Opublikowano Dodaj komentarz

Ksiądz Antoni Brzozowski (1809-1885)

Grób księdza Antoniego Brzozowskiego znajduje się po drugiej stronie dróżki, przy której została pochowana moja prababcia. Znam to miejsce od najmłodszych lat. Jednak dopiero w bieżącym roku zainteresowałam się, kim był ksiądz Antoni i dlaczego spoczął na augustowskim cmentarzu.

Prostsza jest odpowiedź na pytanie drugie. Ksiądz Antoni Brzozowski spędził w Augustowie ostatnie lata swego życia. Rosyjskie urzędowe roczniki informacyjno-statystyczne wydawane przez władze guberni, czyli tzw. pamiatnyje kniżki, od roku 1877 wymieniają Antoniego Brzozowskiego jako rezydenta augustowskiej parafii[1]. Potwierdza to rubrycela dla diecezji augustowskiej na rok 1885[2].

Przeglądając wcześniejsze wydania roczników (1872, 1873, 1875), zdziwiłam się, że ksiądz Antoni Brzozowski nie jest wymieniony ani jako proboszcz, ani jako wikary żadnej parafii na terenie diecezji augustowskiej[3]. Pomyślałam od razu, że być może w jakiś sposób sprzeciwiał się władzy i dlatego nie dostał etatu od państwa. Przypomnę w tym miejscu, że po wejściu w życie ukazu carskiego „o urządzeniu duchowieństwa rzymskokatolickiego” (grudzień 1865) księża katoliccy otrzymywali państwową pensję.  Nie wszyscy, oczywiście. Ci, którzy narazili się władzy, byli zdani na datki od wiernych.

Dlaczego carskie władze utrudniały życie księdzu Brzozowskiemu?

Po pierwsze, był zaangażowany w powstanie styczniowe. Antoni Brzozowski, kapłan z Krasnegoboru, był umieszczony na liście sporządzonej przez konsystorz sejneński w grudniu 1863 roku. Lista zawierała nazwiska księży katolickich z diecezji augustowskiej czyli sejneńskiej, którzy zostali uwięzieni lub zesłani za udział w powstaniu styczniowym[4].

Po drugie, spowiadał unitów i nie krył się z tym.

Przypomnę, że w Królestwie Polskim unię kościelną skasowano na początku roku 1875. Duchownych i świeckich unitów zaliczono do prawosławnych i zakazano zmieniać wyznanie. Ci, którzy nie chcieli przyjąć prawosławia, nazywani byli opornymi. Mieli do wyboru: nie przystępować do sakramentów lub w tajemnicy korzystać z posługi księży katolickich. Za udzielanie sakramentów unitom duchowni katoliccy byli karani.

Ksiądz Antoni Brzozowski w sierpniu 1875 roku w Adamowiczach powiedział publicznie, że będzie spowiadał wszystkich bez różnicy[5]. Już we wrześniu został za to skazany na wysiedlenie z diecezji augustowskiej do kujawsko-kaliskiej. Po niedługim czasie zezwolono mu na powrót, z tym że władze guberni zastrzegły u biskupa, by nie delegował księdza Brzozowskiego na zastępstwo do żadnej parafii, choćby na najkrótszy czas[6].

Po trzecie, w sierpniu 1879 roku podczas kazania w Janówce ksiądz Brzozowski namawiał do zaniechania pijaństwa[7]. A przecież sprzedaż alkoholu przynosiła ogromne dochody dla carskiego skarbu. Poza tym społeczeństwem pogrążonym w alkoholizmie łatwiej było kierować i poddawać procesom rusyfikacji.

Po czwarte, podczas tego samego kazania w Janówce ksiądz Antoni zachęcał, by pielgrzymować do Gietrzwałdu, gdzie dwóm dziewczynkom ukazała się Matka Boża[8].

Zaznaczę, że w roku 1877 w zaborze pruskim Maryja rozmawiała z dziewczynkami po polsku. Wkrótce do Gietrzwałdu zaczęły przybywać pielgrzymki ze wszystkich trzech zaborów.

W październiku 1879 roku gubernator zwrócił się do biskupa, by bezwzględnie zakazał księdzu Brzozowskiemu wygłaszać w przyszłości kazania[9].

Po piąte, do Janówki ksiądz Brzozowski udał się bez paszportu, czyli bez pozwolenia władz. W październiku 1879 został za to ukarany grzywną w wysokości 12 rubli[10]. To wcale nie było mało. Sztuczna Inteligencja podpowiedziała, że w tamtym czasie niewykwalifikowany robotnik zarabiał 40-60 kopiejek dziennie, chleb żytni (ok. 0,4 kg) kosztował 3-5 kopiejek, mięso (ok. 0,4 kg) 15-20 kopiejek, masło (ok. 0,4 kg) 30-40 kopiejek, para butów 2-4 ruble.

Widać zatem, że ksiądz Antoni Brzozowski wykazywał się odwagą cywilną. Takiej odwagi potrzeba też było księżom Michałowi Pożarowskiemu i jego następcy Antoniemu Daukszy[11], augustowskim proboszczom i dziekanom, którzy przyjęli do swojej parafii niewygodnego dla władz rezydenta.

Na koniec przedstawiam „metryczkę” księdza:

  • Imię: Antoni;
  • Nazwisko: Brzozowski;
  • Data i miejsce urodzenia: 27 maja 1809, Koboski, obecnie powiat wysokomazowiecki;
  • Data i miejsce śmierci: 28 października / 09 listopada 1885, Augustów[12];
  • Imiona rodziców: Jan i Rozalia z domu Łapińska;
  • Data święceń kapłańskich: 03 lipca 1836;
  • Potwierdzone miejsca posługi duszpasterskiej: Rydzewo (wtedy filia parafii Rajgród)[13], Krasnybór[14], Adamowicze[15], Augustów[16].

Ksiądz Antoni Brzozowski w Augustowie nie jest znaną postacią. Warto jednak pamiętać o tym kapłanie, który był wierny swojemu powołaniu i ojczyźnie.


