
Poznałem go w kwietniu 1954 roku. W zasadzie to on poznał mnie pierwszy. Byłem dla niego trzecim (środkowym) dzieckiem, po Alicji i Zdzisławie. Bardziej przypadek niż zamiar sprawił, że urodziłem się w Sejnach. Moi rodzice zamieszkali tam w przerwie, po opuszczeniu Gołdapi i przed zamieszkaniem w Olecku. Faktycznie „zawdzięczam” to starszemu bratu Zdzisławowi, który, będąc chorowitym dzieckiem, płakał po nocach, nie dając spać domownikom. Działo się to w drewnianej chacie dziadka Jana Szczudło w Zagówcu, gdzie Zygmunt z Jadwigą i synem po powrocie z Gołdapi najpierw zamieszkali. Chata miała tylko jedną ogrzewaną izbę, w której nie dało się odseparować płaczącego malucha od chcących spać dorosłych. Po kolejnej niespanej nocy dziadek dał do zrozumienia, że młodzi rodzice mają wyprowadzić się z dzieckiem. Znaleźli do wynajęcia drewniany domek na ul. Konopnickiej w Sejnach, w dzielnicy zwanej Koziarką. To w nim przyszedłem na świat w wielkanocny poniedziałek 19 kwietnia 1954 roku.

Doceniłem ten fakt po latach, kiedy uświadomiłem sobie, że spośród pięciorga dzieci swoich rodziców tylko ja jeden jako miejsce urodzenia miałem wpisane Sejny, a Sejneńszczyzna to teren zasiedlony przez Szczudłów od prawie 200 lat. W naszej rodzinie tylko ja i Mama mieliśmy ten przymiot bycia Sejniakami z urodzenia. Tato urodził się w Zagówcu, a moi bracia każdy w innym mieście: Zdzisław (jak siostra Alicja) w Gołdapi, Teodor w Olecku, a Krzysztof w Augustowie. Ich miejsca urodzenia dokumentowały kolejne adresy zamieszkania rodziców.
Moje pierwsze wspomnienia związane z ojcem dotyczą spraw dla mnie ważnych. Pierwsze z nich wiąże się z sytuacją, kiedy, wracając z organizowanej w oleckim GS choinki dla dzieci, byliśmy zaczepiani przez jakiegoś przechodnia. Tato szybko zareagował, separując nas od natręta. Byłem z niego dumny, że nas obronił.
Kolejna sytuacja dotyczyła motoru. Posiadanie motoru w latach 50. było nie byle czym. Kiedy Tato zabrał mnie na przejażdżkę poza miasto, byłem przeszczęśliwy. Pamiętam tylko samą jazdę, co było dla mnie wielkim przeżyciem. Bardzo zasmuciłem się natomiast, kiedy sprzedał motor swojemu bratu.
Więcej faktów wiąże się z czasem, kiedy miałem już 8 lat i zamieszkałem na wsi, w Zagówcu. Dom nie był jeszcze całkowicie wykończony, ale rodzice zdecydowali się wprowadzić do niego jak najprędzej, godząc się na spartańskie jeszcze warunki. Kiedy już tam mieszkaliśmy, układano podłogi, instalowano centralne ogrzewanie i kryto dach dachówką. Przy kryciu dachu miałem swój skromny udział, z perspektywy dziecka oceniany jako duży. Po drabinie nosiłem na dach cementowe dachówki! Myślę, że to asystowanie w dzieciństwie przy budowie domu, po latach pomogło mi podjąć decyzję o budowie własnego, we Wschowie.
Tato nie miał konkretnego zawodu, ale w życiu sprawdził się w wielu fachach, m.in. w stolarstwie. Prawdopodobnie wiedzę i umiejętności miał po swoim ojcu Janie Szczudło, który gospodarzył na 3 ha ziemi, ale ponadto był cieślą. Robił sanie, grabie, koszyki, które sprzedawał na targu.
Kiedy byliśmy w szkole podstawowej, Tato zrobił nam solidne, dębowe narty. Miały jednak wadę: brak rowka na spodzie, co sprawiało, że trudno było utrzymać kierunek jazdy.
