Opublikowano Dodaj komentarz

Bitwa pod Kostiuchnówką

4 lipca 1916 roku Legiony Polskie rozpoczęły pod Kostiuchnówką na Wołyniu walkę z przeważającymi liczebnie wojskami rosyjskimi. Ta najkrwawsza bitwa polskich oddziałów stanowiła prawdziwy sprawdzian bojowy dla legionistów, a o trudzie walk niech świadczy fakt, że znajdujące się w bezpośrednim sąsiedztwie sojusznicze oddziały węgierskich honwedów wycofały się już w pierwszym dniu bojów. Cena za wykazany w krwawej bitwie hart ducha i poświęcenie była ogromna: zginęło, odniosło rany lub zaginęło bez wieści ok. 2 tys. legionistów, w tym wielu oficerów. Wprawdzie Kostiuchnówka leży bardzo daleko od Suwalszczyzny, ale te dwa miejsca powiązane są osobą Antoniego Patli, autora wspomnień “Notatnik z niełatwego życia“, których fragment przytaczamy poniżej.


Naszą wilegiaturę[1] w Karasinie przerywają coraz częściej koncerty dział na froncie. Raz tu, raz tam. Czy te koncerty nie są opukiwaniem frontu, przygrywką, uwerturą do jakiegoś wielkiego koncertu?

Węszymy zbliżającą się niechybnie rosyjską ofensywę. O tym, że nie mylimy się, utwierdza nas seria posunięć, które wezmą nas w swoje bezlitosne tryby. Oto, w wyniku potężnej uwertury na prawym skrzydle, front nagle przybliżył się. Zarządzono w pułku alarm i pośpieszny marsz w kierunku niebezpieczeństwa. Po morderczym, prawie czterdziestokilometrowym marszu (w pełnym rynsztunku i na wściekłym upale) rozwijamy się zaraz w linie tyralierską i ruszamy do kontrataku.

Po kilkugodzinnej zażartej walce wyrzucamy nieprzyjaciela do jego wyjściowej pozycji.

Jeszcześmy nie poobcierali z czoła strug potu, a już pada rozkaz szybkiego marszu gdzieś ku północy, w stronę Gałuzji[2], bo tam podobna sytuacja: przerwany front. Ten „odpoczynek” w Karasinie zaczyna nam już wychodzić bokiem. Znowu wściekły marsz, znowu zażarta bitwa, znowu wyparcie nieprzyjaciela.

Ta wściekła kołomyjka[3] trwać będzie wiele dni i miotać nami bez możliwości zastanowienia się, czy te wariackie kontredanse mieszczą się w granicach ludzkich wytrzymałości. No cóż. Taki los rezerwy – łata się nią dziury na froncie.

Wreszcie przychodzi oczekiwany z niepokojem koncert, wobec którego wszystkie dotychczasowe przygrywki wyglądają na miłą operetkę.

Zaczyna się potężna w swej grozie beethovenowska sonata tysięcy dział, i to już na całym froncie.

Ostatkiem sił maszerujemy w kierunku znanej nam już Kostiuchnówki[4] i Palenbergu. Po drodze dowiadujemy się, że pułki austriackie, które obsadzały dotąd Palenberg, już nie istnieją. Zostały unicestwione samym ogniem artyleryjskim. Idziemy w piekło ognia, w dymiący wulkan kurzu, który przysłania wszystko. Lipcowy upał potęgują wybuchy setek tysięcy granatów z ciężkich haubic, a niepojęty ryk eksplozji otępia i przeraża. Dym spalenizny przesyca każdą piędź przestrzeni, a potworna temperatura wali z nóg.

Najgorsze w tej sytuacji jest to, że manierki puste, a organizmy odwodnione. W ustach zasycha, język staje kołkiem, w głowie szumi. Łamaną linią rowów dobiegowych suniemy powoli w kierunku głównej linii frontu, napotykając na trupy lub ciężko rannych, którym już nikt nie udzieli pomocy. My sami zaścielamy drogę własnymi stratami.

Ginie z uśmiechem na ustach przemiły szesnastoletni chłopiec, Władek Nogajski – uosobienie wiecznej, żywiołowej pogody. Ginie korpulentny siłacz Baliga. Ginie nieustraszony Adam Ochała[5]. Giną inni, których się już nie spamięta.

Wreszcie dopadamy do głównych pozycji. Są puste. Huraganowy ogień setek ciężkich dział zmiażdżył i starł linię zasieków z drutu kolczastego, pogruchotał trawersy i ziemianki, zamieniając okopy w potworne kłębowisko dołów wielokrotnie zasypywanych nowymi wybuchami. Zresztą ta apokaliptyczna scena wyłania się tylko na moment, gdy dym z wybuchem rozwieje się na ułamek sekundy. Na szczęście z okopów są wejścia do głębokich schronów. Tam jest nieco chłodniej i można trochę odpocząć po nieludzkim wysiłku. Huraganowy ogień nie ustaje ani na moment. Przeciwnie – potęguje się. Ci w głębokich schronach odpoczywają, ale na powierzchni funkcjonują posterunki obserwacyjne, które w wypadku wyruszenia nieprzyjacielskich mas do generalnego szturmu zaalarmują tych, co w schronach. Mnie przypada rola tkwienia w tym piekle.

Trzech z nas trwa na niebezpiecznych posterunkach: ja, mój stryjeczny brat Tadek i Władek Kasza. Nagle w miejscu, gdzie był Kasza, kłębi się wał ziemi. Kaszy nie ma. Dobiegamy z Tadkiem i widzimy tylko rękę Władka. Z furią przerzucamy ziemię, bo liczą się sekundy. Już odsłaniamy głowę, za moment i resztę. Kasza szybko się dźwiga, maca, czy wszystkie gnaty całe, przeciera trochę oczy i zaczyna się śmiać. Ten śmiech przy akompaniamencie potwornego huku eksplozji pocisków z ciężkich haubic dałby się zakwalifikować jako histeria. Ale śmiech Kaszy nie jest objawem patologicznym. Kasza śmieje się zupełnie przytomnie i zdrowo. Śmieje się z tego, że kostucha przerazi się jego widokiem wśród żywych. A to i kawał!…

Grzmot nie ustaje ani na moment. Wbiegam na chwilę do schronu –wszyscy leżą nieprzytomnie i nie ma takiej rzeczy, która byłaby w stanie przywrócić im przytomność. Granica wytrzymałości została przekroczona. To są już żywe trupy. Można by ich stąd wynosić jak worki ze zbożem i rzucać w ogień lub do wody. Nie drgną.

Jestem przerażony tym widokiem. Wolę już być na powierzchni i tkwić w samym sercu ogniem kipiącego wulkanu. Po kilku godzinach tego rozkipiałego piekła następuje nagła cisza. Cisza, która swoją sensacyjnością szokuje. Cóż to jest?

Lekki wietrzyk rozwiewa dymy pocisków. Patrzę przed siebie i dostrzegam przewidywany obraz. Od strony okopów nieprzyjacielskich sunie ku nam lawina ludzi z rozdzierającym wrzaskiem: „ura, ura!”

