Opublikowano Dodaj komentarz

Wielkanoce, tamte Wielkanoce

Zbliża się Wielkanoc i jest to dobra okazja, by pokazać to ważne wydarzenie roku liturgicznego widziane oczami Józefy Drozdowskiej, autorki tomiku gawęd „Opowieści z domu pod topolą”. 


Pola coraz bardziej się zieleniły, łąki pokrywały kwiaty. Wielkanoce mojego dzieciństwa były raczej ciepłe. W mojej wsi oddalonej od kościoła w dniu Zmartwychwstania Pana nie słychać było bicia dzwonów. Udawano się na rezurekcję do Bargłowa Kościelnego, często do Prawdzisk, czasem do Augustowa, a mimo to zdawało się, że świętuje w jej czasie również cała pozostająca w opłotkach przyroda.

Na zawsze utrwalił mi się w oczach obraz wiernych spieszących ze wszystkich stron – pieszo, na rowerach, ciągnikami i furmankami – do kościoła znajdującego się w mazurskiej wsi Prawdziska[1]. Leżała ona tuż za przedwojenną granicą z Prusami. Ze wszystkich ścieżek i dróg wlewała się wprost do kościoła barwna lawa ludzi, która przy wtórze dzwonów i furkocie chorągwi, śpiewała Temu, który zwyciężył śmierć i szatana. Zdawało się, że radują się z nami wszystkie pola, ptaki śpiewające w zaroślach i po wiejskich podwórkach, gospodarskie Burki, także Kasztany i Siwki, mruczące po łąkach krowy. Uwielbiało Boga wszystko Jego stworzenie. „Alleluja” przebijało się przez kolorowe, wysokie, niemieckojęzyczne witraże ku niebu i słało się po zakurzonych drogach, wymiecionych do cna podwórkach, między opłotkami, jakby chciało przeniknąć w głąb ziemi.

W domu do wielkanocnego śniadania siadaliśmy wszyscy uroczyście. Ojciec modlił się nad spożywanym jako pierwsze jajkiem, solą i chlebem, i je błogosławił. Święconą wodą skrapiał cały dom, po czym następowała wspólna modlitwa, wzajemne przeprosiny i życzenia świąteczne. Po nich upragniona uczta. O ile w Wielki Czwartek i Wielki Piątek jako dzieci wytrzymywałyśmy w poście, to już w Wielką Sobotę, jeżeli się udało, podszczypywałyśmy w „składówce” potrawy oczekujące świąt.

Moje dziecięce Wielkanoce były ubrane w kolorowe letnie sukienki z falbankami, sandałki i w ogromną radość. Z pobliskiego zagajnika Wyszyńskich znosiłam pęki zawilców, a z bieli za domem złote kaczeńce, od których wszystkich, a szczególnie mamę, bolały głowy. Wszystkich, tylko nie mnie. Kaczeńce stały na stole w kuchni, a w sieni wystawały spod skrzydeł kwoki, podobne im, malutkie kurczęta. Dziecięce Wielkanoce obfitowały w niekończące się zabawy, chociażby w palanta, dwa ognie, turlanie pisanek w piasku. Oczekiwało się również na przyjazd chrzestnych z „wykupem”[2]. Pod wieczór zaś fascynowało nas przysłuchiwanie się pogaduszkom starszych. Zbierali się oni na wysokiej przyzbie pod domem Nagolskich i Okrągłych, opowiadali przeróżne cuda, również te o strachach. Byłam ich ciekawa, ale i zarazem bałam się ich bardzo. Pamiętam, jak odwiedzał nas wtedy Feliks Jesionek, nazywany przez wszystkich „Paneckiem”, a to chyba z powodu jego niskiego wzrostu i szykownego stroju, i tego, że jako jedyny we wsi nosił kapelusz. Spędził kilka lat w Ameryce i tam nauczył się m.in. nieść pomoc w niektórych nagłych wypadkach, leczenia domowych zwierząt i iluzjonistycznych sztuczek, którymi najbardziej zdumiewał wszystkich. Nas, dzieci, jego sztuczki pociągały nadzwyczaj.

Wieczorami od domu do domu chodzili tzw. „allelujnicy”[3]. O wcześniejszej porze dzieci i młodzież, zaś na granicy nocy także starsi. Z koszami na jajka stawali pod oknami i wyśpiewywali wielkanocne pieśni, obdarowani jajkami, pieniędzmi, czasem świątecznym ciastem, składali życzenia wesołych świąt i wędrowali dalej. Niestety, ci starsi nie zawsze byli trzeźwi, stąd często kończyli występy niewybrednymi przyśpiewkami.

Świętowanie po dwóch dniach przenosiło się jeszcze na trzeci dzień. U mnie we wsi w tym dniu również nie pracowano.

Wielkanoce, tamte Wielkanoce, gdzież są one teraz? Jedynie we wspomnieniach i sercu, które na wiosnę ożywa jak pole czajkami.

[1] Uważana za najstarszą wieś na tym terenie. Neogotycki kościół w Prawdziskach, zbudowany został przez katolików po I wojnie światowej, a wyświęcony w 1921 roku. Zob. J. Kopciał: „Kalinowo. Monografia gminy”. Suwałki 1994, s. 114 i 138-139. Zob. też. „Prawdziska – Parafia pw. św. Andrzeja Apostoła” http://diecezjaelk.pl/prawdziska-parafia-p-w-sw-andrzeja-apostola/ [2.02.2018].

[2] „Wykup” – podarunek wielkanocny od chrzestnych rodziców dla ich chrześniaków. Za mojego dzieciństwa koniecznie w wykupie musiały się znajdować jajka (pisanki lub kraszanki), słodycze i inne podarunki, jak chociażby materiał na sukienkę.

[3] Osoby (dzieci, młodzież, dorośli) chodzące z tzw. „allelują”, śpiewające wielkanocne pieśni, za co obdarowywane były jajkami. O „chodzeniu po alleluji” pisze M. Pokropek w „Ludowych tradycjach Suwalszczyzny”, dz. cyt., s. 207-208. Mowa jest również o nich w artykułach zamieszczonych w suwalskim kwartalniku „Jaćwież” nr 18 z 2002 roku: Magdaleny Kopiczko: „Chodzenie z allelują”, s. 18-19 i Małgorzaty Majewskiej-Wójcik: „Allelujka w Dziadówku”, s. 20-22. Ze wspomnień mojego ojca wiem, że również przed II wojną światową w naszych okolicach zbierali się chłopcy i młodzi mężczyźni, którzy chodząc po wsiach, święcili domy i śpiewali pieśni wielkanocne. W ich repertuarze nie brakło też niewybrednych przyśpiewek. W okolicach wsi Jabłońskie i Jaśki „allelujnicy” przygrywali sobie do śpiewu na skrzypcach.

