Opublikowano Dodaj komentarz

Niby taki zwyczajny. Wspomnienie o Ojcu w setną rocznicę urodzin

Mamy już trzech synów; Zdzisława, Andrzeja i Teodora. Olecko, 1956 r.

Poznałem go w kwietniu 1954 roku. W zasadzie to on poznał mnie pierwszy. Byłem dla niego trzecim (środkowym) dzieckiem, po Alicji i Zdzisławie. Bardziej przypadek niż zamiar sprawił, że urodziłem się w Sejnach. Moi rodzice zamieszkali tam w przerwie, po opuszczeniu Gołdapi i przed zamieszkaniem w Olecku. Faktycznie „zawdzięczam” to starszemu bratu Zdzisławowi, który, będąc chorowitym dzieckiem, płakał po nocach, nie dając spać domownikom. Działo się to w drewnianej chacie dziadka Jana Szczudło w Zagówcu, gdzie Zygmunt z Jadwigą i synem po powrocie z Gołdapi najpierw zamieszkali. Chata miała tylko jedną ogrzewaną izbę, w której nie dało się odseparować płaczącego malucha od chcących spać dorosłych. Po kolejnej niespanej nocy dziadek dał do zrozumienia, że młodzi rodzice mają wyprowadzić się z dzieckiem. Znaleźli do wynajęcia drewniany domek na ul. Konopnickiej w Sejnach, w dzielnicy zwanej Koziarką. To w nim przyszedłem na świat w wielkanocny poniedziałek 19 kwietnia 1954 roku.

Metryka urodzenia Zygmunta Szczudło
Metryka urodzenia Zygmunta Szczudło

Doceniłem ten fakt po latach, kiedy uświadomiłem sobie, że spośród pięciorga dzieci swoich rodziców tylko ja jeden jako miejsce urodzenia miałem wpisane Sejny, a Sejneńszczyzna to teren zasiedlony przez Szczudłów od prawie 200 lat. W naszej rodzinie tylko ja i Mama mieliśmy ten przymiot bycia Sejniakami z urodzenia. Tato urodził się w Zagówcu, a moi bracia każdy w innym mieście: Zdzisław (jak siostra Alicja) w Gołdapi, Teodor w Olecku, a Krzysztof w Augustowie. Ich miejsca urodzenia dokumentowały kolejne adresy zamieszkania rodziców.

Moje pierwsze wspomnienia związane z ojcem dotyczą spraw dla mnie ważnych. Pierwsze z nich wiąże się z sytuacją, kiedy, wracając z organizowanej w oleckim GS choinki dla dzieci, byliśmy zaczepiani przez jakiegoś przechodnia. Tato szybko zareagował, separując nas od natręta. Byłem z niego dumny, że nas obronił.

Kolejna sytuacja dotyczyła motoru. Posiadanie motoru w latach 50. było nie byle czym. Kiedy Tato zabrał mnie na przejażdżkę poza miasto, byłem przeszczęśliwy. Pamiętam tylko samą jazdę, co było dla mnie wielkim przeżyciem. Bardzo zasmuciłem się natomiast, kiedy sprzedał motor swojemu bratu.

Więcej faktów wiąże się z czasem, kiedy miałem już 8 lat i zamieszkałem na wsi, w Zagówcu. Dom nie był jeszcze całkowicie wykończony, ale rodzice zdecydowali się wprowadzić do niego jak najprędzej, godząc się na spartańskie jeszcze warunki. Kiedy już tam mieszkaliśmy, układano podłogi, instalowano centralne ogrzewanie i kryto dach dachówką. Przy kryciu dachu miałem swój skromny udział, z perspektywy dziecka oceniany jako duży. Po drabinie nosiłem na dach cementowe dachówki! Myślę, że to asystowanie w dzieciństwie przy budowie domu, po latach pomogło mi podjąć decyzję o budowie własnego, we Wschowie.

Tato nie miał konkretnego zawodu, ale w życiu sprawdził się w wielu fachach, m.in. w stolarstwie. Prawdopodobnie wiedzę i umiejętności miał po swoim ojcu Janie Szczudło, który gospodarzył na 3 ha ziemi, ale ponadto był cieślą. Robił sanie, grabie, koszyki, które sprzedawał na targu.

Kiedy byliśmy w szkole podstawowej, Tato zrobił nam solidne, dębowe narty. Miały jednak wadę: brak rowka na spodzie, co sprawiało, że trudno było utrzymać kierunek jazdy.

Mimo że zwykle zajmował się pracami użytecznymi, którejś zimy zrobił nam skrzynkę do łapania sikorek. Miała sprytną pułapkę, która zamykała wieko skrzynki, kiedy ptaszek stanął na patyku. Cieszyliśmy się tym wynalazkiem krótko – do czasu, aż zdechła nam sikorka uderzona krawędzią wieka skrzynki.

Innym wyrobem tatowego warsztatu były sanki, tzw. samociążki, które miały kłonice, umożliwiające transport drewna. Zimą jeździliśmy nimi do lasu (rządowego) po drewno. Las był państwowy, więc nie mieliśmy poczucia, że kradniemy drewno. Po latach trudno zrozumieć motywację, ale miałem do tej roboty taki ciąg, że po lekcjach szybko wracałem do domu, aby jechać na „drewnobranie”.

Mieszkając w Zagówcu chodziłem do szkoły podstawowej w Sejnach, tej samej, do której wcześniej uczęszczali moi rodzice. Niewiele o tym opowiadali. Tato dał się sprowokować do wspomnień z tego okresu dopiero będąc na emeryturze. Pytałem go o sytuację na początku wojny, w 1939 roku. Opowiadał, że miał w klasie żydowskich kolegów, ale nie byli lubiani, bo… zawsze przynosili kanapki. Biedota ze wsi po prostu im tego zazdrościła.

Najdłużej Tato pracował w gminnej spółdzielni Samopomoc Chłopska, najpierw w Olecku, później w Sejnach. W Olecku wprowadził go do GS-u starszy o kilka lat brat cioteczny Stanisław Kazimierowicz, którego losy opisałem na swoim blogu. Zygmunt Szczudło najpierw był jego pomocnikiem, a później całkowicie go zastąpił. Nabrał w Olecku doświadczenia jako magazynier w magazynie zbożowym. Były to trudne czasy dostaw obowiązkowych. Nie mogąc się z nich w pełni wywiązać, niektórzy rolnicy przychodzili do magazyniera, próbując uzyskać kwit dostawy „na lewo”. O takich możliwościach wiedziała Służba Bezpieczeństwa, której funkcjonariusze po cywilnemu nachodzili magazyniera. Jak sobie z tym radził, nie wiem. Wspominał tylko, że miał tego typu problemy.

Kiedy w 1962 roku Zygmunt Szczudło zatrudnił się w magazynie zbożowym GS w Sejnach, miał już spore doświadczenie i dobrze radził sobie z obowiązkami. Docenili to również przełożeni, przenosząc go po kilku latach na bardziej odpowiedzialne stanowisko magazyniera w magazynie spożywczym. W owym czasie była to hurtownia artykułów spożywczych zaopatrująca wiejskie sklepy. Konnymi wozami sklepikarze przyjeżdżali po towar.

Jeszcze w czasie pracy Taty w magazynie zbożowym dostałem od Mamy przykazanie, aby po szkole zawsze zachodzić do niego i jeśli jest „potrzeba”, zostać do zamknięcia firmy. Domyślnie taką potrzebą była szykowana popijawa. Zdarzało się to od czasu do czasu i wtedy istniało niebezpieczeństwo, że podpity magazynier nie zadba należycie o zamknięcie wszystkich drzwi do magazynu. Profilaktycznie miałem zostawać z Tatą i go asekurować. Wywiązywałem się z tego bez pretensji, czasem nawet prowadząc podpitego do domu. Być może wtedy powstała moja głębsza relacja z ojcem, której po latach nie umiała zrozumieć moja Mama. Zawsze była o to zazdrosna i obrażona. Już wiele lat później, kiedy byli na emeryturze, wielokrotnie wypominała mężowi „wypitki” w GS. A faktycznie były one okazjonalne, inicjowane przez rolników, którzy korzystnie sprzedali swoje produkty spółdzielni. Nieco inaczej – trudniej – było kiedy Tato został magazynierem w magazynie spożywczym. Przechowywano tam rozmaite towary, a wśród nich alkohole, które kusiły niejednego. Kluczowym momentem była dostawa towaru do magazynu. W Sejnach stacji kolejowej nie było, więc transport alkoholu docierał samochodami. W magazynie czekała brygada rozładowcza, zwykle „głodnych” osiłków, którzy szukali stłuczek – butelek uszkodzonych w trakcie transportu. Jeśli ich nie było, prowokowali rozbicie którejś butelki, co stwarzało konieczność sporządzenia protokołu na okoliczność braków. W takich sytuacjach mężczyźni zachowywali się śmielej niż zwykle, na co ja – dyżurny – musiałem uważać. Korzyścią z tego po mojej stronie było to, że chodząc pomiędzy regałami znajdowałem „stłuczki” cukierkowe. Z niektórych kilkukilogramowych toreb przetartych na krawędzi wylatywały cukierki, a te, które spadły, były moje. Jeśli nie chciały spaść, ja im pomagałem. Krówki, raczki, sygusy to bohaterowie moich słodkich wspomnień z tamtego czasu.

Jak wielu podpitych, mój ojciec bywał nieraz śmieszny. Pamiętam sytuację w magazynie zbożowym. Po pracy zostało kilka osób, w tym mój Tato i jego szwagier Irek Buchowski. Popijali sobie, ale na koniec doszło do jakiejś sprzeczki wujka Irka z postawnym mężczyzną, który był tam pracownikiem fizycznym. W którymś momencie Zygmunt zaszedł go z tyłu i nie za mocno kopnął w tyłek. Kopnięty odwrócił się i powiedział: Zygmunt, ty mnie będziesz bił? Nie było z tego większej draki, ale w mojej pamięci pozostał zabawny obraz ojca czającego się, aby kopnąć dryblasa i jego reakcja. Było to prześmieszne!

Innym razem Tato przyszedł z pracy podpity i kazał mi coś pisać. Znalazłem kartkę i pod jego dyktando pisałem: Płynął buk przez Bug, dałby Bóg, aby buk przez Bug przepłynął szczęśliwie.

Kiedy skończyłem i oddałem kartkę, okazało się, że ojcu chodziło o sprawdzenie moich umiejętności polonistycznych. Zrobiłem chyba kilka błędów, bo nie bardzo wiedząc, o co chodzi, spieszyłem się, aby szybko dojść do finału. Ten egzamin był skutkiem towarzyskiego spotkania przy kieliszku, jakie nieraz odbywały się w GS-ie.

