Opublikowano Dodaj komentarz

Artysta rzeźbiarz

Tym razem będzie o kimś, kto nie spoczywa na augustowskim cmentarzu.

Nazywał się Bolesław Szyszkiewicz. Żył w latach 1864-1893. W roku 1886 przybył do Grodna. Tam pracował i zmarł. Został pochowany na cmentarzu farnym. Na nagrobku Bolesława Szyszkiewicza umieszczono płaskorzeźbę z jego podobizną, stąd wiemy, jak wyglądał.

Dlaczego piszę o Bolesławie Szyszkiewiczu? Dzieła, które powstały w jego pracowni, dotarły do Augustowa i do dziś zachowały się na naszym cmentarzu. Są to pomniki podporucznika Michaiła Kartaszewskiego (zm. 1899) oraz Kajetana i Franciszki Chełmińskich (zm. 1878 i 1891).

Gdy zaczęłam szukać informacji o Bolesławie Szyszkiewiczu, najpierw trafiłam na stronę zachęcającą do spaceru po suwalskim cmentarzu[1]. Jeden z przystanków nosi tytuł „Rzemieślnicy czy artyści?”. W krótkim tekście przedstawieni zostali najbardziej znani twórcy nagrobków znajdujących się na suwalskiej nekropolii.

Ale zdecydowanie więcej informacji o niezwykłym artyście rzeźbiarzu podaje strona Hrodna.life. W czerwcu bieżącego roku opublikowano tam artykuł o człowieku, który „cmentarz przekształcił w dzieło sztuki”[2]. W tekście przedstawiono niezwykłe dzieje Bolesława Szyszkiewicza. Informacje, które podaję w dalszej części, pochodzą z tej właśnie publikacji.

* * *

Bolesław Szyszkiewicz urodził się w zubożałej rodzinie szlacheckiej w powiecie wołkowyskim. W latach 1874-1878 uczęszczał do powiatowej szkoły w Wołkowysku, jednak jej nie ukończył, został wydalony ze względu na słabe wyniki w nauce. Już wtedy miał poważne problemy ze zdrowiem.

Nie wiadomo, co działo się z Szyszkiewiczem przez następnych osiem lat. Historycy nie są w stanie ustalić, gdzie żył i u kogo uczył się sztuki rzeźbiarskiej. Wyklucza się teorię o tym, że był samoukiem, gdyż jego prace są świadectwem profesjonalnego podejścia do materiału, świadomego wykorzystania modnych wówczas elementów tzw. architektury cmentarnej oraz znajomości motywów i symboliki.

Po przybyciu do Grodna Bolesław nie miał lekko. Kamieniarze szybko zorientowali się, że utalentowany młody człowiek odbiera im klientów. Napisali więc skargę do władz guberni, donosząc, że Szyszkiewicz nie ma uprawnień mistrzowskich. Domagali się, by nakazano mu przynależność do cechu kamieniarzy. Chodziło o to, by Szyszkiewicz nie mógł podpisywać swoim nazwiskiem prac oraz reklamować się, dopóki nie zda egzaminu na mistrza.

Jednak Bolesław ograł swoich konkurentów. Sam zwrócił się do gubernatora, wyjaśniając, że nie może należeć do cechu kamieniarzy, gdyż jest artystą rzeźbiarzem. Cechu rzeźbiarzy w Grodnie nie było. Bolesław wywalczył więc prawo wykonywania zawodu. Badacze uważają, że Szyszkiewicz musiał przedstawić gubernatorowi jakiś dokument potwierdzający zdobyte wykształcenie.

Interesy szły dobrze, liczba zamówień ciągle rosła. Bolesław Szyszkiewicz otrzymał dziedziczne honorowe obywatelstwo miasta Grodna.

W 1887 roku Bolesław ożenił się z Romaną Marią Protasowicz. Szczęście małżonków nie trwało zbyt długo. Bolesław zmarł na gruźlicę we wrześniu 1893 roku. Zdążył jeszcze ukończyć własny pomnik na rodzinnym miejscu pochówku na starym cmentarzu w Grodnie.

Żona prowadziła rodzinną firmę do roku 1907, do swojej śmierci. Wiadomo, że w roku 1896 firma zatrudniała siedem osób.

* * *

Szukając starych nagrobków, schodziłam augustowski cmentarz wzdłuż, wszerz i na ukos. Znalazłam dwa pomniki pochodzące z pracowni Szyszkiewiczów. Może ktoś wie o kolejnym[3]?

Wiadomo, że pomniki z sygnaturą „Szyszkiewicz. Grodno” lub „Шишкевичъ. Гродно” zachowały się na cmentarzach w Augustowie, Grodnie, Suwałkach i Świsłoczy. Czy dzieła grodzieńskiego mistrza dotarły jeszcze dalej? Może ktoś z Państwa znalazł pomnik z pracowni Szyszkiewiczów na cmentarzu w swojej miejscowości?

[1] https://digi.bpsuwalki.pl/ealbum/cmentarz/#

[2] https://dzh7f5h27xx9q.cloudfront.net/ru/articles/boleslaw-szyszkiewicz/

[3] Jest kilka pomników z elementami podobnymi do grobu podporucznika Kartaszewskiego, ale na żadnym z nich nie znalazłam sygnatury grodzieńskiej pracowni.

Opublikowano Dodaj komentarz

Pominięci

Grób Kamilli Ateńskiej jest chyba najbardziej rozpoznawalnym pomnikiem na augustowskim cmentarzu. To ta niedopalona świeca znajdująca się koło kaplicy. Zdjęcie pomnika zamieszczano w różnych publikacjach o Augustowie, w tym w monografii wydanej z okazji 450 rocznicy nadania praw miejskich[1]. Tymczasem okazuje się, że grobu nie uwzględniono w Internetowej Bazie Osób Pochowanych[2].

Przyznam, że nerw mnie szarpnął, jak to odkryłam. Już wcześniej wiedziałam, że przy inwentaryzacji cmentarza niektóre groby pominięto, ale ten brak w spisie pomnika Kamilli Ateńskiej jakoś szczególnie mnie poruszył.

Mam w komputerze sporo zdjęć starych nagrobków. Zaczęłam po prostu wpisywać nazwiska w wyszukiwarce. Niżej przedstawiam listę przedwojennych grobów, które zostały pominięte w spisie zmarłych. Przepisuję to, co jest na pomnikach, zachowując oryginalną ortografię oraz rozkład tekstu. Nie umieszczam nazwisk zapisanych cyrylicą, bo o tym był osobny artykuł pt. „Niechciani”. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że mogłam coś przeoczyć.

1. Kamila Ateńska

Ś. P.
Kamilla
z Medunieckich
Ateńska
Ur. 18 lipca 1832
Um. 4 grudnia 1874 r.[3]

2. Katarzyna Basałal

Ś. P.
Katarzyna Basałal
Żyła lat 62
Zm. d 8 stycznia 1911
Pozostały mąż
Prosi przechodnia o
Zdrowaś Marya[4]

3. Rozalia Jabłońska

Rozalia z Maciu
kiewiczów Jabłońska
Urodzona 1800 roku 4 Wrze
śnia, umarła 1850 r.
19 Maja[5]

4. Zenobia Politów lub Politow

Ś. P.
Zenobja
z Marczewskich
Politów
Wdowa po poruczniku
Żyła lat 74. Zm. d. 19 lutego 1903 r.
Prosi o Zdrowaś
Marja.[6]

5. Jan Sztuc i Szarlotta Sztuc

Ś.  P.
Jan Sztuc
Żył l. 82  9 III 1917 r.
Szarlotta Sztuc
Żyła l. 79  1 IX 1930 r.
Błogosławieni, którzy
w Panu umierają.
Ap. św. Jana 14 r.[7]

Jeśli dodamy do tej listy nazwiska zapisane cyrylicą, to wyjdzie ponad 50 osób.

Jeszcze jedno. Może komuś uda się odczytać, kto został pochowany w grobie, którego zdjęcie oznaczyłam jako NN (zdjęcie na początku artykułu)?


[1] Zob.: J. Szlaszyński, A. Makowski, Augustów. Monografia historyczna, Augustów 2007, s. 273.

[2] Zob.: http://mogily.pl/start.

[3] Grób Kamilli Ateńskiej znajduje się po lewej stronie dróżki wychodzącej od drzwi kaplicy.

[4] Grób Katarzyny Basałal widoczny jest z ulicy Szpitalnej.

[5] Grób Rozalii Jabłońskiej znajduje się przy głównej alejce, za skrzyżowaniem z dróżką prowadzącą do kaplicy, po lewej stroni alei. Można go przeoczyć, gdyż obecnie ma wysokość ławki stojącej w pobliżu. Gdy ktoś nie zauważy grobu, powinien dojść do kwatery kapłańskiej i po prostu cofnąć się o kilka kroków. Grób Rozalii Jabłońskiej – jako jeden z nielicznych na cmentarzu – ma motyw trupiej czaszki ze skrzyżowanymi piszczelami. Krój pisma i ozdoby – takie same jak na pomniku Michała Sakowskiego, zm. 1844.