Opublikowano Dodaj komentarz

Suwalszczyzna widziana oczami i duszą profesora Mariana Pokropka

Prof. Marian Pokropek podpisuje książkę w Suwałkach, 2010, fot. Józefa Drozdowska
13 stycznia 2023 r. zmarł prof. Marian Pokropek – polski etnograf, profesor dr hab., długoletni pracownik Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego, założyciel Muzeum Polskiej Sztuki Ludowej w Otrębusach. Zainteresowania badawcze Mariana Pokropka dotyczyły początkowo budownictwa i osadnictwa na Mazowszu oraz Podlasiu. Był współtwórcą „Polskiego Atlasu Etnograficznego”. Prowadził również badania na Białorusi, Litwie, Ukrainie, w Macedonii i Bułgarii. Był również zasłużony dla Suwalszczyzny, gdzie był częstym gościem. Opublikował kilka książek związanych z naszym regionem. Pod koniec 2010 roku prof. Pokropek gościł w Suwałkach promując swoją książkę „Ludowe tradycje Suwalszczyzny”. Krótką relację z tego wydarzenia napisaną przez Józefę Drozdowską w styczniu 2011 r. przedstawiamy poniżej.
Redakcja

Regionalny Ośrodek Kultury i Sztuki w Suwałkach w połowie grudnia 2010 roku przygotował niezwykłą ucztę duchową dla miłośników Suwalszczyzny. Otóż 18 grudnia 2010 roku zorganizował seminarium pt. „Ludowe tradycje Suwalszczyzny” połączone z promocją książki prof. dr. hab. Mariana Pokropka. W seminarium uczestniczyli różni ludzie zainteresowani przeszłością i teraźniejszością naszych stron, w tym twórcy ludowi i popularyzatorzy ziem Suwalszczyzny. Z Augustowa na spotkaniu byli Irena i Wojciech Baturowie, Ewa Chomicz-Wysocka i wyżej podpisana. Licznie przyjechały twórczynie ludowe z Lipska nad Biebrzą na czele z p. Krystyną Cieśluk.

Podczas seminarium można było posłuchać wystąpień Anny Augustynowicz, kierownika Centrum Kultury Ludowej Suwalszczyzny i Przygranicza w ROKiS, która opowiedziała o projekcie, dzięki któremu mogło dojść do spotkania, a wcześniej do badań etnograficznych i powstania książki profesora Mariana Pokropka „Ludowe tradycje Suwalszczyzny”; samego Profesora, który mówił o krajobrazie kulturowym Suwalszczyzny, stanie badań i perspektywach badawczych; Mirosława Nalaskowskiego, muzyka zajmującego się od 1973 roku folklorystyką muzyczną Suwalszczyzny i przyległych jej regionów, opowiadającego o przeprowadzonych badaniach na ten temat. Wykład poparty był wieloma przykładami muzycznymi. Na zakończenie części wykładowej wystąpił kulturoznawca, Krzysztof Snarski prowadzący dział etnografii w Muzeum Okręgowym w Suwałkach z tematem o cmentarzach i obrzędzie pochówku u Staroobrzędowców na Suwalszczyźnie.

Profesor Marian Pokropek jest etnografem. Urodził się w 1932 roku w woj. mazowieckim. Od 1956 roku brał udział w ogólnopolskich badaniach terenowych Polskiego Atlasu Etnograficznego. Przez wiele lat pracował w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego. Interesował się przede wszystkim ludową architekturą i sztuką Polski i Słowiańszczyzny (Białoruś, Litwa, Macedonia, Bułgaria). Opublikował wiele książek i artykułów naukowych, m.in. wydaną w 1979 roku, ważną dla Suwalszczyzny, pracę pt. „Wytwórczość i sztuka ludowa Pojezierza Suwalsko-Augustowskiego”. Swą przygodę z Suwalszczyzną, jej odkrywanie i badanie rozpoczął w latach 60. XX wieku podczas prac Kompleksowej Ekspedycji Jaćwieskiej. Od 2002 roku jest już na emeryturze. Prowadzi założone przez siebie Muzeum Sztuki Ludowej w Otrębusach.

Spotkanie zwieńczyła promocja najnowszej książki profesora „Ludowe tradycje Suwalszczyzny” wydanej w 2010 roku przez ROKiS w Suwałkach. Współautorem książki jest Gustaw Juzala-Deprati, etnomuzykolog, doktor nauk humanistycznych, adiunkt w Instytucie Archeologii i Etnologii PAN w Krakowie. Jej redaktorami są już powyżej przedstawiani Mirosław Nalaskowski i Krzysztof Snarski oraz Piotr Kuczek, etnograf z Regionalnego Ośrodka Kultury i Sztuki w Suwałkach dokumentujący krajobraz kulturowy Suwalszczyzny i koordynujący działalność wydawniczą w ROKiS, koordynator projektu „Ludowe tradycje Suwalszczyzny – etnograficzne kompendium”. Stroną graficzną książki zajmował się suwalski artysta fotografii i grafiki, Stanisław Woś, a od strony składu pracował nad nią Kazimierz Sobecki.

Do książki dołączona jest płyta „Folklor muzyczny Suwalszczyzny” zawierająca 142 pozycje muzyczne z wokalnego repertuaru z centralnej i zachodniej Suwalszczyzny, wokalnego repertuaru litewskiego z Suwalszczyzny, a także pogranicza polsko-czarnoruskiego z okolic Lipska nad Biebrzą, pogranicza polsko-litewskiego, wokalnego repertuaru Rosjan starowierców z Suwalszczyzny i repertuaru instrumentalnego z tych terenów. Wszystkie nagrania pochodzą z archiwum Polskiego Radia.

Książka o objętości 313 stron jest bogato ilustrowana. Przedstawia następującą problematykę: Suwalszczyzna w literaturze naukowej, osadnictwo, budownictwo wiejskie i zdobnictwo architektoniczne, plecionkarstwo, tkactwo i haft, strój ludowy, garncarstwo, kowalstwo użytkowe i artystyczne, plastyka obrzędowa, rzeźba i malarstwo, krzyże, kapliczki i budownictwo sakralne oraz wielokulturowy folklor muzyczny Suwalszczyzny, opracowany przez Gustawa Juzala-Deprati.

Warto było być na spotkaniu i wzbogacić się przy końcu roku duchowo. Spotkaniu towarzyszyła muzyka grana na żywo przez twórców ludowych i słodki poczęstunek. W książce otrzymaliśmy dzieło niebywałe, wzbogacające naszą wiedzę o tradycjach i kulturze ziemi, na której mieszkamy. Polecam ją z całego serca wszystkim zainteresowanym tym tematem.


Interesujących się etnografią Suwalszczyzny odsyłam do Miejskiej Biblioteki Publicznej APK w Augustowie, gdzie można zapoznać się z czterema dziełami prof. Mariana Pokropka:

  1. Fryś-Pietraszkowa Ewa, Kunczyńska-Iracka Anna, Pokropek Marian: Sztuka ludowa w Polsce. Warszawa: Wydawnictwo Arkady 1988.
  2. Pokropek Marian: Atlas sztuki ludowej i folkloru w Polsce. Warszawa: Wydawnictwo Arkady, 1978.
  3. Pokropek Marian: Ludowe tradycje Suwalszczyzny. Aneks: Gustaw Juzala-Deprati: Wielokulturowy folklor muzyczny Suwalszczyzny. – Suwałki: Regionalny Ośrodek Kultury i Sztuki w Suwałkach, 2010 [do książki dołączona jest płyta „Folklor muzyczny Suwalszczyzny”].
  4. Pokropek Marian: Wytwórczość i sztuka ludowa Pojezierza Suwalsko-Augustowskiego. – Warszawa: Zakład Wydawnictw CZSR, 1979.

 

Opublikowano Dodaj komentarz

Barwy Ukrainy

Niebo ty błękitne niebo

rozpostrzyj się nad bolejącą Ukrainą

Ziemio ty złota ziemio

pszenicą rozszum się pod płaczącym niebem

Michale Archaniele mieczem swym rozpal serca na świecie

tarczą swą ochroń linię styku nieba z ziemią

Boskim pokojem powiej nad głowami strwożonych ukraińskich dzieci

 

Augustów, 25.02.2022

Opublikowano Dodaj komentarz

Maje mojego dzieciństwa – gawęda Józefy Drozdowskiej

serca Maryi

Maje zapamiętane przeze mnie z dzieciństwa były przeważnie ciepłe, suto przybrane zielenią i kwiatkami. W ogródkach obok konwalii zakwitały delikatne, o różowych serduszkach „serca Maryi”. Przydrożne krzyże przystrajane były na ten czas przez nas, dzieci, wiankami witymi ze złocistych mleczy i białej koniczynki.