Moje korzyści z posiadania taty magazyniera to również fakt, że w jego magazynie można było pozyskać dużo makulatury, której zbiórka była obowiązkiem każdego ucznia. Dowody dostawy do punktu skupu okazywało się w szkole, a ta prowadziła ewidencję i ranking. Na koniec roku organizowano podsumowanie i najaktywniejszym zbieraczom wręczano nagrody.

Na początku nasz Tato dzielił kwity makulaturowe między synów. Każdego z nas wymieniano na apelu, ale żaden nie był w pełni usatysfakcjonowany. Po pewnym czasie zorientowaliśmy się, że w podstawówce nagrody były bardzo marne i bardziej opłacało się pisać kwity na starszego brata Zdzisława, który był w liceum, gdzie bardziej doceniano zbieraczy. W ten sposób weszliśmy w posiadanie małej, jednotomowej encyklopedii PWN, która cieszyła całą rodzinę. Do dziś zachowała się w mojej sentymentalnej bibliotece.

Mniej chwalebne wspomnienia mam o Tacie w kontekście królików. W czasach szkolnych hodowaliśmy je w swoim gospodarstwie w Zagówcu, podobnie jak dzieci sąsiadów. Każdy z braci miał swoje, którym budował klatki, dostarczał paszę, szukał samca dla samicy itp. Kiedy urosły do sprzedażnej wagi, chcieliśmy je spieniężyć. Nie było to łatwe, bo trzeba było wózkiem zawieźć je do miasta, a skup odbywał się w godzinach pracy i nauki. Aby to załatwić bezkonfliktowo, Tato zaproponował, żeby zostawić króliki u niego w magazynie, a on je sprzeda, bo punkt skupu był w pobliżu, w GS. Tak też się stało. Króliki zostały sprzedane, ale Tato… zapomniał, że były nasze i to nam należały się pieniądze. Nie mieliśmy tygodniówek, więc o własne złotówki było bardzo trudno. Nie mieliśmy odwagi, aby się o nie jawnie upomnieć. Efektem tego był brak dalszej ochoty do hodowli królików no i żal, który został w pamięci na całe życie. Tato nie zamierzał tego tłumaczyć, a dopiero po pewnym czasie, kiedy wątek ten wypłynął od nas, on był zdziwiony.

Podobnie zły byłem na niego, kiedy otworzył list adresowany do mnie, który dostał od listonosza. Listonosz, nie chcąc wozić listu na wieś, przekazał go ojcu w pracy. Tato w biurze rozerwał kopertę i wydobył z niej zdjęcie dziewczyny, którą poznałem na szkolnej wycieczce. Oglądali je wszyscy w biurze, podśmiewali się ze mnie. Dla mnie, kilkunastoletniego wtedy chłopca, była to sprawa bardzo osobista, delikatna. Ojciec nie uszanował mojej młodzieńczej wrażliwości. Dziewczyna na zdjęciu była Węgierką (Waleria Budayova), którą poznałem na szkolnej wycieczce w czeskie i polskie góry. Korespondowałem z nią przez kilka lat po rosyjsku.

Pracując stacjonarnie w GS-ie w Sejnach Tato rzadko gdzieś wyjeżdżał. Pamiętam, że jeszcze za czasów pracy w magazynie zbożowym wyjechał na kilkudniowy, branżowy kurs w Rejowcu koło Lublina.

Był też raz na zakładowej wycieczce do NRD (Lipsk, Drezno, Miśnia), z której przywiózł kilka pamiątek, ale i jedną rzecz użytkową. Była to ręczna maszynka do strzyżenia. Cieszył się z tego, bo w domu miał do obsługi głowy czterech synów. Dzięki posiadaniu maszynki do strzyżenia mógł już nie wydawać pieniędzy na fryzjera w mieście. Problem mieliśmy my, bo strzyżenie często kończyło się płaczem. Maszynka nieustawiona odpowiednio przez fachowca wyrywała włosy, co trudno było lubić.

Ostatnim etapem 25-letniej pracy Taty w GS (w Olecku, a potem w Sejnach) była funkcja kierownika Składnicy Maszyn i Narzędzi Rolniczych. Do jego obowiązków należały zaopatrzenie i sprzedaż maszyn rolniczych. Ze względu na niedobór maszyn na ówczesnym rynku, dawano do sprzedaży w GS również ciągniki rolnicze wycofane z pracy w preferowanych wtedy SKR-ach. Mimo znacznego zużycia miały one duże wzięcie wśród okolicznych rolników, którzy domowymi sposobami umieli doprowadzić je do przyzwoitego stanu i używać jeszcze przez wiele lat. Chętnych na nabycie ciągnika było znacznie więcej niż GS miał w ofercie, więc o kolejności zakupu decydowała komisja. Tato też wchodził w jej skład i dlatego co jakiś czas pojawiał się w naszym domu jakiś gość z flaszką. W towarzyskiej rozmowie debatowali nad kieliszkiem, co Mama ledwie tolerowała. Już nawet nie chodziło o alkohol, bo Tato raczej w piciu nie przesadzał, ale o zmarnowany czas. W powstającym wtedy gospodarstwie zawsze było dużo roboty, więc zastój wprowadzał ją w stan wzburzenia.

W roku 1973, po nieudanym starcie na studia, dostałem się do szkoły pomaturalnej w Henrykowie koło Ząbkowic Śląskich. Miejsce to było tak daleko od rodzinnych stron, że nigdy nie spodziewałem się żadnych odwiedzin. Jednak któregoś razu niespodziewanie, bo bez zapowiedzi (telefony były wówczas rzadkością) Tato mnie odwiedził. Jego pojawienie się w progach naszej szkoły było tym bardziej niespotykane, że mieszkał 700 km od Henrykowa.

Jak się potem okazało, Tato był w podróży służbowej do położonego niedaleko Henrykowa Brzegu Dolnego. Pracując na stanowisku kierownika Składnicy Maszyn Rolniczych GS w Sejnach, był zobowiązany zabiegać o zaopatrzenie. Wybrał się z kierowcą po towar, a przy okazji „wpadł” do syna. Nie muszę przekonywać, jak mi było miło.

Wśród henrykowskich wątków związanych z moim ojcem jest też inny. Podczas jednego z pobytów wakacyjnych pod Sejnami Tato opowiadał mi, że kiedyś zgłosił się do niego jakiś pan z prośbą o wsparcie w zakupie deficytowych maszyn rolniczych. W rozmowie towarzyszący rolnikowi starszy pan powoływał się na znajomość ze mną. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że był to nie kto inny jak dr Zbigniew Urbaniak, co po latach potwierdziła jego córka. Miał we wsi Boksze Osada na Suwalszczyźnie znajomych, u których spędzał urlop. Nie wiem niestety, czy ostatecznie protegowany doktora skorzystał ze wsparcia Zygmunta Szczudło, który być może nie wiedział, jak ważną osobą, nie tylko w aspekcie nauki, był dla mnie Zbigniew Urbaniak.

Pracując w GS, ojciec stopniowo coraz bardziej angażował się w prace rolne, najpierw na wydzielonym pod nasze bieżące potrzeby kawałku ziemi dziadka, a po jego śmierci już na swoim. Nie było tego wiele, łącznie około 3 ha kiepskiej, piaszczystej ziemi. Nie mieliśmy pieniędzy na maszyny, więc większość pracy wykonywana była ręcznie. Dzięki temu w ciągu kilku lat otarłem się o rolnictwo w wersji prymitywnej, przedwojennej. Ręcznie zbieraliśmy ziemniaki, kosiliśmy zboże, podbieraliśmy i stawialiśmy w snopki. Byłem z siebie bardzo dumny, nabierając nowych umiejętności, chociaż większości z nich uczyła nas Mama. Pamiętam, że podziwiałem wtedy Tatę, który wstawał o świcie, aby pracować na polu, po czym jechał do pracy na godzinę 7.00 w magazynie. Po powrocie jadł szybki obiad i wracał na pole. Był człowiekiem wyjątkowo pracowitym. Sytuacja ta zmieniła się, kiedy po 25 latach pracy w gospodarce uspołecznionej przeszedł na własne gospodarstwo, poszerzone do kilkunastu ha dzięki nabyciu zapuszczonej ziemi już prawie przejętej przez Skarb Państwa. Dopiero wtedy w gospodarstwie w Zagówcu zaczęły pojawiać się maszyny rolnicze i perspektywy na prawdziwe rolnictwo.

W którymś momencie, na początku lat 70., kiedy rodzice nabyli gospodarstwo, używany traktor dotarł na nasze podwórko. Nie znam szczegółów tej transakcji, bo opuściłem już rodzinne gniazdo, ale pamiętam, że stał tam na podpórkach i czekał na remont. O ile dobrze pamiętam, nie doczekał się, bo po kilkuletnim okresie oczekiwań trafił do kolejnego nabywcy, podobno za cenę nabycia. Tato raczej nie miał żyłki do interesu, był uczciwy i nie potrafił wykorzystywać swojej pozycji w firmie.

Kiedy już zrezygnował z etatu w GS i skupił się tylko na swoim prawdziwym gospodarstwie, Tato kupił nowy ciągnik Ursus 360, który musiał odebrać w fabryce w Ursusie. Jego nabycie i surwiwalową wyprawę po odbiór opisał we wspomnieniach, na które dał mi się namówić, mając prawie 90 lat.

Rozważając po latach sytuację rodzinną, stwierdzam, że Tato za wcześnie oddał swoje gospodarstwo następcom. Był wtedy w pełni sił i mógł dalej pracować. Zmiany sprowokowała mama, która uznała, że mając wymagany do emerytury wiek, marnuje swoje szanse, nie pobierając emerytury za 25 lat pracy w gospodarce uspołecznionej. Warunkiem uzyskania emerytury rolniczej było wtedy przekazanie gospodarstwa na następcę. Docelowym następcą, nie bardzo z wyboru, a raczej trochę z przymusu, miał być najmłodszy syn Krzysztof, który w owym czasie nie bardzo był na to gotowy. Faktycznie rodzice nie zadbali o przygotowanie go do tej funkcji. Kompromisowym rozwiązaniem miało być doraźne przekazanie gospodarstwa przedostatniemu synowi, Teodorowi, który, decydując się na to, zrezygnował z bardzo dobrej pracy w Banku Spółdzielczym. Przez tę decyzję Krzysztof był zmuszony spędzić dwa lata w wojsku, a przejmując już tylko część majątku rodziców kilka lat później, już z drugiej ręki, musiał opłacić podatek. Wypominał to po latach. Ostatecznie decyzja, podjęta demokratycznie z udziałem wszystkich czterech synów, okazała się nietrafiona – po latach nikt nie był z niej zadowolony.

Kilka razy w życiu Zygmunt otarł się o śmierć lub więzienie. Pierwszy raz w czasie wojny, gdy wracał od sołtysa Buchowskiego, późniejszego teścia, u którego doraźnie pracował. Miał przy sobie mapę, ale zdążył ją podrzeć na kawałki, gdy zauważył, że idą za nim niemieccy żołnierze.