Mimo że zwykle zajmował się pracami użytecznymi, którejś zimy zrobił nam skrzynkę do łapania sikorek. Miała sprytną pułapkę, która zamykała wieko skrzynki, kiedy ptaszek stanął na patyku. Cieszyliśmy się tym wynalazkiem krótko – do czasu, aż zdechła nam sikorka uderzona krawędzią wieka skrzynki.
Innym wyrobem tatowego warsztatu były sanki, tzw. samociążki, które miały kłonice, umożliwiające transport drewna. Zimą jeździliśmy nimi do lasu (rządowego) po drewno. Las był państwowy, więc nie mieliśmy poczucia, że kradniemy drewno. Po latach trudno zrozumieć motywację, ale miałem do tej roboty taki ciąg, że po lekcjach szybko wracałem do domu, aby jechać na „drewnobranie”.
Mieszkając w Zagówcu chodziłem do szkoły podstawowej w Sejnach, tej samej, do której wcześniej uczęszczali moi rodzice. Niewiele o tym opowiadali. Tato dał się sprowokować do wspomnień z tego okresu dopiero będąc na emeryturze. Pytałem go o sytuację na początku wojny, w 1939 roku. Opowiadał, że miał w klasie żydowskich kolegów, ale nie byli lubiani, bo… zawsze przynosili kanapki. Biedota ze wsi po prostu im tego zazdrościła.
Najdłużej Tato pracował w gminnej spółdzielni Samopomoc Chłopska, najpierw w Olecku, później w Sejnach. W Olecku wprowadził go do GS-u starszy o kilka lat brat cioteczny Stanisław Kazimierowicz, którego losy opisałem na swoim blogu. Zygmunt Szczudło najpierw był jego pomocnikiem, a później całkowicie go zastąpił. Nabrał w Olecku doświadczenia jako magazynier w magazynie zbożowym. Były to trudne czasy dostaw obowiązkowych. Nie mogąc się z nich w pełni wywiązać, niektórzy rolnicy przychodzili do magazyniera, próbując uzyskać kwit dostawy „na lewo”. O takich możliwościach wiedziała Służba Bezpieczeństwa, której funkcjonariusze po cywilnemu nachodzili magazyniera. Jak sobie z tym radził, nie wiem. Wspominał tylko, że miał tego typu problemy.
Kiedy w 1962 roku Zygmunt Szczudło zatrudnił się w magazynie zbożowym GS w Sejnach, miał już spore doświadczenie i dobrze radził sobie z obowiązkami. Docenili to również przełożeni, przenosząc go po kilku latach na bardziej odpowiedzialne stanowisko magazyniera w magazynie spożywczym. W owym czasie była to hurtownia artykułów spożywczych zaopatrująca wiejskie sklepy. Konnymi wozami sklepikarze przyjeżdżali po towar.
Jeszcze w czasie pracy Taty w magazynie zbożowym dostałem od Mamy przykazanie, aby po szkole zawsze zachodzić do niego i jeśli jest „potrzeba”, zostać do zamknięcia firmy. Domyślnie taką potrzebą była szykowana popijawa. Zdarzało się to od czasu do czasu i wtedy istniało niebezpieczeństwo, że podpity magazynier nie zadba należycie o zamknięcie wszystkich drzwi do magazynu. Profilaktycznie miałem zostawać z Tatą i go asekurować. Wywiązywałem się z tego bez pretensji, czasem nawet prowadząc podpitego do domu. Być może wtedy powstała moja głębsza relacja z ojcem, której po latach nie umiała zrozumieć moja Mama. Zawsze była o to zazdrosna i obrażona. Już wiele lat później, kiedy byli na emeryturze, wielokrotnie wypominała mężowi „wypitki” w GS. A faktycznie były one okazjonalne, inicjowane przez rolników, którzy korzystnie sprzedali swoje produkty spółdzielni. Nieco inaczej – trudniej – było kiedy Tato został magazynierem w magazynie spożywczym. Przechowywano tam rozmaite towary, a wśród nich alkohole, które kusiły niejednego. Kluczowym momentem była dostawa towaru do magazynu. W Sejnach stacji kolejowej nie było, więc transport alkoholu docierał samochodami. W magazynie czekała brygada rozładowcza, zwykle „głodnych” osiłków, którzy szukali stłuczek – butelek uszkodzonych w trakcie transportu. Jeśli ich nie było, prowokowali rozbicie którejś butelki, co stwarzało konieczność sporządzenia protokołu na okoliczność braków. W takich sytuacjach mężczyźni zachowywali się śmielej niż zwykle, na co ja – dyżurny – musiałem uważać. Korzyścią z tego po mojej stronie było to, że chodząc pomiędzy regałami znajdowałem „stłuczki” cukierkowe. Z niektórych kilkukilogramowych toreb przetartych na krawędzi wylatywały cukierki, a te, które spadły, były moje. Jeśli nie chciały spaść, ja im pomagałem. Krówki, raczki, sygusy to bohaterowie moich słodkich wspomnień z tamtego czasu.