Poszczególne linie tyralierskie dadzą się uchwycić wzrokiem. Liczę szybko: 16 linii, które wkrótce skłębiają się w jeden bezkształtny wał ludzki. Wbiegam do schronu z okrzykiem: „alarm, do okopów!”

Jakiż głupiec ze mnie! Przecież tu leżą żywe trupy. Dwóch jednak podniosło się – Jędrek Jagiełło i sierż. Karol Lenczowski. O jakimkolwiek alarmie nie ma już mowy. Wbiegam na prawe skrzydło, gdzie przed godziną widziałem małe rewolwerowe działko. Próbuję je uruchomić i wygarnąć w tę kupę serię pocisków. Działko zagwożdżone. Wiem, że z tyłu w rowach dobiegowych są jakieś rezerwy austriackie. Biegnę, aby ich zaalarmować i napędzić do okopów. Jakiż jestem naiwny! Mam przed sobą bezładną kupę ludzką zupełnych wariatów. Leżą na dnie rowu i wyją. Całkiem po psiemu wyją. W oczach wyraźny i chyba już nieodwracalny obłęd. Inni leżą bez żadnych oznak życia, choć żaden nie padł od kuli czy artyleryjskiego pocisku. Skonali z braku wody. Z tak dużego odwodnienia, że zgęstniała krew przestała obiegać organizm. Jeden po drugim umierali.

Tymczasem lawina nieprzyjacielska weszła już na linię okopów i szybko okrąża nas łukiem. Już są z tyłu i stamtąd atakują. I wtedy rozgrywa się nowa, zupełnie nieoczekiwana scena. W tę burą masę ludzką, która nazywa się nieprzyjacielem, runął huragan pocisków z naszej artylerii.

W nagłym przerażeniu wszystko zapełnia rowy łącznikowe i przywiera do dna rowu i do ścian. Jest to dla mnie maleńka szansa ocalenia. Rzucamy się we trzech w to kotłowisko wybuchów i, depcząc po głowach przerażonych sołdatów, w piekielnym sprincie wychodzimy poza obręb ich pierścienia, a także poza zasięg artyleryjskiego ognia.

Po kilkunastu minutach stajemy przy bateriach naszej legionowej artylerii. Tej artylerii, którą uwiecznił Jan Lechoń w wierszu „Polonez artyleryjski” w zwrocie : „To major Brzoza kartaczami w moskiewskie pułki wali”.

Ale artyleria już się pakuje do odwrotu. Zostawia jednak po sobie skarb dla nas trzech nieoczekiwany: wiadra pełne herbaty z winem. Wierzyć się nam nie chce. Czy ten najcenniejszy z płynów, ta boska ambrozja nie jest aby mirażem, który zniknie, gdy podejdziemy bliżej? Podchodzę, przyklękam, nabożnie przykładam usta i… o moje szczęście niewysłowione – piję, piję… Czuję, że płyn swoją potęgą ożywczą rozchodzi się po moich żyłach i nasyca wyschły na wiór organizm, dając mi poczucie niewysłowionego szczęścia. Po kilku minutach odstawiam na bok puste wiadro. Podobnie czynią koledzy Lenczowski i Jagiełło.

Łatwo mi stwierdzić, że cały front znajduje się w odwrocie. Kierunek – bagnisty Stochód[6]. Nie mamy żadnego macierzystego oddziału. Jesteśmy rozbitkami i los nasz niewiadomy.

Gdzieś pod Trojanówką mam przygodę. Maszerujemy z jakimś taborem, który nagle zostaje zaatakowany przez nieprzyjacielski samolot. Powstaje popłoch, z którego lotnik korzysta – z niskiej odległości, z cekaemem, sieje spustoszenie. Przypadam do gałęzistego drzewa, które daje mi dobrą podpórkę pod manlichera[7]. Jednym celnym strzałem zwalam samolot na ziemię. Lotnik zabity, samolot roztrzaskany.

Przekraczamy wreszcie Stochód i kierujemy się za główną kolumną odwrotową do Stobychwy[8]. Tymczasem okopy nad Stochodem obsadzają już jakieś pułki niemieckie i węgierskie. My, skrwawieni w tylu morderczych bitwach, idziemy do rezerwy.

Po paru dniach przyjeżdżają uzupełnienia rekruckie i rekonwalescenckie, z których na nowo formuje się trzeci batalion. Otrzymuję awans na kaprala i dostaję wielki srebrny medal za waleczność, do którego przywiązana jest specjalna pensja.

Po kilku dniach niezbędnych do dokonania reorganizacji pułku odchodzimy na front, ale na pozycje rezerwowe. Bardzo zasadną zmianą jest to, że w miejsce rannego majora Minkiewicza dowódcą naszego pułku zostaje płk. Władysław Sikorski.

Nie powiem, abyśmy nowego dowódcę powitali z entuzjazmem. Dla nas, starych frontowców, sztabowiec i polityk był kimś obcym i dalekim. Wyraźnie nie lubiliśmy go i mieliśmy ku temu pewne żołnierskie racje.

Dla sztabowca Sikorskiego nie istniała żołnierska osobowość. Na oddział patrzył nie jak na zespół ludzkich charakterów, ale wartość jego mierzył ilością bagnetów i siłą ogniową. Człowieka z całym jego złożonym wnętrzem już nie dostrzegał. Żołnierz był dla niego tylko bezduszną maszynką do strzelania, siłą ognia.

Dowódcą 12. kompanii zostaje ppor Ćwiertniak, dowódcą plutonu sierż. Ryszka, jego zastępcą plut. Rutkowski, ja zaś zostaję komendantem sekcji. Nowy skład kompanii bardzo mi odpowiada. Jest sporo nowych podoficerów, ale są i starzy wiarusi. Zżywam się bardzo szybko z sierż. Ryszką, plut. Rutkowskim, plut. Bandrowskim (bratem Kadena). Duch frontowego zawadiactwa znowu dominuje w naszym zbiorowym życiu.


[1] Wilegiatura – przest. urlop spędzany na wsi.

[2] Hałuzja – wieś na Ukrainie, w obwodzie wołyńskim w rejonie maniewickim.

[3] Kołomyjka – w nawiązaniu do ukraińskiego tańca ludowego tańczony częściowo przez samych tancerzy i wykonywane w coraz szybszym tempie z przytupami, przysiadami, podskokami. Przypomina inny taniec zwany kozakiem.

[4] Bitwa pod Kostiuchnówką – działania opóźniające Legionów Polskich prowadzone w dniach 4-6 lipca 1916 r. pod Kostiuchnówką na Wołyniu przeciwko oddziałom rosyjskiego 46. Korpusu Armijnego, prowadzącego natarcie w ramach ofensywy Brusiłowa.

[5] W 12. kompanii 3. baonu 3. PP było trzech żołnierzy nazywających się Adam Ochała. Wszyscy trafili do rosyjskiej niewoli.

[6] Stochód – rzeka na północno-zachodniej Ukrainie, prawy dopływ Prypeci.

[7] Karabinki Mannlicher M.95 były podstawową bronią palną armii austro-węgierskiej w czasie I wojny światowej.