Kolejnym długotrwałym zagrożeniem była półroczna niewolnicza praca przy kopaniu okopów dla Niemców. Przemieszczany z miejsca na miejsce dotarł z Cimochowizny koło Wigier aż pod Gdańsk. Cierpiąc głód i chłód podczas morderczej pracy, ledwie przetrwał. W czasie powrotnej drogi z okopów do domu, obficie częstowany wielkanocnymi specjałami przez mijanych gospodarzy na pieszej trasie z Białegostoku do Zagówca, nabawił się choroby żołądka. Matka uratowała go, lecząc ziołami domowym sposobem. Kiedy już wydobrzał, latem 1945 roku pracował z ojcem przy budowie stodoły. W takiej sytuacji zastali go sowieccy żołnierze, którzy razem z funkcjonariuszami UB tyralierą szli przez wioski, lasy i pola (obława augustowska). O ironio losu, uratowało go to, że był na robotach u Niemca, wobec czego nie mógł iść do partyzantki.

Kolejne potencjalne zagrożenie pojawiło się zaraz po wojnie, gdy, szukając swojego miejsca na ziemi, zdecydował się zostać milicjantem. Pojechał już na weryfikację do Białegostoku, ale ostrzeżony w ostatniej chwili przez kolegę, który już był w szeregach MO, zrezygnował. Ten kolega zginął później podczas akcji przeciwko antykomunistycznej partyzantce.

Blisko śmierci był Zygmunt w Gołdapi, gdzie podjął się pracy przy odzyskiwaniu cegieł ze zniszczonych zabudowań. Kiedy spadł ze ściany budynku, który rozbierał, mocno się potłukł, nie mógł się ruszać. Były obawy, że ma złamany kręgosłup, ale na szczęście to się nie potwierdziło. Po dwóch tygodniach wydobrzał i wrócił do pracy.

Mieszkając w Olecku, spotykał się z kolegami z pracy, z których jeden nabył porządne radio. Ciekawi wieści ze świata przy kieliszku słuchali „Radia Wolna Europa”, co było wtedy mocno ścigane przez ówczesne władze. Raz był na takim spotkaniu z żoną, drugi raz poszedł sam. To wystarczyło, aby był zatrzymany przez służbę bezpieczeństwa. Ostatecznie jakoś się z tego wykręcił i nie siedział w więzieniu, w przeciwieństwie do kolegów, którzy po rozprawie sądowej otrzymali wyroki po pół roku do odsiadki.

Wyłuskując z pamięci chwile spędzone z Tatą, wspomnę wyprawę do lasu w celu poszukiwania świątecznej choinki. Grzęzaliśmy obaj w gęstym śniegu, przyglądając się jodełkom. Tato wybrał z nich najpiękniejszą, która miała stanąć w sypialni rodziców. Idąc już w stronę domu, wypatrzył jednak ładniejszą, którą wyciął i zabrał, zostawiając w lesie poprzednią. Nie rozumiałem go wtedy, miałem poczucie marnotrawstwa. On pewnie znał zasadę, że lepsze jest wrogiem dobrego.

Rozwijając swoje gospodarstwo, mieliśmy coraz więcej ziemi i upraw. Któregoś roku posadziliśmy ziemniaki na tzw. sznurkach, wąskich paskach pola blisko lasu. Ziemniaki rosły tam dobrze, ale dosyć szybko dowiedziały się o tym… dziki. Widząc coraz większe uszkodzenia plantacji, postanowiliśmy je płoszyć. Razem z Tatą wybrałem się w nocy na akcję. Kiedy podeszliśmy bliżej, Tato wskazał ręką poruszające się w dali cienie. Na jego rozkaz skoczyliśmy w tamtą stronę, głośno krzycząc. Wypłoszyliśmy je, ale nie na długo. Jedna akcja nie wystarczyła, aby uchronić plantację przed zniszczeniem. Dziki i wspomnienia zostały.

Mój Tato lubił łowienie ryb, ale rzadko miewał na to czas. Kilka razy byłem z nim na rybach. Łowiliśmy je na najbliższym nam jeziorze w Gawieniańcach, na wędkę i w sposób zakazany, używając tzw. ości. Nie zapamiętałem złowionych przez Tatę ryb, ale jego miny. Śmiałem się z tego po cichu, a teraz wspominam, kiedy żona skrycie fotografuje moje miny w czasie, gdy pilnie pracuję na komputerze. Jedyny komentarz, jaki się nasuwa, to stwierdzenie, że „genów nie wydłubiesz”.

U progu setnej rocznicy urodzin Taty, kilka lat po jego śmierci, wspominając chwile z nim spędzone, chcę podkreślić, że przez kilkadziesiąt lat przebywania poza rodzinnym domem utrzymywaliśmy korespondencję. Dzięki temu w naszych sprawach byliśmy z grubsza na bieżąco. Było to trudniejsze, kiedy rodzice byli skłóceni i do tych samych zdarzeń odnosili się odmiennie. Chcąc głębiej zajrzeć do duszy Taty, któregoś roku podczas wakacyjnego pobytu w Sejnach poprosiłem go o spisanie wspomnień. Pretekstem było pół roku spędzone na okopach u Niemca, ale liczyłem również, że odniesie się także do spisanych wiele lat wcześniej wspomnień Mamy, w których tylko na początku był pokazany na różowo.

Nic nie obiecując, spełnił jednak moją prośbę. Opisał czasy wojenne, rozszerzając swoją relację o wątki rodzinne. Bardzo krótko, negatywnie, z rozczarowaniem odniósł się także do ostatnich lat swojego małżeństwa.

Gdyby ktoś mnie spytał, czy dostałem kiedyś od ojca w skórę, mógłbym przywołać tylko jedną sytuację. Spierałem się o coś z Mamą i ona wzięła szczotkę, żeby wymierzyć mi „sprawiedliwość”. Uciekałem wokół okrągłego stołu, a ona trzonkiem szczotki uderzała mnie przez stół. Kiedy złapałem za trzonek, aby ją zablokować, powiedziała, żebym puścił. Puściłem, a ona uderzyła ponownie. Wtedy już definitywnie przytrzymałem trzonek, nie chcąc puścić szczotki. Ojciec wkroczył do akcji i mnie klepnął, ale chyba niemocno, bo już tego nie pamiętam.

Nigdy nie usłyszałem od Taty, że mnie kocha, że jest ze mnie dumny, ale były chwile, w których to wyczuwałem. Daremnie spodziewałem się, że kiedyś usłyszę od niego ciepłe słowo chociażby za moje odkrycia genealogiczne. Takie słowa były poza jego słownikiem. To ja mu uświadomiłem, kim byli jego przodkowie, jak, gdzie i kiedy żyli. Czytał moje teksty i je przechowywał. Z pewnością był nimi zainteresowany. Doceniał życzenia świąteczne od mojego syna, Michała, które przychodziły w firmowych kopertach kancelarii adwokackiej.

Ja kochałem Tatę po swojemu, ale tak jak on, nigdy o tym nie wspomniałem.

Nie wiem, ile osób z rodziny i znajomych uświadamia sobie, że Zygmunt Szczudło, często sekowany za mrukowatą osobowość, był człowiekiem wybijającym się ponad przeciętność. W życiu podejmował się wielu prac i z każdą sobie poradził. Był listonoszem i szewcem w Gołdapi, magazynierem w Olecku i Sejnach, fryzjerem, murarzem, stolarzem i rolnikiem. Kiedy już po czterdziestce zdobył wykształcenie średnie w Technikum Ekonomicznym w Suwałkach, ucząc się z synami przy lampie naftowej, został kierownikiem Składnicy Maszyn i Narzędzi Rolniczych. Nikt z jego rodzeństwa ani szwagrostwa nie zaszedł zawodowo tak wysoko. Będąc najstarszym z rodzeństwa, Zygmunt żył najdłużej, 94,5 roku. Zmarł 22 stycznia 2021 roku, o ironio, w Dniu Dziadka. Kilka razy słyszałem od niego, że nie spodziewał się, że będzie żył tak długo.

Opublikowano Jeden komentarz

Kazimierowiczowie – rodzina sejneńska

„Kazimierowicz” to rzadkie nazwisko. W Polsce nosi je 361 osób, 194 kobiety i 167 mężczyzn. Najwięcej Kazimierowiczów mieszka w województwie dolnośląskim - 105, 60 osób w podlaskim, 41 w śląskim, 27 w warmińsko- mazurskim i 1 w małopolskim. Pochodzenie nazwiska jest oczywiste: Kazimierowicz to syn Kazimierza.

Źródłem moich informacji o najwcześniejszych rodzinach Kazimierowiczów są dane uzyskane z wyszukiwarki Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego (https://jzi.org.pl/wyszukiwarka/). Pokazuje ona, że najwięcej Kazimierowiczów pochodziło ze wsi Gniewieńszczyzna, parafia Kuźnica pod Grodnem (vide: mapa).

Linia znanych mi Kazimierowiczów przyłączonych do mojego drzewa genealogicznego przez małżeństwo Piotra, syna Józefa z Kazimierą Szczudło prowadzi do parafii Urdomin i wsi Strumbogłów (dziś: teren Litwy). To tam około 1830 roku urodził się Andrzej Kazimierowicz, syn pierwszej znanej pary- Szymona i Katarzyny Tomaszewskiej. Nie znamy okoliczności i powodów, dla których Andrzej znalazł się w okolicach Sejn.

Read More

Opublikowano Jeden komentarz

Ja to mam szczęście… czyli fart genealoga

Nie trzeba nikogo przekonywać, że szczęście w życiu jest czymś ważnym. Najważniejsze jest szczęście rozumiane jako dobrostan człowieka, ale ja tu chciałbym pochylić się nad innym znaczeniem tego słowa. Chodzi o dosyć przypadkowe skorzystanie z wyjątkowo korzystnych okoliczności. Jest to takie szczęście, kiedy sukces odnosimy bez specjalnego wysiłku. Angielskojęzyczne osoby mają na to oddzielne określenie „luck”, co po polsku można tłumaczyć jako fart.

Szczęście w genealogii, a raczej farta trzeba mieć. Muszę się pochwalić, że zaznałem tego już kilkakrotnie. Dziś chciałbym tu opisać ostatni przypadek, a raczej logiczny ciąg zdarzeń, które wprowadziły mnie w przekonanie, że jestem szczęściarzem.

Jest rok 2014. Szczęśliwym zbiegiem wielu okoliczności wybieramy się do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Lecimy tam w czwórkę, w pełnym składzie rodziny na wesele córki mojej szkolnej koleżanki Brygidy (z pomaturalnej szkoły w Henrykowie k. Ząbkowic Śląskich, która związała mnie z Dolnym Śląskiem). Wesele w Chicago to punkt główny naszej wyprawy, ale są też punkty poboczne. Reszta rodziny myśli o turystyce, ja bardziej o genealogii. Gdzie tu znaleźć kompromis?