Jak wielu podpitych, mój ojciec bywał nieraz śmieszny. Pamiętam sytuację w magazynie zbożowym. Po pracy zostało kilka osób, w tym mój Tato i jego szwagier Irek Buchowski. Popijali sobie, ale na koniec doszło do jakiejś sprzeczki wujka Irka z postawnym mężczyzną, który był tam pracownikiem fizycznym. W którymś momencie Zygmunt zaszedł go z tyłu i nie za mocno kopnął w tyłek. Kopnięty odwrócił się i powiedział: Zygmunt, ty mnie będziesz bił? Nie było z tego większej draki, ale w mojej pamięci pozostał zabawny obraz ojca czającego się, aby kopnąć dryblasa i jego reakcja. Było to prześmieszne!
Innym razem Tato przyszedł z pracy podpity i kazał mi coś pisać. Znalazłem kartkę i pod jego dyktando pisałem: Płynął buk przez Bug, dałby Bóg, aby buk przez Bug przepłynął szczęśliwie.
Kiedy skończyłem i oddałem kartkę, okazało się, że ojcu chodziło o sprawdzenie moich umiejętności polonistycznych. Zrobiłem chyba kilka błędów, bo nie bardzo wiedząc, o co chodzi, spieszyłem się, aby szybko dojść do finału. Ten egzamin był skutkiem towarzyskiego spotkania przy kieliszku, jakie nieraz odbywały się w GS-ie.
Moje korzyści z posiadania taty magazyniera to również fakt, że w jego magazynie można było pozyskać dużo makulatury, której zbiórka była obowiązkiem każdego ucznia. Dowody dostawy do punktu skupu okazywało się w szkole, a ta prowadziła ewidencję i ranking. Na koniec roku organizowano podsumowanie i najaktywniejszym zbieraczom wręczano nagrody.
Na początku nasz Tato dzielił kwity makulaturowe między synów. Każdego z nas wymieniano na apelu, ale żaden nie był w pełni usatysfakcjonowany. Po pewnym czasie zorientowaliśmy się, że w podstawówce nagrody były bardzo marne i bardziej opłacało się pisać kwity na starszego brata Zdzisława, który był w liceum, gdzie bardziej doceniano zbieraczy. W ten sposób weszliśmy w posiadanie małej, jednotomowej encyklopedii PWN, która cieszyła całą rodzinę. Do dziś zachowała się w mojej sentymentalnej bibliotece.
Mniej chwalebne wspomnienia mam o Tacie w kontekście królików. W czasach szkolnych hodowaliśmy je w swoim gospodarstwie w Zagówcu, podobnie jak dzieci sąsiadów. Każdy z braci miał swoje, którym budował klatki, dostarczał paszę, szukał samca dla samicy itp. Kiedy urosły do sprzedażnej wagi, chcieliśmy je spieniężyć. Nie było to łatwe, bo trzeba było wózkiem zawieźć je do miasta, a skup odbywał się w godzinach pracy i nauki. Aby to załatwić bezkonfliktowo, Tato zaproponował, żeby zostawić króliki u niego w magazynie, a on je sprzeda, bo punkt skupu był w pobliżu, w GS. Tak też się stało. Króliki zostały sprzedane, ale Tato… zapomniał, że były nasze i to nam należały się pieniądze. Nie mieliśmy tygodniówek, więc o własne złotówki było bardzo trudno. Nie mieliśmy odwagi, aby się o nie jawnie upomnieć. Efektem tego był brak dalszej ochoty do hodowli królików no i żal, który został w pamięci na całe życie. Tato nie zamierzał tego tłumaczyć, a dopiero po pewnym czasie, kiedy wątek ten wypłynął od nas, on był zdziwiony.