[8] Stobychwa – wieś na Ukrainie w rejonie koszyrskim obwodu wołyńskiego.

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Augustów 1928 r.

Przedstawiamy fragment I rozdziału wspomnień Witolda Wołosewicza pt. “Moja szkoła” i jednocześnie zapraszamy do kontynuacji lektury.

Jak przedstawiał się Augustów w 1928 roku – przynajmniej w moich oczach? Liczył wówczas 12 000 ludności i w ciągu 11 lat mego pobytu liczba ludności podniosła się podobno do 18 000. Czy te liczby odpowiadają prawdzie? – nie wiem. Sądzę jednak, że nie są oparte na urzędowych statystykach, a jednak – sądzę – że nie odbiegają zbytnio od rzeczywistości. Augustów w ciągu tych 11 lat stał się znany, stał się do pewnego stopnia modny. Zawdzięcza to przede wszystkim swoim walorom krajoznawczo-turystycznym.

Z jednej strony w centrum miasta jest rynek[1]. Na środku rynku stała niegdyś cerkiew, którą w pierwszych latach niepodległości rozebrano. Rynek był otoczony z czterech stron domami, przeważnie murowanymi, piętrowymi. Domów tych było po każdej stronie około dziesięciu. Prawie każdy z nich miał od strony frontowej sklep – jeden albo i więcej. Z rynku od każdego rogu dochodziły ulice. W stronę dawnego mostu prowadziła ulica Mostowa (później Batorego) do cmentarza i na jezioro Necko. Druga ulica – 3 Maja[2] – prowadziła w stronę szkoły, koszar i dworca kolejowego. Od drugiego rogu ciągnęły się ulice: Krakowska[3] w stronę Grajewa i druga na plebanię – ks. Skorupki. Początkowo nazywała się ul. Poświętna. Przy tej ulicy mieściła się restauracja Maciejewskich[4], a po przeciwnej stronie mieszkali jedni z najzamożniejszych Żydów w Augustowie, niejacy Rechtmanowie, dzierżawcy jezior augustowskich[5]. Na trzecim rogu stał budynek magistratu oraz straży ogniowej. Od czwartego rogu ciągnęła się ulica w stronę zachodniego brzegu jeziora Necko.

Południowa pierzeja rynku w Augustowie, 1925 r.
Południowa pierzeja rynku w Augustowie, 1925 r.

 

Widok na południową pierzeję rynku w dzień targowy. Około 1928 r.
Widok na południową pierzeję rynku w dzień targowy. Około 1928 r.

 

Poza tym stały codzienny handel skupił się na rynku. Tu były sklepy z każdej branży. Na stronie południowo-wschodniej rynku był sklep z pieczywem Solinków, była apteka Stankiewiczów i dalej na rogu ul. Kościelnej restauracja Maszewskiego. Po tejże stronie był klub wioślarski[6], w którym odbywało się kartograjstwo. Na samym początku tego odcinka mieszkał kolektor Loterii Państwowej, u którego czasami nabywałem losy, ale bez żadnego wyniku. Po stronie północno-wschodniej rynku zapamiętałem na samym rogu kwiaciarnię pani Kellertowej. Sprzedawano tam smaczne ciastka po 15 gr sztuka. Po tej stronie było jeszcze kilka sklepów, ale co one sprzedawały już nie przypominam sobie. Po stronie północno-zachodniej mieściła się duża spółdzielnia rolnicza, a prowadził ją pan Piotr Rółkowski. Rozstrzelany później wraz z córką Haliną przez Niemców. Żona z córkami: Ireną, Jadwigą i synem Tadeuszem ocaleli. Po stronie magistratu miał swój zakład znany fotograf Rotsztejn. Robił bardzo ładne zdjęcia krajoznawcze. Jego widokówki miały duże powodzenie. Za magistratem mieli swoją maleńką fabryczkę dwaj bracia, z których jeden był podobno inżynierem. Robili oni piórniki i inne pomoce naukowe, które wysyłali gdzieś w świat.

Budynek magistratu projektu Henryka Marconiego, 1927 r.
Budynek magistratu projektu Henryka Marconiego, 1927 r.

 

Byli to bardzo przedsiębiorczy Żydzi – sprowadzali wprawdzie małe, ale nowoczesne maszyny. Zaczynali od małego, ale uporczywie rozszerzali swoje przedsiębiorstwo i jestem przekonany, że gdyby nie wojna, w Augustowie powstałby z czasem duży zakład wyrobów drzewnych.

Zawsze dziwiłem się i dziwię obecnie, że w Augustowie nigdy dotychczas nie powstał (a i teraz nie widać zrozumienia tego zagadnienia) żaden większy zakład wyrobów drzewnych, chociażby np. fabryka mebli, lub też fabryka futryn, ram okiennych i drzwiowych. Przecież nigdzie w całej Polsce, a może nawet i w Europie nie ma tak dobrego surowca stolarskiego, jak w Puszczy Augustowskiej. A zależy to od piasków augustowskich. W augustowskim przeważa piasek wysokiej jakości, piasek silikatowy, jałowy, zawierający bardzo mało składników odżywczych. Z tej przyczyny drzewa sosnowe rosną stosunkowo powoli, a słoje roczne są bardzo cienkie i ścisłe. Drzewnik (włókno drzewne, masa drzewna) jest bardzo spoisty, ścisły i tworzy wspaniały surowiec stolarski. O zaletach tego drzewa dowiedziałem się od starego praktyka branży drzewnej, inż. Adama Łucejki, dyrektora przedwojennego Tartaku Państwowego na Lipowcu w Augustowie. Był on przez długie lata prezesem komitetu rodzicielskiego szkoły średniej w Augustowie.

Za jego pośrednictwem nabywałem odpadki desek wysyłanych za granicę – oczywiście odpłatnie, ale cena nie była zbyt wygórowana – i robiłem z tego szkolne ławki, które odznaczały się przede wszystkim swoją niezwykłą wytrzymałością. Poza ławkami robiłem z tego drewna dużo innych mebli, a następnie łodzie i kajaki. Pod koniec mego pobytu w Augustowie tabor wodny wynosił przeszło setkę sztuk: kajaków, łodzi płaskodennych, żaglówek i motorówek. Wszystko to podczas wojny zostało zniszczone przez Niemców.

Ciekawe, że najlepiej poznała się na wysokiej jakości augustowskiej sosny zagranica. Deski sosnowe pierwszej klasy, a więc bez sęczka o bardzo ścisłych słojach wysyłane były do prawie wszystkich państw europejskich, a nadto do Stanów Zjednoczonych i do Afryki Południowej.

Otóż pomimo tej niezwykle wysokiej jakości surowca drzewnego i dużej ilości lasów, należących do magistratu miasta Augustowa, nigdy nie powstała tu myśl o konieczności wyzyskiwania tego waloru i spowodowania budowy dużego zakładu drzewnego. Taniość surowca, taniość robotnika (przecież płaciłem wykwalifikowanemu stolarzowi 3 złote dziennie) i taniość utrzymania, to były te plusy, które dawały przewagę zakładom pracy w Augustowie. Trzeba było tylko człowieka z inicjatywą, odważnego i energicznego. Dotychczas taki się nie znalazł. A może ci dwaj Żydzi, o których wspomniałem wyżej, daliby temu początek?