[6] Grób Zenobii Politów znajduje się kilka kroków od pomnika Kamilli Ateńskiej, po prawej stronie dróżki wychodzącej od drzwi kaplicy. Za grobem Zenobii, z lewej strony, jest mogiła burmistrza Konstantego Jachimowicza, którą można znaleźć w wyszukiwarce.

[7] Grób Jana i Szarlotty Sztuców znajduje się niedaleko grobu Anieli i Karola Kellertów, ten ostatni można znaleźć w wyszukiwarce. Trzeba główną aleją dojść do skrzyżowania z dróżką prowadzącą do kaplicy, skręcić w lewo i patrzeć na lewą stronę dróżki.

Opublikowano 3 komentarzy

Szarlotta Sztuc

Tę postać znam z rosyjskojęzycznych źródeł. Zapamiętałam ją ze względu na niezwykle rzadkie obecnie w Polsce imię: Szarlotta. Niedawno, a konkretnie 11 lipca, znalazłam grób Szarlotty na augustowskim cmentarzu[1].

Mogiła jest w nienajlepszym stanie. Pomnik wyraźnie się pochyla. Obok leżą dwa odłamane krzyże, ale nie jestem pewna, czy któryś z nich odpadł od pomnika Szarlotty, bo jakoś nie pasują do całości, która jest imitacją pnia drzewa. Takie kamienne drzewo znajduje się na pobliskim grobie Anieli i Karola Kellertów. Może pomnik Szarlotty wyglądał bardzo podobnie, a te leżące na ziemi krzyże są z innych mogił?

Na szczęście bez problemów da się odczytać napis:

Ś.  P.
Jan Sztuc
Żył l. 82  9 III 1917 r.
Szarlotta Sztuc
Żyła l. 79  1 IX 1930 r.
Błogosławieni, którzy
w Panu umierają.
Ap. św. Jana 14 r.[2].

Kim byli dla siebie Jan i Szarlotta? Lata życia obojga sugerowałyby, że to małżeństwo lub brat i siostra.

Kim była Szarlotta Sztuc? Urzędowe roczniki guberni suwalskiej mówią, że to „powiwalnaja babka”, czyli położna. Personalia położnych podawane były od roku 1901 do 1913. Nazwisko Szarlotty Sztuc widnieje we wszystkich istniejących wydaniach z tego okresu[3]. Dla porządku dodam, że oprócz Szarlotty Sztuc zawsze pojawiają się nazwiska Antoniny Wolańskiej i Marii Aleksiejewej. Trzy razy odnotowano Fieoktistę Jankowską, dwa razy Riszkę Nowalską i raz Annę Karwowską córkę Kazimierza.

Wyżej wymienione panie z pewnością odbierały porody przed rokiem 1901 i po 1913. Szarlotta Sztuc zmarła w roku 1930, zatem prawdopodobnie pomagała przyjść na świat Augustowiakom również po odejściu z miasta Rosjan i Niemców.

Czy była Niemką? Tego nie potrafię powiedzieć. Zaznaczę tylko, że w części cmentarza, gdzie spoczywa Szarlotta, do dziś przetrwały mogiły z napisami po niemiecku. To groby rodzin Brandtów i Borkowskich.

Jakiego wyznania była Szarlotta? Niektóre wydania rosyjskich urzędowych roczników informacyjno-statystycznych podają wyznanie położnych. Ale nie wszystkich. Jeśli chodzi o augustowskie kobiety odbierające porody, to dowiadujemy się, że Antonina Wolańska była wyznania rzymskokatolickiego, Marija Aleksiejewa prawosławnego, a przy nazwisku Szarlotty Sztuc nic nie napisano[4].

Prawdopodobnie mieszkają w Augustowie potomkowie ludzi, których Szarlotta Sztuc przywitała na świecie. Bądźmy wdzięczni za jej pracę i za jej życie.


[1] Niestety, grób Jana i Szarlotty Sztuców nie został uwzględniony w Internetowej Bazie Osób Pochowanych; zob.: http://mogily.pl/start.

[2] Ap 14, 13.

[3] Pamâtnaâ Knižka Suvalkskoj Gubernìi na god [dalej: PKSG] 1901, s. 264; 1902, s. 214; 1903, s. 223; 1904, s. 225; 1907, s. 248; 1910, s. 245; 1912, s. 249; 1913, s. 268.

[4] PKSG 1901, s. 264; 1902, s. 214; 1903, s. 223; 1904, s. 225.

Opublikowano Dodaj komentarz

Ksiądz Antoni Brzozowski (1809-1885)

Grób księdza Antoniego Brzozowskiego znajduje się po drugiej stronie dróżki, przy której została pochowana moja prababcia. Znam to miejsce od najmłodszych lat. Jednak dopiero w bieżącym roku zainteresowałam się, kim był ksiądz Antoni i dlaczego spoczął na augustowskim cmentarzu.

Prostsza jest odpowiedź na pytanie drugie. Ksiądz Antoni Brzozowski spędził w Augustowie ostatnie lata swego życia. Rosyjskie urzędowe roczniki informacyjno-statystyczne wydawane przez władze guberni, czyli tzw. pamiatnyje kniżki, od roku 1877 wymieniają Antoniego Brzozowskiego jako rezydenta augustowskiej parafii[1]. Potwierdza to rubrycela dla diecezji augustowskiej na rok 1885[2].

Przeglądając wcześniejsze wydania roczników (1872, 1873, 1875), zdziwiłam się, że ksiądz Antoni Brzozowski nie jest wymieniony ani jako proboszcz, ani jako wikary żadnej parafii na terenie diecezji augustowskiej[3]. Pomyślałam od razu, że być może w jakiś sposób sprzeciwiał się władzy i dlatego nie dostał etatu od państwa. Przypomnę w tym miejscu, że po wejściu w życie ukazu carskiego „o urządzeniu duchowieństwa rzymskokatolickiego” (grudzień 1865) księża katoliccy otrzymywali państwową pensję.  Nie wszyscy, oczywiście. Ci, którzy narazili się władzy, byli zdani na datki od wiernych.

Dlaczego carskie władze utrudniały życie księdzu Brzozowskiemu?

Po pierwsze, był zaangażowany w powstanie styczniowe. Antoni Brzozowski, kapłan z Krasnegoboru, był umieszczony na liście sporządzonej przez konsystorz sejneński w grudniu 1863 roku. Lista zawierała nazwiska księży katolickich z diecezji augustowskiej czyli sejneńskiej, którzy zostali uwięzieni lub zesłani za udział w powstaniu styczniowym[4].

Po drugie, spowiadał unitów i nie krył się z tym.

Przypomnę, że w Królestwie Polskim unię kościelną skasowano na początku roku 1875. Duchownych i świeckich unitów zaliczono do prawosławnych i zakazano zmieniać wyznanie. Ci, którzy nie chcieli przyjąć prawosławia, nazywani byli opornymi. Mieli do wyboru: nie przystępować do sakramentów lub w tajemnicy korzystać z posługi księży katolickich. Za udzielanie sakramentów unitom duchowni katoliccy byli karani.

Ksiądz Antoni Brzozowski w sierpniu 1875 roku w Adamowiczach powiedział publicznie, że będzie spowiadał wszystkich bez różnicy[5]. Już we wrześniu został za to skazany na wysiedlenie z diecezji augustowskiej do kujawsko-kaliskiej. Po niedługim czasie zezwolono mu na powrót, z tym że władze guberni zastrzegły u biskupa, by nie delegował księdza Brzozowskiego na zastępstwo do żadnej parafii, choćby na najkrótszy czas[6].

Po trzecie, w sierpniu 1879 roku podczas kazania w Janówce ksiądz Brzozowski namawiał do zaniechania pijaństwa[7]. A przecież sprzedaż alkoholu przynosiła ogromne dochody dla carskiego skarbu. Poza tym społeczeństwem pogrążonym w alkoholizmie łatwiej było kierować i poddawać procesom rusyfikacji.

Po czwarte, podczas tego samego kazania w Janówce ksiądz Antoni zachęcał, by pielgrzymować do Gietrzwałdu, gdzie dwóm dziewczynkom ukazała się Matka Boża[8].

Zaznaczę, że w roku 1877 w zaborze pruskim Maryja rozmawiała z dziewczynkami po polsku. Wkrótce do Gietrzwałdu zaczęły przybywać pielgrzymki ze wszystkich trzech zaborów.

W październiku 1879 roku gubernator zwrócił się do biskupa, by bezwzględnie zakazał księdzu Brzozowskiemu wygłaszać w przyszłości kazania[9].

Po piąte, do Janówki ksiądz Brzozowski udał się bez paszportu, czyli bez pozwolenia władz. W październiku 1879 został za to ukarany grzywną w wysokości 12 rubli[10]. To wcale nie było mało. Sztuczna Inteligencja podpowiedziała, że w tamtym czasie niewykwalifikowany robotnik zarabiał 40-60 kopiejek dziennie, chleb żytni (ok. 0,4 kg) kosztował 3-5 kopiejek, mięso (ok. 0,4 kg) 15-20 kopiejek, masło (ok. 0,4 kg) 30-40 kopiejek, para butów 2-4 ruble.

