 1942 roku prasa pisała o niemal siedemnastu latach w eterze. Rok później – w 1926 roku – w Jersey City ponownie uruchomiona została stacja WAAT, która w roku 1922 nadawała przez kilka miesięcy pionierski program. W prasie reklamowała się w następujący sposób: „Do You Play or Sing? Like to Broadcast? Jersey City’s Pioneer Broadcasting Station WAAT Will Soon Be »On The Air«. Można przypuszczać, że chcąc samemu kształtować prezentowany repertuar Cieciuch odpowiedział na to właśnie ogłoszenie. W każdym razie w ramówce tej stacji raz na jakiś czas pojawiał się potem trwający w zależności od dnia od 15 do 30 minut blok „Leon Cieciuch – baritone”. Następnie przez niespełna trzynaście lat prowadził polską godzinę w stacji WAAT, a przez ostatnie dwa i pół roku był kierownikiem polskiej audycji we WHOM.

Oprócz śpiewu operowego lubił sport – głównie golfa. Był też – z niemałymi sukcesami – promotorem walk zapaśniczych. W każdym razie tak zostało to odnotowane w gazecie „The Record” z Hackensack w artykule o jednej z gal w Oritani Hall. Ale nie tylko golf i zapasy… W 1937 roku redaktor „Tygodnika Sportowego” donosił, że Cieciuch był zainteresowany ściągnięciem za Ocean Józefa Chomy, boksera pochodzącego ze Stanisławowa, byłego wicemistrza Polski w wadze ciężkiej. Prowadzona przez fundację Poles In America baza danych amerykańskiej Polonii odnotowuje zaś, że Leon Cieciuch był działaczem społecznym angażującym się w życie polskiej diaspory. Przez kilka lat pełnił funkcję wicecenzora Stowarzyszenia Synów Polski. Organizacja ta zajmowała się m.in. sprzedażą ubezpieczeń na życie dla swoich członków, wspieraniem działalności charytatywnej w Stanach Zjednoczonych i Polsce oraz działalności polonijnej w Nowym Jorku i Jersey City.

Na wspomnianym bankiecie z okazji 15-lecia jego audycji, który odbył się w nowojorskim hotelu McAlpin (dziś Herald Towers), na rogu ulic 34 i Broadway, bawiło się czterysta osób. W przemówieniach walory jubilata podkreślał Józef Lang, zarządca stacji WHOM, a także konsul A. Jachimowicz. Pierwszy mówił o pracowitości, grzeczności i światłości, drugi wskazywał na zasługi Cieciucha dla spraw polskich i znaczenie radia, jako czynnika informacyjnego. Energiczny, ruchliwy i ogólnie lubiany, zjednujący sobie wielu przyjaciół nad Wisłą – to z kolei określenia, które padały przy okazji organizowanych przez niego, z ramienia Stowarzyszenia Synów Polski, wycieczek do Ojczyzny. Na pokładzie „Batorego” przybywał do Gdyni w latach 1936, 1937, 1938 i 1939. Tam następował podział – większa część wyruszała do swoich rodzin, a kilkudziesięcioosobowa grupa jechała do Poznania, Częstochowy, Krakowa, Zakopanego, Lwowa, Wilna i Warszawy. Przy okazji pobytów w kraju Cieciuch rozmawiał z polskimi dziennikarzami o tym, co można usłyszeć w jego programie.

– Trudno sobie wprost wyobrazić, jak niezwykle interesują się rodacy w Ameryce sprawami Polskimi. Nas ciekawi wszystko: co tu robicie, co mówicie… My, choć wielu z nas, młodych, w ogóle po polsku nie mówi, kochamy Polskę niemniej szczerze niż wy, przeżywamy z wami wasze radości i smutki i pragniemy szczęścia ojczyzny – opowiadał Leon Cieciuch w rozmowie z redaktorem pisma „Radio dla wszystkich” w roku 1939. Na pytanie o zawartość nadawanych przez niego audycji odpowiedział: Najwięcej muzyki. Oczywiście muzyki polskiej. Następnie pogadanki i wesołe dialogi na tematy polskie. Audycje nasze cieszą się powodzeniem. W zasięgu naszym mamy ponad pół miliona Polaków, a dostajemy tysiące listów. Najwięcej podobają się odczyty o Polsce. W 1938 roku przy okazji zwiedzania Lwowa odwiedził tamtejszą rozgłośnię Polskiego Radia. Kierownik wycieczki Leon Cieciuch połączył się ze Lwowa drogą kablową z Nowym Jorkiem i nadał dla rozgłośni amerykańskich specjalne telefoniczne sprawozdanie z pobytu wycieczki we Lwowie – donosił reporter „Polski Zbrojnej”. Podkreślił on m.in. w swoim przemówieniu znaczny rozwój życia gospodarczego w Polsce, jaki zaobserwował od ubiegłego roku. P. Cieciuch przesyłając Polakom za Oceanem najserdeczniejsze życzenia podkreślił, że wycieczka organizowana przez Orbis odbywa się ku pełnemu zadowoleniu jej uczestników – uzupełniano w depeszy opublikowanej m.in. w „Czasie” i „Dzienniku Narodowym”.

Wśród tematów, którymi Polonia interesuje się szczególnie Leon Cieciuch wymieniał również C.O.P., Gdańsk, Gdynię, Śląsk i Warszawę. Mowa Becka wywarła szalone wrażenie w Ameryce, a zwłaszcza ustęp, że Polska nie zna pojęcia pokoju za wszelką cenę – komentował po przybyciu do Polski w 1939 roku wyemitowane w swojej audycji wystąpienie polskiego ministra spraw zagranicznych. Gdy w Polsce ogłaszano subskrypcję Pożyczki Obrony Przeciwlotniczej, ogłosiłem o tym natychmiast. Powiedziałem, że ojczyzna potrzebuje swoich synów. Tego samego dnia wpłynęło do mnie na F.O.N. kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Dawali nie tylko Polacy, dawali też Amerykanie – kontynuował Cieciuch w rozmowie z redaktorem pisma „Radio dla wszystkich”. W „Wiarusie” dodawał: Kiedy wyjeżdżałem do Ameryki, Polacy w Stanach zebrali już na Fundusz Obrony Narodowej przeszło 600000 dolarów. Kiedy wrócę, jestem przekonany, że będzie milion dolarów. […]  Nikt nie szczędzi ani cennych pamiątek rodzinnych ani drogich klejnotów – ofiarność Polonii Amerykańskiej jeszcze wzrosła. – Ta postawa Polski imponuje całemu światu.

W grudniu 1941 roku, kilka dni po zaatakowaniu przez Japończyków Perl Harbor, Leon Cieciuch powtórzył zbiórkę. Po jednorazowym ogłoszeniu na antenie informacji o oszczędnościowych obligacjach obronnych i możliwości zakupu znaczków, w ciągu jednego dnia do Domu Polskiego w Jersey City zgłosiły się setki osób, które w sumie wpłaciły ponad 11 tysięcy dolarów. Pół roku wcześniej – 16 maja – Cieciuch zaaranżował anglojęzyczną audycję na antenie NBC, w której przemawiał Ignacy Jan Paderewski. Tematem wystąpienia była sprzedaż obligacji i wezwanie do wsparcia tej akcji rządu federalnego. Jego gościem był też Jan Kiepura, który w 1942 roku przybył do Hollywood. Rozmowa wyemitowana została 25 stycznia o godzinie 18.

Leon Cieciuch zginął tragicznie będąc w sile wieku. W środę, 20 maja 1942 roku, o godzinie 6:30 rano na ówczesnej drodze nr 25 na wysokości Wilson Avenue – nieopodal lotniska Newark-Liberty – prowadzony przez niego samochód zderzył się czołowo z kierowaną przez Aarona Adamsa z Hartford w stanie Connecticut dwudziestotonową ciężarówką. Z relacji obecnych na miejscu policjantów wynika, że jeżdżący dla firmy Downing & Perkins zestaw przewrócił się na bok, gdy jego kierowca próbował skręcić, by uniknąć zderzenia. Cieciuch pozostawił żonę Helenę z domu Kaniecką, trzynastoletniego Leona Roberta Juniora, jedenastoletnią Jorenę i dziewięcioletniego Ryszarda Tadeusza. Po tym zdarzeniu – decyzją zarządcy WHOM Josepha Langa – stacja przez cztery godziny – w miejsce wykupionych polskich programów – nadawała muzykę żałobną. W piątek 22 maja między godziną 19 a 22 trumna z ciałem wystawiona została w kaplicy pogrzebowej przy 582 Bergen Ave. Jak pisał Leonidas Ossetyński w dzienniku „Nowy Świat”, na miejsce ciągnęły nieskończone tłumy. Celebrowane przez trzech księży nabożeństwo żałobne – transmitowane na antenie WHOM – rozpoczęło się w sobotę o godzinie 10 w wybudowanym przez polskich imigrantów kościele św. Antoniego w Jersey City. Kościół był przepełniony, tak że ci którzy spóźnili się musieli pozostać na ulicy a było ich bardzo wiele, można śmiało powiedzieć około 2000 osób – pisał Ossetyński. Następnie kawalkada złożona z setki samochodów przejechała na cmentarz Św. Krzyża w North Arlington. Ludzie, z którymi rozmawiałem mówili, że takiego pogrzebu w Jersey City jeszcze nie było – kontynuował redaktor „Nowego Świata”. Spikerem podczas transmisji był Tadeusz Sztybel, który od 1941 roku był asystentem Cieciucha. Dzień po pogrzebie – w niedzielę pomiędzy 18 a 19 – stacja WHOM nadała specjalny program poświęcony zmarłemu.

Wkrótce po pogrzebie utworzona została Fundacja Leona Cieciucha. Już w czerwcu 1942 roku rozpoczęła ona zbieranie pieniędzy na paczki dla polskich jeńców. Już wówczas swoje poparcie dla jej działalności wyraziło tysiąc osób uczestniczących w przedstawieniu w teatrze Cameo. W kwietniu 1943 roku Leon Cieciuch został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Uroczystość odbyła się w konsulacie polskim w Nowym Jorku niemal dokładnie w pierwszą rocznicę śmierci. Odznaczenie – przyznane w uznaniu dla podejmowanych przez niego prac społecznych dla dobra Polski – odebrała wdowa Helena. Ona też przejęła audycję nadawaną w stacji WHOM. Nie było to dla niej nowością, bowiem w przeszłości zastępowała męża podczas jego podróży do Polski. W ówczesnej prasie zachowało się kilka śladów po tej działalności – zapowiedź wystąpień mec. Stefana F. Śladowskiego i ob. Zygmunta Ducha w związku z nadchodzącymi wyborami z maja 1943 roku, artykuł o upamiętnieniu w audycji z 3 października 1943 roku bohaterskiego prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego oraz życzenia bożonarodzeniowe z 26 grudnia 1943 roku. Z uwagi na brak szczegółowych ramówek data zakończenia nadawania audycji trudna jest dziś do ustalenia. Helena zmarła w roku 2001 w wieku 97 lat. O kilka miesięcy przeżyła swojego najstarszego syna. W 2016 roku odeszła Jorena, która w 1947 roku wstąpiła do sióstr Dominikanek i przyjęła imię Helena Roberta. Już w trakcie powstawania tego tekstu – 31 stycznia 2020 roku – zmarł ostatni syn Heleny i Leona, Ryszard.