Kiedy przebrzmiały weselne dzwony i zwiędły kwiaty, którymi hojnie obdarowano młodą parę, Marthę i Timothy’ego, ruszamy w drogę na zwiedzanie Ameryki. Kierujemy się z Chicago na wschód, najpierw do Cleveland, do Niagary (tu spotkanie ze wzmiankowanym już Johnem Rynkiewiczem), Nowego Jorku i Springfield w stanie New Jersey.

Aldona i Andrzej Szczudłowie w Nowym Jorku

Kiedy główne apetyty rodziny na turystykę i odwiedzenie dwojga krewniaków, Elżbiety i Cezarego, zostają zaspokojone, nieśmiało wspominam o swoich potrzebach genealogicznych. Mówię o chęci odwiedzenia Pensylwanii, a szczególnie skromnego miasteczka Shenandoah, gdzie już ponad 100 lat wcześniej lądowali moi krewni z rodziny Rynkiewiczów, krewni po ojcowskiej matce Mariannie Rynkiewicz (1898- 1970). Wiem o tym od kilkunastu lat dzięki założonej przez Edwarda Wojtakowskiego (1940- 2022) stronie internetowej, na którą zajrzał genealog z Buffalo, John Rynkiewicz. I chociaż później okazało się, że moi Rynkiewiczowie nie są krewnymi (bliskimi) tego Amerykanina, wspiera on mnie w poszukiwaniach, pomaga namierzyć właściwych krewniaków. Ci właściwi, moi mieszkali w górniczym miasteczku Shenandoah, które w szczycie węglowej prosperity miało 20 tysięcy mieszkańców, a teraz, po wyczerpaniu złóż węgla, tylko pięć tysięcy.

Nie bez dyskusji jest zgoda na mój plan. Na szczęście po mojej stronie jest starszy syn Michał, który siedzi za kierownicą. Jedziemy do Shenandoah i po kilku godzinach jazdy jesteśmy na miejscu. Spędzamy w miasteczku kilka emocjonujących godzin. Poznajemy tam ledwie troje przypadkowych osób: fryzjera, dziewczynę z rodu Twardzików, znanego w Ameryce z produkcji polskich pierogów, ale przede wszystkim Andy’ego Ulicnego.

Andy Ulicny i autor; Shenandoah, 2014 r.

Wskazał go fryzjer zapytany o kogoś, kogo w tym miasteczku interesuje genealogia. Po wstępnej rozmowie telefonicznej docieramy do niego. Nie mówi o zaskoczeniu, ma dla nas czas i ochotę na rozmowę. Rzucam hasło „genealogia” i słyszę potwierdzenie, że to i jego hobby. Ma na komputerze bogatą bazę danych osób pochowanych na lokalnych cmentarzach. Podaję kilka ważnych dla mnie nazwisk: Rynkiewicz, Buchowski… jest! Pokazuje swoje wpisy, co robi na mnie duże wrażenie. Uświadamiam, że w krótkiej wizycie nie jestem w stanie zaspokoić swoich potrzeb. Nie zadowalając się wydrukiem na kilku stronach pytam czy nie udostępni mi swojej bazy na pendriv'a? Bez namysłu Andy godzi się na to i ładuje swoje dane na mojego pendrive. Jestem tym zachwycony.

Potem zwiedzamy cmentarze, znajdując liczne nagrobki Rynkiewiczów, ale i innych osób o nazwiskach bardzo kojarzących się z moim i sąsiadów z Sejneńszczyzny. Robimy wiele zdjęć, aby potem w domu, już na spokojnie wszystko to przeanalizować.

Po powrocie do kraju nadal jestem pod wielkim wrażeniem podróży do USA i spotkanego w Shenandoah genealoga. Zapraszam go do znajomych z Facebooka, czytam jego posty. Widzę, że jest to postać nieprzeciętna, bardzo szanowana w lokalnym środowisku. Bardziej niż z genealogii Andy jest znany z tego, że komentuje mecze futbolu amerykańskiego, sportu nr 1 za oceanem.

Jimmy Doyle i Andy Ulicny w dyżurce komentatorów

Po kilku latach znajomości zauważam, że Andy Ulicny wydał książkę o swoim mieście Shenandoah. Po krótkich staraniach książka jest już w moim domu. I chociaż nie znajduję w niej wątków o moich Rynkiewiczach, cieszę się, że mam „coś” o ważnym miejscu dla genealogii mojej rodziny.

Kolejny powód do radości to fakt, że Andy jest bliskim znajomym Christy Shukaitis, wielce zasłużonej dla zgłębiania i dokumentowania genealogii moich Szczudłów i skoligaconych z nimi Łabanowskich.

Kiedy wydaje się, że znajomość z Andy Ulicnym jest już „odfajkowana” i nie wniesie nic nowego, dociera do mnie mail od… Johna Ulicnego. Na wstępie już pisze, że jest kuzynem Andy’ego Ulicnego, i że po badaniach DNA jest również moim krewnym. Wie o tym, gdyż podobne badania zrobił mój ojciec Zygmunt Szczudło. Łączą nas aż trzy nazwiska: Łabanowski, Rynkiewicz i Stabiński. To trzecie nazwisko nie do końca mnie przekonuje, ale po kilkukrotnej wymianie korespondencji z Johnem i „wykopkach” metrycznych w parafii krasnopolskiej upewniam się, że John ma rację.

Kilka miesięcy później, wiosną 2022 roku niespodziewanie John melduje, że latem tego roku będzie na Festiwalu Bluesa w Suwałkach. Przyjedzie z żoną Marią Mele. Czuję się zaskoczony przyjazdem gości z Ameryki, ale także tym, że suwalski festiwal ma taką rangę w świecie. Jeśli przyjeżdżają na niego z ojczyzny bluesa, musi być dobry. Doceniając wysiłek krewniaka, który planuje dotrzeć aż zza oceanu, deklaruję że i ja tam będę.

Modyfikuję lekko wakacyjne plany, aby w rodzinnych stronach, na Suwalszczyźnie, być w czasie festiwalu i spotkać się z Johnem. W tym roku Suwałki Blues Festival ma wydanie jubileuszowe, organizowany jest 15. raz. Jedziemy z żoną i uczestniczymy tylko w ostatnich dwóch dniach festiwalu, 9- 10 lipca.

Umawiamy się telefonicznie, że spotkamy się z Amerykanami dzień po festiwalu, w hotelu w którym oni kwaterują. Jedziemy tam z pikającymi sercami. Obawy o trudności językowe w porozumieniu się szybko rozwiewamy, bo John przyjechał z żoną Marią Mele, która zna język polski. Z uśmiechem pogodna Maria opowiada, że ma polskie korzenie, jej ojcem był Tadeusz Kasztelan, andersowiec rodem spod Wilna. Maria urodziła się w Ameryce i niechętnie uczyła się języka polskiego. Rodzice jednak nie odpuszczali, za co dopiero dziś Maria jest im wdzięczna.

Z Johnem jest inaczej, mimo, że od dziecka świadomy polskich korzeni, języka polskiego się nie nauczył i teraz cierpi. Widać, że chciałby znać go dobrze, może nie tyle do kontaktów, bo jest z natury nieśmiały, ale do czytania dokumentów.

To nasza pierwsza bezpośrednia rozmowa, więc staramy się jak najwięcej poopowiadać o sobie i wspólnych wątkach rodzinnych. Przy okazji wyjaśnia się, że pierwszym przewodnikiem Johna po polskich archiwach był Daniel Paczkowski, mój kolega ze stowarzyszenia Jamiński Zespół Indeksacyjny. To on też wyszukał mu pierwsze metryki z polskich zasobów.

Drugiego dnia spotykamy się z Amerykanami w Archiwum Państwowym w Suwałkach. Maria zaraz musi nas opuścić, bo za godzinę prowadzi lekcję on-line języka angielskiego. Kiedy dopytujemy się o szczegóły, okazuje się, że John z Marią nie lecieli na festiwal z Ameryki. Już od roku mieszkają w Warszawie i do Suwałk przyjechali pociągiem. Skromnie, nie używając samochodu, zwiedzają miasto.

Maria zostawia nas w archiwum, a John dostaje zamówiony mailowo stos teczek z metrykami. Pisane ręcznie po polsku i po rosyjsku… Widać, że John czuje się całkiem bezradny, nie zna polskiego, a tym bardziej cyrylicy. Pomagam mu ratując sytuację. Po powrocie Marii przy obiedzie w restauracji „Karczma Polska” omawiamy dalsze, już wspólne plany. Amerykanie doceniają spotkanie z nami i dlatego przedłużają swój pobyt o 3 dni. Dostępna oferta na kolejne noclegi jest w kamedulskim klasztorze w Wigrach. Następnego dnia przewozimy ich do nowego hotelu, ale zanim zacznie się doba hotelowa, mamy kilka godzin czasu. Postanawiam czas ten zagospodarować po swojemu. Zapraszam gości do pojazdu i pokonujemy trasę kilkunastu kilometrów do Krasnopola, który jest dla nas obu z Johnem miejscem pochodzenia naszych przodków. Pierwsza myśl - odwiedzimy cmentarz, bo przecież z nikim nie jesteśmy tu umówieni. W Krasnopolu są dwa cmentarze. Nic nas nie goni, kolejno docieramy do obu, robiąc dużo zdjęć nagrobków z „naszymi” nazwiskami.

Andrzej Szczudło, Maria Mele i John Ulicny w Krasnopolu

„Nekroturystyka”[1] nas nie zadowala, dobrze byłoby spotkać aktualnych mieszkańców. Szybka myśl - jedziemy do cioci Danuty Rynkiewiczowej. Od dwóch lat jest wdową, ale może ucieszy się z wizyty krewniaków, doceni fakt, że o niej pamiętamy? Po chwili zajeżdżamy na podwórko ostatnich w Krasnopolu Rynkiewiczów. W progu wita nas Elżbieta, synowa cioci Danki, żona Bogdana. Po przywitaniu dowiadujemy się, że za kwadrans w tym domu ma się pojawić Jola, córka cioci Danki, która od lat mieszka w Maroku. Jest ode mnie kilka lat młodsza i mimo, że jest moją kuzynką, nigdy jej nie spotkałem. Znaliśmy się tylko z maili i rozmów przez Skype’a. Nie mogłem uwierzyć w swojego farta! Wpadłem przypadkowo, bez umówienia i spotykam kuzynkę z Maroka. Jola z córką, wnuczką i siostrzenicą dociera wkrótce. Siadamy do przygotowanego przez ciocię wcześniej stołu, faktycznie przygotowanego dla rodziny Joli. Serdeczne przywitanie, pół godziny rozmowy o aktualiach w naszym życiu i ruszamy w stronę Wigier zainstalować Amerykanów w klasztornym hotelu.