Widać zatem, że ksiądz Antoni Brzozowski wykazywał się odwagą cywilną. Takiej odwagi potrzeba też było księżom Michałowi Pożarowskiemu i jego następcy Antoniemu Daukszy[11], augustowskim proboszczom i dziekanom, którzy przyjęli do swojej parafii niewygodnego dla władz rezydenta.

Na koniec przedstawiam „metryczkę” księdza:

  • Imię: Antoni;
  • Nazwisko: Brzozowski;
  • Data i miejsce urodzenia: 27 maja 1809, Koboski, obecnie powiat wysokomazowiecki;
  • Data i miejsce śmierci: 28 października / 09 listopada 1885, Augustów[12];
  • Imiona rodziców: Jan i Rozalia z domu Łapińska;
  • Data święceń kapłańskich: 03 lipca 1836;
  • Potwierdzone miejsca posługi duszpasterskiej: Rydzewo (wtedy filia parafii Rajgród)[13], Krasnybór[14], Adamowicze[15], Augustów[16].

Ksiądz Antoni Brzozowski w Augustowie nie jest znaną postacią. Warto jednak pamiętać o tym kapłanie, który był wierny swojemu powołaniu i ojczyźnie.


[1] Pamâtnaâ Knižka Suvalkskoj Gubernìi na god [dalej: PKSG] 1877, s. 61; 1878, s. 53; 1880, s. 56; 1881, s. 54; 1883, s. 54; 1884, s. 59; 1885, s. 98; 1886, s. 73.

[2] Duhovenstvo sejnskoj ili avgustovskoj eparchii v 1885 godu, s. [13]; w: Ordo divini officii ad usum Dioecesis Sejnensis seu Augustoviensis pro Anno Domini 1885.

[3] Zob.: PKSG 1872, s. 111-117; 1873, s. 95-100; 1875, s. 103-108.

[4] Podaję za: W. Jemielity, Duchowieństwo w diecezji augustowskiej czyli sejneńskiej a powstania w XIX wieku, w: „Rocznik Białostocki” 18, 1993, s. 148.

[5] Podaję za: W. Jemielity, Augustowski unicki dekanat, w: „Episteme” 2, 1999. Z dziejów chrześcijaństwa w Augustowie, s. 72; P. Kubicki, Bojownicy kapłani za sprawę Kościoła i ojczyzny w latach 1861-1915: materiały z urzędowych świadectw władz rosyjskich, archiwów konsystorskich, zakonnych i prywatnych. Część 1. Dawne Królestwo Polskie. Tom III. Diecezje: sandomierska, sejneńska, warszawska. Emigracje kleru po r. 1863. Zakony, zestawienia i spisy; Sandomierz 1933, s. 245.

[6] Zob.: P. Kubicki, dz. cyt., s. 245.

[7] Tamże.

[8] Tamże.

[9] P. Kubicki, dz. cyt., s. 245-246.

[10] P. Kubicki, dz. cyt., s. 342.

[11] Dziekan Antoni Dauksza w czerwcu 1884 roku został ukarany za to, że mieszał się w sprawy „prawosławia”; grzywna wynosiła 30 rubli. Podaję za: P. Kubicki, dz. cyt., s. 248.

[12] Tę datę podają wypisy z aktu zgonu. Zob.: https://search.jzi.org.pl/geneo/; Akta miasta Augustowa. Na płycie nagrobnej i tabliczce na krzyżu jest 29 listopada. Zawyżono też o rok długość życia księdza.

[13] Elenchus universi cleri dioecesis augustoviensis Anno Domini 1852, s. 12; w: Ordo divini officii ad usum Dioecesis Augustoviensis 1852.

[14] Nazwisko księdza Antoniego Brzozowskiego (jako kapłana udzielającego sakramentu) pojawia się w aktach chrztów z okresu: 06.02.1860 (Adam Karp) – 05.11.1861 (Rozalia Zagórska); https://search.jzi.org.pl/geneo/.

[15] W. Jemielity, Augustowski unicki dekanat…, s. 72.

[16] PKSG 1877, s. 61; 1878, s. 53; 1880, s. 56; 1881, s. 54; 1883, s. 54; 1884, s. 59; 1885, s. 98; 1886, s. 73; Duhovenstvo sejnskoj ili avgustovskoj eparchii v 1885 godu, s. [13].

 

Opublikowano Dodaj komentarz

Moje wspomnienie o Suwałkach, 1919-1937

Ci, którzy czytali mój pierwszy artykuł w jubileuszowym wydaniu z 1990 roku 1, wiedzą, że pisałem głównie o samym mieście. Tutaj postaram się opisać ludność żydowską, która mieszkała tam w latach 1919–1937, czyli do czasu mojego wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Najpierw jednak krótki opis miasta.

Pewna gospodyni tutaj, w Nowym Jorku, powiedziała mi kiedyś, że Suwałki to był „mały sztetl z jedną długą ulicą”. Kiedy powtórzyłem to Dawidowi Bernowi, zaprotestował i oburzony odparł: „Wcale nie, Suwałki to było 'sztot’ (miasto)”. Liczyło około dwudziestu ośmiu tysięcy mieszkańców, z czego prawie połowę stanowili Żydzi, a otoczone było garnizonem liczącym około dwudziestu tysięcy żołnierzy. Obecnie jest to miasto sześćdziesięciopięciotysięczne, obejmujące nową część (na północ od starego miasta) oraz starą. Jak widać na mapie, leży w północno-wschodniej części Polski, w trójkącie między Litwą a Prusami Wschodnimi2. Jest położone pośród pięknych, majestatycznych lasów sosnowych i wielu jezior, z których największym są Wigry (letnisko najwyższych polskich urzędników, w tym Prezydenta, który wybudował tam wille dla odpoczynku i polowań).

Samo „stare miasto” składało się z wielu ulic: długich, krótkich, szerokich i wąskich, prostych i zakrzywionych, a niektóre opadały stromo ku rzece Czarnej Hańczy. Główna ulica, ulica Kościuszki, była piękną, szeroką arterią o długości jednego kilometra, wysadzaną po obu stronach starymi kasztanowcami, które kwitły na wiosnę. Po wschodniej stronie ulicy znajdował się młyn wodny, kościół ewangelicki, trzy kina, dwa banki, kasa chorych (ówczesny odpowiednik przychodni), komisariat policji, wiele sklepów, ogromna szkoła powszechna i wiatrak Smolińskiego. Po zachodniej stronie ulicy znajdowała się Arkadia (dawna posiadłość rosyjskiego gubernatora), poczta, „Polamtow” (Polsko-Amerykańskie Towarzystwo Handlowo-Transportowe) oraz dom narodzin Marii Konopnickiej, słynnej polskiej poetki. Również po zachodniej stronie znajdowały się dwie łaźnie publiczne, komenda policji, nasze gimnazjum hebrajskie i szkoła Tarbut (podstawowa) na trzecim piętrze tego samego budynku, Ratusz, cerkiew, park miejski (zajmujący jedną trzecią długości ulicy), sklepy, sądy i urzędy federalne oraz najpiękniejszy budynek w mieście – „Resursa” (klub kupiecki), aneks szkoły powszechnej – „ogonek”, bank polski i wreszcie kompleks szpitalny (dwa wielkie ceglane budynki – jeden polski, drugi żydowski).

Ulica równoległa do niej była podzielona na trzy części. Pierwszą była „Schulgasse” (ulica Bożnicza), zwana po polsku ulicą Berka Joselewicza (na cześć żydowskiego bohatera polskiego powstania), przy której znajdowała się Wielka Synagoga, używana głównie podczas Wysokich Świąt i specjalnych uroczystości, wraz z dwiema mniejszymi klojzami (domy modlitwy), jesziwą i mykwą po trzech stronach ogromnego dziedzińca. Po drugiej stronie ulicy znajdował się Bet Ha-Midrasz wraz z dwoma klojzami, używany każdego dnia w roku. Było to stałe miejsce modlitwy i studiów rabina, gdzie nauczał w soboty, a w ciągu tygodnia, w popołudnia, studiował Talmud i Misznę z młodszymi i starszymi.

Suwałki miały dwadzieścia siedem klojzów mieszczących od pięćdziesięciu do stu lub więcej osób – sześć w sąsiedztwie synagogi i bejt midrasz, z których największymi były: klojz krawców, szewców, ślusarzy, rybaków i rzemieślników. Najmniejszym był „Moti-Mejera”, który znajdował się w jego chsanie (zajeździe dla religijnych podróżnych). Jak zatem widać, ludzie pracy w Suwałkach byli piśmienni, posiadali wiedzę, a niektórzy byli wręcz bardzo światli. Choć suwalscy Żydzi reprezentowali postawy od bardzo konserwatywnych po liberalne, idee socjalistyczne były głęboko zakorzenione od czasu rewolucji 1905 roku. Rzemieślnicy odgrywali ważną rolę w sprawach życia żydowskiego i bywali reprezentowani w „Va’ad Hakol” (zarządzie gminy).