Ale to jeszcze nie koniec historii Leona Cieciucha… Niemal ćwierć wieku po swojej śmierci nieoczekiwanie powrócił on na szpalty gazet… W 1968 roku na łamach „Życia Warszawy” ukazał się apel konserwatorów o przesyłanie materiałów ikonograficznych dotyczących niedostępnej wówczas dla publiczności Panoramy Racławickiej. Słynny obraz, prezentowany przed wojną w rotundzie we lwowskim Parku Stryjskim, od momentu odzyskania przez Polskę w roku 1946 leżał w skrzyniach we Wrocławiu. Władze PRL nie chciały narażać się Związkowi Radzieckiemu prezentowaniem zwycięstwa polskich oddziałów nad carską co prawda, ale jednak Rosją… W odpowiedzi na wydrukowany w gazecie apel zgłosił się przedwojenny przewodnik Orbisu, Bogusław Latour. Przeczytawszy apel konserwatorów, p. Latour zwrócił się do innego towarzysza przedwojennej podróży, który był świadkiem filmowania Panoramy – relacjonowało wydawane przez Radio Wolna Europa pismo „Na antenie” – p. Leon Cieciuch w czasie wycieczki do Polski w roku 1937 sfilmował we Lwowie płótno Panoramy Racławickiej. […] Posiadacz tego filmu już dawno nie żyje, ale syn jego odnalazł zdjęcia. Przesłał film do Warszawy na adres p. Latour. Ten z kolei film przewiózł do Wrocławia i przekazał przewodniczącemu prezydium Miejskiej Rady Narodowej, profesorowi Iwaszkiewiczowi.

W tym roku mija 78 lat od śmierci Leona Cieciucha, zapomnianego pioniera radiofonii polskiej w Stanach Zjednoczonych. Mówił do Polaków za Oceanem na długo przed tym, gdy dotarł tam sygnał Polskiego Radia nadawanego na falach krótkich ze stacji nadawczej w Babicach. Przekazu z kraju nie traktował zresztą jako konkurencji. Będę opowiadał w moich audycjach w Jersey City o tych cudach, które widziałem, ale wiem, że moich rodaków w  Stanach Zjednoczonych jeszcze więcej interesuje głos bezpośrednio z Warszawy, nadany na krótkich falach. I dlatego tak wielką wagę przywiązuję do polskich audycyj krótkofalowych – mówił w roku 1939 w rozmowie z redaktorem pisma „Radio dla wszystkich” – Niestety, audycje te są słabo słyszalne, zwłaszcza w niektórych stanach. Oczekujemy więc w Ameryce z niecierpliwością na wzmocnienie krótkofalówek. To miało nastąpić jesienią 1939 roku…

Na koniec jeszcze wiadomość z ostatniej chwili. Mimo, że radio jest medium ulotnym, wiele wskazuje na to, że głos Leona Cieciucha zachował się do dziś! W Muzeum Polskim w Ameryce w Chicago i Narodowym Archiwum Cyfrowym w Warszawie przechowywane jest nagranie transmisji radiowej pogrzebu Ignacego Jana Paderewskiego. Według załączonego do płyt opisu sprawozdawcą tego wydarzenia był… Leon Cieć.

Od autora

Dzięki badaniom genealogicznym oraz analizie DNA udało mi się przywrócić pamięć o nieco zapomnianej dziś postaci Leona Cieciucha, którego rodzinne korzenie sięgają okolic Rajgrodu.

Szczególnie interesujące okazały się wyniki porównań genetycznych. Wykazały one, że potomkowie jego brata Józefa są ze mną spokrewnieni. Dodatkowo program ThruLines, dostępny na portalu Ancestry.com, pozwolił precyzyjnie określić stopień tego pokrewieństwa oraz odtworzyć powiązania rodzinne (schematy poniżej).

ThruLines for Szymon Kapliński (Kapla)

 

Pokrewieństwo autora - Mariusza Orłowskiego z Szymonem Kaplińskim

 

Bibliografia:

Opublikowano Dodaj komentarz

Noc nad rzeką Biebrzą

Obrazki malowane na tropie przyrody

Prezentujemy poniżej jeden z wielu felietonów Stanisława Nyki - leśniczego z Łubianki, które napisał przebywając na emigracji.

Pan Hieronim był mistrzem wszystkich fachów, a łgać umiał przede wszystkim. Podejmował się stolarstwa, kołodziejstwa, ciesielstwa i wielu innych zawodów. Wykonywał też na osadzie leśniczówki prace stolarsko – ciesielskie, a w przerwach koloryzował swoje sukcesy rybackie, odnoszone na wodach rzeki Biebrzy.

Nasłuchawszy się o tych sukcesach w postaci metrowych węgorzy, a jeszcze więcej pociągany atawistycznym zwem przestrzeni, wybrałem się z Hieronimem wieczorem nad Biebrzę, przepływającą krętym korytem przez łąki i lasy augustowskie.

Pierwszą naszą czynnością było założenie przynęty i zarzucenie kilkunastu wędek na całą noc do rzeki.

Na łąkach stało tysiące kop siana. Kwestia noclegu była więc łatwa do rozwiązania. Po ułożeniu się na świeżym, wonnym sianie, puściłem wodze wzrokowi i słuchowi, by łowić cichą mowę przyrody i barwne przemiany wieczoru. Piękno malowane ręką Boga jest stokroć piękniejsze i ciekawsze od pięknych, fragmentarycznych dekoracji scen teatralnych.

Read More

Opublikowano Dodaj komentarz

Odkrycie Johna Rosemonda

Moim hobby jest genealogia. Przez lata budowałam drzewo rodzinne w oparciu o dokumenty i inne źródła... aż wreszcie badania weszły na wyższy poziom. Mam na myśli genealogiczne testy genetyczne.

Mam swoich ulubionych przodków – są to antenaci mojej babci, pochodzący głównie z parafii Rajgród, Bargłów i Białaszewo. Na początku XX wieku wielu mieszkańców tych okolic, w tym również krewni, wyemigrowało do Stanów Zjednoczonych. Niektórzy z ich potomków zakupili testy genetyczne, a ja – jak rasowy detektyw – badam, grzebię i próbuję ustalić, w jaki sposób jesteśmy spokrewnieni. Często Amerykanie nie wiedzą wiele o swoich przodkach, a nazwiska bywają przekręcone, co tylko komplikuje sprawę. Wówczas muszę odtworzyć ich drzewo, zidentyfikować poprawną pisownię nazwiska i – co najtrudniejsze – ustalić miejsce pochodzenia rodziny w Polsce oraz rodzaj pokrewieństwa. Nie zawsze się to udaje. Ale im więcej dzielonego DNA (mierzonego w centymorganach – cM), tym większa szansa.

W tej historii chciałabym opowiedzieć o moim odkryciu powstańca listopadowego pochodzącego z parafii Rajgród, którego udało się zidentyfikować dzięki testom DNA.

Pewnego dnia usiadłam jak zwykle przed komputerem i zaczęłam przeglądać listę wyników na Ancestry.com. Moje oko zatrzymało się na Cherie Rosemond – osoba ta dzieli z moją babcią aż 73 cM[1]. Skandal, by tak bliski krewny wciąż pozostawał niezidentyfikowany! Czas to zmienić.

Sprawa stała się nieco zagadkowa, gdy spojrzałam na szacunkowe pochodzenie etniczne Cherie. Miała jedynie śladową domieszkę Europy Wschodniej i Bałtów – co jest nietypowe dla osób z polskimi korzeniami. To sugerowało, że jej polski przodek żył dawno temu i że nie było dalszego dopływu polskiej krwi. Skąd więc Polak – i to krewny – w jej rodzinie? Przecież nasi, ci z terenów byłego zaboru rosyjskiego, emigrowali dopiero na przełomie XIX i XX wieku. Trochę wcześniej wyjeżdżali mieszkańcy zaboru pruskiego, ale to mnie nie dotyczy. Straciłam nadzieję... ale przecież to 73 cM! Warto spróbować.

Cherie nie miała nawet zbudowanego drzewa genealogicznego. Znalazłam inną osobę o nazwisku Rosemond – zapewne krewniaka – który również miał niewiele domieszki wschodnioeuropejskiej. Dzięki kilku podanym nazwiskom przodków z linii jego ojca mogłam zacząć budować drzewo. Postanowiłam pójść po najprostszej linii – nazwisku Rosemond.

Jakież było moje zdumienie, gdy cofając się pokolenie po pokoleniu, natrafiłam na Johna Rosemonda, urodzonego w Polsce! Co za niespodzianka! Ale kim był i jak znalazł się w Ameryce? To już dłuższa historia...

Nagrobek Johna Rosemonda. Findagrave.com
Nagrobek Johna Rosemonda. Findagrave.com

Na jego nagrobku widnieje napis:

Born in Poland in 1810. He took part in the great struggle for liberty of his country in 1830. Banished from his homeland he came to America in 1833 and died here in 1906.
Urodzony w Polsce w 1810 r. Brał udział w wielkiej walce o wolność swego kraju w 1830 r. Wygnany z ojczyzny przybył do Ameryki w 1833 r. i tu zmarł w 1906 r.

To jeszcze bardziej rozpaliło moją ciekawość. Daleki, lecz jednak krewny – i powstaniec listopadowy? Podczas gdy moi przodkowie to, z tego co wiem, głównie chłopi i mieszczanie. A on pochodził stąd – genetyka nie kłamie. Musi być spokrewniony. Pytanie tylko: jak?

Read More

Opublikowano Dodaj komentarz

Oda Do Polskiego Lasu

Prezentujemy poniżej jeden z wielu wierszy Stanisława Nyki - leśniczego z Łubianki, które napisał przebywając na emigracji.

O lesie polski, zabytku piękności,
Korynckich kolumn Boży ty Kościele –
Obraz twój widzę przez mórz odległości;
Kolumny strojne w koron kapitele.