John Ulicny, Maria Mele, Andrzej Szczudło, Jolanta Abou Hilal; Krasnopol

Po obiedzie do zagospodarowania pozostaje jeszcze wieczór, ale już mamy na to pomysł. Jak zwykle w lecie, sejneńska Fundacja „Pogranicze” organizuje cykliczne koncerty Orkiestry Klezmerskiej Teatru Sejneńskiego. Dziś jest jeden z nich, z czego skwapliwie korzystamy.

Koncert w sejneńskiej synagodze. Gra Orkiestra Klezmerska Teatru Sejneńskiego

Natchnieni piękną muzyką wracamy na noclegi. Czwartek jest trzecim, dodanym ze względu na nas dniem pobytu Johna i Marii na Suwalszczyźnie. Nie mam przygotowanego planu, ale liczę na swoją spontaniczność i orientację w terenie. Gorączkowo próbuję zdefiniować potrzeby genealogiczne mojego amerykańskiego krewniaka. Ruszamy w kierunku Sejn. Po drodze mijamy wieś Radziuszki, gdzie obaj mamy swoich krewnych Łabanowskich. Ale mijamy ją bez zatrzymania, bo faktycznie nie znamy tam żadnego członka rodziny. Zmierzamy dalej w stronę Sejn. Na wysokości Sumowa uświadamiam sobie, że mijamy właśnie odnowiony niedawno dom Andrzeja Sidora. Znam imiennika ledwie kilka lat i doceniam jego dorobek fotograficzny. Z Internetu można poznać jego artystyczną biografię[2].

Aldona i Andrzej Szczudłowie, Maria Mele, John Ulicny, Andrzej Sidor

Sidorowie to rodzina bardzo licznie rozpowszechniona na terenie Ziemi Sejneńskiej, prawie wszyscy mają z nimi jakieś połączenie. Ja również wielokrotnie znajdywałem Sidorów na gałęziach swojego genealogicznego drzewa, więc dlatego od lat gromadzę metryki Sidorów. Andrzej w genealogii jest na początku tej drogi, więc niedawno pomagałem mu wypisać kilka pokoleń przodków z moich danych. Odtąd już się znamy. Wstępujemy do Sidorów i już na wejściu od Dominiki, żony Andrzeja, słyszymy zaproszenie na kawę.

Korzystamy z tego i w ciekawej, sympatycznej rozmowie, mija nam jakieś pół godziny. Z niepokojem zerkam na zegarek, bo już przez Messengera zdążyłem umówić się na spotkanie z kolejnym fotografem, Krzysztofem Palewiczem. Krzysztof kilka miesięcy wcześniej ogłosił konkurs. Pokazał na Facebooku zdjęcie, w którym za szybą kuchni dopatrzyłem się pół kota, druga połowa była niewidoczna. A że wieś nazywa się Półkoty, konkurs wygrałem. Za to bingo należała mi się flaszka śliwowicy. Na odjezdnym od Sidorów dostajemy w prezencie najnowsze wydanie albumu ze zdjęciami Andrzeja. Autor nie może się nie cieszyć, że jeden album pojedzie do Ameryki.

Do Palewiczów docieramy lekko spóźnieni, ale flaszka nie przepada. Wręcza mi ją organizator konkursu. Zapewniam, że dowiozę ją do domu we Wschowie. W domu Palewiczów nowość. Zapraszają nas do nowo dobudowanego pokoju, akurat na takie okazje jak dziś.

Aldona Szczudło, Maria Mele, Jadwiga Palewicz (mama Krzysztofa), John Ulicny, Majka i Krzysztof Palewiczowie; w domu Palewiczów

Krzysztof, prowadzący z żoną Majką gospodarstwo agroturystyczne, jest ponadto znanym w regionie fotografikiem, i ma już co pokazać. Oglądamy publikowane już albumy z jego pięknymi zdjęciami okolicznej przyrody. Pijemy kolejną kawę, rozmawiamy w kilku grupach jednocześnie. Rozmowy pęcznieją, wątek goni wątek, a ja znów w niepokoju zerkam na zegarek. Przed nami kolejne wyzwanie. Jesteśmy umówieni na rejs statkiem po jeziorach augustowskich. Gwarantuje nam to Aneta Cich, przewodniczka profesjonalna, ale i członkini Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego, do którego i ja należę. Łączy nas genealogiczna pasja. Tego dnia Aneta obsługuje wycieczkę, a nas obiecała zabrać z nią na statek. Szybko żegnamy się z rodziną Palewiczów i ruszamy w kierunku Augustowa. Mamy do pokonania trasę ponad 40 km. Czas dojazdu sugerowany przez GPS źle rokuje naszym planom, ale jest nadzieja, że … droga będzie wolna, samochód sprawny, pojedziemy z wiatrem itp. Rzeczywistość pozbawia nas złudzeń. Pędząc na złamanie karku docieramy do portu w Augustowie w 6 minut po planowanym czasie odpływu. Widzimy nasz statek kilkadziesiąt metrów od brzegu. Nie ma mowy o zawrócenia go do portu. Trudno mieć pretensję do kapitana i Anety, rozumiemy to. Interes większości pasażerów przeważył, nie można było dłużej czekać. Zniechęceni myślimy o opcji „B”, co by tu pokazać naszym amerykańskim gościom?

Najbliższym obiektem do odwiedzenia wydaje się Muzeum Kanału Augustowskiego. Wkrótce docieramy tam i podziwiamy eksponaty. Pokazując Marii i Johnowi poszczególne plansze i eksponaty próbuję opowiedzieć jak przełomowe technicznie było dzieło firmowane nazwiskiem generała Ignacego Prądzyńskiego, który skupiając potencjał inżynieryjny polskiej armii podjął się zadania skierowania rzeki i kanałów w niezwyczajnym kierunku, pod górkę. Po twarzach gości widzę, że doceniają kunszt generała.

W Muzeum Kanału Augustowskiego

Ochoty i pomysłu na dalsze zwiedzanie Augustowa nie mamy, więc po obiedzie w portowej restauracji ruszamy w stronę Sejn. Nieusatysfakcjonowany do końca gorączkowo myślę, co by tu jeszcze pokazać? I nagle przed oczami widzę drogowskaz: Studzieniczna! Bez namysłu skręcam w prawo i po kilkuset metrach jestem na parkingu. Wysiadamy z samochodu z zamiarem zwiedzenia najbardziej słynnego miejsca pielgrzymkowego Suwalszczyzny. Parking jest prawie pusty, tylko na drugim jego końcu widać autobus. Ze zwykłej ciekawości zerkam na numery rejestracyjne i …podskakuję do góry. Zobacz, mówię do Aldony, ten autobus ma leszczyńską rejestrację! Może ktoś znajomy będzie w środku? Podchodzimy do autobusu i wnikliwie przyglądamy się wychodzącym. Szanse na spotkanie na Suwalszczyźnie samochodu z rejestracją z naszych stron są znikome, ale jeśli to się udało to może… Niestety nikogo znajomego nie widzimy, ale… zza ich pleców wyłania się… Aneta, nasza przewodniczka z niedoścignionego statku. Okazuje się, że statek, którym płynęła ze swoją wycieczką, akurat z naszego Leszna, czego wcześniej nie wiedzieliśmy, zawitał do Studzienicznej. To typowa trasa, upamiętniona przez papieża Jana Pawła II. Jest po tej wizycie pomnik papieża - dodatkowy powód, aby zawijały tam wszystkie statki pływające po jeziorach.

Aldona, Andrzej i Aneta w Studzienicznej

Zwiedzamy święte miejsce; usadowioną na półwyspie kapliczkę, zaglądamy do studni, której woda podobno działa uzdrawiająco, fotografujemy się przy pomniku polskiego papieża. Miejsce to ma swoje odniesienie również w historii naszych wspólnych z Johnem krewniaków, Rynkiewiczów z Krasnopola. Opowieść rodzinna głosi, że Józef Rynkiewicz (1871- 1959), ożeniony w 1891 roku ze Stefanią Stawińską miał z nią 12 dzieci. Kiedy pierwsze troje kolejno umarły, małżonkowie uznali to za jakieś fatum i za radą starszych, wybrali się z błagalną pielgrzymką do Studzienicznej. Najwięcej dała z siebie Stefania, która szła pieszo, a tuż za nią wozem konnym asekurował ją mąż Józef. Sytuacja ta, wypisz wymaluj, zobrazowana jest w filmie pt. „Przez siedem mostów”, gdzie rolę naszego Józefa grał wspaniały Franciszek Pieczka.

Nie pamiętam jak zakończyła się wyprawa z filmu, wiem jednak, że Rynkiewiczowie doczekali się później jeszcze dziewięciorga dzieci, co jako genealog rodzinny potwierdziłem danymi z metryk parafii Krasnopol. Sześcioro z nich dożyło dorosłości, a pierwszym dzieckiem w tej grupie była moja babcia Marianna (1898- 1969). Najprawdopodobniej, jeśli wierzyć ustnym przekazom dziadków, sytuacja ta miała miejsce na przełomie wieków, w latach 1895-1897.

Znając tę historię, zawsze ze wzruszeniem odwiedzam Sanktuarium w Studzienicznej. Miejsce to wywarło również mocne wrażenie na naszych amerykańskich gościach.

Kolejną miejscowością do odwiedzenia tego dnia były Frącki, puszczańska wieś na trasie Augustów - Sejny. John Ulicny znał je tylko ze starych metryk, dokumentujących losy rodziny Stabińskich, więc trudno się dziwić, że po zatrzymaniu skierowaliśmy się do najbliższego domu z pytaniem o tę rodzinę. Okazało się, że Stabińskich jest tu wiele rodzin, a najbliżsi mieszkają 100 metrów dalej, blisko Czarnej Hańczy, z którą mają również biznesowe związki organizując spływy kajakowe. Zaskoczeni naszym najściem szybko przyznali się do krewnych za oceanem. Wiedzą o nich, chociaż bieżących kontaktów nie utrzymują. Robimy kilka pamiątkowych fotek przy ich domu i umawiamy się na kolejne kontakty i spotkania.

Wreszcie Frącki John widzi w realu
Rodzina Stabińskich znad Czarnej Hańczy

Dzień powoli się kończy, a my wieziemy gości do klasztoru w Wigrach na nocleg. Po kolacji się rozstajemy. Następnego dnia podwożę Amerykanów na pociąg do Suwałk, skąd odjeżdżają do Warszawy.

Po wakacjach mamy stały kontakt przez Internet i telefon. Wkrótce dowiadujemy się, że John z Marią postanawiają spędzić w Polsce drugi rok, z tym że teraz już w Gdyni. Uruchamiam swoje znajomości w Trójmieście, aby znaleźć im stosowne lokum. Jednak znajdują je sami.

W marcu 2023 roku umawiamy się na spotkanie na naszym terenie, we Wschowie i okolicach.