Inne klojzy były rozsiane po całym mieście w dużych kamienicach. Jeden z nich znajdował się w moim sąsiedztwie, w bardzo dużym domu pana Browna. Pan Brown był uważany za jednego z najbogatszych ludzi w mieście. Był agentem firmy ubezpieczeniowej New York Life i „chodzącą kasą kredytową”, pożyczającą pieniądze na procent przedsiębiorcom. Był niezwykłym człowiekiem. Choć niektórzy z jego dłużników bankrutowali, nigdy ich nie pozywał, zawsze idąc na ugodę. Miał zwyczaj chodzić po ulicy i mówić do siebie. Gdy pytano go, dlaczego to robi, odpowiadał: „Lubię rozmawiać z mądrymi ludźmi”. Cytaty z pana Browna stały się w mieście legendarne. Wszystkie swoje interesy trzymał w głowie i na maleńkim skrawku papieru. Jego umysł był jak komputer. Nigdy jednak nie lubił konkurencji, niezależnie od jej skali. Jeden z jego konkurentów, pan Lewin, był bardzo niskim człowiekiem (krewnym naszego zmarłego wiceprezesa), którego przezywano „Malutki”. Pewnego dnia, gdy pracowałem w banku państwowym w bardzo długiej sali z wejściem na jednym końcu i okienkiem kasowym na drugim, pan Lewin stał przy kasie. Gdy wszedł pan Brown i zauważył pana Lewina, przebiegł przez bank, chwycił go za kołnierz, wyniósł na zewnątrz, podczas gdy krótkie nogi „Malutkiego” przebierały w powietrzu jak na rowerze, i wyrzucił go – ku naszemu wielkiemu zdumieniu. Był to jedyny tak wielki wybuch śmiechu, jakiego doświadczyliśmy podczas tych kilku miesięcy mojej pracy w banku.


Dalsza część tych unikalnych wspomnień dostępna jest dla naszych patronów z progu ŻYDZI SUWALSCY i wyższych. Serdecznie zapraszamy do wspierania naszych działań: https://patronite.pl/jzi

 

  1. Tekst był pisany w 1995 roku[]
  2. To oczywiście położenie miasta z okresu pobytu w nim autora tekstu[]
Opublikowano Dodaj komentarz

Spotkania innego rodzaju: wspomnienia Suwalczanina

Henry Dorsey (Iska Wigdorczyk)

Listopad 1995

Wczesne dzieciństwo

Pamięć o niektórych wydarzeniach sięga u mnie czwartego roku życia, czyli roku 1923. Uczęszczałem do ochronki, która, jak sądzę, mieściła się na drugim piętrze przy ulicy Kościuszki 54. Było to zaledwie o jeden dom dalej od naszego mieszkania, przy Kościuszki 52.

Raz w tygodniu przychodził do ochronki skrzypek, który grywał z niewielką orkiestrą na żydowskich uroczystościach. Siadał po turecku na środku sali i grał rozmaity repertuar: muzykę klasyczną, taneczną oraz żydowską. My, dzieci, siadaliśmy w kręgu, słuchając uważnie i podśpiewując znane melodie. Bez żadnego powodu, ilekroć grał muzykę klasyczną i wydobywał wysokie dźwięki, ogarniało mnie przerażenie — zaczynałem się trząść i gorzko płakać. Matka i ojciec mieli ze mną każdego ranka nie lada kłopot, by skłonić mnie do pójścia do ochronki mimo moich protestów i łez. W końcu nauczycielka pozwoliła mi podczas zajęć muzycznych wychodzić z sali. Nie potrafię wyjaśnić tej dziecięcej reakcji. Od późnych lat młodzieńczych pokochałem jednak muzykę klasyczną — wysokie i niskie tony — i często chodziłem na koncerty symfoniczne oraz występy skrzypcowe i fortepianowe.

Kolejne zdarzenie również wywarło na mnie wpływ natury psychicznej. W tym wypadku przyczyna jest oczywista. W Suwałkach dwa razy w tygodniu, przez cały rok, odbywały się dni targowe. W te dni miasto tętniło życiem, gdyż kupcy z mniejszych miejscowości przyjeżdżali, by zaopatrzyć się w potrzebne towary. Chłopi z okolicznych wsi przywozili na sprzedaż owoce, warzywa, nabiał oraz drób. Bardzo lubiłem chodzić na targ z matką i naszą służącą, by oglądać te wszystkie barwne artykuły spożywcze. Matka napełniała kosze, a ja chciałem pomagać służącej w ich noszeniu, lecz były dla mnie zbyt ciężkie.

Pod wieczór, gdy chłopi sprzedali już swoje towary i dokonali zakupów, udawali się do szynków, by uczcić udany dzień handlu. W naszej okolicy mieszkali także Białorusini i gdy się upili, bywali bardzo niespokojni. Pewnego dnia targowego stałem późnym popołudniem przed naszym domem i przyglądałem się, jak białoruscy chłopi urządzają wyścigi wozów po brukowanej głównej ulicy — czynili to zresztą dość często. Woźnica na prowadzącym wozie stał wyprostowany, trzymając w ręku bat i popędzając konie do większego wysiłku. Chwiał się i ledwie utrzymywał równowagę. Nagle ją stracił i przeleciał przez przód wozu. Jego nogi zaplątały się między szczeblami z boku, a on uderzył głową o bruk, który rozciął się, pozostawiając za sobą smugę krwi, podczas gdy konie pędziły dalej bez żadnej kontroli. Ten krwawy widok na lata zniechęcił mnie do jedzenia czerwonych pomidorów. Minęło sporo czasu, zanim mi przeszło. Dziś jem pomidory z prawdziwą pasją.

Plac Targowy w Suwałkach, Lata okupacji niemieckiej
Gdy miałem około siedmiu lat, ojciec uznał, że jestem już na tyle duży, by towarzyszyć mu w piątkowe popołudnia w jednej z miejskich łaźni parowych. Najczęściej chodziliśmy do łaźni Kaplana. Do dziś nie jestem pewien, czy zabieranie mnie tam w tak młodym wieku było rozsądne z punktu widzenia zdrowia. Z drugiej jednak strony nie wydaje się, by miało to na mnie zły wpływ. Rozwijałem się fizycznie zupełnie normalnie. Z niecierpliwością czekałem na te wizyty — były dla mnie wielką przyjemnością i źródłem radości.

Pewnego piątku ktoś, chcąc zwiększyć temperaturę i ilość pary, przez nieuwagę wylał wiadro wody, w którym znajdowało się mydło. Niewidoczne opary dały o sobie znać dopiero, gdy opuściliśmy łaźnię. W drodze do domu straciłem przytomność. Ojciec musiał mnie ocucić, sam zresztą ledwo trzymał się na nogach. Tego wieczoru nie poszliśmy, jak co tydzień, do synagogi na modlitwy.

W drodze powrotnej z łaźni parowej w piątkowe wieczory widywałem i słyszałem Strażników Szabatu (Shomrei Shabbat), którzy chodzili od sklepu do sklepu, głośno nawołując do zamykania — zbliżał się bowiem czas rozpoczęcia szabatu. Zwyczajem było, że w większość piątków po kolacji odwiedzaliśmy dziadka i babcię. Stół uginał się od rozmaitych przysmaków. Najbardziej lubiłem bób. Starsi popijali go piwem, a dzieci — oranżadą.

Latem, w czasie przerwy szkolnej, moi rodzice wynajmowali domek (daczę) w Jasionowie, około dziesięciu kilometrów od miasta. Od szosy żwirowej odchodziła piaszczysta droga wiodąca pod górę. Po obu stronach stały chaty zamieszkane przez miejscowych chłopów. Przy każdym obejściu znajdowały się nieodmiennie stodoła, obora i stajnia. Wielu gospodarzy budowało także skromne domki przeznaczone na wynajem. W większości przypadków wynajem takich domków letnikom stanowił ich główne źródło dochodu.

Pierwszy domek przy samej drodze należał do żydowskiej rodziny prowadzącej sklep spożywczy. Mieli konia i wóz, którym przywozili z miasta zaopatrzenie. Niekiedy wielką przyjemnością i urozmaiceniem było pojechać z jednym z ich synów do miasta po towary dla sklepu. Gdy powierzano mi lejce i mogłem prowadzić konia, wydawało mi się, że nie ma mi równego. Było to uczucie podobne do siedzenia za kierownicą samochodu.


Dalsza część tych unikalnych wspomnień dostępna jest dla naszych patronów z progu ŻYDZI SUWALSCY i wyższych. Serdecznie zapraszamy do wspierania naszych działań: https://patronite.pl/jzi

 

Opublikowano Dodaj komentarz

Leon Cieciuch – pionier polskiej radiofonii w USA

Leon Cieciuch - syn Franciszka z Kapic i pochodzącej z Woźnejwsi Marianny z d. Noruk

Tragiczny wypadek

Leon Cieciuch, dyrektor polskiego oddziału WHOM w Jersey City i spiker radiowy z 15-letnim doświadczeniem, zginął tragicznie 20 maja 1942 r. w wypadku samochodowym w pobliżu lotniska Newark. Doszło tam do czołowego zderzenia z ciężarówką, w wyniku którego poniósł śmierć na miejscu.

Przez lata był jedną z czołowych postaci polonijnego środowiska w Nowym Jorku. Utrzymywał bliskie relacje m.in. z wybitnym pianistą i politykiem Ignacym Janem Paderewskim. Zanim związał się ze stacją WHOM dwa i pół roku temu, zdobywał doświadczenie jako śpiewak koncertowy, występował w programach operowych NBC, a także prowadził polskie audycje w rozgłośni WAAT w Jersey City.

