Opublikowano Dodaj komentarz

Szubieniczny węzeł małżeński

W przedwojennym szlagierze Tola Mankiewiczówna opowiada „o czym marzy dziewczyna”. Otóż chciałaby „stanąć z nim na ślubnym kobiercu, nawet łzami zalać się”…

Marzenia takie miała pewnie Helena Łuniewska, życiowa partnerka (jak się wtedy mówiło: konkubina) Konstantego Szczudło. Jednak chwilowo na to się nie zanosiło, gdyż oblubieniec prowadził niebezpieczny tryb życia, a to – jak wiadomo – nie sprzyja stabilizacji. Nawet przyjście na świat wspólnego dziecka nie skłoniło pary do zalegalizowania związku. Jakie były tego powody? Dziś możemy tylko spekulować- może to Konstanty, zajęty swoimi kryminalnymi sprawami, nie chciał brać na swoje barki dodatkowego obciążenia w postaci prawowitej małżonki? Może, właśnie że względu na profesję, chciał chronić ukochaną kobietę przed ewentualnymi konsekwencjami swoich działań? Może było odwrotnie: Helena czekała, aż luby się wyszumi i będzie mogła na niego liczyć w stu procentach? Albo w końcu poświęci się czemuś, co zagwarantuje stabilizację i perspektywy? Interpretacji tej historii mogą być setki, ale jedno jest pewne – zakończenie.

Carski agent

Początek XX wieku to niespokojny czas. Pogarszające się warunki pracy skutkowały napiętą sytuacją w ośrodkach przemysłowych. Pokłosie rewolucji rosyjskiej 1905 r. odbiło się szerokim echem na ziemiach polskich. Ruchy robotnicze rosły w siłę, wybuchały strajki i zamieszki. Polska Partia Socjalistyczna powołała swą Organizację Bojową już w maju 1904 r. W kolejnych latach przeprowadziła setki akcji zbrojnych i terrorystycznych (zamachy, odbijanie więźniów, ekspropriacje). W aktywną działalność zaangażowani byli późniejsi politycy z najwyższych szczebli władzy, m.in.: Józef Piłsudski, Ignacy Mościcki, Kazimierz Sosnkowski, Aleksander Prystor, Walery Sławek, Tomasz Arciszewski. Ten ostatni – premier RP na uchodźstwie w latach 1944- 47- był m.in. organizatorem zamachu na rosyjskiego generała Andrieja Margrafskiego. Ten carski urzędnik „ (…) znał doskonale społeczeństwo polskie i mówił językiem polskim jak własnym. Tę właściwość przypisywano […] między innymi bliskiej znajomości ze znaną powieściopisarką Gabrielą Zapolską. Tej znajomości Margrafski zawdzięczał możliwość zapoznania się z duszą polską, co dla niego, jako dla żandarma, miało znaczenie pierwszorzędne. […].

Zapolska znów zawdzięczała znajomości z generałem temat do znanej sensacyjnej sztuki […]. Z rozmów z Margrafskim dowiedziała się Zapolska o wielu ciekawych sprawach, o zawikłanych śledztwach, o denuncjacjach […]. Słyszałem o czasach, gdy Margrafski był jeszcze rotmistrzem żandarmskim, a ona osobą młodą, udawało jej się nieraz ratować młodych studentów, prowadzących pracę nielegalną” .
Carski siepacz w Warszawie rezydował od 1883 roku, najpierw jako lejbgwardzista, potem starszy adiutant Zarządu Warszawskiego Okręgu Żandarmerii, a od 1905 r. – szef tajnej policji i zastępca warszawskiego generała- gubernatora Gieorgija Skałona. „Nie był ani okrutnikiem, ani bezdusznym prześladowcą. Może nawet nie był złym człowiekiem. Był jednak człowiekiem żelaznego systemu”.