Amerykańscy goście z rodziną Andrzeja

Zwiedzamy miasto, obowiązkowa jest fotka pod pomnikiem byka Ilona, sprowadzonego przed laty z Ameryki protoplasty hodowli bydła w słynnej firmie POHZ Osowa Sień. Podoba im się miasto z taką ilością zabytków. U siebie tego nie mają. Ze Wschowy wybieramy się do Wrocławia, aby tam w krótkiej wizycie pokazać Halę Stulecia, Panoramę Racławicką i stare centrum miasta. Wrocław robi na gościach z USA wielkie wrażenie, mówią nawet o planach zamieszkania tutaj na trzeci rok.

Następnego dnia promujemy region leszczyński. Zwiedzamy centrum Leszna i zamek w Rydzynie, związany z osobą króla Stanisława Leszczyńskiego.

Na sali balowej Zamku w Rydzynie John próbował zatańczyć z Marią

Już za miesiąc czeka nas nowe wyzwanie: do Polski przyjeżdża siostra Johna, Alexis, z mężem Danielem Gomezem. Trudno byłoby przegapić taką okazję do kontaktu. Umawiamy się na spotkanie w Toruniu. Wybieramy to miejsce z dwóch powodów: po pierwsze aby nie fatygować zbytnio „świeżych” Amerykanów, którzy kwaterują w nieodległej Gdyni, po drugie mieszka tam u córki mój wujek, senior Marian Rynkiewicz, również krewny Johna. W toruńskiej kawiarni na rozmowach w serdecznej atmosferze spędzamy dwie godziny. Znajdujemy też czas na spacer po Starówce i odwiedzenie Muzeum Pierników.

Pamiątkowe fotki ze spotkania, w kawiarni i na toruńskiej Starówce

Znacznie poważniejsze wyzwanie czeka nas za miesiąc, kiedy odwiedzi Polskę druga siostra Johna, Maryann, z mężem Michaelem Beatrice. Tym razem goście lądują w Wilnie, na kilka dni. Razem z Johnem i Marią przybyłymi z Gdyni, zwiedzają miasto, z którego pochodził ojciec Marii Mele. 10 maja 2023 r. autobusem docierają do Sejn.

Wizyta czwórki amerykańskich krewniaków w Sejnach, rodzinnych stronach naszych przodków, jest wydarzeniem. Jestem na nie przygotowany; wynająłem salę w hotelu na spotkanie, zaprosiłem gości z okolicy. Zadbałem o to, aby w spotkaniu uczestniczyli przedstawiciele trzech łączących nas rodzin; Rynkiewiczów, Łabanowskich i Stabińskich. Przybyło kilku starszych panów z Frącek i reprezentantka młodego pokolenia Aneta Stabińska, która zajmuje się fotografią artystyczną.

Na tę okoliczność opracowałem prezentację multimedialną, pokazującą nasze połączenia rodzinne: Łabanowskich, Stabińskich, Rynkiewiczów, Ulicnych i Szczudłów. Podobną w treści prezentację miał również John Ulicny.

W trakcie spotkania familijnego w restauracji „U Henryka” (fot. Aneta Stabińska)

Następny dzień jest również pełen wrażeń. Po noclegu w hotelu „U Henryka” w Sejnach zabieram gości w plener. Pokazuję im swoje rodzinne gospodarstwo we wsi Gawieniance (foto poniżej), gdzie z żoną Haliną gospodaruje najmłodszy z trójki moich braci Krzysztof Szczudło.

Dalej zmierzamy do Frącek, głównej miejscowości związanej z rodziną Stabińskich. Spacerujemy po wsi wypatrując poznanych wczoraj krewniaków. Okolica jest piękna; obok las i nurt rzeki Czarnej Hańczy. Chciałoby się zatrzymać tutaj na dłużej, ale nie można. Program jest napięty.

Spacer po Frąckach

Kolejnym punktem naszego planu na dzień 11 maja 2023 r. jest rejs statkiem po jeziorach augustowskich. Atrakcja niespełniona przed rokiem, teraz dochodzi do skutku. Przewodzi nam Aneta Cich z Augustowa, moja koleżanka z Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego, profesjonalna przewodniczka turystyczna. Wie wszystko o regionie i sprawnie realizuje potrzeby turystów. Czas rejsu statkiem szybko mija, musimy wracać do Sejn. Zanim jednak wylądujemy w hotelu, decydujemy się na wypad do Radziuszek, wsi od wieków zasiedlonej przez rodzinę Łabanowskich, naszych Łabanowskich, których przedstawicielki, Bożena i Teresa uczestniczyły w spotkaniu genealogicznym rodzin w Sejnach. Nie zastajemy w domu Grzegorza Łabanowskiego, brata Bożeny i Teresy, ale oglądamy posesję, robimy zdjęcia.

Radziuszki, przed domem Grzegorza Łabanowskiego

Widzę to miejsce po raz pierwszy, chociaż od wielu lat wiem, że to stąd na przełomie wieków wyruszała na emigrację za ocean Bronisława Łabanowska (1887- 1977), wnuczka Tomasza i Floryanny Wiktorii Szczudło (1834- 1900). Już w Ameryce, konkretnie w Shenandoah, PA, skąd John Ulicny również wywodzi swoje korzenie, z Janem Stankiewiczem w latach 1905- 1925 urodziła siedmioro dzieci. Oczami wyobraźni widzę ich zmagania z niełatwym jednak życiem w Ameryce. Wiem o tym sporo dzięki Chistinie Shukaitis, której córka Bronisławy, Jadwiga Starke, była „drugą matką”. Pisałem o nich na swoim blogu.

Wizyta w Radziuszkach kończy pełen wrażeń dzień. Następny, 12 maja 2023 r., jest ostatnim dniem pobytu amerykańskich gości w Sejnach. Chcemy go w pełni wykorzystać, aby był zapamiętany, a Sejny stały się w Ameryce tematem barwnych opowieści o krainie przodków. Jedziemy na charakterystyczny dla miasteczek kresowych, pełen kolorytu targ w Sejnach. Wczuwamy się w klimat miejskiego targowiska, które dzięki bliskiej granicy z Litwą i różnicy cen jest często międzynarodowe.

Na targowisku w Sejnach

Na pół dnia rozstajemy się z zagranicznymi gośćmi, gdyż oni już wcześniej przez Internet zarezerwowali sobie warsztaty kuchni regionalnej w klasztorze wigierskim. Ucząc się przyrządzania kartaczy, sękaczy i innych specjałów regionalnej kuchni z Suwalszczyzny spędzają tam czas do południa.

W tym czasie ja z żoną Aldoną odwiedzam bazylikę, w której odbywa się msza święta. W piątkowe przedpołudnie to niezwyczajne, ale szybko wyjaśnia się przyczyna. Uroczysta msza święta ze sztandarami jest elementem ceremonii otwarcia Muzeum Kresów Rzeczypospolitej Obojga Narodów z udziałem ministra kultury Przemysława Glińskiego, posła Jarosława Zielińskiego i innych oficjeli. Jest tu też godna reprezentacja mojego stowarzyszenia, Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego: Justyna Stolarska, Aneta Cich i Sylwester Jasiński. Uczestniczymy w rytuale przecięcia wstęgi i otwarciu muzeum, ale do zwiedzania ekspozycji, unikając tłumu, przychodzimy z gośćmi później, po obiedzie.

Już na starcie Muzeum Kresów ma bogatą kolekcję zbiorów z klasztoru dominikanów

Na popołudnie zaplanowałem zwiedzanie Krasnogrudy, miejsca związanego z rodziną naszego noblisty Czesława Miłosza. Amerykanie również kojarzą to nazwisko. Zachwycają się urokliwym miejscem i pełnym zieleni krajobrazem.

Pamiątkowa fotka przed dworkiem Kunatów, wujostwa Czesława Miłosza w Krasnogrudzie

W sobotę rano odwożę czworo Amerykanów na dworzec PKP w Suwałkach. Program ich pobytu na terenie północno- wschodniej Polski jest wykonany.

W jakiś czas po odjeździe Johna z Marią do Gdyni oraz Maryann z mężem do USA dowiadujemy się, że nasza sympatyczna para planowała spędzić trzeci rok w Polsce, tym razem we Wrocławiu. Miało to nastąpić jesienią 2023 roku, po powrocie z wesela syna Marii. Terminu tego jednak nie udało się dotrzymać, gdyż John w USA zachorował. Badania i leczenie się przeciągnęły i nowym terminem ich przylotu do Polski jest lipiec 2024 r. Przylecą tylko na tydzień zamknąć swoje sprawy w Polsce, po czym wracają do Stanów, aby osiąść w nowo nabytym domu w okolicach Filadelfii.

Podsumowując swoją przygodę z Johnem i Marią stwierdzam, że są oni wyjątkowi. W ciągu ponad dwudziestu lat, kiedy mam kontakty z wieloma potomkami emigrantów z naszych rodzin, tylko oni zdobyli się na tak długi pobyt w kraju przodków. A ja czuję się wyjątkowym szczęściarzem, któremu udało się zobaczyć miejsce w Ameryce, gdzie mieszkali moi krewni, a także gościć zagranicznych krewnych w naszym pięknym kraju.

[1] Nekroturystyka – na czym polega? Jakie miejsca warto zwiedzić? – Dzień Dobry TVN

[2] Andrzej Sidor – Szeroki Kadr

Opublikowano Dodaj komentarz

The Spanish flu in Schuylkill County

For several years, I have been in the possession of genealogical materials from the USA, collected by John Noel Latzo. He is probably the most distinguished on the American side in acquiring and collecting information about the Rynkiewicz family from Krasnopol and the surrounding area. He did it for himself, because his mother was Agnes Mary Rynkiewicz (1909-1970), but he shared with me because my maternal grandmother was Marianna Rynkiewicz (1898-1969). We are 11 generations apart, but in 2014, when I visited him, we greeted each other like brothers. Maybe because, apart from family ties, we were connected by a genealogical passion. I made use of his materials several times, translating newspaper clippings or obituaries that I posted for my blog. Here is one of the texts - very current, because it tells about ... the Spanish pandemic in Schuylkill County, densely staffed by the Rynkiewicz family. I am convinced that the content is universal, and not only important for this family.

"Spanish Flu" Ripped through County in 1918

Recent news from the Center for Disease in Atlanta stated that the scientists there do not anticipate a lot of "flu" this season. That is good news, but in 1918 such was not the case.

While reading the headlines of the 1918 newspapers this musing was struck by the war headlines telling that the allies were beginning to bring an end to the 1914-1918 conflict that would be called "The War that Would End All Wars." It could not last much longer, a month, or perhaps two months.

Germany was faltering, as the Allied armies were advancing on all fronts. It would be only a matter of a short time and the slaughter would be over. It was at this peak of optimism in September, 1918, that death struck suddenly and brutally in Schuylkill county. The Spanish influenza brought its hand of death to our midst.