W dniu jego śmierci, 20 maja, dyrektor generalny WHOM, Joseph Lang, oddał mu hołd, odwołując wszystkie sponsorowane polskie programy na cztery godziny. W tym czasie na antenie emitowano wyłącznie muzykę żałobną. Stacja przeprowadziła również transmisję nabożeństwa pogrzebowego, które odbyło się 23 maja w kościele św. Antoniego w Jersey City.

Leona Cieciucha żegnają żona oraz troje dzieci.

Od początku

Leon Cieciuch urodził się 9 października 1901 roku w Jersey City jako syn polskich emigrantów. Jego ojciec, Franciszek Cieciuch, pochodził z Kapic, natomiast matka, Marianna z domu Noruk – z Woźnejwsi. Rodzinne korzenie i historia emigracji odegrały ważną rolę w jego życiu.

Indeks urodzonych w Jersey City z 1901 r., na których widnieje Leon Cieciuch; domena publiczna

Opowieść o losach rodziny Cieciuchów splata się z historią dwóch innych rodów: Orłowskich i Noruków. Wszystko zaczyna się jeszcze w Polsce, gdzie dorastały wcześnie osierocone dzieci: Franciszek i Anna Cieciuchowie, Edward, Paulina i Bolesław Orłowscy z Kapic oraz Wiktor, Marianna i Jan Norukowie z Woźnejwsi. Młodzi ludzie, wychowani w trudnych warunkach, podejmują się pracy przy budowie fortów w Osowcu w latach 70. i 80. XIX wieku, szukając sposobu na poprawę swojego losu.

Pod koniec lat 80. XIX wieku część z decyduje się na emigrację do Stanów Zjednoczonych. Jako pierwszy wyjeżdża Franciszek Cieciuch – w 1888 roku. Dwa lata wcześniej poślubił Mariannę Noruk, a w 1886 roku w Woźnejwsi przyszedł na świat ich syn Józef, najstarszy brat Leona.

W tym samym czasie losy pozostałych członków rodzin potoczyły się różnie. W 1887 roku Paulina Orłowska wyszła za mąż za Wiktora Noruka i pozostała w Polsce. Razem angażowali się w pomoc innym – opiekowali się dziećmi pozostawionymi przez emigrantów, wychowywali także nieślubne dziecko Marianny (przyrodnią siostrę Leona) oraz wspierali organizacyjnie wyjazdy do Ameryki.

Również bracia Orłowscy podjęli decyzję o emigracji. Edward płynie do USA w 1889 roku, jednak po pewnym czasie wróci do kraju i – za namową siostry – pozostanie w Polsce. Jego brat Bolesław wyrusza za ocean rok później. W październiku 1891 roku żeni się w Ameryce z Anną Cieciuch, siostrą Franciszka. Bolesław podejmuje pracę w koncernie Standard Oil, w głównej rafinerii należącej do Johna D. Rockefellera w Bayonne w stanie New Jersey.

Akt ślubu Franciszka Cieciucha i Marianny Noruk; Rajgród, 1886 r.

Franciszek Cieciuch, ojciec Leona, osiedla się w Jersey City, gdzie początkowo pracuje w dokach. Dzięki determinacji i ciężkiej pracy po kilku latach awansuje na kapitana barki węglowej. Wkrótce sprowadza do Stanów Zjednoczonych swoją żonę, dziecko oraz siostrę Annę. Kolejne dzieci przychodzą już na świat w Ameryce, gdzie rodzina stopniowo buduje stabilne życie.

Mimo trudnych początków młodzi emigranci przywiązują ogromną wagę do edukacji swoich dzieci. Większość kończy lokalne uczelnie, a część decyduje się na studia prawnicze - szczególnie widoczne było to wśród braci Cieciuchów. Franciszek (Frank) pracuje jako detektyw, Władysław (Walter) zostaje oficerem policji i osiąga stopień inspektora, natomiast Aleksander robi karierę jako prawnik i polityk, dochodząc do stanowiska w legislaturze stanowej.

Niektórzy z nich biorą również udział w I wojnie światowej. Aleksander Cieciuch zostaje kilkakrotnie ranny, pada ofiarą ataku z użyciem broni chemicznej, i po powrocie, podupada na zdrowiu umierając przedwcześnie w wieku 42 lat w 1939 r.

Frank Cieciuch z żoną Sophie Zamoyski; domena publiczna

 

Aleksander Cieciuch

O braciach Cieciuchach w gazetach (tłumaczenie przez AI)

Artykuł o Leonie Cieciuchu w radiopolska.pl: Ślady w eterze. Zanim powstało Polskie Radio (część artykułu dotycząca Leona Cieciucha; 19-05-2020 Krzysztof Sagan)

Leon Robert Cieciuch urodził się w roku 1901 w Jersey City. Był synem polskich emigrantów – Franciszka i Marianny z domu Noruk. Miał czterech braci – Józefa, Władysława, który był inspektorem policji w Jersey City, Franciszka i Aleksandra oraz dwie siostry – Helenę i Agnieszkę. Mówił w czterech językach. Jak po jego śmierci wspominał dziennikarz i historyk Henry Archacki, już jako piętnastolatek – nie podając swojego prawdziwego wieku – zaciągnął się do armii, żeby w wojnie światowej walczyć o swój kraj. Po dwóch miesiącach, gdy dowództwo ustaliło ile lat ma naprawdę, miał być odesłany z reprymendą i… uznaniem. W 1924 roku wystąpił w „Halce” – pierwszej polskiej operze wystawianej w Nowym Jorku, na scenie Manhattan Opera. Była to jedna z pomniejszych ról, obok Leonii Ogrodzkiej (Halka), Leona Cortilliego (Jontek) i Adama Didura (Stolnik). Utwór ten musiał mieć dla niego szczególne znaczenie, bowiem pięć lat później – 20 maja 1929 roku – doprowadził do transmisji „Halki” na antenie czternastu stacji należących do kompanii NBC. Wówczas też obsadzony został w ważniejszej roli – był Stolnikiem. Halką była Eugenia Zielińska, Józef Woliński – Jontkiem, Kajetan Kopczyński – Januszem, a Hanna Opieńska – Zofią. Powtórzył to 10 kwietnia 1930 roku pomiędzy 22 a 23, tym razem w jedenastu stacjach. W tym spektaklu również pojawił się w obsadzie jako Stolnik. Eugenia Zielińska była Halką, Józef Kallini – Jontkiem, Jan Żuchliński – Januszem, a Zofia Halska – Zofią. Cieciuch wraz z Ludwikiem Kowalskim czynili też starania, aby „Halkę” wystawić w Mecca Auditorium w Nowym Jorku. Udało się to 16 marca 1930 roku. Jak pisano w prasie, sala wypełniona była po brzegi, a blisko sześćset osób musiało odejść od kasy z kwitkiem. Wśród publiczności znalazła się Polonia z Nowego Jorku, Chicago czy Milwaukee, a także ze stanów Wirginia i Pensylwania. Pojawił się też przybyły z Waszyngtonu ambasador Rzeczypospolitej Polskiej Tytus Filipowicz. W roli Halki zobaczyć i usłyszeć można było ponownie Eugenię Zielińską, Jontkiem był Stanisław Wyszatycki, Januszem – Walenty Figaniak, Stolnikiem – Jan Steszenko, a Zofią – Zofia Halska. W tej obsadzie również znalazło się miejsce dla Cieciucha… I to właśnie dzięki śpiewaniu po raz pierwszy pojawił się w radiu…

Według magazynu „The Billboard”, kariera Leona Cieciucha zaczęła się od występów jako śpiewak koncertowy w programach operowych w nowojorskiej stacji WEAF. Prawdopodobnie było to jeszcze w roku 1925 – w maju 1942 roku prasa pisała o niemal siedemnastu latach w eterze. Rok później – w 1926 roku – w Jersey City ponownie uruchomiona została stacja WAAT, która w roku 1922 nadawała przez kilka miesięcy pionierski program. W prasie reklamowała się w następujący sposób: „Do You Play or Sing? Like to Broadcast? Jersey City’s Pioneer Broadcasting Station WAAT Will Soon Be »On The Air«. Można przypuszczać, że chcąc samemu kształtować prezentowany repertuar Cieciuch odpowiedział na to właśnie ogłoszenie. W każdym razie w ramówce tej stacji raz na jakiś czas pojawiał się potem trwający w zależności od dnia od 15 do 30 minut blok „Leon Cieciuch – baritone”. Następnie przez niespełna trzynaście lat prowadził polską godzinę w stacji WAAT, a przez ostatnie dwa i pół roku był kierownikiem polskiej audycji we WHOM.