Kanał Bystry, około 1931 r. (fot. Judel Rotsztejn)
Kanał Bystry, około 1931 r. (fot. Judel Rotsztejn)

 

[1] W okresie międzywojennym nosił nazwę Plac Piłsudskiego [przyp. red.].

[2] Obecna ulica 3 Maja przed I wojną światową była fragmentem ul. Długiej. W okresie rządów komunistycznych nosiła nazwę 1 Maja [przyp. red.].

[3] Obecnie ul. Wojska Polskiego [przyp. red.].

[4] Wincenty i Bronisława Maciejewscy mieli kilkoro dzieci, z których Halina została synową Dziadka. Obecnie (w 2022 r.) ma 97 lat, mieszka w Warszawie. Przez lata była wybitną aktorką lalkarską, pracowała w teatrze w Gdańsku, a od 1954 r. do emerytury w Teatrze Lalka w Warszawie. Jej brat – Maciej Maciejewski – był znanym aktorem teatralnym, filmowym i telewizyjnym, zmarł w 2018 r. w wieku 103 lat [przyp. Krystyny Zdziechowskiej].

[5] Do 1937 r. jeziora augustowskie były dzierżawione przez braci Rechtmanów: Lejbla (Leona) i Mordechaja (Maksa) [przyp. red.].

[6] Chodzi o Bufet Klubu Towarzystwa Wioślarskiego znajdujący się przy pl. Piłsudskiego 10 [przyp. red.].

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Aleksandra Chapko czyta fragment rozdziału XVII “Eldorado nad Biebrzą – Zofia”

Aleksandra Chapko, aktorka Teatru Polskiego we Wrocławiu, czyta fragment książki Marii Narel-Challot pt. "Eldorado nad Biebrzą. Zofia"

Czytany fragment rozdziału XVII

Dzisiaj na suchowolskim targu Zofia z trudem rozpoznała Jasiuka. Był ubrany jak Sowieci w nową wojskową koszulę, obszerną, wykładaną na spodnie i przepasaną paskiem. Pomimo przejmującego chłodu, nie miał na sobie wierzchniego okrycia. Rubaszka musiała być ciepła, widocznie z wełnianego sukna, a nie z cienkiego bawełnianego drelichu. Zofia już miała do niego podejść i zagadnąć, gdy zaczepił go jakiś Sowiet. Zrzucił swój płaszcz na ziemię i stanął przy Jasiuku. Zaczął trącać go ramieniem, wskazując swoją podniszczoną rubaszkę.

— Machniom?!? — krzyknął, gestykulując zawzięcie.

— Niet, nie machniom. Moja rubaszka porządna, zimowa. A twoja licha. Nie chcę takiej zamiany — odparł hardo.

Żołnierz rzucił się na niego z pięściami. Zaczęli się szarpać, okładać. Zofia struchlała. Przewaga fizyczna zięcia nad przeciwnikiem była oczywista. Nie daj Boże go zrani! Albo jeszcze gorzej – zabije. Dopiero ściągnie na siebie i na rodzinę kłopoty! To przecież najeźdźca, a nie rodak, by stawać z nim do bójki! Już miała rzucić się między nich, kotłujących się na ziemi, gdy zauważyła, jak Jasiuk się opanował. Unieruchomił ramiona przeciwnika i odepchnął go na bezpieczną odległość. Wstał, odpiął pas i ściągnął z siebie koszulę. Rzucił mu ją pod nogi. Sowiet zrobił to samo, zadowolony z korzystnej wymiany. Szybko zabrał lepszą, a swoją zostawił, ale Jasiuk tylko splunął, zawrócił na pięcie i odszedł. Zofia dopadła go z poczuciem ulgi.

— Dobrze, że powstrzymałeś tę bijatykę. Wiesz, jak to mogło się zakończyć. Lepiej unieść się honorem. Taka koszula to mała strata. Pal ją licho!

Przy furmance, Jasiuk otrzepał się z piasku, założył starą kurtkę i zaproponował Zofii, by zajechali do Czerwonki, bo ma im coś do pokazania.

 

Więcej informacji na stronie poświęconej książce: https://jzi.org.pl/produkt/eldorado-nad-biebrza-zofia/

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Suwalski Park Krajobrazowy

Miłośnicy Suwalszczyzny postać Antoniego Patli jednoznacznie kojarzą z powstaniem Suwalskiego Parku Krajobrazowego – jednego z najpiękniejszych zakątków Polski. Antoni Patla był jednym z pomysłodawców wdrożenia tej idei w życie. Ostatnie dekady swojego życia poświęcił krzewieniu wiedzy o regionie. Był inicjatorem powstania i kierownikiem Muzeum Regionalnego w Suwałkach. Pracował jako przewodnik turystyczny i działacz Ligi Ochrony Przyrody. Nie wolno zapominać o wcześniejszych latach życia Antoniego Patli, gdy walczył w Legionach Polskich o wolność Ojczyzny, gdy parał się dziennikarstwem w Grodnie i innych ciekawych epizodach. Wszystko opisał w swoim skróconym życiorysie, który opublikowaliśmy w artykule: “Antoni Patla – działacz społeczny, dziennikarz, krajoznawca, nauczyciel, kapitan WP“. Wkrótce światło dzienne ujrzą dwie książki autorstwa Antoniego Patli: „Notatnik z niełatwego życia” będący wspomnieniami od czasu dzieciństwa do końca lat 40. oraz przewodnik „Piękno ziemi suwalskiej”, w którym A. Patla w wyjątkowy sposób opisuje uroki Suwalszczyzny. Poniżej przedstawiamy artykuł Antoniego Patli, który ukazał się w periodyku “Ziemia” w 1973 r.

Suwalski Park Krajobrazowy

Antoni Patla

Wielki szlak turystyki pieszej (195 km) przecinający Suwalszczyznę ekscentrycznymi liniami jest tak pomyślany, aby ni. in. wyeksponować nową jednostkę geograficzną – Suwalski Park Krajobrazowy.

Niektóre elementy Parku były znane już wcześniej, jeżeli nie szerokim rzeszom turystów pieszych, to wąskim kręgom naukowców: geografom. geomorfologom, hydrobiologom. Opisywali je: prof. dr Stanisław Pietkiewicz, prof. dr Czesław Pachucki, prof. dr Stangenberger, dr Ber i inni. Idea Parku narodziła się jednak później.

Udokumentowany wniosek o utworzenie Parku wpłynął do władz w latach pięćdziesiątych. Jego skutkiem był przyjazd do Suwałk Komisji Ekspertów, która po trzydniowej wizji lokalnej zaakceptowała projekt z drobnymi tylko korektami przestrzennymi.

Pełną jego realizację komplikował fakt, że w obrębie Parku znajduje się wiele osiedli i pól uprawnych, co wymagało szczegółowych studiów i ustalenia, które fragmenty mają być wyłączone z upraw rolnych, które poddane zalesieniu, a które pozostawione w dotychczasowym stanie.