Podobnie zły byłem na niego, kiedy otworzył list adresowany do mnie, który dostał od listonosza. Listonosz, nie chcąc wozić listu na wieś, przekazał go ojcu w pracy. Tato w biurze rozerwał kopertę i wydobył z niej zdjęcie dziewczyny, którą poznałem na szkolnej wycieczce. Oglądali je wszyscy w biurze, podśmiewali się ze mnie. Dla mnie, kilkunastoletniego wtedy chłopca, była to sprawa bardzo osobista, delikatna. Ojciec nie uszanował mojej młodzieńczej wrażliwości. Dziewczyna na zdjęciu była Węgierką (Waleria Budayova), którą poznałem na szkolnej wycieczce w czeskie i polskie góry. Korespondowałem z nią przez kilka lat po rosyjsku.
Pracując stacjonarnie w GS-ie w Sejnach Tato rzadko gdzieś wyjeżdżał. Pamiętam, że jeszcze za czasów pracy w magazynie zbożowym wyjechał na kilkudniowy, branżowy kurs w Rejowcu koło Lublina.
Był też raz na zakładowej wycieczce do NRD (Lipsk, Drezno, Miśnia), z której przywiózł kilka pamiątek, ale i jedną rzecz użytkową. Była to ręczna maszynka do strzyżenia. Cieszył się z tego, bo w domu miał do obsługi głowy czterech synów. Dzięki posiadaniu maszynki do strzyżenia mógł już nie wydawać pieniędzy na fryzjera w mieście. Problem mieliśmy my, bo strzyżenie często kończyło się płaczem. Maszynka nieustawiona odpowiednio przez fachowca wyrywała włosy, co trudno było lubić.
Ostatnim etapem 25-letniej pracy Taty w GS (w Olecku, a potem w Sejnach) była funkcja kierownika Składnicy Maszyn i Narzędzi Rolniczych. Do jego obowiązków należały zaopatrzenie i sprzedaż maszyn rolniczych. Ze względu na niedobór maszyn na ówczesnym rynku, dawano do sprzedaży w GS również ciągniki rolnicze wycofane z pracy w preferowanych wtedy SKR-ach. Mimo znacznego zużycia miały one duże wzięcie wśród okolicznych rolników, którzy domowymi sposobami umieli doprowadzić je do przyzwoitego stanu i używać jeszcze przez wiele lat. Chętnych na nabycie ciągnika było znacznie więcej niż GS miał w ofercie, więc o kolejności zakupu decydowała komisja. Tato też wchodził w jej skład i dlatego co jakiś czas pojawiał się w naszym domu jakiś gość z flaszką. W towarzyskiej rozmowie debatowali nad kieliszkiem, co Mama ledwie tolerowała. Już nawet nie chodziło o alkohol, bo Tato raczej w piciu nie przesadzał, ale o zmarnowany czas. W powstającym wtedy gospodarstwie zawsze było dużo roboty, więc zastój wprowadzał ją w stan wzburzenia.
W roku 1973, po nieudanym starcie na studia, dostałem się do szkoły pomaturalnej w Henrykowie koło Ząbkowic Śląskich. Miejsce to było tak daleko od rodzinnych stron, że nigdy nie spodziewałem się żadnych odwiedzin. Jednak któregoś razu niespodziewanie, bo bez zapowiedzi (telefony były wówczas rzadkością) Tato mnie odwiedził. Jego pojawienie się w progach naszej szkoły było tym bardziej niespotykane, że mieszkał 700 km od Henrykowa.
Jak się potem okazało, Tato był w podróży służbowej do położonego niedaleko Henrykowa Brzegu Dolnego. Pracując na stanowisku kierownika Składnicy Maszyn Rolniczych GS w Sejnach, był zobowiązany zabiegać o zaopatrzenie. Wybrał się z kierowcą po towar, a przy okazji „wpadł” do syna. Nie muszę przekonywać, jak mi było miło.
Wśród henrykowskich wątków związanych z moim ojcem jest też inny. Podczas jednego z pobytów wakacyjnych pod Sejnami Tato opowiadał mi, że kiedyś zgłosił się do niego jakiś pan z prośbą o wsparcie w zakupie deficytowych maszyn rolniczych. W rozmowie towarzyszący rolnikowi starszy pan powoływał się na znajomość ze mną. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że był to nie kto inny jak dr Zbigniew Urbaniak, co po latach potwierdziła jego córka. Miał we wsi Boksze Osada na Suwalszczyźnie znajomych, u których spędzał urlop. Nie wiem niestety, czy ostatecznie protegowany doktora skorzystał ze wsparcia Zygmunta Szczudło, który być może nie wiedział, jak ważną osobą, nie tylko w aspekcie nauki, był dla mnie Zbigniew Urbaniak.