Wieczorami schodziliśmy się na nabożeństwa majowe. Na koloniach wsi Jeziorki, pod Turówką, gdzie mieszkałam, przez wiele lat odbywały się one w domu pana Wacława Kondratowicza. Jak głosi tutejsza legenda, w miejscu, gdzie stoi dotąd ich dom, pobudowana była pierwsza chata osadnika, który na puszczańskiej polanie założył naszą wieś.
W małym, ale mającym w sobie ducha nabożności domu spotykali się wszyscy na modlitwie, której przewodziła pani Agnieszka Kondratowiczowa, matka moich koleżanek Wini, Jadzi i Krysi, wychowująca w duchu religijnym kilkoro dzieci, a w jakiś sposób pośrednio i nas – sąsiedzkich. Odśpiewywanej lub odczytywanej przed domowym ołtarzykiem, przybranym kwiatami, „Litanii Loretańskiej do NMP” towarzyszyły liczne pieśni maryjne z „Chwalcie, łąki umajone”, „Po górach, dolinach” i „Serdeczna Matko” na czele.

Wracałyśmy do domów, jak przystało na dzieci, rozbawione, przekrzykując kumkanie żab w licznych wówczas we wsi sadzawkach i „torfowniakach”, klekotanie bocianów i śpiewy ptaków w drzewach. Jedna z głównych kolonijnych dróg – gościniec – obsadzona była gęsto topolami. Na nich to mrowiło się w maju od chrabąszczy, którymi chłopcy mieli zwyczaj straszyć dziewczęta, wkładając je za kołnierze sukienek, często dla psikusów nawet podczas modlitwy.
Wieczorami niosły się również po polach pieśni maryjne z sąsiedniej wsi Żarnowo, gdzie był zwyczaj zbierania się ludzi na majowe przy przydrożnych krzyżach.

W moim rodzinnym domu ci, którzy nie szli na majowe, odczytywali wspólnie na głos litanię do Matki Bożej. W innych domach również. Często wspominam te rozkwiecone i rozmodlone maje, dające siłę memu życiu również i teraz, i myślę, że innym także.

Gawęda pochodzi z książki Józefy Drozdowskiej „Opowieści z domu pod topolą”

Opublikowano Dodaj komentarz

Pamięć to też miłość. Przypisek do genealogii rodziny

Fotografia z albumu rodzinnego Józefy Drozdowskiej, rozm 8,6 x 6,7 koloru sepii
Fotografia z albumu rodzinnego Józefy Drozdowskiej, rozm 8,6 x 6,7 koloru sepii
Fotografia z albumu rodzinnego Józefy Drozdowskiej, rozm 8,6 x 6,7 koloru sepii

Tyle razy oglądałam ten album, że powinnam znać każdą przedstawioną w nim osobę. Każde sfotografowane miejsce. Bóg będzie nas kiedyś wszystkich wołał po imieniu. Należy więc o każdym pamiętać. Trzeba przeżyć tak wiele lat, jak ja, by wreszcie uświadomić to sobie dogłębnie.

Oto leży przede mną album pamięci i zapomnienia. Tę opowieść piszę o nim i o jednym ze zdjęć w nim zamieszczonym. Drewniane lakierowane na czarno okładki z szarym płóciennym grzbietem i takiegoż koloru kartami związanymi na grzbiecie wypłowiałą brązową tasiemką. Na przedniej jego okładce rodzaj płaskorzeźby. W ukośnym rombie sylwetka dostojnego kościoła. Ściany czworoboku spowite w kwiatki i gałązki jakby od niechcenia barwione gdzieniegdzie zielenią, czerwienią i brązem. Na tylnej  ̶  nie ma żadnych przedstawień. Od wewnątrz wyklejki w granatowo-stalowe mazaje. Album, delikatnie mówiąc, jest podniszczony, ale dla mnie wciąż cenny, bo rodzinny. Od kiedy zajmuję się na poważne genealogią, współorganizuję zjazdy rodzinne, przeglądam i indeksuję księgi parafialne, nabiera jeszcze większej ważności niż dotąd, ale z tej to przyczyny jest też raniony. Zdjęcia wklejano w nim tak „porządnieˮ, że chcąc bliżej poznać tych, co na fotografiach, trzeba je teraz odrywać siłą od kart albumu, by móc przeczytać napisy na odwrotnej ich stronie. Wszyscy, włącznie ze mną, wklejając je myśleli, że pamięć jest trwała. Opowieści i daty zacierają się w niej jednak i stajemy przed zagadką, której już nie sposób rozwiązać. Tak jest i ze mną oraz z fotografią, o której chcę opowiedzieć.

Jest ona niewielkim prostokątem w kolorze sepii. Bez żadnej daty i chociażby najmniejszego opisu. Już nie ma osób, które mogłyby mi coś więcej zdradzić, niż to, co dyktują strzępki mojej pamięci. Zdjęcie, jak mniemam, wykonane zostało na kilka lat przed II wojną światową. Zapewne w zakładzie któregoś z rajgrodzkich fotografów. Nie ma na nim żadnej pieczątki moją myśl potwierdzającej. Miasteczko to leżało najbliżej miejsca, gdzie mieszkali moi przodkowie, więc z tego wnioskuję jego pochodzenie. A może zrobiono je w nieco dalszym i większym mieście Grajewie? Nie pamiętam, co mi opowiadała o nim mama, nie zanotowałam żadnych szczegółów.

Na nim Irenka, bratanica mojej mamy, jak przystało na kilkunastoletnią uczennicę rajgrodzkiej szkoły w ciemnym bereciku, spod którego wystaje równiuteńko obcięta jasna grzywka i z grzecznie ułożonymi rękami na płaszczyku niezakrywającym kolan. Wysmukłe nogi w bucikach z wyłogami opiera o krzesło, na którym siedzi. Filuterny uśmiech, który nie opuszczał jej nigdy, po latach złożony został we wspólnej mogile z jej ojcem Stanisławem, który zbyt wcześnie, tuż po wojnie, pożegnał się z życiem i spoczywa na rajgrodzkim cmentarzu nieopodal kościoła. Gdy patrzy w aparat fotografa przed nią daleka jeszcze wojna. Na szczęście nic o niej nie wie i chyba jej nie przeczuwa. Może i chciałaby mi coś podpowiedzieć, ale przestrzenie między nami jakże odległe teraz. Kiedy odwiedzałam ją w Grajewie schorowaną, tuż przed śmiercią, nie przyszło mi do głowy wziąć ze sobą fotografii i dopytać się o jej szczegóły. Obok Irenki siedzi na zdjęciu, w jasnym kapeluszu zakrywającym całą głowę, Jadwiga  ̶  jej mama, a moja wujenka. Jedynie nad lewym uchem wyziera spod niego kosmyk ciemnych włosów. W czarnym płaszczu i takich lakierkach zapinanych na paseczek przytrzymuje na kolanach torebkę z metalowym zamknięciem. W jasnych pończochach i rękawiczkach, i z takąż apaszką pod szyją oraz z subtelnym uśmiechem. Nie przypuszcza zapewne, że życie zaproponuje jej dwóch mężów, na dodatek dopowiem, że będą rodzonymi braćmi.