Przeprowadzenie takich studiów Wojewódzka Rada Narodowa w Białymstoku zleciła Wyższej Szkole Rolniczej w Olsztynie. która zadanie wykonała w końcu 1970 r. Na podstawie tego materiału Wojewódzka Pracownia Urbanistyki i Planowania Przestrzennego w Białymstoku sporządziła dokładną, precyzyjnie spoziomicowaną mapę Parku, ustalając główne punkty widokowe, ważniejsze drogi dojazdowe itp.

Suwalski Park Krajobrazowy nie ma jeszcze pełnego statusu prawnego, gdyż na temat jego obszaru toczą się w dalszym ciągu dyskusje. Autor artykułu, jako twórca projektu Parku, postuluje włączenie do jego obszaru wspaniałych meandrów rzeki Czarnej Hańczy na odcinku od wsi Malesowizna do Czarnakowizny, dwa starożytne cmentarzyska jaćwieskie koło tej wsi, niezwykle ciekawy obiekt – Górę Krzemieniuchę oraz Jeleniewską Bramę Wód Lodowcowych z pięknymi drumlinami koło wsi Rutki.

Obszar i granice Suwalskiego Parku Narodowego będą następujące:

Granicę wschodnią stanowi szosa jeleniewska na odcinku Prudziszki – Jeleniewo – Gulbieniszki – Sidory.

Granicę północną wyznacza szosa na odcinku Sidory – Kleszczówek – Smolniki oraz jej przedłużenie, droga dziś trudno jeszcze przejezdna, na odcinku Smolniki – Dzierwany – Stara Hańcza.

Granicę zachodnią określa droga Stara Hańcza – Mierkinie – Hańcza (wieś) – Wróbel – Kruszki – Pawłówka – Malesowizna.

Granica południowa nie została jeszcze ustalona.

Spełniając postulat Wojewódzkiej Pracowni Urbanistycznej, granica Parku biegłaby zygzakami od Malesowizny przez wysoki wał moreny bocznej w kierunku wsi Szurpiły, by dojść do Jeleniewa i tu zamknąć krąg obszaru od strony południowej.

Jeśli przeprowadzona zostanie korekta przestrzenna postulowana przez niżej podpisanego, granica Parku od wsi Malesowizna pójdzie meandrami Czarnej Hańczy do wsi Okrągłe, Zarzecze Jeleniewskie, Żywa Woda. Prudziszki, zamykając krąg od południa na szosie jeleniewskiej.

W tej drugiej wersji obszar Parku wynosiłby ok. 7000 ha, zaś w pierwszej – 6000 ha.

Generalnym założeniem Parku jest wyodrębnienie z obszaru Suwalszczyzny północnej terenu o wybitnych walorach krajobrazowych i obfitującego w formy rzadkie lub wręcz unikalne, a następnie udostępnienie tych obiektów szerokim rzeszom turystów.

Autokarowa wycieczka krajoznawcza, wjeżdżając na teren Parku od strony Suwałk, natknie się na liczne obiekty zasługujące na bliższe poznanie. Tuż za wsią Prudziszki (7 km na północ od Suwałk) oś szosy jeleniewskiej biegnie wyraźnie zarysowaną doliną szerokości około 500 m. Dolina ta to właśnie Jeleniewska Brama Wód Lodowcowych. Szlak wiedzie dnem byłej rzeki i to rzeki nie byle jakiej, bo półkilometrowej szerokości, choć zaledwie kilkukilometrowej długości.

Naprzeciwko małej wioski Rutki, w środku doliny, znajdują się osobliwe wzgórza w formie rogalików – są to drumliny, dowód oczywisty, że dnem tej rzecznej doliny sunął w pewnym okresie jęzor lodowca. A więc odczytujemy tu krajobrazy epok minionych.

Gulbieniszki – Góra Cisowa, fot. T. Smagacz
Gulbieniszki – Góra Cisowa, fot. T. Smagacz

 

Naprzeciwko kościoła w Jeleniewie szlak skręca w lewo, w kierunku wsi Kazimierówka i Szurpiły. W odległości pół kilometra przed wsią Szurpiły najwyższe wzniesienie stanowi znakomity punkt widokowy. Rysujący się w kierunku północnym krajobraz fascynuje swoją niezwykłością. Liczne wysokie wzgórza o bardzo stromych zboczach przeplatają się tu z błękitnymi taflami wód kilku jezior o bogato urozmaiconej linii brzegowej, stwarzając krajobraz urzekającej piękności. Jest to grupa jezior szurpilskich, Pośrodku niej dominuje potężne grodzisko obronne z okresu VI–XIII w., zwane popularnie Górą Zamkową. Warto podjąć trud wędrówki pieszej na szczyt grodziska, skąd rozciągają się we wszystkich kierunkach wspaniałe widoki.

Autokarem wracamy znów do szosy jeleniewskiej, kierując się na północ. Tu zwraca uwagę górujący wysoko nad otaczającym terenem potężny stożek wzgórza morenowego, zwany popularnie „Suwalską Fudżijamą”. Jest to stożek sandrowy uformowany w masywie lodowca przez wody spływające szczeliną. Wysokość 256 m n.p.ni., a w stosunku do otoczenia 100 m, świadczy o wielkości przebiegających tu procesów i unikalnej formie obiektu.

Ze szczytu „Fudżijamy”, a ściśle Góry Cisowej lub Gulbieniskiej, rozciągają się rozległe i bogate widoki w promieniu wielu kilometrów.

Jeziora Kleszczowieckie, fot. T. Smagacz
Jeziora Kleszczowieckie, fot. T. Smagacz

 

Za wsią Gulbieniszki zjeżdżamy w dół, by skręcić w lewo, w kierunku Kleszczówka i Smolników. Mijamy po drodze jeziora: Przechodnie, Postawele, Sidory. Za wsią Kleszczówek teren wznosi się. by kulminację osiągnąć na skraju wsi Smolniki, Na najwyższym punkcie szosy zatrzymujemy autokar, wysiadając, by podejść pieszo w lewo, na skraj pobliskiego „lasanka”, gdyż stamtąd mamy przepyszny widok na grupę Jezior Kleszczowieckich: Okrągłe, Pierty, Kojle. Urok ich polega na położeniu głęboko w dolinie (a więc są jak na dłoni) i na bogatej linii brzegowej oraz otoczeniu z trzech stron lasem. Po drodze napotykamy ciekawostkę botaniczną: masowo tu rosnący dziki czosnek.

Od kościoła w Smolnikach teren obniża się, a w najniższym punkcie widnieją rozstaje dróg. Nasza trasa wiedzie w kierunku szkoły, którą mijamy notując w pamięci zielony trójkąt, znak, że w okresie wakacji działa tu schronisko szkolne.

Za ostatnim domem w Smolnikach zatrzymujemy autokar i idziemy ok. 150 m w kierunku południowym, polną dróżką i zatrzymujemy się na wysokim, stromym zboczu, aby nasycić wzrok pięknem krajobrazu.