[1] Pamâtnaâ Knižka Suvalkskoj Gubernìi na god [dalej: PKSG] 1877, s. 61; 1878, s. 53; 1880, s. 56; 1881, s. 54; 1883, s. 54; 1884, s. 59; 1885, s. 98; 1886, s. 73.

[2] Duhovenstvo sejnskoj ili avgustovskoj eparchii v 1885 godu, s. [13]; w: Ordo divini officii ad usum Dioecesis Sejnensis seu Augustoviensis pro Anno Domini 1885.

[3] Zob.: PKSG 1872, s. 111-117; 1873, s. 95-100; 1875, s. 103-108.

[4] Podaję za: W. Jemielity, Duchowieństwo w diecezji augustowskiej czyli sejneńskiej a powstania w XIX wieku, w: „Rocznik Białostocki” 18, 1993, s. 148.

[5] Podaję za: W. Jemielity, Augustowski unicki dekanat, w: „Episteme” 2, 1999. Z dziejów chrześcijaństwa w Augustowie, s. 72; P. Kubicki, Bojownicy kapłani za sprawę Kościoła i ojczyzny w latach 1861-1915: materiały z urzędowych świadectw władz rosyjskich, archiwów konsystorskich, zakonnych i prywatnych. Część 1. Dawne Królestwo Polskie. Tom III. Diecezje: sandomierska, sejneńska, warszawska. Emigracje kleru po r. 1863. Zakony, zestawienia i spisy; Sandomierz 1933, s. 245.

[6] Zob.: P. Kubicki, dz. cyt., s. 245.

[7] Tamże.

[8] Tamże.

[9] P. Kubicki, dz. cyt., s. 245-246.

[10] P. Kubicki, dz. cyt., s. 342.

[11] Dziekan Antoni Dauksza w czerwcu 1884 roku został ukarany za to, że mieszał się w sprawy „prawosławia”; grzywna wynosiła 30 rubli. Podaję za: P. Kubicki, dz. cyt., s. 248.

[12] Tę datę podają wypisy z aktu zgonu. Zob.: https://search.jzi.org.pl/geneo/; Akta miasta Augustowa. Na płycie nagrobnej i tabliczce na krzyżu jest 29 listopada. Zawyżono też o rok długość życia księdza.

[13] Elenchus universi cleri dioecesis augustoviensis Anno Domini 1852, s. 12; w: Ordo divini officii ad usum Dioecesis Augustoviensis 1852.

[14] Nazwisko księdza Antoniego Brzozowskiego (jako kapłana udzielającego sakramentu) pojawia się w aktach chrztów z okresu: 06.02.1860 (Adam Karp) – 05.11.1861 (Rozalia Zagórska); https://search.jzi.org.pl/geneo/.

[15] W. Jemielity, Augustowski unicki dekanat…, s. 72.

[16] PKSG 1877, s. 61; 1878, s. 53; 1880, s. 56; 1881, s. 54; 1883, s. 54; 1884, s. 59; 1885, s. 98; 1886, s. 73; Duhovenstvo sejnskoj ili avgustovskoj eparchii v 1885 godu, s. [13].

 

Opublikowano Dodaj komentarz

Jeszcze jeden zapomniany cmentarz w Augustowie

Za kościołem Matki Bożej Częstochowskiej w Augustowie znajduje się pojedynczy grób. Dowiedziałam się o nim od Józki Drozdowskiej. Wprawdzie w dzieciństwie, gdy mieszkałam na Marchlewskiego (dziś Armii Krajowej), bywałam w Koszarach, ale pamiętam tyle, że za kościołem rosły jakieś krzaki. Józka nie wiedziała dokładnie, kto spoczywa w tym grobie. Pamiętała jednak, że ksiądz infułat Antoni Kochański mówił coś o żonie oficera.

Niedawno wybrałam się do Koszar. Przeżyłam rozczarowanie. Płyta tak porosła mchem, że absolutnie nie dało się odczytać liter. Nawet nie byłam w stanie rozszyfrować, czy  napis jest po polsku, czy po rosyjsku. Przyznam, że stawiałam na tę drugą opcję, jako że przecież to Rosjanie wybudowali koszary i cerkiew garnizonową, która miała wezwanie Świętego Mikołaja. Pomodliłam się przy grobie, zrobiłam zdjęcia i poszłam do domu.

Nie zostawiłam jednak tematu. Zdjęcia mogiły wraz z prośbą o pomoc wysłałam na grupę Augustów w Starej Pocztówce. Ludzie pisali o kościach, które wykopano podczas budowy plebanii, o pochowanym przy kościele żołnierzu, inni zaś o żonie oficera.

I znów do akcji wkroczyła Józka Drozdowska. Odszukała w swoim archiwum zdjęcia, które zrobiła w roku 2021. Udostępniła mi te fotografie. Wspólnie próbowałyśmy odczytać napis. Nie we wszystkim się zgadzałyśmy. Potem każda z nas pracowała sama.

 

Miałam kłopoty z odczytaniem imienia. Natomiast jeśli chodzi o nazwisko, wyszło mi, że Wegner. Szukałam więc tego lub bardzo podobnego nazwiska. Przejrzałam kilka „Roczników oficerskich”. I nic. To znaczy, znalazłam trzech Wegnerów, ale żaden z nich nie służył w 1 Pułku Ułanów Krechowieckich.

Poszłam więc innym tropem. Zajrzałam na stronę Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego i skorzystałam z wyszukiwarki Geneo. Przejrzałam wypisy z aktów zgonu augustowskiej parafii z roku 1926. Bez trudu znalazłam dokument dotyczący Zefiryny z Hoffmanów Wegnerowej, żony starszego wachmistrza 1 Pułku Ułanów Krechowieckich. Data śmierci zgadzała się z tym, co widnieje na płycie nagrobnej. Przy okazji dowiedziałam się też, że państwo Wegnerowie w roku 1926 pochowali trzymiesięcznego synka, urodzonego w Grodnie Zenona Franciszka.