Strzały na zakręcie

Margrafski wraz z rodziną mieszkał w podwarszawskim Otwocku, do którego codziennie dojeżdżał z Warszawy pociągiem, podróżując w oddzielnym, doczepianym wagonie. Na stacji czekał na niego powóz zaprzężony w białe konie, którym wracał do domu. Zwyczaje carskiego urzędnika rozpracowali bojowcy z PPS, którzy od kilku tygodni obserwowali teren. Zasadzka została przygotowana na trasie przejazdu generała w lesie, pomiędzy stacją kolejową a domem. Jednak kilka tygodni przed planowanym zamachem pojawiły się komplikacje: w związku z napadem na pociąg w pobliskim Celestynowie, generałowi podczas przejazdów zaczęła towarzyszyć wzmocniona eskorta. Akcję wyznaczono na 2 sierpnia, a ponieważ popołudnie było wyjątkowo upalne, ochrona powozu pozostawała w pewnej odległości za głównym pojazdem, w którym siedział Margrafski z żoną, 6- letnim synkiem i 3- letnią córeczką. Najbliżsi często wyjeżdżali po „papę” na stację. Tak było niestety i tym razem.

„Było dla bojowców polskich świętą zasadą, by według możności ograniczać liczbę ofiar do niezbędnego minimum i za wszelką cenę oszczędzać niewinne osoby. Zasadę tę przestrzegano nieraz z narażeniem własnego życia.”

Gdy powóz mijał gospodę Buczyka i szykował się do skrętu w ulicę Reymonta, do kolasy doskoczyli bojowcy i – z bardzo bliskiej odległości – otworzyli ogień. Gwardziści chroniący powóz uciekli na pierwszy odgłos strzałów. Margrafski zginął na miejscu, kilkukrotnie trafiony w pierś wypadł z powozu, a jego 6-letni syn Koka został ciężko ranny i zmarł tej samej nocy. Zamachowcy zdołali uciec. Jak to wszystko odnosiło się do szlachetnych idei oszczędzania niewinnych? Wersja socjalistów brzmiała nieco inaczej: Arciszewski strzelał z bliska, aby zabić generała, a chłopca trafiła zbłąkana kula, w czasie strzelaniny, jaka wywiązała się pomiędzy zamachowcami a lejbgwardią.

Obiecanki

W Otwocku wybuchła panika- letnicy i część mieszkańców w pośpiechu opuścili miasteczko w obawie przed represjami, a każdy wyjeżdżający poddawany był wnikliwej rewizji.
Śledztwo w sprawie zabójstwa prowadził płk Sobakiński, naczelnik kancelarii Margrafskiego. W letnisku zaroiło się od sołdatów i agentów ochrony. Opierając się na informacjach z przesłuchań i pogłoskach, aresztowano kilkunastu mężczyzn, których przewieziono do Cytadeli. Jednak po kilku tygodniach wszyscy odzyskali wolność- nie znaleziono dowodów jakiejkolwiek winy. Ponieważ latem 1906 r. odbyły się kolejne akcje terrorystyczne (zamach na Skałona, „krwawa środa”), władze carskie miały pełne ręce roboty i śledztwa w sprawie zabójstwa Margrafskiego nie traktowano priorytetowo. Zresztą prasa w Kongresówce niezbyt chętnie informowała o akcjach wymierzonych w działania aparatu carskiej represji.

Jednak sprawa ta doczekała się swojego- trochę absurdalnego, ale przede wszystkim tragicznego- finału. W 1908 r. o zamach w Otwocku oskarżono dwóch mężczyzn: Antoniego Lipskiego i Konstantego Szczudło. Aresztowani zostali przy okazji jakiegoś błahego- w porównaniu z zabójstwem- przestępstwa, a do zabicia generała przyznali się w trakcie przesłuchań, skuszeni łagodnym wymiarem kary. W procesie, obrońcą skazanych był Bronisław Grosser, słynny działacz niepodległościowy i przywódca żydowskiego Bundu. Niestety, system musiał ukarać winnych, choćby przypadkowych – dla obydwu orzeczono karę śmierci przez powieszenie. Datę kaźni wyznaczono na 18 stycznia 1909 r.