Głęboko w rozległej dolinie widnieje znów grupa jezior otoczona lasami. Centralnie usytuowane jezioro Jaczne ma nie tylko fantastycznie skomponowaną linię brzegową. ale i niezwykły, malachitowo-zielony koloryt wody. Jest to perla krajobrazu Suwalskiego i chyba jedno z najpiękniejszych jezior w Polsce.

O tę grupę jezior działacze ochrony przyrody toczyli zacięte boje z autorami projektu budowy hydroelektrowni szczytowo-pompowej, Tym razem, na szczęście, zwyciężyli „ochraniacze” suwalsko-augustowscy i białostoccy.

Nieprzejezdna na razie droga wiedzie nas teraz ze Smolnik przez las, w kierunku Dzierwan i północnego krańca słynnego jeziora Hańcza. W Dzierwanach skręcamy w lewo. Pośrodku wsi znajduje się niewielkie grodzisko obronne, nie zbadane jeszcze przez archeologów, zapewne jaćwieskie; teren tchnie jakąś polarną egzotyką, pola – to w większości ugory, nie tknięte jeszcze pługiem ze względu na olbrzymie ilości głazów, z których niektóre ważą kilka ton.

2 km dalej droga poprawia się. Wreszcie głęboko w dole błyszczy błękit lustra wody jeziora Hańcza, od 20 lat uznanego za rezerwat przyrody. Wydanie tego aktu prawnego było podyktowane względami nie tylko geologicznymi, ale i biologicznymi. Zarówno w dennych jak i przybrzeżnych strefach jeziora znajdują się okazy fauny, nigdzie w Polsce nie znane. Szczupaki dochodzą tu do kolosalnych rozmiarów (ponad 2 m). Dr żabiński znajdował tu zarówno okazy fauny alpejskiej, jak i polarnej. Skały uronione przez lodowiec na wschodnim brzegu są pochodzenia fińskiego, zaś na brzegu zachodnim – wyraźnie szwedzkiego.

Jezioro Hańcza należy wprawdzie do kategorii jezior średniej wielkości (305 ha), ale głębokością bije rekordy nie tylko w skali krajowej (108,5 m). Co więcej – geologowie stają tu wobec niebywałej zagadki. Oto zachodnie pobrzeże jeziora wyraźnie podnosi się, „puchnie”, gdy jego przybrzeże wschodnie obniża się. Tak więc występuje tu zjawisko tektoniki, stanowiące rewelacyjną zagadkę polskiego niżu. To zapadanie „wschodniego boku” obejmuje zapewne jego strefę denną, co by tłumaczyło fenomenalną głębokość tego jeziora i jego tektoniczną genezę.

Regaty na jeziorze Wigry, fot T. Smagacz
Regaty na jeziorze Wigry, fot T. Smagacz

 

Na północnej skarpie brzegowej oglądamy ruiny pałacyku Światopełka-Mirskiego, uczestnika powstania listopadowego. Od pałacyku zaczyna się już zachodni brzeg Parku Krajobrazowego. Droga tu niezła, zwłaszcza od wsi Mierkinie. Docieramy tędy do południowego krańca jeziora – do wioski Wróbel. Oglądamy miejsce wypływu rzeki Czarnej Hańczy z jeziora i kierujemy się jej biegiem w stronę Bachanowa. Tuż za wsią, na prawym brzegu, znajduje się wielki rezerwat głazowiskowy – na przestrzeni ok. 3 ha potworne stłoczenie głazów różnej wielkości, nie tknięte ręką ludzką od kilkudziesięciu tysięcy lat. Tych głazowisk było tu do 1939 r. znacznie więcej. Niestety – okupant niemiecki wyeksploatował większość do budowy „wilczego gniazda” w Gerłożu k. Kętrzyna, budując do tego celu specjalną linię kolejową, dziś już nieistniejącą.

Przez wieś Bachanowo aż do młyna w Turtulu Czarna Hańcza płynie głębokim kanionem o bardzo stromych zboczach, co sprawia niezwykle wrażenie. Patrząc w kierunku biegu rzeki w pewnej odległości za Bachanowem dostrzegamy dwa fenomeny morfologiczne: turtulsko-bachanowski oz, uznany przez geologów za najpiękniejszy w Polsce, oraz dolinę wiszącą, pozostałość po nie istniejącej już dziś rzece. która wpadała do Czarnej Hańczy. Dodajmy, że poziom dna tej doliny jest o 18 m wyższy niż poziom wody w Czarnej Hańczy.

Od Turtula Czarna Hańcza rozpoczyna fantastyczny bieg, tworząc niezwykle malownicze meandry, które kończą się w Starym Brodzie niedaleko Suwałk.

Suwalski Park Krajobrazowy dostarcza turystom nie tylko niezapomnianych wrażeń. ale i rzetelnej wiedzy z zakresu geomorfologii i przeszłości tego niezwykłego zakątka Polski.

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Sokol Brothers – wycinki z gazet

Poniżej zamieszczamy kilkanaście wycinków prasowych dotyczących trzech braci Sokolskich, pochodzących z Augustowa, którzy wyemigrowali w 1918 r. do USA i założyli w New Britain, Connecticut, dobrze prosperującą fabrykę płaszczy. Pełna historia Fabryki Płaszczy Braci Sokol, będąca ucieleśnieniem spełnionego amerykańskiego snu, dostępna jest w publikacji pt. Ludzie wielkich marzeń autorstwa Naomi Sokol Zeavin i dr. Donalda Z. Sokol.

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Księga (nie)pamięci – trailer

Spotkanie 28 stycznia br. w Miejskim Domu Kultury w Augustowie rozpoczniemy od premierowej emisji filmu dokumentalnego pt. “Księga (nie)pamięci”. Na razie przedstawiamy 37-sekundowy trailer.

W tej chwili jedynym śladem po augustowskich Żydach jest pomnik na dawnym cmentarzu na Zarzeczu, kilkanaście macew na Barakach oraz dawne żydowskie kamienice, rozproszone przy rynku i głównych ulicach, których pierwotnego przeznaczenia nie pamięta prawie nikt. A przecież kiedyś nikt nie wyobrażał sobie tego miasta bez żydowskich kramów, domów modlitwy, zapachu ryby po żydowsku, wszechobecnego języka jidysz. Film podąża nielicznymi śladami niegdyś prominentnej żydowskiej społeczności Augustowa starając się przywrócić pamięć o tej ważnej, lecz zapomnianej części historii.

Serdecznie zapraszamy na pokaz w sali widowiskowej APK! Potrwa ok. 20 minut.