O gaje leśne pełne czaru wiosną;
W waszych pachnących ulistnionych
splotach –
Wirtuoz słowik grał pieśni radosne,
Których słuchała gwiazd ulewa złota.

O lesie wonny, twoje aromaty
Strudzonym ludziom siły przywracały,
Ty nas gościłeś owocem i kwiatem,
I gędźbą, którą twe drzewa szumiały.

Wielki nasz Adam dawno już napisał:
„Najpiękniej tylko w Polsce żaby grają” –
A czy ktokolwiek w innych lasach słyszał –
Taki śpiew ptaków, jak w Polsce śpiewają?

Opublikowano Jeden komentarz

Kazimierowiczowie – rodzina sejneńska

„Kazimierowicz” to rzadkie nazwisko. W Polsce nosi je 361 osób, 194 kobiety i 167 mężczyzn. Najwięcej Kazimierowiczów mieszka w województwie dolnośląskim - 105, 60 osób w podlaskim, 41 w śląskim, 27 w warmińsko- mazurskim i 1 w małopolskim. Pochodzenie nazwiska jest oczywiste: Kazimierowicz to syn Kazimierza.

Źródłem moich informacji o najwcześniejszych rodzinach Kazimierowiczów są dane uzyskane z wyszukiwarki Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego (https://jzi.org.pl/wyszukiwarka/). Pokazuje ona, że najwięcej Kazimierowiczów pochodziło ze wsi Gniewieńszczyzna, parafia Kuźnica pod Grodnem (vide: mapa).

Linia znanych mi Kazimierowiczów przyłączonych do mojego drzewa genealogicznego przez małżeństwo Piotra, syna Józefa z Kazimierą Szczudło prowadzi do parafii Urdomin i wsi Strumbogłów (dziś: teren Litwy). To tam około 1830 roku urodził się Andrzej Kazimierowicz, syn pierwszej znanej pary- Szymona i Katarzyny Tomaszewskiej. Nie znamy okoliczności i powodów, dla których Andrzej znalazł się w okolicach Sejn.

Read More

Opublikowano Jeden komentarz

Ja to mam szczęście… czyli fart genealoga

Nie trzeba nikogo przekonywać, że szczęście w życiu jest czymś ważnym. Najważniejsze jest szczęście rozumiane jako dobrostan człowieka, ale ja tu chciałbym pochylić się nad innym znaczeniem tego słowa. Chodzi o dosyć przypadkowe skorzystanie z wyjątkowo korzystnych okoliczności. Jest to takie szczęście, kiedy sukces odnosimy bez specjalnego wysiłku. Angielskojęzyczne osoby mają na to oddzielne określenie „luck”, co po polsku można tłumaczyć jako fart.

Szczęście w genealogii, a raczej farta trzeba mieć. Muszę się pochwalić, że zaznałem tego już kilkakrotnie. Dziś chciałbym tu opisać ostatni przypadek, a raczej logiczny ciąg zdarzeń, które wprowadziły mnie w przekonanie, że jestem szczęściarzem.

Jest rok 2014. Szczęśliwym zbiegiem wielu okoliczności wybieramy się do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Lecimy tam w czwórkę, w pełnym składzie rodziny na wesele córki mojej szkolnej koleżanki Brygidy (z pomaturalnej szkoły w Henrykowie k. Ząbkowic Śląskich, która związała mnie z Dolnym Śląskiem). Wesele w Chicago to punkt główny naszej wyprawy, ale są też punkty poboczne. Reszta rodziny myśli o turystyce, ja bardziej o genealogii. Gdzie tu znaleźć kompromis?

Kiedy przebrzmiały weselne dzwony i zwiędły kwiaty, którymi hojnie obdarowano młodą parę, Marthę i Timothy’ego, ruszamy w drogę na zwiedzanie Ameryki. Kierujemy się z Chicago na wschód, najpierw do Cleveland, do Niagary (tu spotkanie ze wzmiankowanym już Johnem Rynkiewiczem), Nowego Jorku i Springfield w stanie New Jersey.

Aldona i Andrzej Szczudłowie w Nowym Jorku

Kiedy główne apetyty rodziny na turystykę i odwiedzenie dwojga krewniaków, Elżbiety i Cezarego, zostają zaspokojone, nieśmiało wspominam o swoich potrzebach genealogicznych. Mówię o chęci odwiedzenia Pensylwanii, a szczególnie skromnego miasteczka Shenandoah, gdzie już ponad 100 lat wcześniej lądowali moi krewni z rodziny Rynkiewiczów, krewni po ojcowskiej matce Mariannie Rynkiewicz (1898- 1970). Wiem o tym od kilkunastu lat dzięki założonej przez Edwarda Wojtakowskiego (1940- 2022) stronie internetowej, na którą zajrzał genealog z Buffalo, John Rynkiewicz. I chociaż później okazało się, że moi Rynkiewiczowie nie są krewnymi (bliskimi) tego Amerykanina, wspiera on mnie w poszukiwaniach, pomaga namierzyć właściwych krewniaków. Ci właściwi, moi mieszkali w górniczym miasteczku Shenandoah, które w szczycie węglowej prosperity miało 20 tysięcy mieszkańców, a teraz, po wyczerpaniu złóż węgla, tylko pięć tysięcy.

Nie bez dyskusji jest zgoda na mój plan. Na szczęście po mojej stronie jest starszy syn Michał, który siedzi za kierownicą. Jedziemy do Shenandoah i po kilku godzinach jazdy jesteśmy na miejscu. Spędzamy w miasteczku kilka emocjonujących godzin. Poznajemy tam ledwie troje przypadkowych osób: fryzjera, dziewczynę z rodu Twardzików, znanego w Ameryce z produkcji polskich pierogów, ale przede wszystkim Andy’ego Ulicnego.

Andy Ulicny i autor; Shenandoah, 2014 r.

Wskazał go fryzjer zapytany o kogoś, kogo w tym miasteczku interesuje genealogia. Po wstępnej rozmowie telefonicznej docieramy do niego. Nie mówi o zaskoczeniu, ma dla nas czas i ochotę na rozmowę. Rzucam hasło „genealogia” i słyszę potwierdzenie, że to i jego hobby. Ma na komputerze bogatą bazę danych osób pochowanych na lokalnych cmentarzach. Podaję kilka ważnych dla mnie nazwisk: Rynkiewicz, Buchowski… jest! Pokazuje swoje wpisy, co robi na mnie duże wrażenie. Uświadamiam, że w krótkiej wizycie nie jestem w stanie zaspokoić swoich potrzeb. Nie zadowalając się wydrukiem na kilku stronach pytam czy nie udostępni mi swojej bazy na pendriv'a? Bez namysłu Andy godzi się na to i ładuje swoje dane na mojego pendrive. Jestem tym zachwycony.

Potem zwiedzamy cmentarze, znajdując liczne nagrobki Rynkiewiczów, ale i innych osób o nazwiskach bardzo kojarzących się z moim i sąsiadów z Sejneńszczyzny. Robimy wiele zdjęć, aby potem w domu, już na spokojnie wszystko to przeanalizować.

Po powrocie do kraju nadal jestem pod wielkim wrażeniem podróży do USA i spotkanego w Shenandoah genealoga. Zapraszam go do znajomych z Facebooka, czytam jego posty. Widzę, że jest to postać nieprzeciętna, bardzo szanowana w lokalnym środowisku. Bardziej niż z genealogii Andy jest znany z tego, że komentuje mecze futbolu amerykańskiego, sportu nr 1 za oceanem.

Jimmy Doyle i Andy Ulicny w dyżurce komentatorów

Po kilku latach znajomości zauważam, że Andy Ulicny wydał książkę o swoim mieście Shenandoah. Po krótkich staraniach książka jest już w moim domu. I chociaż nie znajduję w niej wątków o moich Rynkiewiczach, cieszę się, że mam „coś” o ważnym miejscu dla genealogii mojej rodziny.

Kolejny powód do radości to fakt, że Andy jest bliskim znajomym Christy Shukaitis, wielce zasłużonej dla zgłębiania i dokumentowania genealogii moich Szczudłów i skoligaconych z nimi Łabanowskich.

Kiedy wydaje się, że znajomość z Andy Ulicnym jest już „odfajkowana” i nie wniesie nic nowego, dociera do mnie mail od… Johna Ulicnego. Na wstępie już pisze, że jest kuzynem Andy’ego Ulicnego, i że po badaniach DNA jest również moim krewnym. Wie o tym, gdyż podobne badania zrobił mój ojciec Zygmunt Szczudło. Łączą nas aż trzy nazwiska: Łabanowski, Rynkiewicz i Stabiński. To trzecie nazwisko nie do końca mnie przekonuje, ale po kilkukrotnej wymianie korespondencji z Johnem i „wykopkach” metrycznych w parafii krasnopolskiej upewniam się, że John ma rację.

Kilka miesięcy później, wiosną 2022 roku niespodziewanie John melduje, że latem tego roku będzie na Festiwalu Bluesa w Suwałkach. Przyjedzie z żoną Marią Mele. Czuję się zaskoczony przyjazdem gości z Ameryki, ale także tym, że suwalski festiwal ma taką rangę w świecie. Jeśli przyjeżdżają na niego z ojczyzny bluesa, musi być dobry. Doceniając wysiłek krewniaka, który planuje dotrzeć aż zza oceanu, deklaruję że i ja tam będę.

Modyfikuję lekko wakacyjne plany, aby w rodzinnych stronach, na Suwalszczyźnie, być w czasie festiwalu i spotkać się z Johnem. W tym roku Suwałki Blues Festival ma wydanie jubileuszowe, organizowany jest 15. raz. Jedziemy z żoną i uczestniczymy tylko w ostatnich dwóch dniach festiwalu, 9- 10 lipca.

Umawiamy się telefonicznie, że spotkamy się z Amerykanami dzień po festiwalu, w hotelu w którym oni kwaterują. Jedziemy tam z pikającymi sercami. Obawy o trudności językowe w porozumieniu się szybko rozwiewamy, bo John przyjechał z żoną Marią Mele, która zna język polski. Z uśmiechem pogodna Maria opowiada, że ma polskie korzenie, jej ojcem był Tadeusz Kasztelan, andersowiec rodem spod Wilna. Maria urodziła się w Ameryce i niechętnie uczyła się języka polskiego. Rodzice jednak nie odpuszczali, za co dopiero dziś Maria jest im wdzięczna.