Oto informacje, które znalazłam o kobiecie spoczywającej w grobie przy kościele w Koszarach:

Imię: Zefiryna;
Nazwisko: Wegner;
Nazwisko rodowe: Hoffman;
Data narodzin: 27 sierpnia 1903;
Data śmierci: 27 grudnia 1926;
Miejsce urodzenia: Nakło, międzywojenny powiat Wyrzysk;
Rodzice: Edward Hoffman, Wanda z Witkowskich;
Mąż: Antoni Wegner, starszy wachmistrz 1 Pułku Ułanów Krechowieckich;
Syn: Zenon Franciszek, ur. w Grodnie, zm. 19 lipca 1926 w Augustowie w wieku trzech miesięcy.

Ale to jeszcze nie koniec historii.

Szukałam starych zdjęć cerkwi garnizonowej w dawnych koszarach. Znalazłam fotografię, która bardzo mocno mnie zaskoczyła. Nie dowierzałam temu, co widzę. Znowu zwróciłam się do Józki Drozdowskiej z pytaniem, czy ona też dostrzega na zdjęciu mogiły z jasnymi krzyżami. Józka potwierdziła. Zwróciła też uwagę na to, iż krzyże nie mają skośnej belki, charakterystycznej dla prawosławnych grobów. Przyznam się, że byłam tak tym wszystkim zdziwiona, że początkowo nie patrzyłam na czerwony stempel na zdjęciu. A on wszystko wyjaśnia: przy cerkwi są „niemieckie groby bohaterów”. Znalazłam w Internecie jeszcze kilka interesujących zdjęć żołnierzy przy pomniku „dzielnych niemieckich wojowników” oraz przy grobach poległych.

 

Zdjęcia wykonał Alfred Kühlewindt (1870-1945), jeden z najważniejszych fotoreporterów wojennych dokumentujących wydarzenia na Froncie Wschodnim w latach 1915-1918. Na podstawie zdjęć Kühlewindta wykonano wiele pocztówek.

Jako ciekawostkę mogę podać, że Alfred Kühlewindt pierwsze własne studio fotograficzne otworzył w Nakle nad Notecią. A tam właśnie urodziła się Zefiryna Hoffman, której grób do dziś znajduje się przy kościele w Koszarach.

Dawnego cmentarza wojennego przy kościele w Koszarach nie ma w „Wykazie mogił i cmentarzy wojennych z terenu Miasta Augustów”. Nie wiem, czy szczątki ekshumowano, czy spoczywają do dziś przy kościele.

A gdzie są lub były się inne augustowskie zapomniane cmentarze?

  • Cmentarz katolicki – wokół bazyliki.
  • Cmentarz prawosławny i unicki – między Nettą a budynkiem Urzędu Miasta, mniej więcej naprzeciwko skrzyżowania Sienkiewicza i Hożej.
  • Cmentarz ewangelicki – na skrzyżowaniu Sienkiewicza i Kilińskiego.
  • Stary cmentarz żydowski – przy Polnej, za dawną bóżnicą (obecnie to część Urzędu Skarbowego).
  • Cmentarz żydowski – przy ulicy Zarzecze, na zachód od cmentarza chrześcijańskiego.
  • Cmentarz żydowski z okresu getta – przy ulicy Waryńskiego, niedaleko skrzyżowania z Jaćwieską.

Bardzo dziękuję Pani Józefie Drozdowskiej. Józka, gdyby nie Ty, grób w Koszarach pozostałby anonimowy. I nie dowiedziałabym się o istnieniu tego przykościelnego cmentarza.

Zdjęcia:
Alfred Kühlewindt, ze strony https://fotopolska.eu/Augustow/b39774,1914-1918_-_I_wojna_swiatowa_-_Augustow,24,48.html
Józefa Drozdowska
Bożena Diemjaniuk

Opublikowano Dodaj komentarz

Moje wspomnienie o Suwałkach, 1919-1937

Ci, którzy czytali mój pierwszy artykuł w jubileuszowym wydaniu z 1990 roku 1, wiedzą, że pisałem głównie o samym mieście. Tutaj postaram się opisać ludność żydowską, która mieszkała tam w latach 1919–1937, czyli do czasu mojego wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Najpierw jednak krótki opis miasta.

Pewna gospodyni tutaj, w Nowym Jorku, powiedziała mi kiedyś, że Suwałki to był „mały sztetl z jedną długą ulicą”. Kiedy powtórzyłem to Dawidowi Bernowi, zaprotestował i oburzony odparł: „Wcale nie, Suwałki to było 'sztot’ (miasto)”. Liczyło około dwudziestu ośmiu tysięcy mieszkańców, z czego prawie połowę stanowili Żydzi, a otoczone było garnizonem liczącym około dwudziestu tysięcy żołnierzy. Obecnie jest to miasto sześćdziesięciopięciotysięczne, obejmujące nową część (na północ od starego miasta) oraz starą. Jak widać na mapie, leży w północno-wschodniej części Polski, w trójkącie między Litwą a Prusami Wschodnimi2. Jest położone pośród pięknych, majestatycznych lasów sosnowych i wielu jezior, z których największym są Wigry (letnisko najwyższych polskich urzędników, w tym Prezydenta, który wybudował tam wille dla odpoczynku i polowań).

Samo „stare miasto” składało się z wielu ulic: długich, krótkich, szerokich i wąskich, prostych i zakrzywionych, a niektóre opadały stromo ku rzece Czarnej Hańczy. Główna ulica, ulica Kościuszki, była piękną, szeroką arterią o długości jednego kilometra, wysadzaną po obu stronach starymi kasztanowcami, które kwitły na wiosnę. Po wschodniej stronie ulicy znajdował się młyn wodny, kościół ewangelicki, trzy kina, dwa banki, kasa chorych (ówczesny odpowiednik przychodni), komisariat policji, wiele sklepów, ogromna szkoła powszechna i wiatrak Smolińskiego. Po zachodniej stronie ulicy znajdowała się Arkadia (dawna posiadłość rosyjskiego gubernatora), poczta, „Polamtow” (Polsko-Amerykańskie Towarzystwo Handlowo-Transportowe) oraz dom narodzin Marii Konopnickiej, słynnej polskiej poetki. Również po zachodniej stronie znajdowały się dwie łaźnie publiczne, komenda policji, nasze gimnazjum hebrajskie i szkoła Tarbut (podstawowa) na trzecim piętrze tego samego budynku, Ratusz, cerkiew, park miejski (zajmujący jedną trzecią długości ulicy), sklepy, sądy i urzędy federalne oraz najpiękniejszy budynek w mieście – „Resursa” (klub kupiecki), aneks szkoły powszechnej – „ogonek”, bank polski i wreszcie kompleks szpitalny (dwa wielkie ceglane budynki – jeden polski, drugi żydowski).