Pracując w GS, ojciec stopniowo coraz bardziej angażował się w prace rolne, najpierw na wydzielonym pod nasze bieżące potrzeby kawałku ziemi dziadka, a po jego śmierci już na swoim. Nie było tego wiele, łącznie około 3 ha kiepskiej, piaszczystej ziemi. Nie mieliśmy pieniędzy na maszyny, więc większość pracy wykonywana była ręcznie. Dzięki temu w ciągu kilku lat otarłem się o rolnictwo w wersji prymitywnej, przedwojennej. Ręcznie zbieraliśmy ziemniaki, kosiliśmy zboże, podbieraliśmy i stawialiśmy w snopki. Byłem z siebie bardzo dumny, nabierając nowych umiejętności, chociaż większości z nich uczyła nas Mama. Pamiętam, że podziwiałem wtedy Tatę, który wstawał o świcie, aby pracować na polu, po czym jechał do pracy na godzinę 7.00 w magazynie. Po powrocie jadł szybki obiad i wracał na pole. Był człowiekiem wyjątkowo pracowitym. Sytuacja ta zmieniła się, kiedy po 25 latach pracy w gospodarce uspołecznionej przeszedł na własne gospodarstwo, poszerzone do kilkunastu ha dzięki nabyciu zapuszczonej ziemi już prawie przejętej przez Skarb Państwa. Dopiero wtedy w gospodarstwie w Zagówcu zaczęły pojawiać się maszyny rolnicze i perspektywy na prawdziwe rolnictwo.
W którymś momencie, na początku lat 70., kiedy rodzice nabyli gospodarstwo, używany traktor dotarł na nasze podwórko. Nie znam szczegółów tej transakcji, bo opuściłem już rodzinne gniazdo, ale pamiętam, że stał tam na podpórkach i czekał na remont. O ile dobrze pamiętam, nie doczekał się, bo po kilkuletnim okresie oczekiwań trafił do kolejnego nabywcy, podobno za cenę nabycia. Tato raczej nie miał żyłki do interesu, był uczciwy i nie potrafił wykorzystywać swojej pozycji w firmie.
Kiedy już zrezygnował z etatu w GS i skupił się tylko na swoim prawdziwym gospodarstwie, Tato kupił nowy ciągnik Ursus 360, który musiał odebrać w fabryce w Ursusie. Jego nabycie i surwiwalową wyprawę po odbiór opisał we wspomnieniach, na które dał mi się namówić, mając prawie 90 lat.
Rozważając po latach sytuację rodzinną, stwierdzam, że Tato za wcześnie oddał swoje gospodarstwo następcom. Był wtedy w pełni sił i mógł dalej pracować. Zmiany sprowokowała mama, która uznała, że mając wymagany do emerytury wiek, marnuje swoje szanse, nie pobierając emerytury za 25 lat pracy w gospodarce uspołecznionej. Warunkiem uzyskania emerytury rolniczej było wtedy przekazanie gospodarstwa na następcę. Docelowym następcą, nie bardzo z wyboru, a raczej trochę z przymusu, miał być najmłodszy syn Krzysztof, który w owym czasie nie bardzo był na to gotowy. Faktycznie rodzice nie zadbali o przygotowanie go do tej funkcji. Kompromisowym rozwiązaniem miało być doraźne przekazanie gospodarstwa przedostatniemu synowi, Teodorowi, który, decydując się na to, zrezygnował z bardzo dobrej pracy w Banku Spółdzielczym. Przez tę decyzję Krzysztof był zmuszony spędzić dwa lata w wojsku, a przejmując już tylko część majątku rodziców kilka lat później, już z drugiej ręki, musiał opłacić podatek. Wypominał to po latach. Ostatecznie decyzja, podjęta demokratycznie z udziałem wszystkich czterech synów, okazała się nietrafiona – po latach nikt nie był z niej zadowolony.