Z Johnem jest inaczej, mimo, że od dziecka świadomy polskich korzeni, języka polskiego się nie nauczył i teraz cierpi. Widać, że chciałby znać go dobrze, może nie tyle do kontaktów, bo jest z natury nieśmiały, ale do czytania dokumentów.

To nasza pierwsza bezpośrednia rozmowa, więc staramy się jak najwięcej poopowiadać o sobie i wspólnych wątkach rodzinnych. Przy okazji wyjaśnia się, że pierwszym przewodnikiem Johna po polskich archiwach był Daniel Paczkowski, mój kolega ze stowarzyszenia Jamiński Zespół Indeksacyjny. To on też wyszukał mu pierwsze metryki z polskich zasobów.

Drugiego dnia spotykamy się z Amerykanami w Archiwum Państwowym w Suwałkach. Maria zaraz musi nas opuścić, bo za godzinę prowadzi lekcję on-line języka angielskiego. Kiedy dopytujemy się o szczegóły, okazuje się, że John z Marią nie lecieli na festiwal z Ameryki. Już od roku mieszkają w Warszawie i do Suwałk przyjechali pociągiem. Skromnie, nie używając samochodu, zwiedzają miasto.

Maria zostawia nas w archiwum, a John dostaje zamówiony mailowo stos teczek z metrykami. Pisane ręcznie po polsku i po rosyjsku… Widać, że John czuje się całkiem bezradny, nie zna polskiego, a tym bardziej cyrylicy. Pomagam mu ratując sytuację. Po powrocie Marii przy obiedzie w restauracji „Karczma Polska” omawiamy dalsze, już wspólne plany. Amerykanie doceniają spotkanie z nami i dlatego przedłużają swój pobyt o 3 dni. Dostępna oferta na kolejne noclegi jest w kamedulskim klasztorze w Wigrach. Następnego dnia przewozimy ich do nowego hotelu, ale zanim zacznie się doba hotelowa, mamy kilka godzin czasu. Postanawiam czas ten zagospodarować po swojemu. Zapraszam gości do pojazdu i pokonujemy trasę kilkunastu kilometrów do Krasnopola, który jest dla nas obu z Johnem miejscem pochodzenia naszych przodków. Pierwsza myśl - odwiedzimy cmentarz, bo przecież z nikim nie jesteśmy tu umówieni. W Krasnopolu są dwa cmentarze. Nic nas nie goni, kolejno docieramy do obu, robiąc dużo zdjęć nagrobków z „naszymi” nazwiskami.

Andrzej Szczudło, Maria Mele i John Ulicny w Krasnopolu

„Nekroturystyka”[1] nas nie zadowala, dobrze byłoby spotkać aktualnych mieszkańców. Szybka myśl - jedziemy do cioci Danuty Rynkiewiczowej. Od dwóch lat jest wdową, ale może ucieszy się z wizyty krewniaków, doceni fakt, że o niej pamiętamy? Po chwili zajeżdżamy na podwórko ostatnich w Krasnopolu Rynkiewiczów. W progu wita nas Elżbieta, synowa cioci Danki, żona Bogdana. Po przywitaniu dowiadujemy się, że za kwadrans w tym domu ma się pojawić Jola, córka cioci Danki, która od lat mieszka w Maroku. Jest ode mnie kilka lat młodsza i mimo, że jest moją kuzynką, nigdy jej nie spotkałem. Znaliśmy się tylko z maili i rozmów przez Skype’a. Nie mogłem uwierzyć w swojego farta! Wpadłem przypadkowo, bez umówienia i spotykam kuzynkę z Maroka. Jola z córką, wnuczką i siostrzenicą dociera wkrótce. Siadamy do przygotowanego przez ciocię wcześniej stołu, faktycznie przygotowanego dla rodziny Joli. Serdeczne przywitanie, pół godziny rozmowy o aktualiach w naszym życiu i ruszamy w stronę Wigier zainstalować Amerykanów w klasztornym hotelu.

John Ulicny, Maria Mele, Andrzej Szczudło, Jolanta Abou Hilal; Krasnopol

Po obiedzie do zagospodarowania pozostaje jeszcze wieczór, ale już mamy na to pomysł. Jak zwykle w lecie, sejneńska Fundacja „Pogranicze” organizuje cykliczne koncerty Orkiestry Klezmerskiej Teatru Sejneńskiego. Dziś jest jeden z nich, z czego skwapliwie korzystamy.

Koncert w sejneńskiej synagodze. Gra Orkiestra Klezmerska Teatru Sejneńskiego

Natchnieni piękną muzyką wracamy na noclegi. Czwartek jest trzecim, dodanym ze względu na nas dniem pobytu Johna i Marii na Suwalszczyźnie. Nie mam przygotowanego planu, ale liczę na swoją spontaniczność i orientację w terenie. Gorączkowo próbuję zdefiniować potrzeby genealogiczne mojego amerykańskiego krewniaka. Ruszamy w kierunku Sejn. Po drodze mijamy wieś Radziuszki, gdzie obaj mamy swoich krewnych Łabanowskich. Ale mijamy ją bez zatrzymania, bo faktycznie nie znamy tam żadnego członka rodziny. Zmierzamy dalej w stronę Sejn. Na wysokości Sumowa uświadamiam sobie, że mijamy właśnie odnowiony niedawno dom Andrzeja Sidora. Znam imiennika ledwie kilka lat i doceniam jego dorobek fotograficzny. Z Internetu można poznać jego artystyczną biografię[2].

Aldona i Andrzej Szczudłowie, Maria Mele, John Ulicny, Andrzej Sidor

Sidorowie to rodzina bardzo licznie rozpowszechniona na terenie Ziemi Sejneńskiej, prawie wszyscy mają z nimi jakieś połączenie. Ja również wielokrotnie znajdywałem Sidorów na gałęziach swojego genealogicznego drzewa, więc dlatego od lat gromadzę metryki Sidorów. Andrzej w genealogii jest na początku tej drogi, więc niedawno pomagałem mu wypisać kilka pokoleń przodków z moich danych. Odtąd już się znamy. Wstępujemy do Sidorów i już na wejściu od Dominiki, żony Andrzeja, słyszymy zaproszenie na kawę.

Korzystamy z tego i w ciekawej, sympatycznej rozmowie, mija nam jakieś pół godziny. Z niepokojem zerkam na zegarek, bo już przez Messengera zdążyłem umówić się na spotkanie z kolejnym fotografem, Krzysztofem Palewiczem. Krzysztof kilka miesięcy wcześniej ogłosił konkurs. Pokazał na Facebooku zdjęcie, w którym za szybą kuchni dopatrzyłem się pół kota, druga połowa była niewidoczna. A że wieś nazywa się Półkoty, konkurs wygrałem. Za to bingo należała mi się flaszka śliwowicy. Na odjezdnym od Sidorów dostajemy w prezencie najnowsze wydanie albumu ze zdjęciami Andrzeja. Autor nie może się nie cieszyć, że jeden album pojedzie do Ameryki.

Do Palewiczów docieramy lekko spóźnieni, ale flaszka nie przepada. Wręcza mi ją organizator konkursu. Zapewniam, że dowiozę ją do domu we Wschowie. W domu Palewiczów nowość. Zapraszają nas do nowo dobudowanego pokoju, akurat na takie okazje jak dziś.

Aldona Szczudło, Maria Mele, Jadwiga Palewicz (mama Krzysztofa), John Ulicny, Majka i Krzysztof Palewiczowie; w domu Palewiczów

Krzysztof, prowadzący z żoną Majką gospodarstwo agroturystyczne, jest ponadto znanym w regionie fotografikiem, i ma już co pokazać. Oglądamy publikowane już albumy z jego pięknymi zdjęciami okolicznej przyrody. Pijemy kolejną kawę, rozmawiamy w kilku grupach jednocześnie. Rozmowy pęcznieją, wątek goni wątek, a ja znów w niepokoju zerkam na zegarek. Przed nami kolejne wyzwanie. Jesteśmy umówieni na rejs statkiem po jeziorach augustowskich. Gwarantuje nam to Aneta Cich, przewodniczka profesjonalna, ale i członkini Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego, do którego i ja należę. Łączy nas genealogiczna pasja. Tego dnia Aneta obsługuje wycieczkę, a nas obiecała zabrać z nią na statek. Szybko żegnamy się z rodziną Palewiczów i ruszamy w kierunku Augustowa. Mamy do pokonania trasę ponad 40 km. Czas dojazdu sugerowany przez GPS źle rokuje naszym planom, ale jest nadzieja, że … droga będzie wolna, samochód sprawny, pojedziemy z wiatrem itp. Rzeczywistość pozbawia nas złudzeń. Pędząc na złamanie karku docieramy do portu w Augustowie w 6 minut po planowanym czasie odpływu. Widzimy nasz statek kilkadziesiąt metrów od brzegu. Nie ma mowy o zawrócenia go do portu. Trudno mieć pretensję do kapitana i Anety, rozumiemy to. Interes większości pasażerów przeważył, nie można było dłużej czekać. Zniechęceni myślimy o opcji „B”, co by tu pokazać naszym amerykańskim gościom?

Najbliższym obiektem do odwiedzenia wydaje się Muzeum Kanału Augustowskiego. Wkrótce docieramy tam i podziwiamy eksponaty. Pokazując Marii i Johnowi poszczególne plansze i eksponaty próbuję opowiedzieć jak przełomowe technicznie było dzieło firmowane nazwiskiem generała Ignacego Prądzyńskiego, który skupiając potencjał inżynieryjny polskiej armii podjął się zadania skierowania rzeki i kanałów w niezwyczajnym kierunku, pod górkę. Po twarzach gości widzę, że doceniają kunszt generała.

W Muzeum Kanału Augustowskiego

Ochoty i pomysłu na dalsze zwiedzanie Augustowa nie mamy, więc po obiedzie w portowej restauracji ruszamy w stronę Sejn. Nieusatysfakcjonowany do końca gorączkowo myślę, co by tu jeszcze pokazać? I nagle przed oczami widzę drogowskaz: Studzieniczna! Bez namysłu skręcam w prawo i po kilkuset metrach jestem na parkingu. Wysiadamy z samochodu z zamiarem zwiedzenia najbardziej słynnego miejsca pielgrzymkowego Suwalszczyzny. Parking jest prawie pusty, tylko na drugim jego końcu widać autobus. Ze zwykłej ciekawości zerkam na numery rejestracyjne i …podskakuję do góry. Zobacz, mówię do Aldony, ten autobus ma leszczyńską rejestrację! Może ktoś znajomy będzie w środku? Podchodzimy do autobusu i wnikliwie przyglądamy się wychodzącym. Szanse na spotkanie na Suwalszczyźnie samochodu z rejestracją z naszych stron są znikome, ale jeśli to się udało to może… Niestety nikogo znajomego nie widzimy, ale… zza ich pleców wyłania się… Aneta, nasza przewodniczka z niedoścignionego statku. Okazuje się, że statek, którym płynęła ze swoją wycieczką, akurat z naszego Leszna, czego wcześniej nie wiedzieliśmy, zawitał do Studzienicznej. To typowa trasa, upamiętniona przez papieża Jana Pawła II. Jest po tej wizycie pomnik papieża - dodatkowy powód, aby zawijały tam wszystkie statki pływające po jeziorach.