Wesela nie było

Dzień wcześniej Helena Łuniewska dostała depeszę. „Przyjeżdżaj zaraz w tej chwili dzisiaj i przyjdź z dzieckiem, bo jest pozwolenie ślub wziąć przed śmiercią, tylko proszę cię zaraz siadaj w dorożkę i przyjeżdżąj bo jutro to już będzie zapóźno. Konstanty Szczudło”

Po przeczytaniu, bez zastanowienia Helena ubrała się, opatuliła dziecko i razem z półtorarocznym maleństwem wybiegła z domu. Ślubu, w kancelarii X pawilonu Cytadeli, udzielił ks. Henryk Staniszewski, wikariusz kościoła pw. Najświętszej Marii Panny. Nie było kobierca, ale były łzy. Godzinę po ceremonii, tuż po północy, pan młody zawisł na szubienicy…


Autor: Opracowała Agnieszka Bogucka, wprowadzenie: Iwona Dybowska

Tekst publikowany 26. stycznia 2017 r. w piśmie Samorządu Województwa Mazowieckiego „Z serca Polski nr 1/17”

Apendix

Powyższy artykuł przypadkowo odszukany przeze mnie w Internecie, opisuje okoliczności, w jakich odszedł z tego świata bratanek mojego pradziadka Adama Szczudło (1847- 1911), Konstanty (1886- 1909), syn Juliana Karola (1844- 1916) i Teresy Szyborskiej (1850- 1903). Zostawił po sobie syna Bolesława Konstantego ur 26.08.1908 r. oraz wdowę Helenę z Łoniewskich (wersja nazwiska z metryki ślubu), córkę Józefa i Franciszki Muchowicz. Poznanie historii tych osób będzie celem dalszych poszukiwań.

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Epidemia dżumy w dobrach Raczki w latach 1710-1711

Od zarania dziejów epidemie chorób zakaźnych i śmierć na Suwalszczyźnie kroczyły w parze. Plagą tych terenów były nader częste pożary, wojny i przemarsze wojsk (szczególnie podczas Potopu szwedzkiego), z którymi wiązały się mniejsze i większe ogniska chorób zakaźnych. Nadmienić należy, że następstwem suchych lat i ostrych zim był nieunikniony niedobór żywności, który w połączeniu z nieprzestrzeganiem jakichkolwiek zasad higieny (mistyczny kołtun i ropiejące wrzody), doprowadzały do przedwczesnej, często głodowej i strasznej agonii. Podczas klęsk żywiołowych i nieurodzajnych lat miejscowa ludność pochłaniała wszystko, co nadawało się do spożycia, np. korę brzozową przerabiano na mąkę, a jedzono nawet trawę, koniczynę i perz, nie wspominając o wszelkim upolowanym ptactwie (bociany, gawrony, kawki, dzikie gołębie), gryzoniach, domowych zwierzętach (psy i koty) i owadach. Niewykluczone są również przejawy kanibalizmu. Najtragiczniejsza w skutkach epidemia dżumy, zwanej czarną śmiercią, trwała od roku 1709 do lat 20. XVIII wieku i zdziesiątkowała miejscową, wyczerpaną głodem ludność. Niektóre ze wsi na Suwalszczyźnie wymarły w stu procentach, inne w ponad 80, jeszcze w innych zostali sami schorowani i wymagający opieki starcy oraz wdowy. Zaraza wyjątkowo roznosiła się “powietrzem” na terenach otwartych, we wsiach nieosłoniętych lasami lub nieoddzielonych od innych osad akwenami wodnymi. Ponowne osadnictwo dóbr zajęło kolejne, nadal niepewne i nieurodzajne dziesięciolecia.