Za nimi stoją trzy panie. Jakże młode jeszcze. I tu moja zagadka. Imienia i nazwiska jednej z nich od lat szukam bez powodzenia. Z lewej strony to ciotka Eleonora. Jest jeszcze przed wyjazdem w lasy pod Nowogródkiem, gdzie gospodarzyła swemu bratu Józefowi na placówce leśnej, który kilka lat później został stamtąd wywieziony na Sybir. Przed małżeństwem z Konstantym Andrzejem, który tak pięknie grywał na kilku instrumentach. Stoi w białych butach wyprostowana jak struna, ubrana w jasny długi, dwurzędowy płaszcz. Z dużym jasnym kapeluszem na głowie, z mniej wykręconym rondem niż u bratowej, w dłoni trzymając, ściągniętą z niej, białą rękawiczkę. Z prawej strony najniższa z kobiet to Zofia − moja mama. Szczupła, z czarnym toczkiem na ciemnych włosach, ubrana w jasny płaszcz, a może żakiet. Nie wszystko na zdjęciu dokładnie widać. Pod szyją wyłogi kołnierza spięte ma broszką w kształcie kwiatu. Podobna, lecz mniejsza ozdoba, widnieje u jej rękawiczki. W ubranej w nią dłoni trzyma czarną torebkę na krótkiej rączce. Twarz jej jak z przedwojennych filmów, a oko jakże zadziorne. Nic nie miała później w sobie z tego wzroku. Pamiętam ją i kocham już całkiem inną. Jeszcze panna wówczas. Narzeczony marynarz zginie w czasie wojny. W dwa lata po niej wyjdzie za mojego ojca. Teraz jednak nic o tym jej nie wiadomo.

Pośrodku stoi pani nieco starsza od sióstr, a młodsza od ich bratowej. W białym berecie na ciemnych włosach związanych wstążką, która spada z boku na kołnierz. O pociągłej twarzy, z bardzo subtelnym uśmiechem. W jasnym ubraniu z apaszką podobnego koloru. Kim ona jest? Dopytuję siebie w myślach. Czy to mamina ciotka Józefa, siostra jej ojca, o której prawie nic nie wiem? Jedynie słyszałam w dzieciństwie jej imię i kilka czułych o niej opinii, a którą tak naprawdę odnalazłam dopiero kilka lat temu w metrykach parafialnego kościoła. Jeżeli to ona, to pięknie umiała śpiewać i była dla mamy bardzo dobra. A może to jakaś inna krewna, kuzynka czy sąsiadka? Nikt z żyjących nie umie mi pomóc rozwiązać tej zagadki.

Miłość to pamięć, powiadam wszystkim. Bóg będzie nas kiedyś wołał po imieniu. Jak się odnajdziemy w tym tłumie, nie znając swoich imion?

Oto i cała historia wysnuta ze starej fotografii. Mogłabym jeszcze dłużej snuć opowieść o niej, ale nie chcę zdradzać wszystkich historii rodzinnych. Może jeszcze przyjdzie kiedyś na to czas. A jeśli nie zdążę, jak moi przodkowie?

Opublikowano Dodaj komentarz

Pamięci mieszkańców parafii Janówka umarłych na zarazę w roku 1710

Tablica ze zmarłymi na zarazę w Janówce, fot. J. Drozdowska

O tablicy upamiętniającej mieszkańców parafii Janówka zmarłych w wyniku zarazy umieszczonej w kruchcie w kościoła pw. Zwiastowania Najświętszej Maryi Pannie w Janówce

Tablica koloru ciemnobrązowego (najprawdopodobniej miedziana) wisi w kruchcie po lewej stronie, jak się wchodzi do świątyni. Zawieszona jest na dwóch wielkich hakach. Zwieńcza ją krzyż o wymiarach 23 cm wysoki i 17 cm szeroki w swoich ramionach. U podstawy krzyża widnieje wyryta łacińska inskrypcja: D. O. M. [oznaczać może: Deo Optiomo Maximo, w tłumaczeniu: Bogu Najlepszemu, Najświętszemu bądź Deo Omnipotenti Maximo, czyli Bogu Wszechmogącemu, Najświętszemu. Płyta może być formą nagrobka, wtedy napis może brzmieć: Domus Omnium Mortuorum (Mortalium), czyli Dom wszystkich zmarłych bądź Dom wszystkich śmiertelników]1. Tablica jest wysoka na 66,8 cm i szeroka na 53, 8 centymetrów. Podstawa jej jest metalowa. Do podstawy jest przybita blacha miedziana, na której przymocowane są ręcznie wybite wklęsłe litery. Całość otoczona jest drewnianą ramą. W nagłówku tablicy jest napis: Pamięci mieszkańców parafii Janówka umarłych na zarazę w roku 1710. Pod nagłówkiem znajdują się cztery kolumny tekstu zwierające nazwy wsi i nazwiska gospodarzy bądź wdów z podaniem liczby zmarłych osób. Na końcu wypisu każdej miejscowości podana została liczba żyjących gospodarzy bądź osób. Spis wsi ułożony jest według następującej kolejności: Janówka, Pruska Mała, Pruska Wielka, Topiłówka, Sucha Wieś, Jaśki, Jabłońskie, Wysokie, Korytki, Wronowa, Jankielówka, Rynki i Moczydły. Wszystkie nazwy, poza Jabłońskimi, są podbarwione kolorystycznie (ciemnogranatowo). Pod nazwą każdej z nich wypisani są nazwiskami gospodarze z imienia i nazwiska bądź wdowy z nazwiska lub nazwy utworzonej od imienia lub nazwiska męża. Zdarzają się zapisy samych imion lub samych nazwisk czy, co przypuszczam, zajęć danych osób (np. szklarz, krawiec, kowal). W Janówce jest zapis o ks. proboszczu i jego służbie. W Rynkach zaś zaznaczono, że zmarli „Młyn z wszystkimiˮ, więc mógł umrzeć młynarz z rodziną i pracownikami. Obok nazwisk/nazw gospodarzy/wdów podana jest liczba zmarłych osób. Na tablicy widnieją nazwiska jej fundatora i wykonawcy. Fundatorem jest ks. A. Kochański. Zapewne chodzi o stryja zmarłego w listopadzie br. byłego proboszcza parafii pw. Matki Boskiej Częstochowskiej w Augustowie, imiennika tamtego, czyli ks. inf. Antoniego Kochańskiego. Ksiądz Antoni Kochański był proboszczem w Janówce w czasie od 26 listopada 1959 roku do 2 lipca 1974. Na tablicy nie ma widocznego roku, w którym powstała, chyba że na jej odwrotnej (niedostępnej dla wzroku) stronie. Rzemieślnikiem wykonującym tablicę był S. Stefanowski. Treść tablicy jest wybita wersalikami. Zarazę tę (nie nazywając jej) i jej spustoszenia wspomina Tomasz Naruszewicz w przypisach opracowanej przez siebie pozycji „Opisy parafii diecezji wileńskiej z 1784 roku. T.3. Dekanat Olwitaˮ (Bakałarzewo 2009). Mówi o niej jako o dżumie Jarosław Szlaszyński w książce „W blasku i cieniu Augustowa. Z dziejów obszaru gminy Augustówˮ (Augustów 2014). Opisuje wynikłe z niej szkody Jerzy Wiśniewski w pracy „Dzieje osadnictwa w powiecie augustowskim od XV do końca XVIII wieku” (Białystok 1967). Powołuje się na rejestr powstały w1711 roku ludzi wymarłych w dobrach Dowspudy i Mazurków. Nazwiska i liczby wówczas zmarłych przytacza w swoim opracowaniu „Janówka. Parafia i kościół św. Anny. Materiały do historii” Aleksander Radzaj, podając źródło: „Regestr ludzi wymarłych z powietrza (spis sporządzony 24 lipca 1711 roku)ˮ. Na ten sam spis powołuje się Marcin Halicki pisząc o zarazie na portalu „Raczkowskie Archiwaliaˮ.