Aldona, Andrzej i Aneta w Studzienicznej

Zwiedzamy święte miejsce; usadowioną na półwyspie kapliczkę, zaglądamy do studni, której woda podobno działa uzdrawiająco, fotografujemy się przy pomniku polskiego papieża. Miejsce to ma swoje odniesienie również w historii naszych wspólnych z Johnem krewniaków, Rynkiewiczów z Krasnopola. Opowieść rodzinna głosi, że Józef Rynkiewicz (1871- 1959), ożeniony w 1891 roku ze Stefanią Stawińską miał z nią 12 dzieci. Kiedy pierwsze troje kolejno umarły, małżonkowie uznali to za jakieś fatum i za radą starszych, wybrali się z błagalną pielgrzymką do Studzienicznej. Najwięcej dała z siebie Stefania, która szła pieszo, a tuż za nią wozem konnym asekurował ją mąż Józef. Sytuacja ta, wypisz wymaluj, zobrazowana jest w filmie pt. „Przez siedem mostów”, gdzie rolę naszego Józefa grał wspaniały Franciszek Pieczka.

Nie pamiętam jak zakończyła się wyprawa z filmu, wiem jednak, że Rynkiewiczowie doczekali się później jeszcze dziewięciorga dzieci, co jako genealog rodzinny potwierdziłem danymi z metryk parafii Krasnopol. Sześcioro z nich dożyło dorosłości, a pierwszym dzieckiem w tej grupie była moja babcia Marianna (1898- 1969). Najprawdopodobniej, jeśli wierzyć ustnym przekazom dziadków, sytuacja ta miała miejsce na przełomie wieków, w latach 1895-1897.

Znając tę historię, zawsze ze wzruszeniem odwiedzam Sanktuarium w Studzienicznej. Miejsce to wywarło również mocne wrażenie na naszych amerykańskich gościach.

Kolejną miejscowością do odwiedzenia tego dnia były Frącki, puszczańska wieś na trasie Augustów - Sejny. John Ulicny znał je tylko ze starych metryk, dokumentujących losy rodziny Stabińskich, więc trudno się dziwić, że po zatrzymaniu skierowaliśmy się do najbliższego domu z pytaniem o tę rodzinę. Okazało się, że Stabińskich jest tu wiele rodzin, a najbliżsi mieszkają 100 metrów dalej, blisko Czarnej Hańczy, z którą mają również biznesowe związki organizując spływy kajakowe. Zaskoczeni naszym najściem szybko przyznali się do krewnych za oceanem. Wiedzą o nich, chociaż bieżących kontaktów nie utrzymują. Robimy kilka pamiątkowych fotek przy ich domu i umawiamy się na kolejne kontakty i spotkania.

Wreszcie Frącki John widzi w realu
Rodzina Stabińskich znad Czarnej Hańczy

Dzień powoli się kończy, a my wieziemy gości do klasztoru w Wigrach na nocleg. Po kolacji się rozstajemy. Następnego dnia podwożę Amerykanów na pociąg do Suwałk, skąd odjeżdżają do Warszawy.

Po wakacjach mamy stały kontakt przez Internet i telefon. Wkrótce dowiadujemy się, że John z Marią postanawiają spędzić w Polsce drugi rok, z tym że teraz już w Gdyni. Uruchamiam swoje znajomości w Trójmieście, aby znaleźć im stosowne lokum. Jednak znajdują je sami.

W marcu 2023 roku umawiamy się na spotkanie na naszym terenie, we Wschowie i okolicach.

Amerykańscy goście z rodziną Andrzeja

Zwiedzamy miasto, obowiązkowa jest fotka pod pomnikiem byka Ilona, sprowadzonego przed laty z Ameryki protoplasty hodowli bydła w słynnej firmie POHZ Osowa Sień. Podoba im się miasto z taką ilością zabytków. U siebie tego nie mają. Ze Wschowy wybieramy się do Wrocławia, aby tam w krótkiej wizycie pokazać Halę Stulecia, Panoramę Racławicką i stare centrum miasta. Wrocław robi na gościach z USA wielkie wrażenie, mówią nawet o planach zamieszkania tutaj na trzeci rok.

Następnego dnia promujemy region leszczyński. Zwiedzamy centrum Leszna i zamek w Rydzynie, związany z osobą króla Stanisława Leszczyńskiego.

Na sali balowej Zamku w Rydzynie John próbował zatańczyć z Marią

Już za miesiąc czeka nas nowe wyzwanie: do Polski przyjeżdża siostra Johna, Alexis, z mężem Danielem Gomezem. Trudno byłoby przegapić taką okazję do kontaktu. Umawiamy się na spotkanie w Toruniu. Wybieramy to miejsce z dwóch powodów: po pierwsze aby nie fatygować zbytnio „świeżych” Amerykanów, którzy kwaterują w nieodległej Gdyni, po drugie mieszka tam u córki mój wujek, senior Marian Rynkiewicz, również krewny Johna. W toruńskiej kawiarni na rozmowach w serdecznej atmosferze spędzamy dwie godziny. Znajdujemy też czas na spacer po Starówce i odwiedzenie Muzeum Pierników.

Pamiątkowe fotki ze spotkania, w kawiarni i na toruńskiej Starówce

Znacznie poważniejsze wyzwanie czeka nas za miesiąc, kiedy odwiedzi Polskę druga siostra Johna, Maryann, z mężem Michaelem Beatrice. Tym razem goście lądują w Wilnie, na kilka dni. Razem z Johnem i Marią przybyłymi z Gdyni, zwiedzają miasto, z którego pochodził ojciec Marii Mele. 10 maja 2023 r. autobusem docierają do Sejn.

Wizyta czwórki amerykańskich krewniaków w Sejnach, rodzinnych stronach naszych przodków, jest wydarzeniem. Jestem na nie przygotowany; wynająłem salę w hotelu na spotkanie, zaprosiłem gości z okolicy. Zadbałem o to, aby w spotkaniu uczestniczyli przedstawiciele trzech łączących nas rodzin; Rynkiewiczów, Łabanowskich i Stabińskich. Przybyło kilku starszych panów z Frącek i reprezentantka młodego pokolenia Aneta Stabińska, która zajmuje się fotografią artystyczną.

Na tę okoliczność opracowałem prezentację multimedialną, pokazującą nasze połączenia rodzinne: Łabanowskich, Stabińskich, Rynkiewiczów, Ulicnych i Szczudłów. Podobną w treści prezentację miał również John Ulicny.

W trakcie spotkania familijnego w restauracji „U Henryka” (fot. Aneta Stabińska)

Następny dzień jest również pełen wrażeń. Po noclegu w hotelu „U Henryka” w Sejnach zabieram gości w plener. Pokazuję im swoje rodzinne gospodarstwo we wsi Gawieniance (foto poniżej), gdzie z żoną Haliną gospodaruje najmłodszy z trójki moich braci Krzysztof Szczudło.

Dalej zmierzamy do Frącek, głównej miejscowości związanej z rodziną Stabińskich. Spacerujemy po wsi wypatrując poznanych wczoraj krewniaków. Okolica jest piękna; obok las i nurt rzeki Czarnej Hańczy. Chciałoby się zatrzymać tutaj na dłużej, ale nie można. Program jest napięty.

Spacer po Frąckach

Kolejnym punktem naszego planu na dzień 11 maja 2023 r. jest rejs statkiem po jeziorach augustowskich. Atrakcja niespełniona przed rokiem, teraz dochodzi do skutku. Przewodzi nam Aneta Cich z Augustowa, moja koleżanka z Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego, profesjonalna przewodniczka turystyczna. Wie wszystko o regionie i sprawnie realizuje potrzeby turystów. Czas rejsu statkiem szybko mija, musimy wracać do Sejn. Zanim jednak wylądujemy w hotelu, decydujemy się na wypad do Radziuszek, wsi od wieków zasiedlonej przez rodzinę Łabanowskich, naszych Łabanowskich, których przedstawicielki, Bożena i Teresa uczestniczyły w spotkaniu genealogicznym rodzin w Sejnach. Nie zastajemy w domu Grzegorza Łabanowskiego, brata Bożeny i Teresy, ale oglądamy posesję, robimy zdjęcia.

Radziuszki, przed domem Grzegorza Łabanowskiego

Widzę to miejsce po raz pierwszy, chociaż od wielu lat wiem, że to stąd na przełomie wieków wyruszała na emigrację za ocean Bronisława Łabanowska (1887- 1977), wnuczka Tomasza i Floryanny Wiktorii Szczudło (1834- 1900). Już w Ameryce, konkretnie w Shenandoah, PA, skąd John Ulicny również wywodzi swoje korzenie, z Janem Stankiewiczem w latach 1905- 1925 urodziła siedmioro dzieci. Oczami wyobraźni widzę ich zmagania z niełatwym jednak życiem w Ameryce. Wiem o tym sporo dzięki Chistinie Shukaitis, której córka Bronisławy, Jadwiga Starke, była „drugą matką”. Pisałem o nich na swoim blogu.

Wizyta w Radziuszkach kończy pełen wrażeń dzień. Następny, 12 maja 2023 r., jest ostatnim dniem pobytu amerykańskich gości w Sejnach. Chcemy go w pełni wykorzystać, aby był zapamiętany, a Sejny stały się w Ameryce tematem barwnych opowieści o krainie przodków. Jedziemy na charakterystyczny dla miasteczek kresowych, pełen kolorytu targ w Sejnach. Wczuwamy się w klimat miejskiego targowiska, które dzięki bliskiej granicy z Litwą i różnicy cen jest często międzynarodowe.

Na targowisku w Sejnach

Na pół dnia rozstajemy się z zagranicznymi gośćmi, gdyż oni już wcześniej przez Internet zarezerwowali sobie warsztaty kuchni regionalnej w klasztorze wigierskim. Ucząc się przyrządzania kartaczy, sękaczy i innych specjałów regionalnej kuchni z Suwalszczyzny spędzają tam czas do południa.