At first nobody paid much attention to this thing called the "Spanish Influenza", which had hospitalized a few soldiers at Camp Devins in Massachusetts.

There were a few fleeting items in Schuylkill county newspapers about Boston schools closing, and a vague hint that "Hun U-Boats" were spreading a plague of germs on America.

There were brief notes in the papers about "What To bo" about "Spanish Flu", but generally the news was about war gardens, the Red Cross, and the new Liberty Loan drive.

Then without warning, the first local 'Clue came to the people of the county on September 17, 1918. The call for draftees for the army had been held up by influenza.

By October 4, it had become a panic. The state promptly closed all saloons, pool rooms, theaters and dance halls, sparing for the moment churches and schools.

By the next day there were 800 cases of influenza in Pottsville alone. The Pottsville Board of Health issued a "Drastic Order" that all stores, except provisions and drug stores, churches, schools, clubs, etc.' should be closed at 6:00 PM. People were urged to adopt precautionary measures.

The Board of Health also issued an order that it would be a misdemeanor punishable by fine and imprisonment to spit on the side walks and that it would enforce this law to the limit.

The effect of the Board's order was instantaneous. The newspapers sent out bulletins with the news of the "flu" epidemic. Hundreds of shoppers doubled their efforts to finish their shopping before the stores closed. Hurried phone calls to people at home caused hundreds of women to rush frantically to the stores before the six o'clock deadline.

Suddenly there were 5,000 cases in the county with 1,200 cases in Minersville alone. Hysteria began to spread over the weekend.

Minersville, one of the hardest hit places in the state, had 47 deaths alone. One undertaker there was down with the "flu" himself, and could not bury the 20 bodies in his care. One story has it that he had the only hearse in town, and while driving it up Sunbury street one of the three corpses in the back suddenly came back to life and sat up. The undertaker was so frightened that he drove into a store and smashed the hearse.

The state sent doctors and nurses to Minersville and Frackville where there were only four doctors and two of them were down with the disease. There were many cases in the Heckscherville valley and an appeal for help was made to County Medical Inspector. Dr. J. B. Rogers. The state promised to send nurses to help the stricken.

One of John O'Hara's famous short stories, "The Doctor's Son" tells the story of how his father, Dr. Patrick A. O'Hara, went to the homes of the miners in Minersville and the Heckscherville valley to treat the people who had come down with the deadly virus.

Pottsville was badly frightened. Mrs. Alice Milliken threw open her Greenwood Hill home and 50 beds were hurried in. A hundred beds were put in the Pottsville Armory on North Centre street. The Red Cross appealed for blankets, sheets, bath robes, and other supplies. The Kings Daughters made face masks for people to wear so that they would not get the disease.

Tents appeared on the lawn of the Milliken home for children patients. The state police raided saloons in Gilberton, Minersville, and St. Clair, arresting saloon keepers who defied the closing orders.

Eight Pottsville Hospital nurses went down with the "flu". The overflowing obituary columns in the newspapers simply called it the "prevailing malady."

People tried anything to get rid of the "flu." Children were told to eat a yeast cake a day like a biscuit. Patent medicine sold all their supplies under the pressure of heavy advertising. One boy heard that the doctors said the only cure was to drink moonshine, an alcoholic beverage brewed at home, so he began selling it for fifty cents a pint.

Aliens feared to report cases, because they feared the bodies of their loved ones might wind up in Potter's Field if they did. In Schuylkill Haven there were no caskets, and bodies were stacked in open pits in a field and covered with lime before they were finally covered with dirt Old timers say they still remember the terrible stench from that field the following spring.

In Frackville, colliery ambulances took people to an emergency hospital in streams. Fifty one cases were reported in one row of homes in Gilberton. By October 14, Minersville had 164 deaths, 41 within two days, and a carload of caskets came in at once. More than 100 army doctors rushed here from the U.S. Army Medical Camp at Allentown, jumping into the breach to relieve county doctors who were themselves falling prey to the plague.

A "Flu Headquarters" was set up in the offices of the Philadelphia and Reading Coal and Iron Company at Second and Mahantongo street. The basement of the building was used as a morgue.

Suddenly the epidemic eased. On October 25, the county death toll had risen to 1,599 persons. But on October 29 the "flu" story had shifted to the inside pages. Two days later the word went out that theaters might re-open by November 8 and the schools by November 11.

And, just as suddenly, the epidemic came to an end. Everybody rejoiced at the news of an impending Armistice in Europe. There was no more mention of the "flu."

But it had been a month of horror and sorrow. From the time the county had its first report of the disease on October 2, at Minersville until the end in early November, 3,273 people had died in the county and that part of Northumberland county encompassed by the Third District. In Pottsville, 352 people were claimed by the deadly "flu."

It was Black October - Schuylkill county's worst period of terror.

Opublikowano Dodaj komentarz

Szubieniczny węzeł małżeński

W przedwojennym szlagierze Tola Mankiewiczówna opowiada „o czym marzy dziewczyna”. Otóż chciałaby „stanąć z nim na ślubnym kobiercu, nawet łzami zalać się”…

Marzenia takie miała pewnie Helena Łuniewska, życiowa partnerka (jak się wtedy mówiło: konkubina) Konstantego Szczudło. Jednak chwilowo na to się nie zanosiło, gdyż oblubieniec prowadził niebezpieczny tryb życia, a to – jak wiadomo – nie sprzyja stabilizacji. Nawet przyjście na świat wspólnego dziecka nie skłoniło pary do zalegalizowania związku. Jakie były tego powody? Dziś możemy tylko spekulować- może to Konstanty, zajęty swoimi kryminalnymi sprawami, nie chciał brać na swoje barki dodatkowego obciążenia w postaci prawowitej małżonki? Może, właśnie że względu na profesję, chciał chronić ukochaną kobietę przed ewentualnymi konsekwencjami swoich działań? Może było odwrotnie: Helena czekała, aż luby się wyszumi i będzie mogła na niego liczyć w stu procentach? Albo w końcu poświęci się czemuś, co zagwarantuje stabilizację i perspektywy? Interpretacji tej historii mogą być setki, ale jedno jest pewne – zakończenie.

Carski agent

Początek XX wieku to niespokojny czas. Pogarszające się warunki pracy skutkowały napiętą sytuacją w ośrodkach przemysłowych. Pokłosie rewolucji rosyjskiej 1905 r. odbiło się szerokim echem na ziemiach polskich. Ruchy robotnicze rosły w siłę, wybuchały strajki i zamieszki. Polska Partia Socjalistyczna powołała swą Organizację Bojową już w maju 1904 r. W kolejnych latach przeprowadziła setki akcji zbrojnych i terrorystycznych (zamachy, odbijanie więźniów, ekspropriacje). W aktywną działalność zaangażowani byli późniejsi politycy z najwyższych szczebli władzy, m.in.: Józef Piłsudski, Ignacy Mościcki, Kazimierz Sosnkowski, Aleksander Prystor, Walery Sławek, Tomasz Arciszewski. Ten ostatni – premier RP na uchodźstwie w latach 1944- 47- był m.in. organizatorem zamachu na rosyjskiego generała Andrieja Margrafskiego. Ten carski urzędnik „ (…) znał doskonale społeczeństwo polskie i mówił językiem polskim jak własnym. Tę właściwość przypisywano […] między innymi bliskiej znajomości ze znaną powieściopisarką Gabrielą Zapolską. Tej znajomości Margrafski zawdzięczał możliwość zapoznania się z duszą polską, co dla niego, jako dla żandarma, miało znaczenie pierwszorzędne. […].

Zapolska znów zawdzięczała znajomości z generałem temat do znanej sensacyjnej sztuki […]. Z rozmów z Margrafskim dowiedziała się Zapolska o wielu ciekawych sprawach, o zawikłanych śledztwach, o denuncjacjach […]. Słyszałem o czasach, gdy Margrafski był jeszcze rotmistrzem żandarmskim, a ona osobą młodą, udawało jej się nieraz ratować młodych studentów, prowadzących pracę nielegalną” .
Carski siepacz w Warszawie rezydował od 1883 roku, najpierw jako lejbgwardzista, potem starszy adiutant Zarządu Warszawskiego Okręgu Żandarmerii, a od 1905 r. – szef tajnej policji i zastępca warszawskiego generała- gubernatora Gieorgija Skałona. „Nie był ani okrutnikiem, ani bezdusznym prześladowcą. Może nawet nie był złym człowiekiem. Był jednak człowiekiem żelaznego systemu”.

Strzały na zakręcie

Margrafski wraz z rodziną mieszkał w podwarszawskim Otwocku, do którego codziennie dojeżdżał z Warszawy pociągiem, podróżując w oddzielnym, doczepianym wagonie. Na stacji czekał na niego powóz zaprzężony w białe konie, którym wracał do domu. Zwyczaje carskiego urzędnika rozpracowali bojowcy z PPS, którzy od kilku tygodni obserwowali teren. Zasadzka została przygotowana na trasie przejazdu generała w lesie, pomiędzy stacją kolejową a domem. Jednak kilka tygodni przed planowanym zamachem pojawiły się komplikacje: w związku z napadem na pociąg w pobliskim Celestynowie, generałowi podczas przejazdów zaczęła towarzyszyć wzmocniona eskorta. Akcję wyznaczono na 2 sierpnia, a ponieważ popołudnie było wyjątkowo upalne, ochrona powozu pozostawała w pewnej odległości za głównym pojazdem, w którym siedział Margrafski z żoną, 6- letnim synkiem i 3- letnią córeczką. Najbliżsi często wyjeżdżali po „papę” na stację. Tak było niestety i tym razem.

„Było dla bojowców polskich świętą zasadą, by według możności ograniczać liczbę ofiar do niezbędnego minimum i za wszelką cenę oszczędzać niewinne osoby. Zasadę tę przestrzegano nieraz z narażeniem własnego życia.”

Gdy powóz mijał gospodę Buczyka i szykował się do skrętu w ulicę Reymonta, do kolasy doskoczyli bojowcy i – z bardzo bliskiej odległości – otworzyli ogień. Gwardziści chroniący powóz uciekli na pierwszy odgłos strzałów. Margrafski zginął na miejscu, kilkukrotnie trafiony w pierś wypadł z powozu, a jego 6-letni syn Koka został ciężko ranny i zmarł tej samej nocy. Zamachowcy zdołali uciec. Jak to wszystko odnosiło się do szlachetnych idei oszczędzania niewinnych? Wersja socjalistów brzmiała nieco inaczej: Arciszewski strzelał z bliska, aby zabić generała, a chłopca trafiła zbłąkana kula, w czasie strzelaniny, jaka wywiązała się pomiędzy zamachowcami a lejbgwardią.