Reżyseria
Patrycja Zięcina

Zdjęcia
Kacper Głodkowski
Sandra Matyszewska

Dźwięk
Wojciech Kaftanowicz

Montaż
Michał Kurowski

Muzyka
Kuba Kwiatkowski

Produkcja
Marta Chabros

Link do spotkania na facebooku: https://www.facebook.com/events/3226775710966312/

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Aleksandra Chapko czyta fragment rozdziału XV “Eldorado nad Biebrzą – Zofia”

Aleksandra Chapko, aktorka Teatru Polskiego we Wrocławiu, czyta fragment książki Marii Narel-Challot pt. "Eldorado nad Biebrzą. Zofia"

Czytany fragment rozdziału XV

Przeprowadzka dobiegła końca. Całe otoczenie ich dotychczasowego życia zmieniło miejsce: budynki, zwierzęta, najmniejszy przedmiot. Przed bramą ich dawnej zagrody stał wóz załadowany szafkami, garnkami, wiadrami. Zofia opierała się plecami o płot a jej wzrok błądził po podwórku tak pustym, jakby zmieciono stąd całkowicie ślady ich życia. Dziwny żal ścisnął ją w dołku na widok tej nagiej ziemi, gdzie wydeptali tyle ścieżek w codziennym trudzie, troskach, lecz też radościach.
Feliks podszedł do niej i spojrzał na opustoszałą przestrzeń.
— Niezły kawał życia nam tu minął. Prawie dwadzieścia lat.
— Zaraz od powrotu z Ameryki, choć ty znowu wyemigrowałeś. Trudno mi było samej z dziećmi, ale mieliśmy dach nad głową — jej głos załamał się ze wzruszenia.
Przeszli kawałek w stronę śladów po fundamentach.
— Ale jak ja się radowałem po powrocie! W domu znalazłem dwa zdrowe łobuzy i gospodynię jak się patrzy — uśmiechnął się z nostalgią, ujął jej dłoń i ścisnął lekko.
— Ale zaraz nadeszły wojny i nasz dom poszedł z dymem. — Poczuła, jak oczy jej wilgotnieją.
— Jakoś odbudowaliśmy się, odrodziliśmy się z popiołów, jak mówił ksiądz.
— I dzieci tyle tu się urodziło. A czworo zmarło. — Łzy popłynęły jej po policzkach.
— Wiesz, czasami sobie myślę, że to była nasza druga Ameryka. Nad Biebrzą będzie już inaczej.
— A jednak nasza młodość tutaj została — rozszlochała się.
Feliks przytulił ją czule, otarł strużki łez. Jego twarz wyrażała silne wzruszenie, błękitne oczy pokryły się wilgotną mgłą.
— Nie trzeba żałować, tam będzie nam jeszcze lepiej, zobaczysz — zapewnił chrapliwym głosem.
Zofia ścisnęła mocno jego dłoń. Po raz ostatni omiotła spojrzeniem ten kawałek ziemi, który opuszczali w poszukiwaniu lepszego losu dla całej rodziny. Poczuła się ogołocona z przeżyć, jak na przedstawieniu szkolnym po zejściu aktorów ze sceny i po zniesieniu dekoracji, by za chwilę rozpocząć inne przedstawienie.
Feliks pociągnął ją lekko za rękę, dając znak do odejścia. Lecz ona czuła się jak skamieniała, przygnieciona niewyjaśnialnym smutkiem.
— Na nas czas, Zosieńko, jedźmy już do naszej nowej Ameryki.
Odeszli powoli, zamknęli furtkę i odjechali. Zofia nie spuszczała oczu z widoku ich dawnego podwórka, aż zasłoniły go konary przydrożnych drzew, niczym teatralna kotara.

 

Więcej informacji na stronie poświęconej książce: https://jzi.org.pl/produkt/eldorado-nad-biebrza-zofia/

 
Opublikowano Jeden komentarz

Pamięć o augustowskich Żydach

Serdecznie zapraszamy na spotkanie pt. "Pamięć o augustowskich Żydach", które odbędzie się 28 stycznia 2023 r. o godzinie 17:00 w sali widowiskowej Miejskiego Domu Kultury w Augustowie, Rynek Zygmunta Augusta 9. Augustowskie Placówki Kultury są współorganizatorem tego spotkania.
Zaczniemy je premierową emisją filmu dokumentalnego "Księga (nie)pamięci" w reżyserii Patrycji Zięciny (film potrwa ok. 30 minut). Potem panel dyskusyjny z udziałem m.in. tłumaczek "Księgi pamięci Żydów augustowskich":
  • Magdalena Sommer (język hebrajski)
  • Monika Polit (język jidysz)
  • Patrycja Zięcina (realizacja filmu)
  • Mira Kamińska (żywy świadek historii Żydów w Augustowie)
Spotkanie poprowadzi nasza koleżanka z JZI - Urszula Zalewska.
Przy okazji spotkania można będzie nabyć książki naszego wydawnictwa związane z kulturą Żydów w Augustowie, a więc:
  • Memorial Book of Augustów Jews
  • Augustów. Historia w zdjęciach zapisana
  • Ludzie wielkich marzeń

Strona wydarzenia na facebooku: https://www.facebook.com/events/3226775710966312

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Karolina Chapko czyta “Eldorado nad Biebrzą – Zofia”

Czytany fragment rozdziału XIV

Kilka dni przed weselem Mańka przyszła na piechotę z Czerwonki pomagać w przygotowaniach. Uszczęśliwiona Olcia nie odstępowała od niej, starając się pomagać na swój sposób. Mańka szybko wysprzątała dom, ozdobiła święte obrazy kwiatami z papieru i zmieniła papierowe firanki w oknach. Przejrzały razem z Zofią obrusy i wybrały najładniejsze. Sporo czasu zajęły im wyroby mięsne, bo Zofia uparła się, że oprócz tradycyjnych kiełbas, będą też szynki, pasztety i salcesony. A kiedy zaczęły wypieki, przypominała przepisy z Ameryki, by zadziwić gości wymyślnym ciastem czy ciastkami z nowych foremek w kwiatki, księżyce i gwiazdki. Specjalnie zgromadziła w spiżarni tuziny jajek i zapasy cukru. Masło przechowywała w kance na mleko zanurzonej w studni. Na szczęście tegoroczny lipiec był dość chłodny.
Wieczorem Zofia przysiadła odsapnąć chwilę po całym dniu krzątaniny. Już zapadała w drzemkę, gdy do jej uszu doszedł cichy płacz. Rozejrzała się po kuchni i dostrzegła na stołku Olcię, z głową w rękach.
— A czegoż ty płaczesz, maleńka?
— Bo znowu u nas wesele!
— To dobrze, będziemy bawić się i tańczyć.
— A czy Franek też wyjdzie z domu jak Mańka?
— Nie, on zostanie. I jeszcze przyprowadzi tu Franię.
— Ale ja wolę Mańkę zamiast Frani! — Olcia rozpłakała się na dobre.
— Skończyłaś pięć lat i takie głupstwa opowiadasz. Nie wstyd ci? — podeszła do niej i przytuliła czule. — Chodź ze mną, polukrujemy te ciastka w gwiazdki, a potem udekorujesz każde malinowym groszkiem.
Otarła jej łzy, poprawiła warkocze i posadziła przy stole. Obie potrzebowały zająć ręce pracą i nie zadręczać się myślami.

 

Więcej informacji na stronie poświęconej książce: https://jzi.org.pl/produkt/eldorado-nad-biebrza-zofia/

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Obywatele Ziemi Augustowskiej!