Ulica równoległa do niej była podzielona na trzy części. Pierwszą była „Schulgasse” (ulica Bożnicza), zwana po polsku ulicą Berka Joselewicza (na cześć żydowskiego bohatera polskiego powstania), przy której znajdowała się Wielka Synagoga, używana głównie podczas Wysokich Świąt i specjalnych uroczystości, wraz z dwiema mniejszymi klojzami (domy modlitwy), jesziwą i mykwą po trzech stronach ogromnego dziedzińca. Po drugiej stronie ulicy znajdował się Bet Ha-Midrasz wraz z dwoma klojzami, używany każdego dnia w roku. Było to stałe miejsce modlitwy i studiów rabina, gdzie nauczał w soboty, a w ciągu tygodnia, w popołudnia, studiował Talmud i Misznę z młodszymi i starszymi.

Suwałki miały dwadzieścia siedem klojzów mieszczących od pięćdziesięciu do stu lub więcej osób – sześć w sąsiedztwie synagogi i bejt midrasz, z których największymi były: klojz krawców, szewców, ślusarzy, rybaków i rzemieślników. Najmniejszym był „Moti-Mejera”, który znajdował się w jego chsanie (zajeździe dla religijnych podróżnych). Jak zatem widać, ludzie pracy w Suwałkach byli piśmienni, posiadali wiedzę, a niektórzy byli wręcz bardzo światli. Choć suwalscy Żydzi reprezentowali postawy od bardzo konserwatywnych po liberalne, idee socjalistyczne były głęboko zakorzenione od czasu rewolucji 1905 roku. Rzemieślnicy odgrywali ważną rolę w sprawach życia żydowskiego i bywali reprezentowani w „Va’ad Hakol” (zarządzie gminy).

Inne klojzy były rozsiane po całym mieście w dużych kamienicach. Jeden z nich znajdował się w moim sąsiedztwie, w bardzo dużym domu pana Browna. Pan Brown był uważany za jednego z najbogatszych ludzi w mieście. Był agentem firmy ubezpieczeniowej New York Life i „chodzącą kasą kredytową”, pożyczającą pieniądze na procent przedsiębiorcom. Był niezwykłym człowiekiem. Choć niektórzy z jego dłużników bankrutowali, nigdy ich nie pozywał, zawsze idąc na ugodę. Miał zwyczaj chodzić po ulicy i mówić do siebie. Gdy pytano go, dlaczego to robi, odpowiadał: „Lubię rozmawiać z mądrymi ludźmi”. Cytaty z pana Browna stały się w mieście legendarne. Wszystkie swoje interesy trzymał w głowie i na maleńkim skrawku papieru. Jego umysł był jak komputer. Nigdy jednak nie lubił konkurencji, niezależnie od jej skali. Jeden z jego konkurentów, pan Lewin, był bardzo niskim człowiekiem (krewnym naszego zmarłego wiceprezesa), którego przezywano „Malutki”. Pewnego dnia, gdy pracowałem w banku państwowym w bardzo długiej sali z wejściem na jednym końcu i okienkiem kasowym na drugim, pan Lewin stał przy kasie. Gdy wszedł pan Brown i zauważył pana Lewina, przebiegł przez bank, chwycił go za kołnierz, wyniósł na zewnątrz, podczas gdy krótkie nogi „Malutkiego” przebierały w powietrzu jak na rowerze, i wyrzucił go – ku naszemu wielkiemu zdumieniu. Był to jedyny tak wielki wybuch śmiechu, jakiego doświadczyliśmy podczas tych kilku miesięcy mojej pracy w banku.


Dalsza część tych unikalnych wspomnień dostępna jest dla naszych patronów z progu ŻYDZI SUWALSCY i wyższych. Serdecznie zapraszamy do wspierania naszych działań: https://patronite.pl/jzi

 

  1. Tekst był pisany w 1995 roku[]
  2. To oczywiście położenie miasta z okresu pobytu w nim autora tekstu[]
Opublikowano Dodaj komentarz

Tu spoczywają zwłoki Ś.P. Stanisława Joki

Proszę o 3 Zdrowaś Maryia. Urodziłśę 1818. Umarł 1889.

Te proste słowa widnieją na metalowej tablicy nagrobnej przymocowanej do charakterystycznego krzyża pochodzącego ze sztabińskiej huty. Nagrobek znajduje się na jamińskim cmentarzu. Odnowiony krzyż z tablicą osadzony jest na kamieniu noszącym zapis o kolejnych trzech osobach:

  • Jan Joka 1848-1904
  • Aleksandra Suchwałko 1874-1952
  • Rozalia Tomaszewska 1895-1946

Jeden grób, kilka nazwisk – zapewne pochowani zostali tu przedstawiciele kilku pokoleń jednej rodziny… Czy można znaleźć ślady ich obecności w aktach jamińskiej i okolicznych parafii? Poszukiwania w Geneo dostarczają nam informacje pozwalające rozszyfrować wzajemne pokrewieństwo osób o różnych nazwiskach.

Czytaj dalej Tu spoczywają zwłoki Ś.P. Stanisława Joki

Opublikowano Dodaj komentarz

Spotkania innego rodzaju: wspomnienia Suwalczanina

Henry Dorsey (Iska Wigdorczyk)

Listopad 1995

Wczesne dzieciństwo

Pamięć o niektórych wydarzeniach sięga u mnie czwartego roku życia, czyli roku 1923. Uczęszczałem do ochronki, która, jak sądzę, mieściła się na drugim piętrze przy ulicy Kościuszki 54. Było to zaledwie o jeden dom dalej od naszego mieszkania, przy Kościuszki 52.