Robiąc indeksację tejże tablicy spisywałam nazwy miejscowości i nazwiska tak, jak są na niej podane2. Widzę, że zbytnio nie różnią się lub niewiele różnią od nazwisk ze spisów z opracowania Aleksandra Radzaja. Znawcy historii nazwisk, ich powstawania i przemian niechaj się później do tego odniosą.  Dla genealogów każda wiadomość jest istotna. Myślę, że znalazłam na niej dwóch swoich przodków lub ich bezpośrednich krewnych (Jakuba Chmielewskiego z Jabłońskich i  Michała Chojnickiego (Choynieckiego) z Topiłówki i jest mi to bardzo ważne. Mogę ich wspomnieć z imienia przed Bogiem, a przecież oto chodzi w genealogii, by poznać swoich przodków i za nich się modlić. Do wyjaśnienia jest informacja śmierci w czasie zarazy byłego proboszcza parafii janowskiej plebana ks. Jana Sucharzewskiego. Niektórzy historycy podają, że na czas zarazy wyjechał do Suwałk, inni zaś, że zmarł. Jerzy Wiśniewski wprost pisze: „W czasie moru zmarł również pleban janowski, Jan Suchorzewskiˮ.  Na tablicy w kościele w Janówce jest również podany jako zmarły na zarazę. W aktach chrztów i ślubów z lat, w których był proboszczem, indeksowanych przez Krzysztofa Zięcinę, widnieje jako ks. Jan Franciszek Sucharzewski. Akty charakterem jego pisma miały być spisywane również, co twierdzi Krzysztof Zięcina, po okresie zarazy. Zostaje to historykom do dokładnego wyjaśnienia.

Czasami trudno jest w wybitych cyfrach odróżnić na fotografii 8 od 6, dlatego w rubryce podałam obie cyfry ze znakiem zapytania. Może ktoś z czytelników odczytać poprawnie i poprosić o naniesienie zmiany. Według moich obliczeń z tablicy pozostałych żywych powinno być 54, a nie 55, w publikacjach historyków, których wymieniam, podawana jest liczba 52. Na tablicy podana jest liczba zmarłych 870 osób, w moim odczytaniu jest to liczba 863 (różnica mogła zaistnieć z odczytania liczb 8 i 6). Historycy podają nieco mniejszą liczbę, bo 851. Myślę, że różnica między tablicą a źródłami, na które powołują się historycy mogła wynikać z błędnego odczytania staropolskich określeń liczebników takich jak choćby „samotrzeć”, „samowtórˮ itp. przez spisujących wykazy na tablicę. Nie jest to jednak bardzo rażąca różnica.

Tablica może być przyczynkiem do zainteresowania głębszego zarazą z początków XVIII wieku na obszarze parafii janowskiej i poszukiwania bliższych źródeł. Każde źródło, również i tę tablicę (uważam, że można ją uznawać za rodzaj źródła) należy poddawać krytyce i dociekać na ile podaje prawdziwe dane. Warta jest mimo tego zainteresowania, a Śp. Ks. Antoniemu Kochańskiemu, byłemu proboszczowi janowskiemu, należy się uznanie, że zainteresował się tym problemem i swoim wiernym poddał go uwadze.

Przyszło nam samym żyć w czasie zarazy. Na naszych oczach odchodzi wiele osób, w tym naszych krewnych i znajomych. Z tego m.in. powodu problem zarazy z początku XVIII wieku na naszych terenach jest mi osobiście bliski. Swego czasu interesowałam się  karawakami (krzyżami stawianymi przeciwko zarazie) na naszych terenach i cmentarzami wiejskimi, na których chowano tzw. „zaraźnikówˮ, i o tym pisałam. Dobrze, że istnieją materialne ślady po tych strasznych przejściach.

Serdecznie dziękuję za wszelką pomoc (w dojeździe do Janówki, mierzeniu, fotografowaniu i odczytaniu tablicy) Krzysztofowi Anuszkiewiczowi.

Fotografie tablicy Krzysztof Anuszkiewicz i Józefa Drozdowska.

 

 

  1. http://cmentarium.sowa.website.pl/Sztuka/symbole_leksykon_d1.html[]
  2. indeksy dostępne są poprzez Geneo search engine[]
Opublikowano Dodaj komentarz

The non-existent St. Margaret's Church in Netta

Both the beginning and the end of the calendar year make us reflect on life and the passing of our existence on earth. However, we do not often reflect on the fact that the space around us is changing as well. This also applies to architecture, including sacral one. For centuries, in the Bargłów parish, there hasn't been a St. Margaret's Church in Netta (now Netta Pierwsza).

Earliest references

Józef Golubiewski, an insightful chronicler of Bargłów, in the Chronicle of the royal parish of Bargłów notes out of some documents three pieces of information about the existence of a church in Netta. The first one is taken from a letter from King Zygmunt August of 1561, the second one from 1700 and the third one from the church inventory written down in 1783. Traces of the existence of the church in Netta have been preserved in very few documents and publications, and in the memory of some villagers.

In his work "The History of Settlement in Augustów County from the 15th to the end of the 18th century", a historian Jerzy Wiśniewski gives the local name of the hill "Kościółek" (little church) and supposes that a branch church of the Bargłów Temple could have stood on it. While I was looking for traces of this place in September 2006, most of the people I asked, had not heard about the existence of a church in Netta. Someone anonymous directed me to the Augustów Canal, where I met Tadeusz Połubiński who pointed me exactly to the hill where the church stood and shared his information with me.

Built by Jan Radziwiłł

While working on the sacral monuments of Bargłów Kościelny, I got acquainted with the parish documentaries copied by Józef Golubiewski. These included, among others, a copy of a letter from King Zygmunt August dated December 1561 to a Bargłów Pastor Tomasz Bohdan Szaciła (in the List of the Parish Priests and Administrators of the Bargłów parish, Józef Golubiewski mentions him as the first parson in Bargłów). In this letter, the ruler assigned Pastor Szaciła a church in Netta with the land in the amount of three voloks, three morgens and two square rods. It appears from the letter that this church, called in the document kościołek (a small church), was built by Jan Radziwill. The letter was written at the request of the vicar. It was supposed to provide the rectory with these lands as its own for eternal times. I' m quoting their location from the copy: w Wołosty naszoy Korolewskoy w obrubie wsi Netty [..] lezaszczyie w koncu wolok naszych koncom –do Rzeki Netty a bokom podle wolok Nettowskich (Our royal voloks are around the Netta village […] lie at the ends of our voloks, ends – to the Netta river and sides towards Netta’s voloks). The parish priest's only duty was to hold a service in the church every day: kromie tolko Nabożeństwa każdo dziennocho tak on sam, jako i następcy Pilnie powinni czyniti (besides this, he, as well as his successors, should diligently hold a mass every day). The year of construction of the church is unknown. Netta, formerly known as Meta, was founded around 1532 by a Mazovian, Maciej Srebrowski from Srebrov near Wizna with the authorization of Jan Radziwill, a Lithuanian cupbearer. Most probably, the private church of the Radziwiłłs was established after the founding of the Meta, and before the incorporation of the area into the royal estate and before the establishment of the parish in Bargłów in 1544. Previously, these areas belonged to the parish in Rajgród. Whether it was originally a branch church of the Parish of Rajgród is not entirely known. Józef Golubiewski in the chronicle calls it prywatny kościółek (a private little church). Later documents show that it was erected as the church of St. Margaret.