Obiecanki

W Otwocku wybuchła panika- letnicy i część mieszkańców w pośpiechu opuścili miasteczko w obawie przed represjami, a każdy wyjeżdżający poddawany był wnikliwej rewizji.
Śledztwo w sprawie zabójstwa prowadził płk Sobakiński, naczelnik kancelarii Margrafskiego. W letnisku zaroiło się od sołdatów i agentów ochrony. Opierając się na informacjach z przesłuchań i pogłoskach, aresztowano kilkunastu mężczyzn, których przewieziono do Cytadeli. Jednak po kilku tygodniach wszyscy odzyskali wolność- nie znaleziono dowodów jakiejkolwiek winy. Ponieważ latem 1906 r. odbyły się kolejne akcje terrorystyczne (zamach na Skałona, „krwawa środa”), władze carskie miały pełne ręce roboty i śledztwa w sprawie zabójstwa Margrafskiego nie traktowano priorytetowo. Zresztą prasa w Kongresówce niezbyt chętnie informowała o akcjach wymierzonych w działania aparatu carskiej represji.

Jednak sprawa ta doczekała się swojego- trochę absurdalnego, ale przede wszystkim tragicznego- finału. W 1908 r. o zamach w Otwocku oskarżono dwóch mężczyzn: Antoniego Lipskiego i Konstantego Szczudło. Aresztowani zostali przy okazji jakiegoś błahego- w porównaniu z zabójstwem- przestępstwa, a do zabicia generała przyznali się w trakcie przesłuchań, skuszeni łagodnym wymiarem kary. W procesie, obrońcą skazanych był Bronisław Grosser, słynny działacz niepodległościowy i przywódca żydowskiego Bundu. Niestety, system musiał ukarać winnych, choćby przypadkowych – dla obydwu orzeczono karę śmierci przez powieszenie. Datę kaźni wyznaczono na 18 stycznia 1909 r.

Wesela nie było

Dzień wcześniej Helena Łuniewska dostała depeszę. „Przyjeżdżaj zaraz w tej chwili dzisiaj i przyjdź z dzieckiem, bo jest pozwolenie ślub wziąć przed śmiercią, tylko proszę cię zaraz siadaj w dorożkę i przyjeżdżąj bo jutro to już będzie zapóźno. Konstanty Szczudło”

Po przeczytaniu, bez zastanowienia Helena ubrała się, opatuliła dziecko i razem z półtorarocznym maleństwem wybiegła z domu. Ślubu, w kancelarii X pawilonu Cytadeli, udzielił ks. Henryk Staniszewski, wikariusz kościoła pw. Najświętszej Marii Panny. Nie było kobierca, ale były łzy. Godzinę po ceremonii, tuż po północy, pan młody zawisł na szubienicy…


Autor: Opracowała Agnieszka Bogucka, wprowadzenie: Iwona Dybowska

Tekst publikowany 26. stycznia 2017 r. w piśmie Samorządu Województwa Mazowieckiego „Z serca Polski nr 1/17”

Apendix

Powyższy artykuł przypadkowo odszukany przeze mnie w Internecie, opisuje okoliczności, w jakich odszedł z tego świata bratanek mojego pradziadka Adama Szczudło (1847- 1911), Konstanty (1886- 1909), syn Juliana Karola (1844- 1916) i Teresy Szyborskiej (1850- 1903). Zostawił po sobie syna Bolesława Konstantego ur 26.08.1908 r. oraz wdowę Helenę z Łoniewskich (wersja nazwiska z metryki ślubu), córkę Józefa i Franciszki Muchowicz. Poznanie historii tych osób będzie celem dalszych poszukiwań.

Opublikowano Dodaj komentarz

From Sejny to America

I have known for quite a long time that the sister of my great grandfather Adam Szczudło, Wiktoria married Kazimierz Zielepucha (1835-1905). Then I met this name several times in the registers and records of the Sejny parish, usually written out for the inhabitants of the village of Zagówiec, which from the 1940s was also the village of my ancestors, Szczudłos.

Personally, I didn't know any Zielepucha. Over time, Witek Zielepucha from Sejny came to my Facebook friends, but he wasn't very interested. The topic of the genealogy of this family interested me more when I realized that the Zielepuchas were also associated with Kasperowiczs, on whose family tree also Szczudłos had their "imprints". Antonina Szczudło, daughter of Paweł and Marianna Gorczyńska, in 1863 married Kazimierz Kasperowicz, born in 1840 in the village of Tomasze. However, I did not find any child records of this pair. Antonina Kasperowicz, already being married, in 1870 appears in the baptism records of Anastazja Polens, daughter of Teodor and Konstancja Szczudło, her sister. She dies in 1905 in the village of Wiłkokuk, probably childless.

In mid-June this year, the surname Zielepucha, in a slightly changed version - Zielepuka, unexpectedly appears on the Facebook genealogy forum. This time unknown to me woman from America writes - Yelyzaveta Van Duker. When I write that this is a surname from my pedigree, she mentions that it is also in her husband's family tree. The key person is Bronisława Zielepucha, who emigrated to the USA with her older sister Franciszka. Her emigration document indicates Zagówiec (of course, spelled incorrectly) as the place of birth, while Franciszka's death certificate mentions her parents; Kazimierz Zielepucha and Wiktoria Szczudło (also with errors). Encouraged by the discovery of more cousins ​​in America, I am reviewing the record resources of the Sejny and Berżniki parishes. Quite a few records are found, including the oldest in the region, Benedict, who was born in an unknown location around 1790. He died in Bierżałowce in 1846. He probably had two wives; Anna Byczkowska and Marianna Mackiewicz. Benedict had three children with the first wife; Marianna - born in 1827, Kazimierz - 1835 and Marcella - 1839. Like his father, Kazimierz is also married twice. Rozalia Jachimowicz from Budziewizna, who gives him four children, is his first choice; Antonina - 1862, Franciszek Leopold - 1865, Józef - 1867 and Wincenty. The first two die after a few days, Wincenty at the age of 18, there is no information about Józef in the records available to me. The first wife of Kazimierz Zielepucha dies in 1872-73 and then the widowed man with two minor children decides to enter into a new relationship. Wiktoria Szczudło, daughter of Paweł Szczudło (1812-1895) and Marianna Gorczyńska (1801-1885), is his chosen one. Kazimierz's second marriage is even more fruitful than the first and brings him five children: Kazimiera - 1874, Władysława - 1878, Rozalia - 1880, Franciszka - 1881 and Bronisława - 1886. Kazimiera's fate is not widely known, it is only known that in 1893 she gave birth to a maiden child - Franciszek, who lived only a few weeks. It is not known what future Władysław had. The resources of the Sejny parish have two records of Rozalia, of which it is known that she lived only two days.

The last two children of Kazimierz and Wiktoria Zielepucha, Franciszka and Bronisława, emigrate to America. Franciszka left her homeland as early as 1901, Bronisława only in 1913, 8 years after her father's death. Bronisława emigrated by NECKAR to Philadelphia.

After the life experiences of Benedykt and Kazimierz, double marriages in the Zielepucha family should not come as a surprise. Similarly, Bronisława gets married twice, twice for Lithuanians from the area close to her homeland. Her first choice is Frank Gaidziunas (1877-1925), with whom she has three children; Frank, Jeanne and Pauline.

Bronisława's second husband was Peter Zukaitas (1897-1956), born in the city of Simnas in Lithuania, with whom she had a child at the age of 42. She was named Bronisława after his mother, which in the American version sounded a bit different - Bertha. Bertha Zukaitas (1928- 2014) was already in the first generation of "born American" and grew up in a multilingual family, where father spoke Lithuanian, mother Polish, and she spoke English and everyone understood each other.

Bertha's life partner was Tadeusz Miklas, who lived in the years 1919–2006, certainly also having Polish roots. This marriage brought two children into the world; Lorraine and Tom. Lorraine married Bradford Van Duker. Their family achievements are three children: Scot, Laura and Mark.

Scot Van Duker went to work in Kiev for several months, where he was employed at the US Consulate. In a mean time a work mode of the US Embassy in Warsaw was presented at the Kiev consulate by a young English teacher, Yelyzaveta Avetysian. Enchanted by the presentation and probably more by the charm of a young Ukrainian woman, Scot showed appreciation, after which there was continuation. He took the "presenter" with him to America, where she became his wife. Today they form a happy marriage with two children.

Among immigrants to America, I have a lot of cousins who make colorful international couples, but this one is especially international. The Scot's genealogy line includes Poles, Lithuanians, then Belgians, Dutch and French, but also English, Scots and Irish. At its end is wife Liza, after Armenian father, after Ukrainian mother. Scot's brother Mark Van Duker married a girl from China. As you can see, America is still a good place to live and work for all nations.

Opublikowano Dodaj komentarz

Baza danych pochowanych w Shenandoah

Materiał przekazany przez jednego z Sympatyków, do czego i innych namawiamy. Podzielcie się z nami Waszymi historiami!

„Pracując nad genealogią rodziny Rynkiewiczów z Krasnopola i okolic, którzy są moimi krewnymi z matecznej linii ojca, dowiedziałem się, że mają oni krewnych w gronie emigrantów do Ameryki. Dzięki dotarciu do tych żyjących tam dzisiaj dowiedziałem się gdzie szukać ich śladów. W ten sposób zmotywowany jak nigdy dotąd, w 2014 roku trafiłem do miasteczka Shenandoah w Pensylwanii. I tu zaskoczenie. W miasteczku liczącym dziś około 5 tys. mieszkańców jest ponad 10 cmentarzy. Aż roi się na nich od nazwisk kojarzących się z Suwalszczyzną; polskich i litewskich. Chcąc coś z tym zrobić, przez kilka godzin fotografowałem nagrobki, w czym dzielnie sekundowali mi członkowie rodziny. Pod koniec pobytu w tym miejscu udało mi się dotrzeć do Andy’ego Ulicnego (Czech z pochodzenia) – lokalnego miłośnika historii i genealogii, który miał na komputerze bazę danych o osobach tu pochowanych. Bez żadnych oczekiwań z mojej strony udostępnił mi wszystkie dane.

Dysponując bazą danych osób pochowanych w Shenandoah – mieście, które w szczycie amerykańskiego boomu węglowego miało około 25 tys. mieszkańców, chciałbym podzielić się informacjami z rodzinami emigrantów. Chętnie pomogę zainteresowanym genealogią w identyfikacji pochowanych w Shenandoah. Proszę pisać do mnie na adres mailowy: al****@**.pl ”

Shenandoah, PA

  • początki osadnictwa w 1820 r
  • założenie miasta w 1866 r
  • w 1870 r. – 3 tys. mieszkańców
  • 1890 r. – 16 tys.
  • 1910 r. – 26 tys.
  • 1950 r. – 16 tys.
  • 2010 r. – 5 tys.

Więcej informacji o miasteczku Shenandoah w języku angielskim można znaleźć na stronach Wikipedii.

Andrzej Szczudło, Wschowa (Sejny), tel. +48 503 147 841