Raz w tygodniu przychodził do ochronki skrzypek, który grywał z niewielką orkiestrą na żydowskich uroczystościach. Siadał po turecku na środku sali i grał rozmaity repertuar: muzykę klasyczną, taneczną oraz żydowską. My, dzieci, siadaliśmy w kręgu, słuchając uważnie i podśpiewując znane melodie. Bez żadnego powodu, ilekroć grał muzykę klasyczną i wydobywał wysokie dźwięki, ogarniało mnie przerażenie — zaczynałem się trząść i gorzko płakać. Matka i ojciec mieli ze mną każdego ranka nie lada kłopot, by skłonić mnie do pójścia do ochronki mimo moich protestów i łez. W końcu nauczycielka pozwoliła mi podczas zajęć muzycznych wychodzić z sali. Nie potrafię wyjaśnić tej dziecięcej reakcji. Od późnych lat młodzieńczych pokochałem jednak muzykę klasyczną — wysokie i niskie tony — i często chodziłem na koncerty symfoniczne oraz występy skrzypcowe i fortepianowe.

Kolejne zdarzenie również wywarło na mnie wpływ natury psychicznej. W tym wypadku przyczyna jest oczywista. W Suwałkach dwa razy w tygodniu, przez cały rok, odbywały się dni targowe. W te dni miasto tętniło życiem, gdyż kupcy z mniejszych miejscowości przyjeżdżali, by zaopatrzyć się w potrzebne towary. Chłopi z okolicznych wsi przywozili na sprzedaż owoce, warzywa, nabiał oraz drób. Bardzo lubiłem chodzić na targ z matką i naszą służącą, by oglądać te wszystkie barwne artykuły spożywcze. Matka napełniała kosze, a ja chciałem pomagać służącej w ich noszeniu, lecz były dla mnie zbyt ciężkie.

Pod wieczór, gdy chłopi sprzedali już swoje towary i dokonali zakupów, udawali się do szynków, by uczcić udany dzień handlu. W naszej okolicy mieszkali także Białorusini i gdy się upili, bywali bardzo niespokojni. Pewnego dnia targowego stałem późnym popołudniem przed naszym domem i przyglądałem się, jak białoruscy chłopi urządzają wyścigi wozów po brukowanej głównej ulicy — czynili to zresztą dość często. Woźnica na prowadzącym wozie stał wyprostowany, trzymając w ręku bat i popędzając konie do większego wysiłku. Chwiał się i ledwie utrzymywał równowagę. Nagle ją stracił i przeleciał przez przód wozu. Jego nogi zaplątały się między szczeblami z boku, a on uderzył głową o bruk, który rozciął się, pozostawiając za sobą smugę krwi, podczas gdy konie pędziły dalej bez żadnej kontroli. Ten krwawy widok na lata zniechęcił mnie do jedzenia czerwonych pomidorów. Minęło sporo czasu, zanim mi przeszło. Dziś jem pomidory z prawdziwą pasją.

Plac Targowy w Suwałkach, Lata okupacji niemieckiej
Gdy miałem około siedmiu lat, ojciec uznał, że jestem już na tyle duży, by towarzyszyć mu w piątkowe popołudnia w jednej z miejskich łaźni parowych. Najczęściej chodziliśmy do łaźni Kaplana. Do dziś nie jestem pewien, czy zabieranie mnie tam w tak młodym wieku było rozsądne z punktu widzenia zdrowia. Z drugiej jednak strony nie wydaje się, by miało to na mnie zły wpływ. Rozwijałem się fizycznie zupełnie normalnie. Z niecierpliwością czekałem na te wizyty — były dla mnie wielką przyjemnością i źródłem radości.

Pewnego piątku ktoś, chcąc zwiększyć temperaturę i ilość pary, przez nieuwagę wylał wiadro wody, w którym znajdowało się mydło. Niewidoczne opary dały o sobie znać dopiero, gdy opuściliśmy łaźnię. W drodze do domu straciłem przytomność. Ojciec musiał mnie ocucić, sam zresztą ledwo trzymał się na nogach. Tego wieczoru nie poszliśmy, jak co tydzień, do synagogi na modlitwy.

W drodze powrotnej z łaźni parowej w piątkowe wieczory widywałem i słyszałem Strażników Szabatu (Shomrei Shabbat), którzy chodzili od sklepu do sklepu, głośno nawołując do zamykania — zbliżał się bowiem czas rozpoczęcia szabatu. Zwyczajem było, że w większość piątków po kolacji odwiedzaliśmy dziadka i babcię. Stół uginał się od rozmaitych przysmaków. Najbardziej lubiłem bób. Starsi popijali go piwem, a dzieci — oranżadą.

Latem, w czasie przerwy szkolnej, moi rodzice wynajmowali domek (daczę) w Jasionowie, około dziesięciu kilometrów od miasta. Od szosy żwirowej odchodziła piaszczysta droga wiodąca pod górę. Po obu stronach stały chaty zamieszkane przez miejscowych chłopów. Przy każdym obejściu znajdowały się nieodmiennie stodoła, obora i stajnia. Wielu gospodarzy budowało także skromne domki przeznaczone na wynajem. W większości przypadków wynajem takich domków letnikom stanowił ich główne źródło dochodu.

Pierwszy domek przy samej drodze należał do żydowskiej rodziny prowadzącej sklep spożywczy. Mieli konia i wóz, którym przywozili z miasta zaopatrzenie. Niekiedy wielką przyjemnością i urozmaiceniem było pojechać z jednym z ich synów do miasta po towary dla sklepu. Gdy powierzano mi lejce i mogłem prowadzić konia, wydawało mi się, że nie ma mi równego. Było to uczucie podobne do siedzenia za kierownicą samochodu.