The Swedish war wreaked great havoc on the lands of the parish of Bargłów. The following churches were completely destroyed: the parish church in Bargłów and the private church in Grabów parish. The church in Netta survived the war turmoil and in 1700 was listed as the only church in the area. A historian Jerzy Wiśniewski mentions that: The branch church of St. Margaret in Netta was in a better condition. However, it is likely that the war undermined its later glory and contributed to its downfall. During the Swedish Deluge, the village of Netta was severely damaged and people were impoverished. A historian Jarosław Szlaszyński, on the basis of materials from the State Lithuanian Archive in Vilnius, reports that Netta has been completely destroyed by fire with only four empty cottages left.

Temple’s appearance

The description of the church can be found in a document issued on the occasion of the general dean's visitation of the parish of Bargłów in March 1783. It was situated half a mile from the Bargłowski church. It stood on an uphill stretch near the forest, 30 furlongs away from the village of Neta. It was described as ravaged, unrepairable and, as a result, unfit for service. It was made of wood. It had two doors and five windows. One double door, on iron hinges with the inner lock from the cemetery, the other one to the sacristy also on iron hinges with two hasps and a lock (z dwoma Proboiami y Skoblem). The windows were lead-framed. Four of them were in the church and one in the sacristy. The floor in the church was made of lumber. The church was equipped with a pulpit, two benches and an altar with a painting of St. Margaret. Above the church porch, there was a dome with a bell, topped with an iron cross. The Church, as the surveyor Father Szymon Pienczykowski writes, w cało spustoszony, tak w Dachu, Scianach iako y we Wnętrzney Ozdobie (is completely ravaged, equally in the Roof, the Walls and the Interiors). The floor in it was rotten while the windows were broken and the equipment was decayed. It was not suitable for holding masses, yet they were still held there. According to the old custom, it was used for four masses a year: on St. Margaret´s Day, the second day of Christmas, the second day of Easter and the second day of Green Week. The parish's description states that according to tradition, the church was erected under the new name of St. Margaret's. Near the church there was a cemetery, described on the occasion of a visitation: a graveyard that was once fenced.

The land belonging to the church was cultivated by the Bargłowski presbytery. The church documents from 1822 and 1832 state that the voloks in the village of Netta were handed out by the predecessors by private agreement to the landowners who lived in their own houses. The names of those living in their own cottages were also given. In 1822 these were: Maciej Dudek, Jan Drozd, Tomasz Romanowski, Piotr Szymański and Jan Gulan. Ten years later, the following names: Jan Drozd, Kalisz (without a name), Antoni Gulan, Andrzej Kościuch and Mateusz Karp were mentioned.

What happened to the church?

In the protocol of the General Visitation of 1822, signed by Pastor Jan Kanty Zawadzki and the Dean of the parish of Wąsów, Father Modzelewski, it was written that there were no public chapels in the parish. The church from Netta was also not mentioned in it. One can think that at that time the church of St. Margaret in Netta did not exist anymore. It was probably disassembled and the remains were, following tradition, burnt just as it was done with rotten crosses.

Irena Baturowa in her article about Netta-Folwark published in "Jaćwieża" also mentions a hill in Netta Pierwsza where the church of St. Margaret once stood. She reports that there was a spring at the foot of the hill whose water cured eye diseases. According to the legend she quoted, one time a rich lady washed her blind dog's eyes with the water from the spring and the water lost its healing powers.

My local guide to Kościółek (the Church Hill) told me that he remembered from the stories of his ancestors that in the 19th and early 20th century a wooden cross stood on the hill. Until recently, bones had been ploughed out of the hillside confirming the existence of a cemetery there in the past.

I believe that it is worth keeping in mind the existence of the church in Netta. We need to continue looking for more information and, thus, answers to numerous questions related to it. For instance, who canonically erected this church and why St. Margaret was chosen as its patroness?

Wzgórze Kościółek, wrzesień 2006. fot. Józefa Drozdowska
Wzgórze Kościółek (The Church Hill), September 2006, Photo by Józefa Drozdowska.
Opublikowano Dodaj komentarz

Słowa niosące ukojenie

W kilku zdaniach chciałabym przedstawić antologię wierszy zatytułowaną „Pomiędzy dłonią a niebemˮ. Jest ona wyrazem hołdu dla Niezwykłego Człowieka, jakim był Jan Paweł II. Inicjatywa jej powstania zrodziła się w środowisku poetów skupionych w Nauczycielskim Klubie Literackim działającym przy Zarządzie Okręgu Podlaskiego Związku Nauczycielstwa Polskiego. Pomysłodawczyniami, a zarazem redaktorami tego wyjątkowego tomu są białostockie poetki Regina Kantarska-Koper i Joanna Pisarska. W tytule mojego tekstu przywołałam myśl autora wstępu do antologii o. Bartłomieja Józefa Kucharskiego. Zwrócił on szczególną uwagę na łagodność słów w zawartych w niej wierszach i kojący ich charakter. Tego właśnie, według niego, potrzebuje hałaśliwy i pełen zamętu świat, w którym przyszło nam żyć.

Kilka poetek: Krystyna Gudel, Regina Kantarska-Koper, Leonarda Szubzda i Józefa Drozdowska współpracuje wydawniczo z Jamińskim Zespołem Indeksacyjnym, stąd moja propozycja zaprezentowania antologii w tym miejscu. Mam nadzieję, że tą publikacją zainteresują się miejscowi bibliotekarze i sympatycy naszego Stowarzyszenia. Autorami wierszy są: Halina Alfreda Auron, Grażyna Cylwik, Anna Czartoszewska, Marek Dobrowolski, Józefa Drozdowska, Tadeusz Dudek, Jolanta Maria Dzienis, Katarzyna Grabowska, Krystyna Gudel, Janina Jakoniuk, Regina Kantarska-Koper, Urszula Krajewska-Szeligowska, Beata Kulaga, Barbara Lachowicz, Edward Lipiński, Grzegorz Nazaruk, Joanna Pisarska, Daniela Polasik, Maria Roszkowska, Agnieszka Ruczaj, Irena Słomińska, Ewa Danuta Stupkiewicz, Leonarda Szubzda i Regina Świtoń. Zgrupowane są w jedenastu ciekawie nazwanych rozdziałach. Opowiadają o wewnętrznych zmaganiach człowieka, doświadczeniu krzyża i miłości Maryi. Są poetyckim odczytaniem przesłania Ewangelii, słowami modlitw, opowieścią o spotkaniu z Bogiem oraz człowiekiem, przedstawiają świętych patronów, opowiadają o napotkanych kapliczkach i widzianych religijnych obrazach, dotykają spraw doczesnych i ostatecznych. Ostatni z rozdziałów zatytułowany „Papież z Wadowicˮ poświęcony jest osobie i świętości Jana Pawła II. Poprzedza go portret Świętego Papieża, nakreślony ręką młodej artystki (prywatnie wnuczki jednej z redaktorek antologii) Julii Magdaleny Koper. Tom liczy 206 stron, oprawiony jest w twardą okładkę ozdobioną ciekawą fotografią autorstwa Joanny Pisarskiej, symbolizującą, według mnie, furtkę prowadzącą zarówno do serca drugiego człowieka jak i do nieba. Obie, co głosił i potwierdzał własnym życiem Patron tejże antologii, są konieczne każdemu z nas do owocnego istnienia tu na ziemi i przyszłego zbawienia.