Oprócz śpiewu operowego lubił sport – głównie golfa. Był też – z niemałymi sukcesami – promotorem walk zapaśniczych. W każdym razie tak zostało to odnotowane w gazecie „The Record” z Hackensack w artykule o jednej z gal w Oritani Hall. Ale nie tylko golf i zapasy… W 1937 roku redaktor „Tygodnika Sportowego” donosił, że Cieciuch był zainteresowany ściągnięciem za Ocean Józefa Chomy, boksera pochodzącego ze Stanisławowa, byłego wicemistrza Polski w wadze ciężkiej. Prowadzona przez fundację Poles In America baza danych amerykańskiej Polonii odnotowuje zaś, że Leon Cieciuch był działaczem społecznym angażującym się w życie polskiej diaspory. Przez kilka lat pełnił funkcję wicecenzora Stowarzyszenia Synów Polski. Organizacja ta zajmowała się m.in. sprzedażą ubezpieczeń na życie dla swoich członków, wspieraniem działalności charytatywnej w Stanach Zjednoczonych i Polsce oraz działalności polonijnej w Nowym Jorku i Jersey City.

Na wspomnianym bankiecie z okazji 15-lecia jego audycji, który odbył się w nowojorskim hotelu McAlpin (dziś Herald Towers), na rogu ulic 34 i Broadway, bawiło się czterysta osób. W przemówieniach walory jubilata podkreślał Józef Lang, zarządca stacji WHOM, a także konsul A. Jachimowicz. Pierwszy mówił o pracowitości, grzeczności i światłości, drugi wskazywał na zasługi Cieciucha dla spraw polskich i znaczenie radia, jako czynnika informacyjnego. Energiczny, ruchliwy i ogólnie lubiany, zjednujący sobie wielu przyjaciół nad Wisłą – to z kolei określenia, które padały przy okazji organizowanych przez niego, z ramienia Stowarzyszenia Synów Polski, wycieczek do Ojczyzny. Na pokładzie „Batorego” przybywał do Gdyni w latach 1936, 1937, 1938 i 1939. Tam następował podział – większa część wyruszała do swoich rodzin, a kilkudziesięcioosobowa grupa jechała do Poznania, Częstochowy, Krakowa, Zakopanego, Lwowa, Wilna i Warszawy. Przy okazji pobytów w kraju Cieciuch rozmawiał z polskimi dziennikarzami o tym, co można usłyszeć w jego programie.

– Trudno sobie wprost wyobrazić, jak niezwykle interesują się rodacy w Ameryce sprawami Polskimi. Nas ciekawi wszystko: co tu robicie, co mówicie… My, choć wielu z nas, młodych, w ogóle po polsku nie mówi, kochamy Polskę niemniej szczerze niż wy, przeżywamy z wami wasze radości i smutki i pragniemy szczęścia ojczyzny – opowiadał Leon Cieciuch w rozmowie z redaktorem pisma „Radio dla wszystkich” w roku 1939. Na pytanie o zawartość nadawanych przez niego audycji odpowiedział: Najwięcej muzyki. Oczywiście muzyki polskiej. Następnie pogadanki i wesołe dialogi na tematy polskie. Audycje nasze cieszą się powodzeniem. W zasięgu naszym mamy ponad pół miliona Polaków, a dostajemy tysiące listów. Najwięcej podobają się odczyty o Polsce. W 1938 roku przy okazji zwiedzania Lwowa odwiedził tamtejszą rozgłośnię Polskiego Radia. Kierownik wycieczki Leon Cieciuch połączył się ze Lwowa drogą kablową z Nowym Jorkiem i nadał dla rozgłośni amerykańskich specjalne telefoniczne sprawozdanie z pobytu wycieczki we Lwowie – donosił reporter „Polski Zbrojnej”. Podkreślił on m.in. w swoim przemówieniu znaczny rozwój życia gospodarczego w Polsce, jaki zaobserwował od ubiegłego roku. P. Cieciuch przesyłając Polakom za Oceanem najserdeczniejsze życzenia podkreślił, że wycieczka organizowana przez Orbis odbywa się ku pełnemu zadowoleniu jej uczestników – uzupełniano w depeszy opublikowanej m.in. w „Czasie” i „Dzienniku Narodowym”.

Wśród tematów, którymi Polonia interesuje się szczególnie Leon Cieciuch wymieniał również C.O.P., Gdańsk, Gdynię, Śląsk i Warszawę. Mowa Becka wywarła szalone wrażenie w Ameryce, a zwłaszcza ustęp, że Polska nie zna pojęcia pokoju za wszelką cenę – komentował po przybyciu do Polski w 1939 roku wyemitowane w swojej audycji wystąpienie polskiego ministra spraw zagranicznych. Gdy w Polsce ogłaszano subskrypcję Pożyczki Obrony Przeciwlotniczej, ogłosiłem o tym natychmiast. Powiedziałem, że ojczyzna potrzebuje swoich synów. Tego samego dnia wpłynęło do mnie na F.O.N. kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Dawali nie tylko Polacy, dawali też Amerykanie – kontynuował Cieciuch w rozmowie z redaktorem pisma „Radio dla wszystkich”. W „Wiarusie” dodawał: Kiedy wyjeżdżałem do Ameryki, Polacy w Stanach zebrali już na Fundusz Obrony Narodowej przeszło 600000 dolarów. Kiedy wrócę, jestem przekonany, że będzie milion dolarów. […]  Nikt nie szczędzi ani cennych pamiątek rodzinnych ani drogich klejnotów – ofiarność Polonii Amerykańskiej jeszcze wzrosła. – Ta postawa Polski imponuje całemu światu.

W grudniu 1941 roku, kilka dni po zaatakowaniu przez Japończyków Perl Harbor, Leon Cieciuch powtórzył zbiórkę. Po jednorazowym ogłoszeniu na antenie informacji o oszczędnościowych obligacjach obronnych i możliwości zakupu znaczków, w ciągu jednego dnia do Domu Polskiego w Jersey City zgłosiły się setki osób, które w sumie wpłaciły ponad 11 tysięcy dolarów. Pół roku wcześniej – 16 maja – Cieciuch zaaranżował anglojęzyczną audycję na antenie NBC, w której przemawiał Ignacy Jan Paderewski. Tematem wystąpienia była sprzedaż obligacji i wezwanie do wsparcia tej akcji rządu federalnego. Jego gościem był też Jan Kiepura, który w 1942 roku przybył do Hollywood. Rozmowa wyemitowana została 25 stycznia o godzinie 18.

Leon Cieciuch zginął tragicznie będąc w sile wieku. W środę, 20 maja 1942 roku, o godzinie 6:30 rano na ówczesnej drodze nr 25 na wysokości Wilson Avenue – nieopodal lotniska Newark-Liberty – prowadzony przez niego samochód zderzył się czołowo z kierowaną przez Aarona Adamsa z Hartford w stanie Connecticut dwudziestotonową ciężarówką. Z relacji obecnych na miejscu policjantów wynika, że jeżdżący dla firmy Downing & Perkins zestaw przewrócił się na bok, gdy jego kierowca próbował skręcić, by uniknąć zderzenia. Cieciuch pozostawił żonę Helenę z domu Kaniecką, trzynastoletniego Leona Roberta Juniora, jedenastoletnią Jorenę i dziewięcioletniego Ryszarda Tadeusza. Po tym zdarzeniu – decyzją zarządcy WHOM Josepha Langa – stacja przez cztery godziny – w miejsce wykupionych polskich programów – nadawała muzykę żałobną. W piątek 22 maja między godziną 19 a 22 trumna z ciałem wystawiona została w kaplicy pogrzebowej przy 582 Bergen Ave. Jak pisał Leonidas Ossetyński w dzienniku „Nowy Świat”, na miejsce ciągnęły nieskończone tłumy. Celebrowane przez trzech księży nabożeństwo żałobne – transmitowane na antenie WHOM – rozpoczęło się w sobotę o godzinie 10 w wybudowanym przez polskich imigrantów kościele św. Antoniego w Jersey City. Kościół był przepełniony, tak że ci którzy spóźnili się musieli pozostać na ulicy a było ich bardzo wiele, można śmiało powiedzieć około 2000 osób – pisał Ossetyński. Następnie kawalkada złożona z setki samochodów przejechała na cmentarz Św. Krzyża w North Arlington. Ludzie, z którymi rozmawiałem mówili, że takiego pogrzebu w Jersey City jeszcze nie było – kontynuował redaktor „Nowego Świata”. Spikerem podczas transmisji był Tadeusz Sztybel, który od 1941 roku był asystentem Cieciucha. Dzień po pogrzebie – w niedzielę pomiędzy 18 a 19 – stacja WHOM nadała specjalny program poświęcony zmarłemu.