Dalsza część tych unikalnych wspomnień dostępna jest dla naszych patronów z progu ŻYDZI SUWALSCY i wyższych. Serdecznie zapraszamy do wspierania naszych działań: https://patronite.pl/jzi

 

Opublikowano Dodaj komentarz

Leon Cieciuch – pionier polskiej radiofonii w USA

Leon Cieciuch - syn Franciszka z Kapic i pochodzącej z Woźnejwsi Marianny z d. Noruk

Tragiczny wypadek

Leon Cieciuch, dyrektor polskiego oddziału WHOM w Jersey City i spiker radiowy z 15-letnim doświadczeniem, zginął tragicznie 20 maja 1942 r. w wypadku samochodowym w pobliżu lotniska Newark. Doszło tam do czołowego zderzenia z ciężarówką, w wyniku którego poniósł śmierć na miejscu.

Przez lata był jedną z czołowych postaci polonijnego środowiska w Nowym Jorku. Utrzymywał bliskie relacje m.in. z wybitnym pianistą i politykiem Ignacym Janem Paderewskim. Zanim związał się ze stacją WHOM dwa i pół roku temu, zdobywał doświadczenie jako śpiewak koncertowy, występował w programach operowych NBC, a także prowadził polskie audycje w rozgłośni WAAT w Jersey City.

W dniu jego śmierci, 20 maja, dyrektor generalny WHOM, Joseph Lang, oddał mu hołd, odwołując wszystkie sponsorowane polskie programy na cztery godziny. W tym czasie na antenie emitowano wyłącznie muzykę żałobną. Stacja przeprowadziła również transmisję nabożeństwa pogrzebowego, które odbyło się 23 maja w kościele św. Antoniego w Jersey City.

Czytaj dalej

Opublikowano Dodaj komentarz

Dziwne przypadki w Suwałkach

Jamiński Zespół Indeksacyjny podjął decyzję o przetłumaczeniu z jidysz na język polski i wydaniu „Księgi pamięci Żydów suwalskich” – jednego z najważniejszych świadectw dotyczących przedwojennej społeczności żydowskiej Suwalszczyzny.

Księga obejmuje nie tylko Suwałki, ale również sztetle związane z gminą suwalską: Bakałarzewo, Wiżajny, Jeleniewo, Sejny, Puńsk, Przerośl, Filipów, Krasnopol i Raczki. To opowieść o ludziach, miejscach i świecie, który niemal całkowicie zniknął w czasie II wojny światowej.

Publikacja będzie dopełnieniem wydanej wcześniej przez JZI „Księgi pamięci Żydów augustowskich” i kolejnym ważnym krokiem w dokumentowaniu historii regionu.

Poniżej publikujemy tłumaczenie jednego z rozdziałów księgi, aby przybliżyć jej charakter i znaczenie.

Row Icchak Ajzyk Chawer

Za moich czasów prawie nikt go już osobiście nie znał, ale w Suwałkach opowiadano o tym uczonym i znamienitym Żydzie rozmaite historie. Na wielkim szyldzie suwalskiej Talmud-Tory aż do samego końca widniało: „Posadowiono przez uczonego cadyka rebego Icchaka Ajzyka Chawera, błogosławionej pamięci”. Starsi przekazali, że jak długo będzie trwała nauka w Talmud-Torze, tak długo wstawiać się będzie jej fundator za miastem, szczególnie w czasie wojny. Podczas pierwszej wojny światowej rzeczywiście nie przerwano studiów i dzięki temu, jak się powiada, miasto cudownie ocalało od zagłady, a Żydzi, których powołano do wojska, wrócili do domu cali i zdrowi. Nie dochodziło do bitew, które mogłyby naruszyć miasto, nikt nie ucierpiał także z powodu bombardowań. Gdy Niemcy wkroczyli do Suwałk, od razu zamknęli Talmud-Torę i wtedy zaczęły się prześladowania miejscowych Żydów.

Rebe z klojza rybackiego

Uzdrowiciel, do którego ludzie przychodzili po błogosławieństwo i amulety. Nazywano go też rebem-uzdrowicielem, bo niosła się wieść o jego cudownej mocy. W naszej rodzinie zdarzyło się, że jedno z dzieci cały czas wpadało w konwulsje. Lekarze byli bezradni, więc matka udała się do owego rebego. Ten kazał jej pójść i nalać z miejskiej pompy wody do buteleczki a przez całą drogę nic nie mówić, tylko w domu położyć ją u wezgłowia dziecka. Przy tym zapewnił ją: „Nie lękaj się. Dziecko wyzdrowieje”. I choroba minęła jak ręką odjął.

Córka tego rebego mieszkała w Suwałkach aż do drugiej wojny światowej, była ubogą wdową i mieszkała w lichej izdebce u reba Arcyka Murarza, wspierana przez miasto. Wszystkie jej dzieci były słabe na umyśle. Księga Chasidim ostrzega przecież przed paraniem się magią, bo stanowi to niebezpieczeństwo zarówno dla tych, którzy się tym zajmują, jak i dla ich dzieci – że albo się ochrzczą, albo postradają zmysły. Wyżej wspomniany uzdrowiciel na pewno był świadom tego niebezpieczeństwa. Jego miłość do ludu Izraela jednak przeważyła i poświęcił się dla niego.

Błogosławieństwo reba Moszego Becalela

Reb Jozef Turecki był Żydem zamożnym. Prowadził handel maszynami do szycia, motocyklami i rowerami, miał też warsztat. Trzymał się z dala od spraw świata żydowskiego, ale któregoś dnia stał się pobożny. Potrzebujących wspierał hojnie, czynił także wiele dobra unikając rozgłosu. Wrócił do religii po przedwczesnej śmierci córki. Gdy później zachorował jego syn Chaim, a lekarze nie dawali mu żadnych szans, udał się do ówczesnego rabina Mosze Becalela i zwierzył się ze swojej zgryzoty. Reb Mosze pobłogosławił go i powiedział: „Twój syn będzie zdrowy”. Błogosławieństwo się spełniło. Chaim cudem ocalał przed nazistami i osiadł w Południowej Afryce.