W tym czasie ja z żoną Aldoną odwiedzam bazylikę, w której odbywa się msza święta. W piątkowe przedpołudnie to niezwyczajne, ale szybko wyjaśnia się przyczyna. Uroczysta msza święta ze sztandarami jest elementem ceremonii otwarcia Muzeum Kresów Rzeczypospolitej Obojga Narodów z udziałem ministra kultury Przemysława Glińskiego, posła Jarosława Zielińskiego i innych oficjeli. Jest tu też godna reprezentacja mojego stowarzyszenia, Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego: Justyna Stolarska, Aneta Cich i Sylwester Jasiński. Uczestniczymy w rytuale przecięcia wstęgi i otwarciu muzeum, ale do zwiedzania ekspozycji, unikając tłumu, przychodzimy z gośćmi później, po obiedzie.

Już na starcie Muzeum Kresów ma bogatą kolekcję zbiorów z klasztoru dominikanów

Na popołudnie zaplanowałem zwiedzanie Krasnogrudy, miejsca związanego z rodziną naszego noblisty Czesława Miłosza. Amerykanie również kojarzą to nazwisko. Zachwycają się urokliwym miejscem i pełnym zieleni krajobrazem.

Pamiątkowa fotka przed dworkiem Kunatów, wujostwa Czesława Miłosza w Krasnogrudzie

W sobotę rano odwożę czworo Amerykanów na dworzec PKP w Suwałkach. Program ich pobytu na terenie północno- wschodniej Polski jest wykonany.

W jakiś czas po odjeździe Johna z Marią do Gdyni oraz Maryann z mężem do USA dowiadujemy się, że nasza sympatyczna para planowała spędzić trzeci rok w Polsce, tym razem we Wrocławiu. Miało to nastąpić jesienią 2023 roku, po powrocie z wesela syna Marii. Terminu tego jednak nie udało się dotrzymać, gdyż John w USA zachorował. Badania i leczenie się przeciągnęły i nowym terminem ich przylotu do Polski jest lipiec 2024 r. Przylecą tylko na tydzień zamknąć swoje sprawy w Polsce, po czym wracają do Stanów, aby osiąść w nowo nabytym domu w okolicach Filadelfii.

Podsumowując swoją przygodę z Johnem i Marią stwierdzam, że są oni wyjątkowi. W ciągu ponad dwudziestu lat, kiedy mam kontakty z wieloma potomkami emigrantów z naszych rodzin, tylko oni zdobyli się na tak długi pobyt w kraju przodków. A ja czuję się wyjątkowym szczęściarzem, któremu udało się zobaczyć miejsce w Ameryce, gdzie mieszkali moi krewni, a także gościć zagranicznych krewnych w naszym pięknym kraju.

[1] Nekroturystyka – na czym polega? Jakie miejsca warto zwiedzić? – Dzień Dobry TVN

[2] Andrzej Sidor – Szeroki Kadr

Opublikowano Dodaj komentarz

Antoni Sosnowski z Krasnopola w Ameryce

Genealodzy, którzy mają w swoim drzewie genealogicznym krewniaków, emigrantów do Ameryki, zazwyczaj muszą rekonstruować ich losy, korzystając z różnorodnych dokumentów podróżnych, nekrologów, spisów ludności oraz wycinków z lokalnych gazet. Przyczyny tego są oczywiste – często ci emigranci byli niepiśmienni, a ci, którzy posiadali umiejętność pisania, rzadko chcieli opisywać swoje przeżycia. Krewni krasnopolskich Rynkiewiczów i Sosnowskich mieli jednak szczęście, gdyż w ich kręgu pojawiła się Joan Dorothy Flinders z d. Robertson (1936-2021), wnuczka Antoniego Sosnowskiego (1881-1950) i Wiktorii Rynkiewicz (1887-1973), która napisała książkę o rodzinie oraz wiele innych tekstów. Poniżej zamieszczam jeden z nich.

Andrzej Szczudło

Niniejsza publikacja przedstawia skrót historii Polski z jaką musieli się mierzyć moi przodkowie.

Słabość polityczna i militarna Polski sprawiła jej rozbiór przez Rosję, Prusy i Austrię. W 1795 roku Polska została wymazana z mapy Europy na ponad 100 lat. Próby wyrwania niepodległości poprzez powstania były nieskuteczne i Polska nie odzyskała suwerenności do 1918 roku. Żmudny proces odbudowy i jednoczenia narodu był wciąż niewystarczający kiedy przerwała go II wojna światowa i zaczął się sześcioletni okres okupacji niemieckiej i sowieckiej. Cena, jaką Polska zapłaciła była wysoka; miliony ludzi zostało zamordowanych, w tym cała społeczność żydowska. Kraj był zdewastowany, a nadto duże straty terytorialne tylko częściowo decyzją aliantów zrekompensowane przesunięciem granic na zachód. Po wojnie Polska była ujarzmiona przez Związek Sowiecki i nie była w pełni demokratycznym państwem do 1989 roku. (DK Eyewitness Travel Guide, 1210, p. 37)

Akt urodzenia Antoniego Sosnowskiego

Antoni Sosnowski urodził się 26 grudnia 1881 roku w Krasnopolu jako syn Adama i Dominiki Grzędzińskiej. Natomiast Wiktoria Rynkiewicz, córka Mikołaja Rynkiewicza i Julii Karłowicz, przyszła na świat w Jeglówku 18 grudnia 1887 roku. Obydwie rodziny emigrowały do Ameryki w 1900 roku. Wiktoria miała wtedy 13 lat, a Antoni 17. Choć rodzina Wiktorii dotarła nieco wcześniej, ona sama musiała poczekać pewien czas, aż przejdzie test wzroku (tzw. eye test). W międzyczasie pozostawała u krewnych przez około rok i dopiero potem wyruszyli razem statkiem do Ameryki.

Jej rodzina osiedliła się w Versailles, w New London, Connecticut, gdzie Wiktoria spotkała Antoniego Sosnowskiego. Młodzi pobrali się 4 lutego 1911 roku w Versailles i doczekali się czwórki dzieci: Barbary Marii, Teodory Konstancji, Józefa Teodora i Julii Heleny. Wszystkie dzieci przyszły na świat w Versailles. W 1920 roku Antoni i Wiktoria przenieśli się do Valley Falls, w Providence, Rhode Island. Oboje zatrudnili się w fabryce bawełny Londsdale Mill. Pierwszy dom zakupili przy Elm Street w Valley Falls. Nie było tam dostępu do elektryczności, korzystano tylko z lamp gazowych; kanalizacja również nie była dostępna. Po dziewięciu latach przeprowadzili się do South Attleboro, w Bristol, Massachusetts, gdzie za trzy tysiące dolarów gotówką zakupili swój drugi dom przy 15 Robinson Street. Następnie zainstalowali tam elektryczność oraz łazienkę z kanalizacją, zakupili nowe meble do jadalni i salonu, dywan, radio oraz gramofon (Victrola music box).

Zdjęcie ślubne Wiktorii i Antoniego Sosnowskich; źródło: www.familysearch.org

Posiadali około pół akra ziemi (około 20 arów) i zajmowali się hodowlą świń, które Antoni ubijał jesienią. Dodatkowo hodowali kurczaki, króliki, indyki i gęsi. Czasami mieli również dostęp do świeżych ryb, jeśli ktoś z rodziny je złowił. Antoni prowadził także duży ogród warzywny. Spożywali wszystko, co tam urosło. Sąsiad, Pan Mason, regularnie wiosną przyjeżdżał z koniem, aby orać ten ogród. Cała czwórka dzieci pracowała w ogrodzie, zbierając pomidory i inne warzywa przez całe lato, ucząc się tym samym od rodziców pracy i wspierania rodziny. Wiktoria dbała o duży ogród kwiatowy, który był uważany za najlepiej utrzymany w okolicy, hodując peonie, róże, fiołki i lilie. W piwnicy ich domu znajdowała się przestrzeń do przechowywania, częściowo z drewnianą podłogą, gdzie magazynowano wiele warzyw zebranych z ogrodu. Dodatkowo, Wiktoria miała także własną kiszoną kapustę.

Rodzina sporządzała także własne butelkowane piwo, które stanowiło prawdziwy przysmak, szczególnie gdy wnuki przychodziły z wizytą. Czasami dzieci były zaskakiwane pojawieniem się nowo narodzonych kociąt, co zawsze wywoływało uśmiechy na ich twarzach – dzieci uwielbiały je. Zupa była podawana raz w tygodniu i tylko Antoni jadł ją codziennie. Wiktoria trzymała się polskich tradycji kulinarnych. Zazwyczaj przygotowywała dania z wieprzowiny i kurczaka, a kapusta była kluczowym składnikiem jej kuchni, podobnie jak inne polskie specjały. Codziennie polski piekarz objeżdżał okolicę swoją ciężarówką, wypełnioną różnymi smakołykami, takimi jak pączki, ciastka, rolady i chleb. Dla wnuków było to zawsze ekscytujące, ponieważ mogły wybierać spośród wielu możliwości – to było dla nich szczególnym przywilejem.

O godzinie 4 rano Antoni odbierał od sąsiadów odpady kuchenne, aby nakarmić świnie.

Rodzina Antoniego należała do Polskiego Kościoła Narodowego. Antoni czytał polskie gazety, a Wiktoria modliła się z modlitewnikami. Co niedzielę Wiktoria chodziła do kościoła, natomiast Antoni nie. W domu porozumiewali się po polsku, ale równocześnie uczyli się angielskiego. Oboje byli ludźmi honoru, ambitnymi, pracowitymi i lubiącymi aktywny tryb życia. Antoni był łagodnym człowiekiem o zwykle powściągliwym usposobieniu, podczas gdy Wiktoria, choć również łagodna, była bardziej ekspresyjna i lubiła wyrażać swoje myśli.

Antoni i Wiktoria Sosnowscy z córką Julią Heleną i wnuczką Joan Dorothy (autorką artykułu); źródło: www.familysearch.org

Ich córka Barbara zmarła 18 lipca 1937 roku w wieku zaledwie 25 lat na zapalenie płuc, pozostawiając sześciomiesięczną córkę Mary Faith oraz dwuletniego synka Johna Ronalda. Ten czas był niezwykle smutny dla rodziny. Krótko przed śmiercią Barbara powiedziała do członków rodziny: ludzie w białym zbliżają się, co miało dać im poczucie spokoju i trochę pociechy. Jej mąż John Arruda w późniejszym czasie poślubił inną wspaniałą kobietę, Mary Mendez (1912-2000), która opiekowała się dwójką małych dzieci. Cztery lata później para doczekała się własnej córki, Faith Ann (1943-2014).