Poniżej dwa wiersze (Krystyny Gudel i mój) związane tematycznie z obszarem zainteresowania Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego. Mój dyptyk jest dedykowany Barbarze Salwockiej, współpracującej na polu wydawniczym z JZI.  Dodaję swoje zdjęcie krzyży z Wólki Karwowskiej.


Józefa Drozdowska

Dyptyk o krzyżach z Wólki Karwowskiej

Barbarze Salwockiej

Krzyż na początku wsi / Idąc od strony Pruski

Gdy słońce staje w zenicie, rzucasz cień swój na drogę,
zachęcając, bym uklękła na Anioł Pański i spotulniała nieco.
Twój kamienny postument z początku poprzedniego wieku,
żłobiony kroplami deszczu wypraszanego w procesjach,
smagany wiatrem przeganiającym burze stulecia,
daje mi poczucie trwania. Twoje ramiona w obłokach
i tęczy ze wstążek, a u podnóża rumiany polne
bieleją niczym dziewczęca sukienka od Pierwszej Komunii Świętej.
Wchodząc do wsi, odkrywam gościnność Słowa
wypowiadanego z ciebie i w Nim się zakorzeniam.

Krzyż na rozdrożu / Idąc w stronę cmentarza lub Bułkowizny

Gdy się zmierzcha wokół, jaśniejesz przede mną,
bym nie straciła z oczu drogi. Dziękuję za dłonie
nieznanego mi kamieniarza, bowiem kształt,
będący znakiem miłosierdzia, zachwyca wędrowców
od wieku wdziękiem i swą proporcją. Po drodze mijam
skruszałe schody kościoła spalonego podczas wojny,
na których modlą się przed nocą dzikie wino, kminek
i wiechlina. Na widok ten pokornieję i już mniej boli to,
że żegnasz mnie jak tych, których odprowadzają
do ciebie w ostatniej drodze na cmentarz.
Wychodząc ze wsi, niosę innym gościnność Słowa
rozpiętego na twoich ramionach i w Nim dojrzewam…

 

 

Krystyna Gudel

List do błogosławionej
matki Marianny z Lipska nad Biebrzą

Jak Ci tam, matko Marianno,

u dobrego Pana?

Czy nie masz zbyt dużo zajęć

od samego rana, wszak pełno sierot

na niebiańskich łąkach i niejedna matka

z bagażem win się błąka?

Czy pamiętasz chwilę,

kiedy bez wahania stanęłaś za synową

wśród tych do rozstrzelania?

U nas, jak wiesz zapewne,

bardzo różnie bywa. Raz strajk biały,

raz czarny na powierzchnię wypływa.

Ty, teściowych patronko,

miej na nas baczenie, abyśmy mogły

osiągnąć wieczyste zbawienie.

Bo to nie takie proste, gdyż zagrożeń

tyle czyha na każdym kroku.

Pomóż, matko Marianno,

mieć w życiu takie chwile, by tylko

łza szczęścia drżała w naszym oku.

A gdy ziemska wędrówka

będzie ukończona, wyjdź na spotkanie,

matko Marianno, błogosławiona.

 

Opublikowano Dodaj komentarz

About the Holy Place in the "Orli Lot" magazine

The presented article, entitled "The Holy Place in the Augustów Primeval Forest", appeared in 1932 in the "Orli Lot" magazine. It was a ethno-geographical monthly published by the Polish Society for Local Studies in Krakow for the purpose of Circles of Local Studies. from 1920 to 1950. The author of the text is Seweryn Udziela, born in 1857 and deceased in 1937, teacher, ethnographer, folklore researcher and folk expert. The Ethnographic Museum in Krakow bears his name. Illustrations of crosses and roadside shrines from the area of Augustów and Suwałki were made by Stefan Bykowski from Bydgoszcz, a collaborator of the Augustów regional magazine "Nasz Głos".

More information on this topic can be obtained, among others on the websites of the Seweryna Udziela Ethnographic Museum in Krakow, Benedictine Publishing House in Tyniec, PWN Encyclopedia, PTTK Central Library and Wikipedia.

The Holy Place in the Augustów Primeval Forest

Seweryn Udziela

In the spruce forest with a mix of pine trees at the mouth of the Rozpuda River to Jałowe Lake, there is the so-called "Holy Place" already in the territory of the village of Jaśki in the Raczki parish in the Suwałki poviat.

It is a group of wooden crosses and chapels placed on poles and iron crosses plugged on top of them. The most interesting is a pole carved out of one piece of stone, and showing a tree trunk 2 meters high and 4 decimeters in diameter. Imitates the pine trunk as accurately as possible; at the bottom you can see the roots coming out of the ground, the bark is forged with meticulous accuracy, on the trunk there is a hub and another mushroom with a hat; upper part is evenly cut and iron cross is stuck in it. The most important among these chapels is the one with the statue of St. John the Baptist, carved in a tree, about 6 dm high. The other one has a picture of the Mother of God set behind the glass, and the other has Jesus Crucified.

All these chapels stand close to each other in a group, you can see that they are old and they create this "Holy Place" known and worshiped by the Polish and Catholic population; in an area with a radius of several miles, it is considered a wonderful place.

Tradition maintains that the "Holy Place" is very ancient; the oldest people say that their parents have already said that it existed for a long time. Legends about its emergence are also vague and general. Everyone says that the Virgin Mary once appeared on a tree to a girl grazing a cow, so a chapel with the Virgin Mary was put on the spot. Again St. John the Baptist appeared to the shepherd boy, so another chapel is dedicated to Saint John. Then a few wooden crosses were placed there.

They were once not liked by some Moscow forester and he ordered to cut them. However, when no one dared to cut these crosses, angry he cut them off by himself and pushed them into the River Rozpuda flowing here. However, the crosses did not flow with water, but even when they were pushed further, they returned here, swimming under water. Seeing this, people saw this miracle as an indication that the crosses want to stay at the Holy Place, pulled them out of the water at night and put them again where they once stood.

People come to this wonderful Holy Place with prayers for health, and in the stream flowing at the foot of the crosses, flowing from the neighboring Jałowe Lake to Rozpuda River, sick children are washed, leaving their T-shirts and handkerchiefs with which they tie the crosses.

Also older patients go to the care of the Mother of God and Saint John and make pilgrimages to this place. They wash themselves with water, dip in handkerchiefs and cover sick areas. Such wraps are effective when a rash covers the body, when ulcers form, sores, when the head hurts. I saw a mother leading a lame girl into the water, maybe nine years old with one crutch.

On a day of St. John the Baptist, June 24, there is a kind of church fair, I say kind of, because there is no church in the place, there is not even a chapel in which there would be even a small altar, used to celebrate mass. Priests also do not take part in any folk festival. Only a vicar from Raczki has been sending a church servant with a iron can to collect contributions from some time. He stands under the statue of St. John, puts the can in an accessible and visible place, and next to it - a church crucifix.

People from all around come on foot and arrive in carts. All cars full of older and smaller children and babies, because today is a children's festival; after all, the Virgin Mary and Saint John appeared to the children.

The church fair is crowded, there are several thousand people there. They leave the carts in the woods, and the path leading through the woods to the Holy Place is crammed with stallholders on both sides. In the stalls I saw the most candy, some cakes; there are stalls with rolls, puppets, and sausages; there were only two stalls with devotions, beer, soda water and ice cream in others; a couple of stalls with children's toys, but these were factory products, not local folk products.