Przestępstwo ukarane klątwą

Podczas pierwszej wojny światowej miasto cierpiało niedostatek, a mimo to znaleźli się tacy, którzy wywozili jedzenie z Suwałk. Miastu groził głód. Władze zażądały zastosowania radykalnych środków mających zapobiec spekulacji. W mieście nie było naczelnego rabina, który mógłby zdyscyplinować pobratymców. Zostali tylko dajani, którzy nałożyli klątwę na wszystkich nieprzestrzegających zakazu. Ci, którzy się nią nie przejęli, skończyli tragicznie. Od tamtego czasu w Suwałkach bano się mocy takich praktyk.

Upominając się o cześć zmarłych

W roku 1922 roku ptaszki śpiewały o następujących zajściach. W mieszkaniu pewnej Żydówki zamieszkałej przy ulicy Więziennej, coś zaczęło walić w okna. Na początku próbowano to jakoś wyjaśnić. Ludzie przychodzili, aby na własne oczy przekonać się, że dokładnie o północy rozlega się stukanie i że dochodzi ono z zewnątrz. Tak działo się przez dłuższy czas. W mieście opowiadano, że dajan Binjamin Magenca udał się tam z dziesiątką Żydów, żeby odmawiać modlitwy. Na koniec sprawą zajął się stary Zalmele, który, jak powiadano, amuletami uciszył te przedziwne hałasy. Później owa kobieta z nawiedzonego domu opowiadała, że przyczyną wszystkiego było prawdopodobnie to, że jakiś czas wcześniej niefrasobliwie wyrwała źdźbło z grobu rebego Icaka Ajzika Chawera i użyła go jako amuletu, który uzdrowił jej wnuka. Tymczasem, jak piszą w księgach, dusze znajdują spokój i odkupienie właśnie w trawach porastających groby cadyków. Ta opowieść na długo pozostała w pamięci suwalskich Żydów. Już wiele lat później, bo po powstaniu państwa Izraela, pewna kobieta z Suwałk wybrała się na grób rebego Szymona Bar Jochaja w Meronie, aby pomodlić się o zdrowie swojego chorego dziecka. Kiedy jej powiedziano, że można tam dostać uzdrawiający olejek wytłaczany z oliwek znajdujących się nieopodal ohelu Bar Jochaja, zadrżała i zatrwożona opowiedziała historię o tym, jak kiedyś w Suwałkach coś pukało w okno. Co prawda w Meronie drzewa oliwne nie wyrastały z samego grobu, lecz stały w gaju opodal, ale mimo to Suwalszczankę przejęła święta trwoga.

Opublikowano Dodaj komentarz

Święty z Augustowa

Od razu wyjaśniam: chodzi o świętego kanonizowanego przez Rosyjską Cerkiew Prawosławną. Święty Mnich Męczennik ma na imię Neofit. W świeckim życiu to był Nikołaj Aleksandrowicz Osipow. Urodzony w Augustowie 9/21 maja 1875 roku. Od 5 maja 1922 kilkakrotnie aresztowany i zsyłany do łagrów. Rozstrzelany 3 listopada 1937. Rehabilitowany w 1984. W 2009 zaliczony przez Święty Synod w poczet świętych Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej[1].

Informacji o Świętym Neoficie w Internecie jest sporo. Ale głównie po rosyjsku. W języku rosyjskim wydano też książkę o życiu, pracach i korespondencji świętego[2]. Wstęp napisała znawczyni tematu Olga Igoriewna Chajłowa z Prawosławnego Uniwersytetu Humanistycznego im. św. Tichona w Moskwie.

Rodzice świętego

Mieszczańska rodzina Osipowów w Augustowie żyła co najmniej 40 lat. Jako daty graniczne przyjmuję przyjście na świat Nikołaja (1875) i bieżeństwo, czyli ucieczkę prawosławnej ludności w głąb Rosji (1915). O bieżeństwie części rodziny (matki, siostry i brata) mówił sam Neofit podczas przesłuchania z 5 maja 1922[3]. W ankiecie Neofit podał, iż jest obywatelem Augustowa. Augustów jako miejsce urodzenia obu aresztowanych braci (Nikołaja i Konstantina) jest wymieniany w protokołach przesłuchań.

Ale po kolei.

Ojciec Nikołaja, Aleksandr Osipow, to wojskowy felczer, podoficer. Olga Chajłowa podaje informację, że Osipow był „vyhodcem iz evreev-kantonistov”[4]. Nie jestem do końca pewna, jak rozumieć te słowa. Czy chodzi o to, że Aleksandr Osipow był potomkiem żydowskiego kantonisty? Czy może sam jako dziecko trafił do szkoły dla kantonistów, przyjął prawosławie, a potem przez długie lata służył w armii?

Na stronie Parafii Prawosławnej Wniebowstąpienia Pańskiego w Augustowie można przeczytać, że Aleksandr Osipow pełnił funkcję cerkiewnego starosty.

Grób Antona Gawryłowa, dziadka Neofita na cmentarzu w Augustowie
Grób Antona Gawryłowa, dziadka Neofita na cmentarzu w Augustowie

Matka Nikołaja to Jelena Antonowna Osipowa. Była córką Antona Gawryłowa spoczywającego na augustowskim cmentarzu. Skąd to wiadomo? Na pomniku Antona Gawryłowa jest napisane: od wnuka jeromonacha Neofita. Pokrewieństwo między rodzinami Osipowów i Gawryłowów potwierdza inny wnuk Antona urodzony w Augustowie, Konstantin Michajłowicz Gawryłow (1897-1967), w życiu monastycznym archimandryta Sergij[5]. Nazwisko archimandryty Sergija pojawia się w opracowaniach w związku ze śmiercią Neofita. Sergij twierdził, że nie wiadomo, gdzie pochowano jego kuzyna (w naszym regionie mówi się: brata ciotecznego).

Czytaj dalej Święty z Augustowa

Opublikowano Dodaj komentarz

Sianokosy na Trukielach

Przedstawiamy jeden rozdział z najnowszej książki Józefy Drozdowskiej pt. "Opowieści spod Trukieli" będący zbiorem gawęd o dawnym życiu w podaugustowskiej wsi.