W archiwum parafialnym parafii pw. Zwiastowania Najświętszej Marii Panny w Janówce możemy odnaleźć rejestry zgonów w dawnej parafii Janówka, a także wzmianki o pomorze w dobrach Raczki i tej samej parafii, które miały miejsce podczas wielkiej epidemii w latach 1710-1711. Szalejąca głównie zimą 1710/11 roku epidemia dżumy zwana wtedy “powietrzem morowym“, była największą katastrofą demograficzną w dziejach współczesnego osadnictwa na Suwalszczyźnie, od pierwszej połowy XVI wieku, do czasów nam nieodległych i pandemii grypy zwanej popularnie “Hiszpanką”. Hekatombę z początku XVIII wieku mylnie wiąże się z epidemią cholery, która była zabójcza ponad sto lat później, lecz na znacznie mniejszą skalę. Słabsze ogniska pomorów dotyczyły również innych zabójczych chorób – czerwonki, a także gruźlicy (zwanej niegdyś suchotami).

Spis ofiar zarazy w miejscowości Janówka do wiadomości kolejnych, choć niewielu ocalałych pokoleń miejscowych rodów podaje się w słowach: “Summa facit ludzi pomarłych we wsi Janowie No sto dziesięć. Imć Xiądz Jan Sucharzewski, pleban Janowski, wymarł z ludźmi dwudziestą sześć. Zostało się gospodarzow dworskich w teyże wsi Janowie – dwa. Gospodarz z żoną ieden Plebański, gospodarz ieden y wdów dwie. Karczma janowska tak ze stodołami iako y spichlerzem, zgorzała funditus, przez co vacat.“. O wielkiej zarazie świadczy również tablica pamiątkowa ofiar dżumy, zainstalowana w kościele janowskim. W roku 2008 podczas prac na wyrobisku żwirowym w Janówce odkryto kości należące do 22 osób będących w różnym wieku obojga płci. Dochodzenie i ekspertyza wskazywały na ofiary dżumy, jednakże mało prawdopodobne jest, iż ofiary tej choroby chowano w trumnach, których szczątki również wydobyto. Prawdopodobnie w miejscu tym istniał stary, wiejski cmentarz grzebalny, przeznaczony nie tylko dla ofiar ognisk zarazy, ale przede wszystkim biedocie (z przyczyn “ekonomicznych” nie wszyscy byli chowani na cmentarzu parafialnym) i ludziom wyznań mniejszości religijnych. Do niedawna sądzono, że winowajcą za szybkie rozprzestrzenianie się zarazy były szczury, ale najnowsze badania wykazują, że to nie znienawidzone gryzonie były głównymi roznosicielami choroby, a wszy i pchły. Zatem wracając do punktu wyjścia, jakim jest głód i choroby, to higiena będąca wielkim wrogiem ówczesnych włościan, zamknęła błędne, śmiertelne koło.

Poniżej przedstawiono sporządzony spis poepidemiczny ofiar epidemii w “dobrach Raczki i Szczodrucha“: Małe Raczki zwane wsią Raczki, Bolesty, Witówka, Lipówka, Wasilówka, Wierciochy. Rejestr ofiar w poszczególnych rodzinach gospodarzy: Czytaj dalej Epidemia dżumy w dobrach Raczki w latach 1710-1711

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Nasi w Turkiestanie

Zapisując akty ślubów urzędnicy stanu cywilnego często podawali miejsce pochodzenia młodych. Do czasu I Wojny Światowej migracje ludności nie były zbyt powszechne, dlatego większość nowozaślubionych pochodziło bądź z parafii, z której pochodziła księga ślubów, bądź z parafii ościennych. Sporadycznie pojawiały się osoby z dalszych stron, a jeszcze rzadziej osoby pochodzące z głębokich obszarów carskiej Rosji. Ruchy ludności odbywały się jednak w dwie strony – mieszkańcy z obszarów naszych zainteresowań z własnej woli bądź przymusowo znajdowali się na terenach Dalekiego Wschodu.