W latach 1929-1933 kraje kapitalistyczne doświadczyły największego w dziejach kryzysu gospodarczego. Nie ominął on również Polski. Mimo wielkich cięć budżetowych z jednej strony i podwyższenia podatków, akcyz i opłat z drugiej, luka w budżecie państwa wynosiła 371 milionów złotych, czyli ok. 20% całego budżetu. Z uwagi na słaby poziom wykupywania przez ludność obligacji emitowanych przez II Rzeczpospolitą, a także lęk przed dodrukiem pieniędzy i inflacją, dnia 5 września 1933 r. prezydent Mościcki, na prośbę premiera Janusza Jędrzejewicza podpisał dekret zobowiązujący obywateli, by dla ratowania budżetu pożyczyli państwu polskiemu kwotę 120 milionów złotych. Obligacje 6-procentowej pożyczki były bardzo korzystne – zwolnione od wszelkich podatków i danin, zarówno państwowych, jak i samorządowych, nie podlegały zajęciom z żadnych tytułów, przyjmowane były według ich wartości nominalnej przez wszystkie kasy urzędów skarbowych na okoliczność spłat należności z tytułu podatków od spadków i darowizn itp. Pożyczka przyniosła bardzo dobre wyniki. Obligacje w kwocie około 350 milionów złotych zakupiło około półtora miliona obywateli. Na zespół subskrybentów złożyły się wszystkie warstwy społeczne: pracownicy państwowi, samorządowi i prywatni, przemysłowcy i robotnicy, kupcy i rzemieślnicy, duchowieństwo, emeryci i inwalidzi, wolne zawody, rolnicy, młodzież szkół wyższych, średnich, powszechnych, a nawet dzieci. Sukces nie byłby możliwy bez patriotycznego zrywu obywateli, do którego wzywali wszyscy politycy i urzędnicy. Wydawany przez Związek Nauczycielstwa Polskiego w Augustowie periodyk “Nasz Głos” poświęcił cały numer z 26 września 1933 r. na agitację na rzecz Pożyczki Narodowej. Przytaczamy apel z pierwszej strony wraz z listą augustowskich osobistości wchodzących w skład Powiatowego Komitetu Obywatelskiego Pożyczki Narodowej i organizacji wspierających.

Obywatele Ziemi Augustowskiej!

Dla podtrzymana dobrobytu w Państwie, dla utrzymania w należytym stanie gospodarki państwowej, celem przełamania szalejącego po całym świecie kryzysu gospodarczego Rząd Rzeczypospolitej Polskiej ogłosił subskrypcję Pożyczki Narodowej w wysokości 120 milionów złotych. Zwraca się do nas Ojczyzna w potrzebie i musimy jako Jej synowie stanąć ramię przy ramieniu, by zgodnie przyjść z pomocą. Przyszłość wywalczonej naszemi rękami Ojczyzny musi być jasną i wielką. Walka o tą wielkość nie skończyła się z chwilą zwycięstw wojennych. Przeciwnie – ugruntowanie pomyślności w Ojczyźnie wolnej jest najważniejszym i najświętszym nakazem każdego prawego obywatela. W myśl hasła Wielkiego Budowniczego Polski Marszałka Józefa Piłsudskiego, iż “zwyciężyć i spocząć na laurach – to klęska” – winniśmy niestrudzenie dążyć do jak największej pomyślności i świetności Naszego Narodu. My, Obywatele Ziemi Augustowskiej mamyż pozostać na szarym końcu, kiedy w całej ojczyźnie szeregi naszych braci śpieszą z subskrypcją Pożyczki Narodowej?! Czyż ta Ziemia, która tak ofiarnie spłynęła krwią Swych Synów podczas walk o Niepodległość, ma pozostać obojętną na zew Ojczyzny? Nie damy się ubiec w wyścigu spełnienia obowiązku wobec Państwa: zwartą masą podążymy dając świadectwo umiłowania serdecznego swej Macierzy, której przyszłość jest naszą przyszłością. Damy świadectwo, że tam, gdzie zaczyna się potrzeba Ojczyzny – kończą się wszelkie nasze wzajemne nieporozmienia, a powstaje jeden wielki zbiorowy czyn.

Idźmy więc spełnić swój obowiązek – Ojczyzna nas woła!

Powiatowy Komitet Obywatelski Pożyczki Narodowej

Prezydium Komitetu:

  • Kazimierz Siwik – prezes – Starosta Powiatowy
  • Józef Wnorowski – vice prezes – sędzia grodzki
  • Franciszek Cyburt – inspektor szkolny
  • Bronisław Leplawy – sekretarz – urzędnik starostwa
  • Wacław Cylwik – buchalter
  • Jan Jakubowski – nadleśniczy nadleśnictwa Szczebra
  • Michalina Kostrubina – prezeska ZOPK
  • Zelik Kuszelewski – rabin augustowski
  • Jan Litewski – podpułkownik, zastępca dowódcy 1 pułku ułanów Krechowieckich
  • Antoni Krzywiński – kupiec
  • Adam Łucejko – inżynier, dyrektor państwowych zakładów drzewnych
  • Michał Łazarski – poseł na sejm
  • Boruch Liberman – prezes gminy wyznaniowej żydowskiej
  • Antoni Małyszko – naczelnik urzędu skarbowego
  • Ludomir Olszewski – ziemianin
  • Stanisław Staniewicz – burmistrz m. Augustowa
  • Ignacy Stolarski – kierownik banku spółdzielczego
  • Władysław Śliwa – prezes stowarzyszenia rzemieślników chrześcijańskich
  • Zygmunt Warakomski – prezes oddziału powiatowego ZNP

Straż Obywatelska:

  • Hieronim Jonkajtys – preses rady powiatowej Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem (BBWR)
  • Calko Inanowicz – prezes cechu piekarzy
  • Włodzimierz Kuczkowski- komendant powiatowej policji państwowej
  •  Michalina Kostrubina – prezeska Związku Obywatelskiej Pracy Kobiet (ZOPK)
  • Benjamin Markus – prezes stowarzyszenia kulturalno-oświatowego „Tarbut”
  • Antoni Małyszko – naczelnik urzędu skarbowego
  • Julian Piaskowski – sekretarz rady powiatowej Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem (BBWR)
  • Stefan Podgórski – urzędnik skarbowy
  • Helena Rutkowska – przedstawicielka cechu rzeźniczego
  • Dr. Eugenjusz Ścibor – lekarz powiatowy
  • Dr. Stanisław Winiarczyk – lekarz weterynarz m. Augustowa,
  • Mordchaj Wolmir – prezes stowarzyszeń rzemieślniczych żydowskich
  • Józef Wysocki – rzemieślnik.

Sekcja Propagandowa:

  • Witold Wołosewicz – prezes – dyrektor seminarium nauczycielskiego
  • Franciszek Cyburt – inspektor szkolny
  • Bronisław Chudzik – nauczyciel
  • Władysław Klimaszewski – sekretarz wydziału powiatowego
  • Henryk Kodź – vice prezes oddziału powiatowego ZNP
  • Bohdan Michciński – inspektor samorządu gminnego
  • Szyja Rancman – lekarz dentysta
  • Józef Witek – redaktor czasopisma “Nasz Głos“
  • Inż. Jan Zasztowt – kierownik powiatowego zarządu dróg