Dziewiętnastowieczny Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich podaje, że Trukiele[1] są błotem rozciągającym się między Turówką[2], Jeziorkami25 i Rutkami[3] w powiecie augustowskim jako pozostałości po opadłym jeziorze. Za czasów mojego dzieciństwa były tam wspaniałe łąki, chociaż przez prawie cały rok zalewane przez rzeczkę Turówkę[4]. Rozbrzmiewające od wczesnej wiosny po zimę głosami różnorodnego ptactwa. Były w ogóle ważnym miejscem w życiu zamieszkujących ich okolice ludzi. W wielu sprawach odnoszono się wprost do nich. Mówiło się chociażby: „O, już na Trukielach padaˮ, „Gdzieś grzmi od Trukieliˮ.

Gdy przymknę oczy, widzę je tak wyraźnie, jakby leżały na wyciągnięcie ręki, a nie gdzieś w dalekiej pamięci. Jeździliśmy na nie wozem, czasem chodziliśmy pieszo, by skoszone niedawno przez tatusia i stryja trawy przewrócić na drugą stronę, aby czym prędzej wyschły na siano. Trukiele dzieliły się na tzw. działy. Każdy z gospodarzy miał po dwa z nich. Dział podłużny i dział poprzeczny. Długi, wąski pas łąki, położony wzdłuż linii granicznej z Rutkami, wydłużał się jeszcze bardziej wraz z nadchodzącym zmęczeniem. A ogarniało ono człowieka natychmiast. Ciepłe, parne powietrze, działające usypiająco niczym jakiś narkotyk, schnące trawy i pachnące tu i ówdzie zioła sprzyjały temu, by się rozciągnąć pod nielicznymi tu krzakami łozin czy olszyn i spać choćby do ciemnej nocy. A tu trzeba było przewracać grabiami siano. Zdaje się, że biegłyśmy jedna za drugą: mama, ciocia i ja, i znowu mama. W końcu mieszało się, czyje nogi obute są w płytkie kalosze, a czyje w tenisówki, kto trzyma grabie, czyja to przed chwilą zafurkotała nad przewracanym sianem kolorowa z kretonu spódnica. Woda wyciskana butami obryzgiwała nam twarze. Siano trzeba było szybko przewrócić, by za dzień − dwa można było je zgrabić. Lata były upalne z ciągłymi burzami. Jeżeli nie w porę przyszła nagła ulewa, wbijała je w podłoże i na nowo trzeba było podejmować tę ciężką pracę. Łąki jakby płynęły po bagnach, stąd zdarzało się i brodzenie po wodzie przy przewracaniu siana na wysepkach.

Między płachtami łąk na Trukielach nie było wcale miedz. Ludzie wiedzieli z pokolenia na pokolenie, ile ich teren mierzy kroków i gdzie leży. Zawsze mnie to dziwiło, chociaż z czasem i ja odróżniałam je po jakimś specyficznym krzaczku czy drzewku.

Czytaj dalej

Opublikowano Dodaj komentarz

O Henryku Cieciuchu, poecie i prozaiku w trzecią rocznicę śmierci

W związku z przypadającą 3 lutego br. trzecią rocznicą śmierci Henryka Cieciucha, poety i prozaika, urodzonego w 1930 roku w Solistówce na terenie gminy Bargłów Kościelny, przez wiele lat mieszkającego w Augustowie, zaś zmarłego w Gdańsku, pragniemy przypomnieć naszym Czytelnikom Jego sylwetkę i działalność literacką.

Henryk Cieciuch urodził się 27 sierpnia 1930 roku we wsi Solistówka. Przez wiele lat mieszkał w Augustowie, pracował zaś w Banku Spółdzielczym w Bargłowie Kościelnym. Posiadał wykształcenie średnie ekonomiczne. Obok pracy zawodowej zajmował się literaturą. Od 21 roku życia pisał wiersze okolicznościowe, fraszki i wspomnienia. Należał do Środowiskowego Klubu Literackiego przy Osiedlowym Domu Kultury Spółdzielni Mieszkaniowej w Augustowie od początku jego istnienia, czyli od 1983 roku i był jego wiceprezesem. Poetycki debiut prasowy miał w „Informatorze Kulturalnym Suwalszczyzny i Mazur” w 1989 roku, w którym zamieszczono jego wiersz pt. „Norwida i moja piosenka”. Poeta był nagradzany i wyróżniany w konkursach literackich ogólnopolskich i lokalnych, między innymi w konkursie „O Liść Dębu” organizowanym przez Augustowski Klub Literacki. Nagrodzone wiersze „Lato” (fragment) oraz „Co mam czynić?” zostały opublikowane w wydawnictwie pokonkursowym pt. Napiszę wiersz... w 1996 roku. Utwory Henryka Cieciucha znajdują się w trzech almanachach klubowych: Nad Nettą (1988), Augustowskie strofy (1991) i Pachnące żywicą (1993). Almanach Nad Nettą zawiera: „W żalu i smutku”, „Dwa kwiaty”, „Gdyby tak można było” oraz „Norwida i moja piosenka”. W Augustowskich strofach znajdują się: „W żalu i smutku”, „Żeby życie trwało”, „Gdzie te maje”, „Wiadomości z Wiejskiej”, „Cudzoziemiec do Polaków”, „Biznes”, „Spieszmy się” i „Wierszyk śnieżnego poranka”. W almanachu Pachnące żywicą opublikowano: „Lato”, „Znów demokracja”, „Tak bardzo mi smutno” i „Wiosenny nastrój”. Zamieszczał również wiersze w okazjonalnych, mających formę maszynopisu, czterech klubowych zbiorkach: Ułańskie raporty, Białobrzeska zbrodnia, Do wolności oraz Za wolną i niepodległą. Pierwszy z nich powstał w 1988, a trzy pozostałe w 1989 roku. Jego wiersze „Polsko” i „Tu był las” znajdują się w zbiorowym wydawnictwie Najprostsze słowa powstałym z inspiracji Osiedlowego Domu Kultury w 2000 roku.

I Konkurs Literacki O Liść Dębu, Augustów - Osiedlowy Dom Kultury, grudzień1986 (pierwszy z prawej)
I Konkurs Literacki O Liść Dębu, Augustów - Osiedlowy Dom Kultury, grudzień1986 (pierwszy z prawej)

Czytaj dalej