Poniżej znajduje się galeria metryk ślubów osób odnalezionych w parafii w Turkiestanie (obszar dzisiejszego Kazachstanu). Oto lista:

1905/18 Anna Witkowska z parafii Szczebra
1906/14 Magdalena Blaszko z parafii Rydzewo
1906/32 Natalia Rogowska z parafii Bargłów
1908/44 Wiktoria Lis z parafii Sylwanowce
1913/37 Roman Marcinkiewicz z parafii Bargłów
1916/9 Maria Smykowska z parafii Krasnybór

oraz metryka zgonu

1903/22 Kazimierz Maciukiewicz z Suwałk

Nie jest to lista zamknięta i na pewno warto szczegółowo przeszukać zasoby metrykalne kościoła rzymsko-katolickiego w Rosji dostępne w  archiwum w Sankt-Petersburgu. Znajdziemy tam ludzi z całego obszaru dawnej Rzeczpospolitej, ale szczególnie jesteśmy zainteresowani osobami z “naszego” regionu.

Tego niesamowitego odkrycia dokonała Magda Wróbel. Dziękujemy za nadesłane materiały!

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Trudne wspomnienia

Edward Orbik (trzyma sztandar).

Dzieciństwo to chyba najbardziej beztroski i szczęśliwy okres w życiu każdego człowieka. Patrząc na moją młodszą siostrę, mogę to stwierdzić z całą stanowczością. Lubię oglądać fotografie z dzieciństwa. Ostatnio, przeglądając rodzinne zdjęcia, natknęłam się na fotografię mojego dziadka. Zdjęcie zrobiono pod naszą szkołą w Netcie 11 lutego 2008 roku. To była kolejna rocznica upamiętniająca wywózkę mieszkańców wsi Netta Folwark na Syberię. Dziadek stał dumnie w środku i w ręku trzymał sztandar Koła Związku Sybiraków w Augustowie. Wiem, że mój dziadek był Sybirakiem i zawsze brał czynny udział we wszystkich uroczystościach upamiętniających tych, którzy zostali na tej nieludzkiej ziemi. Postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej o moim dziadku i jego dzieciństwie spędzonym na dalekiej Syberii. Niestety, dziadek zmarł 6 czerwca 2014 r., gdy miałam dziewięć lat. Najbardziej wiarygodnym źródłem informacji były więc moja babcia Jadwiga – żona dziadka i moja mama.

Mój dziadek – Edward Orbik urodził się 30 maja 1935 r. w Bargłowie. Był najmłodszym dzieckiem Józefa i Józefy Orbików. Jego mama – Józefa zmarła w 1938 r. Wychowaniem dzieci zajmował się ojciec – Józef, który musiał godzić wszystkie obowiązki z uprawą roli. Żyli bardzo skromnie, ale spokojnie. Dziadek miał starsze rodzeństwo – siostrę Helenę, która wyszła za mąż i mieszkała w sąsiedztwie, braci Stanisława, Czesława i Mieczysława oraz siostrę Jadwigę, dwa lata starszą od dziadka.

Wybuch wojny spowodował wielki zamęt i biedę, a wkroczenie Armii Radzieckiej wcale nie poprawiło bytu biednych i licznych rodzin miejscowej ludności. Męża Heleny na początku wojny Niemcy zabrali na roboty do Prus Wschodnich, a ona wróciła wraz z synem Jasiem do rodzinnego domu, żeby pomóc ojcu opiekować się rodzeństwem.