A bunch of beggars wailed songs about the Mother of God and Saint John and asked for alms.

Everyone who came knelt in front of the shrines, prayed and tossed a penny to the can. Who was sick he went to the water. The priests do not want to take care of the Holy Place and organize this folk fair and sanctify it somehow. Yes, it is really a folk festival.

This day is also a pastoral holiday.

When rushing the cattle home from the morning feed, each shepherd dresses them with field flowers, hanging wreaths made of them on the horns and on the neck of each cattle. Today each shepherd also receives from the landlady in the gift 50 groszy for each cattle grazed.

Related galeries

Opublikowano Dodaj komentarz

Bargłowskie cmentarze parafialne

Parafia bargłowska została utworzona przywilejem fundacyjnym wystawionym przez króla Zygmunta II Augusta w 1544 roku. Pierwszy cmentarz grzebalny w Bargłowie Kościelnym znajdował się zapewne, jak to bywało w zwyczaju, przy świątyni. W inwentarzach kościelnych z 1775, 1783 i 1804 roku znajdują się jedynie informacje o stanie ogrodzenia cmentarza. Inwentarz z 1775 roku mówi, że chociaż jest ono dawne, poza znacznie zniszczonym wierzchem bramki, nie wymaga reperacji. W sporządzonym osiem lat później przez ks. Szymona Pieńczykowskiego, autora Opisania Kościoła y Probostwa Bargłowskiego z 1783 roku czytamy, że reperacji potrzebuje, zaś w 1804 roku owy parkan bardzo już podupadł, słupy w nim pogniły i kołkami są tylko podpierane. W inwentarzu z 1819 roku księża Jan Kanty Zawadzki i Jan Nepomucen Dąbkowski podają, że cmentarz przy kościele nowego erygowania potrzebuje. Parkan stary upadł, na nic się zda jego reperacja i potrzebne jest nowe ogrodzenie. Mowa jest w nim też o nowym cmentarzu założonym w niewielkiej odległości od kościoła ku wschodowi południowemu w kwadrat zabudowanym, ale jest on dla parafii znacznie za szczupły.

W The Chronicle of the Royal Bargłów Parish, sporządzonej przez Józefa Golubiewskiego, czytamy, że drugi cmentarz grzebalny koło kościoła ma powierzchnię około 60 arów. Nowy cmentarz w polu, będący częścią obecnego, określanego potocznym mianem starego, powstaje zaś w drugim dziesięcioleciu XIX wieku. Po raz pierwszy wymieniany jest on w dokumencie z wizytacji generalnej z 1822 roku. Jest on oparkaniony tarcicami, a brama do niego zamkiem zamykana bywa. Nie ma w nim, co podaje owy dokument, oddzielnego miejsca na grzebanie dzieci zmarłych bez chrztu. Może to nastąpić w czasie, ponieważ planowane jest jego powiększenie.

Inwentarz kościoła bargłowskiego z 1825 roku podaje, że obydwa cmentarze, zarówno przy kościele, jak i w polu, mają ogrodzenie w dobrym stanie. O ich stan zatroszczył się ks. Józef Szumowicz, co imiennie podaje ks. Jan Nepomucen Dąbkowski sporządzający inwentarz kościoła bargłowskiego roku 1832. Sześć lat później nadwyrężył je czas i uległy dewastacji. W inwentarzu podawczym funduszu kościoła bargłowskiego z 1838 roku, sporządzonym po śmierci plebana, ks. Klemensa Ratokle, stwierdza się, że cmentarze nie mają prawie żadnego parkanu, co potwierdza rok później dokument z wizytacji generalnej. Zmieniło się to w drugiej połowie XIX wieku. Inwentarz 1872 roku podaje, że cmentarz grzebalny jest dostatecznie oparkaniony drewnianymi słupami i półtoracalowymi deskami. Posiada dwuskrzydłową bramę na żelaznych zawiasach opatrzoną zamkiem i podobną furtkę. W 1842 roku pobudowana zostaje na nim klasycystyczna kaplica rodziny Karwowskich. W pierwszej połowie XX wieku zostaje założony drugi cmentarz grzebalny, w potocznym nazewnictwie określany nowym cmentarzem. Położony jest na terenie Bargłowa Dwornego. W 1920 roku ówczesny zastępca proboszcza, ks. Wincenty Astasiewicz, zwrócił się do ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego o wytyczenie miejsca na nowy cmentarz, sugerując jego miejsce po prawej stronie szosy w kierunku Augustowa w wielkości od 6 do 7 morgów. Siedem lat później, w 1927 roku, Kuria Diecezjalna w Łomży wyznaczyła dziekana augustowskiego do poświęcenia nowego cmentarza na dzień 5 maja tegoż roku. Pierwszym pochowanym na nim zmarłym prawdopodobnie jest Adam Zedelo, który odszedł z tego świata w wieku 72 lat 2 września 1927 roku, o czym świadczy tabliczka na krzyżu stojącym dotąd na jego grobie. Zapewne do czasu poświęcenia cmentarnej ziemi nikt nie chciał w niej grzebać swoich bliskich. W lipcu 1931 roku w protokole zdawczo-odbiorczym stwierdza się, że kościół posiada dwa cmentarze i oba wymagają uporządkowania. Jeden z nich ogrodzony jest drutem kolczastym, drugi — obłożony został kamieniami. Powiększenia i obudowania kamiennym murem starego cmentarza dokonano za czasów proboszcza Józefa Perkowskiego. W Kronice parafialnej kościoła bargłowskiego wspomina on sam: Prawda, z nabyciem gruntu trzeba było nieraz forteli i dowcipów Zagłoby, ale sam mur wyrósł jak spod ziemi.

Po zniszczeniach wojennych oba cmentarze pozostawały bez ogrodzenia. Ich uporządkowania dokonano za czasów probostwa ks. Adolfa Romańczuka. W latach 1984-85 suwalski historyk Zygmunt Filipowicz obu miejscom pochówków założył karty dokumentalne. Według niego cmentarz stary liczy 2,1 ha powierzchni, położony jest około 250 m na południe od wsi, na wzniesieniu, po zachodniej stronie drogi biegnącej do Brzozówki i Tajna Starego. Rozplanowanie jego autor uznaje za regularne, wytyczone na planie sześcioboku, z orientowanymi grobami. Ogrodzony jest siatką. Najstarszy nagrobek ma pochodzić z 1885 roku. Cmentarz nowy liczy 1,8 ha powierzchni, jego charakter określa jako regularny. Wytyczony zestal na planie zbliżonym do pięcioboku, a kwatery na nim są przejrzyste. Muru ogrodzeniowego na nim brak. Autor zauważa także rosnący starodrzew na obu cmentarzach.

W 1986 roku stary cmentarz parafialny w Bargłowie Kościelnym został wpisany do rejestru zabytków nieruchomych. Trzeba dodać, że znajdują się na nim poza dziewiętnastowieczną kaplicą Karwowskich również inne cenne obiekty zabytkowe: płyty, krzyże i pomniki nagrobne. Niektóre z nich pochodzące ze słynnej huty sztabińskiej Karola hr. Brzostowskiego. Jest też kwatera żołnierzy poległych w latach 1919-1920 w wojnie polsko-bolszewickiej. Kwaterą opiekuje się tutejsza szkoła. Leży ona po prawej stronie alei prowadzącej od bramy głównej do kaplicy Dalsze losy bargłowskich cmentarzy to już czasy współczesne.

Artykuł ukazał się w czasopiśmie Martyria 11/2015