Wkrótce po pogrzebie utworzona została Fundacja Leona Cieciucha. Już w czerwcu 1942 roku rozpoczęła ona zbieranie pieniędzy na paczki dla polskich jeńców. Już wówczas swoje poparcie dla jej działalności wyraziło tysiąc osób uczestniczących w przedstawieniu w teatrze Cameo. W kwietniu 1943 roku Leon Cieciuch został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Uroczystość odbyła się w konsulacie polskim w Nowym Jorku niemal dokładnie w pierwszą rocznicę śmierci. Odznaczenie – przyznane w uznaniu dla podejmowanych przez niego prac społecznych dla dobra Polski – odebrała wdowa Helena. Ona też przejęła audycję nadawaną w stacji WHOM. Nie było to dla niej nowością, bowiem w przeszłości zastępowała męża podczas jego podróży do Polski. W ówczesnej prasie zachowało się kilka śladów po tej działalności – zapowiedź wystąpień mec. Stefana F. Śladowskiego i ob. Zygmunta Ducha w związku z nadchodzącymi wyborami z maja 1943 roku, artykuł o upamiętnieniu w audycji z 3 października 1943 roku bohaterskiego prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego oraz życzenia bożonarodzeniowe z 26 grudnia 1943 roku. Z uwagi na brak szczegółowych ramówek data zakończenia nadawania audycji trudna jest dziś do ustalenia. Helena zmarła w roku 2001 w wieku 97 lat. O kilka miesięcy przeżyła swojego najstarszego syna. W 2016 roku odeszła Jorena, która w 1947 roku wstąpiła do sióstr Dominikanek i przyjęła imię Helena Roberta. Już w trakcie powstawania tego tekstu – 31 stycznia 2020 roku – zmarł ostatni syn Heleny i Leona, Ryszard.

Ale to jeszcze nie koniec historii Leona Cieciucha… Niemal ćwierć wieku po swojej śmierci nieoczekiwanie powrócił on na szpalty gazet… W 1968 roku na łamach „Życia Warszawy” ukazał się apel konserwatorów o przesyłanie materiałów ikonograficznych dotyczących niedostępnej wówczas dla publiczności Panoramy Racławickiej. Słynny obraz, prezentowany przed wojną w rotundzie we lwowskim Parku Stryjskim, od momentu odzyskania przez Polskę w roku 1946 leżał w skrzyniach we Wrocławiu. Władze PRL nie chciały narażać się Związkowi Radzieckiemu prezentowaniem zwycięstwa polskich oddziałów nad carską co prawda, ale jednak Rosją… W odpowiedzi na wydrukowany w gazecie apel zgłosił się przedwojenny przewodnik Orbisu, Bogusław Latour. Przeczytawszy apel konserwatorów, p. Latour zwrócił się do innego towarzysza przedwojennej podróży, który był świadkiem filmowania Panoramy – relacjonowało wydawane przez Radio Wolna Europa pismo „Na antenie” – p. Leon Cieciuch w czasie wycieczki do Polski w roku 1937 sfilmował we Lwowie płótno Panoramy Racławickiej. […] Posiadacz tego filmu już dawno nie żyje, ale syn jego odnalazł zdjęcia. Przesłał film do Warszawy na adres p. Latour. Ten z kolei film przewiózł do Wrocławia i przekazał przewodniczącemu prezydium Miejskiej Rady Narodowej, profesorowi Iwaszkiewiczowi.

W tym roku mija 78 lat od śmierci Leona Cieciucha, zapomnianego pioniera radiofonii polskiej w Stanach Zjednoczonych. Mówił do Polaków za Oceanem na długo przed tym, gdy dotarł tam sygnał Polskiego Radia nadawanego na falach krótkich ze stacji nadawczej w Babicach. Przekazu z kraju nie traktował zresztą jako konkurencji. Będę opowiadał w moich audycjach w Jersey City o tych cudach, które widziałem, ale wiem, że moich rodaków w  Stanach Zjednoczonych jeszcze więcej interesuje głos bezpośrednio z Warszawy, nadany na krótkich falach. I dlatego tak wielką wagę przywiązuję do polskich audycyj krótkofalowych – mówił w roku 1939 w rozmowie z redaktorem pisma „Radio dla wszystkich” – Niestety, audycje te są słabo słyszalne, zwłaszcza w niektórych stanach. Oczekujemy więc w Ameryce z niecierpliwością na wzmocnienie krótkofalówek. To miało nastąpić jesienią 1939 roku…

Na koniec jeszcze wiadomość z ostatniej chwili. Mimo, że radio jest medium ulotnym, wiele wskazuje na to, że głos Leona Cieciucha zachował się do dziś! W Muzeum Polskim w Ameryce w Chicago i Narodowym Archiwum Cyfrowym w Warszawie przechowywane jest nagranie transmisji radiowej pogrzebu Ignacego Jana Paderewskiego. Według załączonego do płyt opisu sprawozdawcą tego wydarzenia był… Leon Cieć.

Od autora

Dzięki badaniom genealogicznym oraz analizie DNA udało mi się przywrócić pamięć o nieco zapomnianej dziś postaci Leona Cieciucha, którego rodzinne korzenie sięgają okolic Rajgrodu.

Szczególnie interesujące okazały się wyniki porównań genetycznych. Wykazały one, że potomkowie jego brata Józefa są ze mną spokrewnieni. Dodatkowo program ThruLines, dostępny na portalu Ancestry.com, pozwolił precyzyjnie określić stopień tego pokrewieństwa oraz odtworzyć powiązania rodzinne (schematy poniżej).

ThruLines for Szymon Kapliński (Kapla)

 

Pokrewieństwo autora - Mariusza Orłowskiego z Szymonem Kaplińskim

 

Bibliografia:

Opublikowano Dodaj komentarz

Dziwne przypadki w Suwałkach

Jamiński Zespół Indeksacyjny podjął decyzję o przetłumaczeniu z jidysz na język polski i wydaniu „Księgi pamięci Żydów suwalskich” – jednego z najważniejszych świadectw dotyczących przedwojennej społeczności żydowskiej Suwalszczyzny.

Księga obejmuje nie tylko Suwałki, ale również sztetle związane z gminą suwalską: Bakałarzewo, Wiżajny, Jeleniewo, Sejny, Puńsk, Przerośl, Filipów, Krasnopol i Raczki. To opowieść o ludziach, miejscach i świecie, który niemal całkowicie zniknął w czasie II wojny światowej.

Publikacja będzie dopełnieniem wydanej wcześniej przez JZI „Księgi pamięci Żydów augustowskich” i kolejnym ważnym krokiem w dokumentowaniu historii regionu.

Poniżej publikujemy tłumaczenie jednego z rozdziałów księgi, aby przybliżyć jej charakter i znaczenie.

Row Icchak Ajzyk Chawer

Za moich czasów prawie nikt go już osobiście nie znał, ale w Suwałkach opowiadano o tym uczonym i znamienitym Żydzie rozmaite historie. Na wielkim szyldzie suwalskiej Talmud-Tory aż do samego końca widniało: „Posadowiono przez uczonego cadyka rebego Icchaka Ajzyka Chawera, błogosławionej pamięci”. Starsi przekazali, że jak długo będzie trwała nauka w Talmud-Torze, tak długo wstawiać się będzie jej fundator za miastem, szczególnie w czasie wojny. Podczas pierwszej wojny światowej rzeczywiście nie przerwano studiów i dzięki temu, jak się powiada, miasto cudownie ocalało od zagłady, a Żydzi, których powołano do wojska, wrócili do domu cali i zdrowi. Nie dochodziło do bitew, które mogłyby naruszyć miasto, nikt nie ucierpiał także z powodu bombardowań. Gdy Niemcy wkroczyli do Suwałk, od razu zamknęli Talmud-Torę i wtedy zaczęły się prześladowania miejscowych Żydów.

Rebe z klojza rybackiego

Uzdrowiciel, do którego ludzie przychodzili po błogosławieństwo i amulety. Nazywano go też rebem-uzdrowicielem, bo niosła się wieść o jego cudownej mocy. W naszej rodzinie zdarzyło się, że jedno z dzieci cały czas wpadało w konwulsje. Lekarze byli bezradni, więc matka udała się do owego rebego. Ten kazał jej pójść i nalać z miejskiej pompy wody do buteleczki a przez całą drogę nic nie mówić, tylko w domu położyć ją u wezgłowia dziecka. Przy tym zapewnił ją: „Nie lękaj się. Dziecko wyzdrowieje”. I choroba minęła jak ręką odjął.

Córka tego rebego mieszkała w Suwałkach aż do drugiej wojny światowej, była ubogą wdową i mieszkała w lichej izdebce u reba Arcyka Murarza, wspierana przez miasto. Wszystkie jej dzieci były słabe na umyśle. Księga Chasidim ostrzega przecież przed paraniem się magią, bo stanowi to niebezpieczeństwo zarówno dla tych, którzy się tym zajmują, jak i dla ich dzieci – że albo się ochrzczą, albo postradają zmysły. Wyżej wspomniany uzdrowiciel na pewno był świadom tego niebezpieczeństwa. Jego miłość do ludu Izraela jednak przeważyła i poświęcił się dla niego.

Błogosławieństwo reba Moszego Becalela

Reb Jozef Turecki był Żydem zamożnym. Prowadził handel maszynami do szycia, motocyklami i rowerami, miał też warsztat. Trzymał się z dala od spraw świata żydowskiego, ale któregoś dnia stał się pobożny. Potrzebujących wspierał hojnie, czynił także wiele dobra unikając rozgłosu. Wrócił do religii po przedwczesnej śmierci córki. Gdy później zachorował jego syn Chaim, a lekarze nie dawali mu żadnych szans, udał się do ówczesnego rabina Mosze Becalela i zwierzył się ze swojej zgryzoty. Reb Mosze pobłogosławił go i powiedział: „Twój syn będzie zdrowy”. Błogosławieństwo się spełniło. Chaim cudem ocalał przed nazistami i osiadł w Południowej Afryce.