Zaczęły tworzyć się pierwsze organizacje partyzanckie, które chciały stawić czoło okupantom. Dwaj starsi bracia dziadka – Stanisław i Czesław należeli do miejscowej partyzantki. Obaj byli młodzi i chcieli bronić swojej ojczyzny. Stanisław zakochał się w dziewczynie z sąsiedztwa, Irenie, która była bardzo ładna i odwzajemniła jego uczucia. Irena podobała się również innemu chłopakowi, który nie mógł znieść tego, że wybrała Stanisława. Chcąc zemścić się na konkurencie, doniósł do NKWD, że Stanisław i Czesław są w konspiracji. W maju 1941 r. NKWD aresztowało ukrywających się w stodole braci dziadka – Stanisława (21 lat) i Czesława (20 lat) [1]. Pradziadek Józef próbował ich wykupić z rąk NKWD, ale było za późno. Przetransportowano ich do Mińska i tam słuch o nich zaginął. Dziadek Edward po 1989 r. próbował ich odszukać, pisząc liczne pisma do Polskiego Czerwonego Krzyża i Archiwum NKWD w Moskwie, niestety bezskutecznie. Przysłana odpowiedź brzmiała: zaginęli na terytorium ZSRR.

W czerwcu 1941 r. w nocy do drzwi zapukało NKWD i kazało się pakować wszystkim bez wyjątku. Pradziadek Józef spakował co najważniejsze: prowiant, ubrania i różaniec. Wraz z dziećmi: Edwardem, Jadwigą, Mieczysławem, Heleną i jej siedmioletnim synem Jasiem przetransportowano ich na stację w Augustowie. Tak właśnie zaczęła się gehenna dziadka i jego rodziny. Być może gdyby nie płomienne uczucie Stanisława, dziadek nigdy nie zostałby deportowany do ZSRR, ale tego nie możemy być pewni. Faktem jest, że konsekwencje za działalność konspiracyjną poniosła cała rodzina.

Kompletowanie całego transportu zajęło kilka dni. Umieszczano ludzi w bydlęcych wagonach, praktycznie bez okien, a drzwi szczelnie zaryglowano. W wagonie przebywało kilkadziesiąt osób stłoczonych bez wody, żywności i dopływu świeżego powietrza. Trudno mi wyobrazić wśród tego wszystkiego sześcioletnie dziecko, które, zamiast bawić się z rówieśnikami, siedzi wciśnięte w kąt wagonu, nie mogąc się ruszyć. Po południu zesłańcy dojechali do Grodna, gdzie doczepiono kolejne wagony. Nadleciały niemieckie samoloty i zaczęło się bombardowanie Grodna i okolic. Wszędzie było słychać wystrzały i krzyki ludzi. Po przejechaniu Niemna most został zniszczony i to zakończyło wywózkę zesłańców. Wagony były ostrzeliwane z samolotów, wśród skazańców było wielu rannych i zabitych. To wszystko było straszne, dziadek jako małe dziecko niewiele rozumiał z tego, co się działo, ale pamiętał ciągłe modlitwy, pobożne śpiewy, brak jedzenia i wody do picia. Wiadro wody dostawali w miarę systematycznie, ale jedzenie bardzo rzadko.