Kilka razy w życiu Zygmunt otarł się o śmierć lub więzienie. Pierwszy raz w czasie wojny, gdy wracał od sołtysa Buchowskiego, późniejszego teścia, u którego doraźnie pracował. Miał przy sobie mapę, ale zdążył ją podrzeć na kawałki, gdy zauważył, że idą za nim niemieccy żołnierze.
Kolejnym długotrwałym zagrożeniem była półroczna niewolnicza praca przy kopaniu okopów dla Niemców. Przemieszczany z miejsca na miejsce dotarł z Cimochowizny koło Wigier aż pod Gdańsk. Cierpiąc głód i chłód podczas morderczej pracy, ledwie przetrwał. W czasie powrotnej drogi z okopów do domu, obficie częstowany wielkanocnymi specjałami przez mijanych gospodarzy na pieszej trasie z Białegostoku do Zagówca, nabawił się choroby żołądka. Matka uratowała go, lecząc ziołami domowym sposobem. Kiedy już wydobrzał, latem 1945 roku pracował z ojcem przy budowie stodoły. W takiej sytuacji zastali go sowieccy żołnierze, którzy razem z funkcjonariuszami UB tyralierą szli przez wioski, lasy i pola (obława augustowska). O ironio losu, uratowało go to, że był na robotach u Niemca, wobec czego nie mógł iść do partyzantki.
Kolejne potencjalne zagrożenie pojawiło się zaraz po wojnie, gdy, szukając swojego miejsca na ziemi, zdecydował się zostać milicjantem. Pojechał już na weryfikację do Białegostoku, ale ostrzeżony w ostatniej chwili przez kolegę, który już był w szeregach MO, zrezygnował. Ten kolega zginął później podczas akcji przeciwko antykomunistycznej partyzantce.
Blisko śmierci był Zygmunt w Gołdapi, gdzie podjął się pracy przy odzyskiwaniu cegieł ze zniszczonych zabudowań. Kiedy spadł ze ściany budynku, który rozbierał, mocno się potłukł, nie mógł się ruszać. Były obawy, że ma złamany kręgosłup, ale na szczęście to się nie potwierdziło. Po dwóch tygodniach wydobrzał i wrócił do pracy.
Mieszkając w Olecku, spotykał się z kolegami z pracy, z których jeden nabył porządne radio. Ciekawi wieści ze świata przy kieliszku słuchali „Radia Wolna Europa”, co było wtedy mocno ścigane przez ówczesne władze. Raz był na takim spotkaniu z żoną, drugi raz poszedł sam. To wystarczyło, aby był zatrzymany przez służbę bezpieczeństwa. Ostatecznie jakoś się z tego wykręcił i nie siedział w więzieniu, w przeciwieństwie do kolegów, którzy po rozprawie sądowej otrzymali wyroki po pół roku do odsiadki.
Wyłuskując z pamięci chwile spędzone z Tatą, wspomnę wyprawę do lasu w celu poszukiwania świątecznej choinki. Grzęzaliśmy obaj w gęstym śniegu, przyglądając się jodełkom. Tato wybrał z nich najpiękniejszą, która miała stanąć w sypialni rodziców. Idąc już w stronę domu, wypatrzył jednak ładniejszą, którą wyciął i zabrał, zostawiając w lesie poprzednią. Nie rozumiałem go wtedy, miałem poczucie marnotrawstwa. On pewnie znał zasadę, że lepsze jest wrogiem dobrego.
Rozwijając swoje gospodarstwo, mieliśmy coraz więcej ziemi i upraw. Któregoś roku posadziliśmy ziemniaki na tzw. sznurkach, wąskich paskach pola blisko lasu. Ziemniaki rosły tam dobrze, ale dosyć szybko dowiedziały się o tym… dziki. Widząc coraz większe uszkodzenia plantacji, postanowiliśmy je płoszyć. Razem z Tatą wybrałem się w nocy na akcję. Kiedy podeszliśmy bliżej, Tato wskazał ręką poruszające się w dali cienie. Na jego rozkaz skoczyliśmy w tamtą stronę, głośno krzycząc. Wypłoszyliśmy je, ale nie na długo. Jedna akcja nie wystarczyła, aby uchronić plantację przed zniszczeniem. Dziki i wspomnienia zostały.