Przestępstwo ukarane klątwą

Podczas pierwszej wojny światowej miasto cierpiało niedostatek, a mimo to znaleźli się tacy, którzy wywozili jedzenie z Suwałk. Miastu groził głód. Władze zażądały zastosowania radykalnych środków mających zapobiec spekulacji. W mieście nie było naczelnego rabina, który mógłby zdyscyplinować pobratymców. Zostali tylko dajani, którzy nałożyli klątwę na wszystkich nieprzestrzegających zakazu. Ci, którzy się nią nie przejęli, skończyli tragicznie. Od tamtego czasu w Suwałkach bano się mocy takich praktyk.

Upominając się o cześć zmarłych

W roku 1922 roku ptaszki śpiewały o następujących zajściach. W mieszkaniu pewnej Żydówki zamieszkałej przy ulicy Więziennej, coś zaczęło walić w okna. Na początku próbowano to jakoś wyjaśnić. Ludzie przychodzili, aby na własne oczy przekonać się, że dokładnie o północy rozlega się stukanie i że dochodzi ono z zewnątrz. Tak działo się przez dłuższy czas. W mieście opowiadano, że dajan Binjamin Magenca udał się tam z dziesiątką Żydów, żeby odmawiać modlitwy. Na koniec sprawą zajął się stary Zalmele, który, jak powiadano, amuletami uciszył te przedziwne hałasy. Później owa kobieta z nawiedzonego domu opowiadała, że przyczyną wszystkiego było prawdopodobnie to, że jakiś czas wcześniej niefrasobliwie wyrwała źdźbło z grobu rebego Icaka Ajzika Chawera i użyła go jako amuletu, który uzdrowił jej wnuka. Tymczasem, jak piszą w księgach, dusze znajdują spokój i odkupienie właśnie w trawach porastających groby cadyków. Ta opowieść na długo pozostała w pamięci suwalskich Żydów. Już wiele lat później, bo po powstaniu państwa Izraela, pewna kobieta z Suwałk wybrała się na grób rebego Szymona Bar Jochaja w Meronie, aby pomodlić się o zdrowie swojego chorego dziecka. Kiedy jej powiedziano, że można tam dostać uzdrawiający olejek wytłaczany z oliwek znajdujących się nieopodal ohelu Bar Jochaja, zadrżała i zatrwożona opowiedziała historię o tym, jak kiedyś w Suwałkach coś pukało w okno. Co prawda w Meronie drzewa oliwne nie wyrastały z samego grobu, lecz stały w gaju opodal, ale mimo to Suwalszczankę przejęła święta trwoga.

Opublikowano Dodaj komentarz

Święty z Augustowa

Od razu wyjaśniam: chodzi o świętego kanonizowanego przez Rosyjską Cerkiew Prawosławną. Święty Mnich Męczennik ma na imię Neofit. W świeckim życiu to był Nikołaj Aleksandrowicz Osipow. Urodzony w Augustowie 9/21 maja 1875 roku. Od 5 maja 1922 kilkakrotnie aresztowany i zsyłany do łagrów. Rozstrzelany 3 listopada 1937. Rehabilitowany w 1984. W 2009 zaliczony przez Święty Synod w poczet świętych Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej[1].

Informacji o Świętym Neoficie w Internecie jest sporo. Ale głównie po rosyjsku. W języku rosyjskim wydano też książkę o życiu, pracach i korespondencji świętego[2]. Wstęp napisała znawczyni tematu Olga Igoriewna Chajłowa z Prawosławnego Uniwersytetu Humanistycznego im. św. Tichona w Moskwie.

Rodzice świętego

Mieszczańska rodzina Osipowów w Augustowie żyła co najmniej 40 lat. Jako daty graniczne przyjmuję przyjście na świat Nikołaja (1875) i bieżeństwo, czyli ucieczkę prawosławnej ludności w głąb Rosji (1915). O bieżeństwie części rodziny (matki, siostry i brata) mówił sam Neofit podczas przesłuchania z 5 maja 1922[3]. W ankiecie Neofit podał, iż jest obywatelem Augustowa. Augustów jako miejsce urodzenia obu aresztowanych braci (Nikołaja i Konstantina) jest wymieniany w protokołach przesłuchań.

Ale po kolei.

Ojciec Nikołaja, Aleksandr Osipow, to wojskowy felczer, podoficer. Olga Chajłowa podaje informację, że Osipow był „vyhodcem iz evreev-kantonistov”[4]. Nie jestem do końca pewna, jak rozumieć te słowa. Czy chodzi o to, że Aleksandr Osipow był potomkiem żydowskiego kantonisty? Czy może sam jako dziecko trafił do szkoły dla kantonistów, przyjął prawosławie, a potem przez długie lata służył w armii?

Na stronie Parafii Prawosławnej Wniebowstąpienia Pańskiego w Augustowie można przeczytać, że Aleksandr Osipow pełnił funkcję cerkiewnego starosty.

Grób Antona Gawryłowa, dziadka Neofita na cmentarzu w Augustowie
Grób Antona Gawryłowa, dziadka Neofita na cmentarzu w Augustowie

Matka Nikołaja to Jelena Antonowna Osipowa. Była córką Antona Gawryłowa spoczywającego na augustowskim cmentarzu. Skąd to wiadomo? Na pomniku Antona Gawryłowa jest napisane: od wnuka jeromonacha Neofita. Pokrewieństwo między rodzinami Osipowów i Gawryłowów potwierdza inny wnuk Antona urodzony w Augustowie, Konstantin Michajłowicz Gawryłow (1897-1967), w życiu monastycznym archimandryta Sergij[5]. Nazwisko archimandryty Sergija pojawia się w opracowaniach w związku ze śmiercią Neofita. Sergij twierdził, że nie wiadomo, gdzie pochowano jego kuzyna (w naszym regionie mówi się: brata ciotecznego).

Czytaj dalej Święty z Augustowa

Opublikowano Dodaj komentarz

O Henryku Cieciuchu, poecie i prozaiku w trzecią rocznicę śmierci

W związku z przypadającą 3 lutego br. trzecią rocznicą śmierci Henryka Cieciucha, poety i prozaika, urodzonego w 1930 roku w Solistówce na terenie gminy Bargłów Kościelny, przez wiele lat mieszkającego w Augustowie, zaś zmarłego w Gdańsku, pragniemy przypomnieć naszym Czytelnikom Jego sylwetkę i działalność literacką.

Henryk Cieciuch urodził się 27 sierpnia 1930 roku we wsi Solistówka. Przez wiele lat mieszkał w Augustowie, pracował zaś w Banku Spółdzielczym w Bargłowie Kościelnym. Posiadał wykształcenie średnie ekonomiczne. Obok pracy zawodowej zajmował się literaturą. Od 21 roku życia pisał wiersze okolicznościowe, fraszki i wspomnienia. Należał do Środowiskowego Klubu Literackiego przy Osiedlowym Domu Kultury Spółdzielni Mieszkaniowej w Augustowie od początku jego istnienia, czyli od 1983 roku i był jego wiceprezesem. Poetycki debiut prasowy miał w „Informatorze Kulturalnym Suwalszczyzny i Mazur” w 1989 roku, w którym zamieszczono jego wiersz pt. „Norwida i moja piosenka”. Poeta był nagradzany i wyróżniany w konkursach literackich ogólnopolskich i lokalnych, między innymi w konkursie „O Liść Dębu” organizowanym przez Augustowski Klub Literacki. Nagrodzone wiersze „Lato” (fragment) oraz „Co mam czynić?” zostały opublikowane w wydawnictwie pokonkursowym pt. Napiszę wiersz... w 1996 roku. Utwory Henryka Cieciucha znajdują się w trzech almanachach klubowych: Nad Nettą (1988), Augustowskie strofy (1991) i Pachnące żywicą (1993). Almanach Nad Nettą zawiera: „W żalu i smutku”, „Dwa kwiaty”, „Gdyby tak można było” oraz „Norwida i moja piosenka”. W Augustowskich strofach znajdują się: „W żalu i smutku”, „Żeby życie trwało”, „Gdzie te maje”, „Wiadomości z Wiejskiej”, „Cudzoziemiec do Polaków”, „Biznes”, „Spieszmy się” i „Wierszyk śnieżnego poranka”. W almanachu Pachnące żywicą opublikowano: „Lato”, „Znów demokracja”, „Tak bardzo mi smutno” i „Wiosenny nastrój”. Zamieszczał również wiersze w okazjonalnych, mających formę maszynopisu, czterech klubowych zbiorkach: Ułańskie raporty, Białobrzeska zbrodnia, Do wolności oraz Za wolną i niepodległą. Pierwszy z nich powstał w 1988, a trzy pozostałe w 1989 roku. Jego wiersze „Polsko” i „Tu był las” znajdują się w zbiorowym wydawnictwie Najprostsze słowa powstałym z inspiracji Osiedlowego Domu Kultury w 2000 roku.

I Konkurs Literacki O Liść Dębu, Augustów - Osiedlowy Dom Kultury, grudzień1986 (pierwszy z prawej)
I Konkurs Literacki O Liść Dębu, Augustów - Osiedlowy Dom Kultury, grudzień1986 (pierwszy z prawej)

Czytaj dalej