Pierwsze góry, które zobaczył dziadek w swoim życiu, to nie były polskie Tatry tylko Ural. Po latach wspominał, jak siedział na pryczy i przez małe zakratowane okno oglądał ośnieżone szczyty Uralu. W końcu po prawie trzech tygodniach uciążliwej podróży dojechali na miejsce. To był ich nowy dom – Krasnojarski Kraj Okręg Chakaski, tysiące kilometrów od domu i Polski. Zakwaterowano ich w jakimś baraku, gdzie mogli chociaż rozprostować nogi i usiąść wygodnie na ziemi. Potem przyjechały ciężarówki i zaczęła się dalsza podróż. Rodzina dziadka trafiła do kołchozu. Zakwaterowano ich u rodziny Chakasów w niewielkiej lepiance. Gospodarze nie byli zachwyceni nowymi lokatorami. Już na drugi dzień wszyscy, którzy mogli pracować, ruszyli do pracy. Ojciec dziadka – Józef kosił trawę, starszy brat Mietek też próbował sił z kosą. Dziadek Edek i jego o dwa lata starsza siostra Jadwiga i siostrzeniec Jan pozostawali pod opieką siostry Heleny. Każdy, kto pracował, otrzymywał przydział chleba 300-400 g, ci, co nie pracowali – 150 g dziennie. To były głodowe porcje, za dużo żeby umrzeć, za mało żeby żyć. Latem jakoś dało się coś uzbierać, a to grzyby, jakieś owoce leśne, czy inną roślinność, którą można było ugotować. Bardzo pomocna okazała się gospodyni ziemianki, która trochę nauczyła ich żyć w tych trudnych warunkach. Siostra dziadka – Helena chodziła z nią i zbierała różne rośliny, które nie raz uratowały życie zesłańcom. Najpopularniejsza była pokrzywa. Gotowano z niej zupy i suszono. W czasie żniw wszyscy bez wyjątku wyruszyli do pracy. Dziadek Edek w ramach zabawy zbierał kłosy zbóż i chował je skrzętnie w spodniach. Przynosił do domu i tu w prymitywnych żarnach ścierano to na mąkę i pieczono placki na żeliwnym piecyku. A latem wodę trzeba było przynosić ze strumyka, a zimą zgarniało się śnieg, który topniał i wody było pod dostatkiem. Najgorsze były owady, które latem gryzły niemiłosiernie, a w lepiankach dokuczały wszy i pluskwy przez cały rok. Jesienią były wykopki ziemniaków. Wszyscy bez wyjątku pracowali, żeby zebrać ich jak najwięcej, bo można było trochę dostać ziemniaków do domu. Część ziemniaków chowano pod ziemią w takich małych kopczykach i pod osłoną nocy zabierano je z pola, żeby mieć zapas na zimę. To była kradzież, ale żeby przeżyć, trzeba było to robić. Lato na Syberii było upalne i trwało tak ze trzy miesiące, a potem od razu spadał śnieg, który utrzymywał się do wiosny. Zimą temperatury spadały do -50 °C albo jeszcze niżej. Kiedyś była taka burza śnieżna, która zasypała całkowicie drzwi ziemianki i nie można było wyjść na zewnątrz. Trzeba było najpierw odgarnąć górę śniegu, żeby wydostać się z lepianki. Dziadek Edek nie miał butów, więc zimą nie wychodził na zewnątrz, ale jak już mu się znudziło ciągłe siedzenie w lepiance, to wyskakiwał na zewnątrz i boso biegał po śniegu. Tak mijały dni i tygodnie w głodzie i chłodzie. W roku cała rodzina przeniosła się do sąsiedniego kołchozu Biei. Tu zamieszkali w ziemiance po rodzinie, która przeniosła się do Abakanu. To był prawdziwy luksus, byli na ,,swoim’’. Ojciec dziadka Józef dostał pracę w młynie, brat Mieczysław miał trzynaście lat i też został pomocnikiem młynarza. To było prawdziwe szczęście, praca była ciężka, ale można było zawsze coś przynieść do domu. Brat dziadka Mieczysław w kieszeniach spodni przemycał trochę mąki lub kaszy, a to już było coś. Dziadek Edek starał się też być bardzo pomocny. Latem gromadził z siostrą Jadwigą opał na zimę. Zbierali krowie placki tzw. kiziaki i suszyli na słońcu, żeby zimą można było palić w piecyku. W lesie zbierali chrust. To było ich zajęcie. Ale szczęście nie trwało długo. Zachorował syn Heleny – Jaś, który miał osiem lat. Choroba okazała się śmiertelna. Potem zachorował ojciec dziadka – Józef. Nie mógł już chodzić do pracy i cały obowiązek utrzymania rodziny spadł na Mieczysława. Siostra Helena po śmierci syna nie mogła się otrząsnąć, dopiero choroba ojca sprawiła, że wzięła się w garść i dostała pracę przy dojeniu krów. Ta praca okazało się zbawienna, bo mogła przynieść do domu niewielki kubek mleka. Ojciec Józef powoli wracał do zdrowia. Już wydawało się, że wszystko będzie dobrze, ale stan Józefa nagle się pogorszył i mężczyzna zmarł na początku roku. Zima wtedy była tak strasznie mroźna, że nie udało się go pochować, zrobiono to dopiero pod koniec maja, jak zaczęły się roztopy. W ten sposób dziadek został sierotą.