Mój Tato lubił łowienie ryb, ale rzadko miewał na to czas. Kilka razy byłem z nim na rybach. Łowiliśmy je na najbliższym nam jeziorze w Gawieniańcach, na wędkę i w sposób zakazany, używając tzw. ości. Nie zapamiętałem złowionych przez Tatę ryb, ale jego miny. Śmiałem się z tego po cichu, a teraz wspominam, kiedy żona skrycie fotografuje moje miny w czasie, gdy pilnie pracuję na komputerze. Jedyny komentarz, jaki się nasuwa, to stwierdzenie, że „genów nie wydłubiesz”.
U progu setnej rocznicy urodzin Taty, kilka lat po jego śmierci, wspominając chwile z nim spędzone, chcę podkreślić, że przez kilkadziesiąt lat przebywania poza rodzinnym domem utrzymywaliśmy korespondencję. Dzięki temu w naszych sprawach byliśmy z grubsza na bieżąco. Było to trudniejsze, kiedy rodzice byli skłóceni i do tych samych zdarzeń odnosili się odmiennie. Chcąc głębiej zajrzeć do duszy Taty, któregoś roku podczas wakacyjnego pobytu w Sejnach poprosiłem go o spisanie wspomnień. Pretekstem było pół roku spędzone na okopach u Niemca, ale liczyłem również, że odniesie się także do spisanych wiele lat wcześniej wspomnień Mamy, w których tylko na początku był pokazany na różowo.
Nic nie obiecując, spełnił jednak moją prośbę. Opisał czasy wojenne, rozszerzając swoją relację o wątki rodzinne. Bardzo krótko, negatywnie, z rozczarowaniem odniósł się także do ostatnich lat swojego małżeństwa.
Gdyby ktoś mnie spytał, czy dostałem kiedyś od ojca w skórę, mógłbym przywołać tylko jedną sytuację. Spierałem się o coś z Mamą i ona wzięła szczotkę, żeby wymierzyć mi „sprawiedliwość”. Uciekałem wokół okrągłego stołu, a ona trzonkiem szczotki uderzała mnie przez stół. Kiedy złapałem za trzonek, aby ją zablokować, powiedziała, żebym puścił. Puściłem, a ona uderzyła ponownie. Wtedy już definitywnie przytrzymałem trzonek, nie chcąc puścić szczotki. Ojciec wkroczył do akcji i mnie klepnął, ale chyba niemocno, bo już tego nie pamiętam.
Nigdy nie usłyszałem od Taty, że mnie kocha, że jest ze mnie dumny, ale były chwile, w których to wyczuwałem. Daremnie spodziewałem się, że kiedyś usłyszę od niego ciepłe słowo chociażby za moje odkrycia genealogiczne. Takie słowa były poza jego słownikiem. To ja mu uświadomiłem, kim byli jego przodkowie, jak, gdzie i kiedy żyli. Czytał moje teksty i je przechowywał. Z pewnością był nimi zainteresowany. Doceniał życzenia świąteczne od mojego syna, Michała, które przychodziły w firmowych kopertach kancelarii adwokackiej.
Ja kochałem Tatę po swojemu, ale tak jak on, nigdy o tym nie wspomniałem.
Nie wiem, ile osób z rodziny i znajomych uświadamia sobie, że Zygmunt Szczudło, często sekowany za mrukowatą osobowość, był człowiekiem wybijającym się ponad przeciętność. W życiu podejmował się wielu prac i z każdą sobie poradził. Był listonoszem i szewcem w Gołdapi, magazynierem w Olecku i Sejnach, fryzjerem, murarzem, stolarzem i rolnikiem. Kiedy już po czterdziestce zdobył wykształcenie średnie w Technikum Ekonomicznym w Suwałkach, ucząc się z synami przy lampie naftowej, został kierownikiem Składnicy Maszyn i Narzędzi Rolniczych. Nikt z jego rodzeństwa ani szwagrostwa nie zaszedł zawodowo tak wysoko. Będąc najstarszym z rodzeństwa, Zygmunt żył najdłużej, 94,5 roku. Zmarł 22 stycznia 2021 roku, o ironio, w Dniu Dziadka. Kilka razy słyszałem od niego, że nie spodziewał się, że będzie żył tak długo.











































