Antoni Sosnowski upamiętniony na stronie Find A Grave

Po śmierci ojca Wiktorii, Mikołaja Karłowicza, jej matka, Julia, przeniosła się do siostry Wiktorii, Mary Shalkowski. Dom Shalkowskich znajdował się naprzeciwko domu Antoniego i Wiktorii, tworząc zgrane sąsiedztwo i udane relacje rodzinne. Brat Wiktorii, mieszkający w Connecticut i Rhode Island, regularnie odwiedzał ich. Latem starsza już Julia, matka Wiktorii, czasami siadała na werandzie, gdzie podawano galaretkę. Jej prawnukowie obserwowali, jak starała się trafić łyżeczką do ust, co z uwagi na drżące ręce było trochę trudne. Wtedy wydawało nam się to zabawne. Julia cieszyła się obecnością swoich wnucząt, a one z kolei korzystały z rzadkiej możliwości spędzania czasu z taką wyjątkową osobą.

Antoni wraz z żoną upamiętniony w kamieniu na cmentarzu w Seekonk, Bristol County, Massachusetts, USA

6 października 1950 roku Antoni zmarł w swoim domu na gruźlicę w wieku 66 lat. Był to trudny czas dla rodziny, która bardzo za nim tęskniła. Dodatkowo przygnębiające było dla nich to, że Antoni nie uczęszczał do kościoła i miał ograniczone zaufanie do nauczania kościelnego. Ze względu na jego brak aktywności religijnej i sposób, w jaki był postrzegany przez duchowieństwo, jego żona musiała zapłacić księdzu, aby odprawił modlitwy za jego duszę, mające pomóc mu opuścić czyściec.

Antoni będzie pamiętany ze względu na swój poświęcony trud dla rodziny, jego przywództwo i ciężką pracę. Wiktoria nie chciała pozostać sama, dlatego jej córka Julia z rodziną, zanim dwa lata później wyjechała szukać pracy w Kalifornii, zamieszkała u niej. Wkrótce przed ich wyjazdem Wiktoria przeniosła się do Cumberland w Rhode Island, aby zamieszkać z córką Dorotą (Dot) Wollen, która przygotowała dla niej mały apartament w swoim domu. Wiktoria (Baka) spędziła tam ostatnie 15 lat swojego życia. Cieszyła się wiejskim klimatem i wizytami rodziny. Telewizja była dla niej początkowo tajemnicą, ale z czasem stała się dla niej fascynującym źródłem rozrywki. Mogła spędzać godziny, przekonana, że ludzie z ekranu patrzą i rozmawiają z nią osobiście.

Rodzinne zdjęcie potomków Sosnowskich i Rynkiewiczów. Autorka tekstu – wnuczka Antoniego i Wiktorii Sosnowskich – Joan Dorothy w środku

5 grudnia 1953 roku Wiktoria doświadczyła strasznej tragedii, gdy jej jedyny syn Józef został zamordowany nożem podczas bójki w barze w Daly City, Kalifornia. To były niesamowicie smutne i trudne dla niej chwile, tracąc syna w tak okropnych okolicznościach. Mimo to, była zdeterminowana, aby uczestniczyć w jego pogrzebie, co doprowadziło do tego, że po raz pierwszy w życiu wsiadła na pokład samolotu, aby dotrzeć do córki Julii, mieszkającej w San Fernando. Dopiero wtedy cała rodzina udała się do Daly City na ceremonię pogrzebową i pochówek.

Wiktoria, znana jako Baka, była silną, religijną kobietą, która miała głęboką wiarę w Boga, który ją wspierał w najtrudniejszych chwilach jej życia. Mam wciąż jej polski modlitewnik liczący 192 cienkie strony oraz kilka portfelików. Wiktoria zmarła 6 lutego 1973 roku w Providence, Rhode Island, na zawał serca w wieku 85 lat. Pozostawiła po sobie dwie córki, Dorotę i Julię, 7 wnuków i 22 prawnuków. Była kochana przez wszystkich i zapamiętana jako kobieta o głębokiej wierze i odważnym życiu, które prowadziła.

Opublikowano Jeden komentarz

Stanisław Nyka – leśniczy z Łubianki

Stanisław Nyka; Inowrocław, 1938 r.; zdjęcie do legitymacji służbowej
Po publikacji artykułu o fundatorach kapliczki w lesie Łubianka skontaktowała się ze mną pani Agnieszka Bator, krewna jednego z nich – Stanisława Nyki – dostarczając wielu interesujących informacji, zdjęć i materiałów dotyczących nieznanych nam wcześniej losów tego leśnika związanego z Jaminami. Na ich bazie, dzięki uprzejmości p. Agnieszki, powstał niniejszy artykuł.

Stanisław Nyka urodził się 5 kwietnia 1907 r. w Szelejewie (woj. kujawsko-pomorskie), a jego rodzicami byli Feliks i Joanna z Jarząbkowskich. W 1933 r. ukończył kurs w Państwowej Szkole dla Leśników w Margoninie i w 1934 r. został zatrudniony jako gajowy w Nadleśnictwie Osiek (obecnie Nadleśnictwo Cierpiszewo podlegające Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Toruniu). W kwietniu 1935 r. awansował na podleśniczego i został przeniesiony pod Zarząd Dyrekcji LP w Siedlcach. Najprawdopodobniej przypadki przenoszenia pracowników pomiędzy dyrekcjami regionalnymi były niezwykle rzadkie i mogły wynikać np. z braku wakatu na danym stanowisku w rejonie bliskim miejscu zamieszkania lub z osobistej chęci zmiany miejsca pracy. Ok. 1938 r. rozpoczął pracę jako leśniczy w Łubiance w nadleśnictwie Jaminy w powiecie augustowskim.

Absolwenci Państwowej Szkoły dla Leśniczych w Margoninie, 1932-1933

Stanisław Nyka wraz z innymi leśnikami (tj.: Antonim Samselem gajowym z Ostrzełka, Bolesławem Andraką gajowym z Łubianki oraz Ludwikiem Janikiem gajowym z Rogowa) w 1939 r. ufundowali, w lesie pomiędzy Jaminami a Wrotkami, kapliczkę z figurą Matki Boskiej. Stanisław bardzo przeżywał fakt, że została ona ostrzelana przez żołnierzy sowieckich w czasie wojny, a po powrocie do Polski w latach 60. chciał koniecznie odwiedzić Jaminy, które darzył ogromnym sentymentem.

Figura Matki Boskiej w lesie Łubianka zniszczona przez Sowietów – zdjęcie z albumu S. Nyki

W 1938 r. jako kawaler z Jamin, ożenił się z Heleną Wejman z Glinna Wielkiego (ur. 1921 r.), córką Stanisława (w jamińskich księgach parafialnych znajduje się wpis dotyczący zapowiedzi; ślub najprawdopodobniej odbył się w parafii panny młodej). Został pozbawiony wolności 10 lutego 1940 r. i zesłany wraz z żoną i 7-miesięcznym synem do miejscowości Miel w pow. Czerdyńskim, a następnie do posiołka Czurocznaja, pow. Krasnowiszerski, Mołotowska Oblast, gdzie pracował przy wyrębie lasu. Zwolniony z robót przymusowych 29 sierpnia 1941 r. (podobnie jak Antoni Samsel), udał się do G’uzoru w Uzbekistanie, gdzie zaciągnął się wraz z żoną do 2. Korpusu Polskiego dowodzonego przez gen. Władysława Andersa. Przeszedł cały szlak bojowy, walczył m.in. pod Monte Cassino, a po zakończeniu działań wojennych został przerzucony z Włoch do Anglii.

W trakcie zesłania zmarł syn Tadzik, a z żoną Heleną (małżonków dzieliła różnica wieku – 14 lat) rozwiedli się zaraz po wojnie (Helena prawdopodobnie została we Włoszech, gdzie ponownie wyszła za mąż).

Stanisław Nyka w Obozie Wycieczkowym; Rzym, listopad 1944 r.

W Anglii Stanisław podjął pracę (fizyczną) ale nie służył mu tam klimat, dlatego docelowo, w 1951 r., zdecydował się popłynąć do USA i osiadł w Chicago (miał tam rodzinę – Leon Nyka). Ciężko pracował fizycznie, najpierw przy stawianiu konstrukcji budowlanych, potem w fabryce. Za granicą czuł się jednak samotny, pragnął wrócić do ojczyzny. Podczas pobytu w USA publikował w polskojęzycznej prasie (gł. w „Dzienniku Chicagoskim”) felietony, wiersze, aforyzmy o charakterze sentymentalno – przyrodniczym. Będąc w Chicago założył album1, w którym zbierał publikacje prasowe swoich tekstów (wraz z adnotacjami gdzie i kiedy ukazały się drukiem; pierwszy wycinek jego felietonu wydrukowanego w „Dzienniku Chicagoskim” pochodzi z sierpnia 1951 r.). W jednym z jego felietonów pt. „Jaśkowa Choinka”  pojawił się tekst – modlitwa, bardzo podobny do utrwalonego w betonie pod figurą Matki Boskiej w Łubiance (Pobłogosław las i pole, pobłogosław ludzką dolę – Jezusieńku nasz maleńki; na figurze: Pobłogosław las i pole, pobłogosław naszą dolę – Matuś nasza).

Stanisław Nyka w Grant Park w Chicago

Na rok przed powrotem do kraju Stanisław zrobił „zwiad” – przyleciał sprawdzić jakie panują warunki w ojczyźnie rządzonej przez komunistów i czy da się tu żyć. Ostatecznie wrócił 19 grudnia 1959 r. (wg karty repatriacyjnej). Zmarł na zawał mięśnia sercowego w Gnieźnie 28 września 1968 r. Pierwotnie spoczął na cmentarzu w rodzinnym Kruchowie (gm. Trzemeszno), najprawdopodobniej w mogile, gdzie uprzednio pochowano jego ojca (informacja nie jest potwierdzona).

Rodzice Stanisława: Feliks Nyka i Joanna z Jarząbkowskich pochodzili z Pałuk, a każde z ich dzieci rodziło się w innej wsi w okolicach Rogowa w powiecie żnińskim. Feliks zmarł przed wojną, a Joanna w momencie wybuchu wojny była mocno schorowana i zmarła jeszcze w 1939 r. Pochowani zostali na cmentarzu parafialnym w Kruchowie; w latach 90. ich szczątki zostały przewiezione i pochowane w grobowcu rodzinnym w Gnieźnie. Stanisław Nyka miał czworo rodzeństwa, które dożyło wieku dorosłego:

Stefan Nyka
  1. Stefan Nyka (ur. 07.12.1898 r. w Gałęzewie pow. Żnin; zamordowany w 1940 r. w Charkowie) – najstarszy z rodzeństwa – informacje o przebiegu jego kariery wojskowej znajdują się w księdze cmentarnej Cmentarza Ofiar Totalitaryzmu w Charkowie na Piatichatkach. Odznaczony Krzyżem Niepodległości i Krzyżem Zasługi; w 2007 r. w dniach 9-10 listopada na Placu Marszałka Józefa Piłsudskiego w Warszawie podczas uroczystości pn. „Katyń Pamiętamy – Uczcijmy Pamięć Bohaterów” kapitan Stefan Nyka został pośmiertnie awansowany do stopnia majora.
  2. Stanisława Orzechowska z domu Nyka – zm. przed 1937 r. osieracając dwoje dzieci (po jej śmierci mąż zawarł drugie małżeństwo – z jej siostrą, Salomeą). Została pochowana na parafialnym cmentarzu w Kruchowie (szczątki ostatecznie przeniesiono do Gniezna).
  3. Salomea Orzechowska z domu Nyka (ur. 11.06.1911 r. w Grochowiskach Szlacheckich – Gostomce; zm. 01.05.1989 r. w Gnieźnie).
  4. Sylwester Nyka (ur. 17.09.1914 r. w Grochowiskach Szlacheckich; zm. 13.01.2009 r. w Kępnie).

O rodzeństwie Nyków mogę powiedzieć, że żadne z nich nie miało łatwego, potulnego charakteru, wręcz przeciwnie – były to osoby silnie dominujące. W rodzinie pokutuje stwierdzenie posiadania „nykowskiego genu” w znaczeniu – ambicji, determinacji, pracowitości i gospodarności. Wszyscy trzej synowie Nyków, pomimo pochodzenia z niezamożnego domu, zyskali wykształcenie (w rodzinie panuje przeświadczenie, iż państwo Jankowscy z dworu w Kruchowie z jakiegoś, bliżej nieznanego powodu, pomogli sfinansować naukę dwóch młodszych chłopców). Ostatnio natrafiłam w Internecie na informacje mówiące o tym, że właściciele majątku w Kruchowie byli zaangażowani w sprawy społeczno – polityczne II Rzeczypospolitej, dbali o krzewienie oświaty wśród dzieci wiejskich i na pewno wywierali ogromny wpływ na lokalną społeczność. Tak więc rzuca to dodatkowe światło na rodzinne przekazy.

Agnieszka Bator

W kolejnych artykułach przedstawimy twórczość Stanisława Nyki, gł. w postaci wybranych felietonów opisujących piękno przyrody – inspirowanych lasem, Puszczą Augustowską i Biebrzą – okolicami, w których autor przebywał stosunkowo niedługo, ale niewątpliwie zrobiły na nim niezapomniane wrażenie.

1 Album, niestety w złym stanie (zdjęcia i wycinki gazet przyklejane były za pomocą taśmy klejącej, która pożółkła, a strony mają tendencję do klejenia się), jest w posiadaniu rodziny.

Opublikowano Dodaj komentarz

Sokol Brothers – wycinki z gazet

Poniżej zamieszczamy kilkanaście wycinków prasowych dotyczących trzech braci Sokolskich, pochodzących z Augustowa, którzy wyemigrowali w 1918 r. do USA i założyli w New Britain, Connecticut, dobrze prosperującą fabrykę płaszczy. Pełna historia Fabryki Płaszczy Braci Sokol, będąca ucieleśnieniem spełnionego amerykańskiego snu, dostępna jest w publikacji pt. Ludzie wielkich marzeń autorstwa Naomi Sokol Zeavin i dr. Donalda Z. Sokol.

Opublikowano Dodaj komentarz

Najfeldowie z Ziemi Sztabińskiej – losy potomków w Polsce i Ameryce

Dzięki poszukiwaniom genealogicznym, którymi zajmuję się zawodowo, otrzymałem niedawno prośbę od potomka jednego z emigrantów do Stanów Zjednoczonych, pochodzącego z Ziemi Sztabińskiej w sprawie uporządkowania genealogii rodzinnej. Emigrantem tym - przodkiem osoby, która się ze mną skontaktowała był Hipolit Romuald Nejfeld, najmłodsze dziecko Karola Nejfelda, bednarza ze Sztabina i Julii z Łapsisów. Hipolit urodził się w Sztabinie w roku 1852. Karol Najfeld, ojciec Hipolita Romualda pochodził z Augustowa. Był synem Jana Nejfelda i Elżbiety Szurkus. Urodził się około 1812 roku. Do Sztabina sprowadził się dzięki małżeństwu z Julią Łapsis, urodzoną około 1816 roku, córką Franciszka Łapsisa i Elżbiety z Kotowskich. Ślub Karola Nejfelda odbył się w Krasnymborze w roku 1835 i od tego roku rodzina mieszkała w Sztabinie. Karol w niektórych dokumentach określany był jako mularz. Bratem Karola Najfelda był Gottlib Najfeld żonaty z Emilią (Amelią) Sztermer (Sztormer). Gottlib był kotlarzem, mieszkał z rodziną w Hucie Sztabińskiej i prawdopodobnie pracował w fabryce Karola Brzostowskiego. Po śmierci pierwszej żony w roku 1858, Gottlib zawarł powtórny związek małżeński z Ludwiką Rafałowicz. Małżonkowie aż do śmierci w połowie lat 80-ych XIX wieku mieszkali w Hucie Sztabińskiej.

Hipolit Romuald Nejfeld miał następujące rodzeństwo:

  • Ludwika Karolina (ur. 1838 Sztabin),
  • Justyna Julia (1840-1842 Sztabin),
  • Julian Antoni (ur. 1841 Sztabin),
  • Teofil (ur. 1844 Sztabin),
  • Wincenta (ur. 1847).

Ludwika Karolina Nejfeld poślubiła Aleksandra Marcina Sztamerta w Krasnymborze w 1855 roku. Po ślubie rodzina mieszkała we wsi Ewy. Julian Antoni Nejfeld ożenił się z Anną Tomaszewską w Jaminach w roku 1863. Ich syn Augustyn Artur Nejfeld po ślubie z Franciszką Ławrynajtys mieszkał z rodziną przed II woją światową w Sztabinie.

O potomkach Gottliba Najfelda można również przytoczyć dalsze informacje. Ludwika Nejfeld wyszła za mąż za Augustyna Błażyńskiego w Krasnymborze w roku 1862. Ich potomkowie Błażyńscy i Świerkowscy na początku XX wieku mieszkali na terenie parafii Sztabin. LudwikNejfeld poślubił Rozalię Oleksy w Bargłowie w roku 1876. Ich potomkowie Nejfeldowie i Wronkowie mieszkali na terenie parafii Bargłów na początku XX wieku. Wiktor Nejfeld poślubił Michalinę Tomczyk w 1885 roku w Krasnymborze. Ich potomkowie Szymańscy, Nejfeltowie i Nejfeldtowie mieszkali przed II wojną światową na terenie parafii Krasnybór i Sztabin. Marianna Nejfeld poślubiła Aleksandra Okrągłego w 1882 roku w Krasnymborze. Franciszka Emilia Nejfeld wyszła za Antoniego Kaczkowskiego w 1885 roku w Krasnymborze. Ich potomkowie w pierwszym ćwierćwieczu XX wieku mieszkali w Komaszówce koło Augustowa. Bronisława Nejfeld wyszła za Franciszka Antoniego Gębickiego w roku 1886 w Krasnymborze. Rodzina mieszkała w Hucie Sztabińskiej.

Wróćmy jednakże do Hipolita Romualda Najfelda. Interesujące jest w jaki sposób Amerykanie, potomkowie emigrantów XIX wiecznych dochodzą do informacji o tym, skąd pochodzą ich przodkowie. Idealną sytuacją jest gdy istnieją dokumenty rodzinne, z których można dowiedzieć się o tym, skąd i kiedy przodkowie wyemigrowali do Ameryki. Często w poszukiwaniach genealogicznych pomocne są serwisy internetowe, w których można znaleźć dokumenty emigracyjne przodków, a wśród nich listy pasażerów statków kursujących między portami europejskimi, a Ameryką, zawierające wiek pasażerów oraz miejsce pochodzenia. Niezwykle pomocne informacje znajdują się w dokumentach naturalizacyjnych, które składali przodkowie, po to aby stać się pełnoprawnymi obywatelami amerykańskimi. Dokumenty te często zawierają dane rodziców, datę i miejsce urodzenia, nazwę statku oraz datę przybycia do Ameryki. Ale nie w każdym przypadku udaje się do takich dokumentów dotrzeć.

Rod Nayfield, prawnuk Hipolita Romualda Najfelda nie odnalazł ani dokumentów naturalizacyjnych swego pradziada, ani listy pasażerów statku, na którym dotarł do Ameryki. Według przekazów rodzinnych Hipolit Romuald pochodził z terenów Polski, blisko granicy z Litwą, a jego nazwisko używane w Europie brzmiało Nejfelt lub Nejfeld. Dodatkowa przesłanka wskazująca na parafię Krasnybór, skąd Hipolit przybył do Ameryki, pojawiła się gdy został odnaleziony potomek Wiktora Nejfelda (tego samego, który ożenił się z Michaliną Tomczyk – patrz wyżej), a analiza porównawcza DNA wskazała, że Wiktor musiał być kuzynem Hipolita. Odkrycie, że Hipolit nosił drugie imię Romuald było prawdziwą niespodzianką. Takie imię nosił jego wnuk, który znany był pod imieniem Rome w Ameryce. Jedyna pisemna „amerykańska” wzmianka dotycząca Hipolita pochodzi z książki „Biographical and Genealogical Sketches from Central Pennsylvania” (Szkice biograficzne i genealogiczne z Centralnej Pensylwanii), wydanej w roku 1944 znajduje się w niej biogram Silasa Nayfielda, który był bankierem, wiceprezesem Liberty State Bank & Trust Company of Mount Carmel. W biogramie czytamy, że Silas urodził się 12 września 1886 roku w Nanticoke w Pensylwanii, jako syn Hipolita Nayfielda i Josephy z Nowickich, obojga obywateli rosyjskich.

Hipolit Nayfield przybył do Ameryki, jako młody człowiek i osiadł w Luzerne County, jako górnik. Zmarł młodo w roku 1887.

Jak długa musiała być droga, którą pokonał Rod, jego prawnuk, aby móc ustalić, że pradziadek pochodził ze Sztabina.

Artykuł ukazał się w numerze 2 z 2022 roku Naszego Sztabińskiego Domu.