Mijały tygodnie i miesiące, a Orbikowie tkwili w tej ponurej rzeczywistości, bez widoków na przyszłość. Żyli nadzieją powrotu do domu. Dziadek Edward chodził do pracy razem z bratem Mieczysławem. Dostał po nim stare walonki, więc miał już buty i mógł w zimę wychodzić z domu. Praca dziadka to było sprzątanie i zamiatanie młyna. Przy tym zajęciu można było coś dodatkowo zarobić i przynieść trochę zmiotek kaszy i mąki. Po śmierci ojca przewodniczący kołchozu chciał dziadka i jego siostrę Jadwigę zabrać do domu dziecka, ale siostra Helena nie zgodziła się. Wystąpiła o ich adopcję, dając im swoje nazwisko – Jasińscy. To ich uratowało, nadal byli Polakami. Załatwianie formalności trochę trwało, ale to był już rok, gdzie Polacy mogli się swobodnie przemieszczać. Siostra Helena na piechotę przeszła kilkadziesiąt kilometrów, żeby załatwić wszystkie dokumenty. To okazało się bardzo pomocne przy powrocie do Polski.

Dziadek pamiętał koniec wojny. Wtedy było wielkie święto w kołchozie, zesłańcy mieli dzień wolny od pracy. Wszyscy się ściskali i płakali. Polacy liczyli na rychły powrót do domu – Polski. Akcja repatriacyjna trwała długo, bo trzeba było zgromadzić wszystkie potrzebne dokumenty. Dziadek przyjechał na Syberię na nazwisko Orbik, a wyjeżdżał jako Jasiński i to nie bardzo podobało się ówczesnym władzom. Siostra Helena biegała po urzędach, żeby wszystko załatwić i jakoś się udało. Dziadek był jej wdzięczny do końca życia za to, że nie zostawiła ich na tej nieludzkiej ziemi. W maju 1946 roku wsiedli do pociągu, którym wracali do ojczyzny. Dziadek mówił, że to był najszczęśliwszy dzień w jego życiu. Po pięciu latach niewoli i udręki wracali do domu. Dziadek wyjechał jako sześcioletni chłopiec, a wracał tak doświadczony, że niejeden dorosły nie udźwignąłby ciężaru tego, co on doświadczył.

Dziadek chciał kiedyś spisać to wszystko, co przeżył, ale wspomnienia były zbyt bolesne. Przeżycia sprawiły, że miał swoje ,,pozostałości’’ po Syberii: nigdy nie jadł zupy szczawiowej, mówiąc, że tej zieleniny najadł się na całe życie, zawsze miał zapas opału i mąki na zimę, a chleb czcił jak największą świętość.

Dzieciństwo dziadka było tragiczne. Cieszę się, że mogłam poznać jego ciekawe losy. Jednego jestem pewna, że my, współczesne dzieci, wychuchane i wypielęgnowane, nie dalibyśmy rady tego wszystkiego przeżyć. Jestem dumna, że miałam takiego dziadka. Dla mnie jest i będzie bohaterem. Zostanie na zawsze w mej pamięci i sercu.

Praca uzyskała wyróżnienie 2. stopnia w konkursie “Historia jednej fotografii” zorganizowanym przez Muzeum Pamięci Sybiru w Białymstoku. Rozstrzygnięcie konkursu odbyło się 8 lutego 2018 r.

Tłumaczenie i przypisy: Jay M. Orbik

 

  1. Na terenie gminy Bargłów powstała organizacja podziemna „Samoobrona”, która wydała nakaz tworzenia „piątek”. Każdy zaufany członek ruchu miał dobrać sobie jeszcze czterech i ich zaprzysiąc. W tym czasie enkawudziści wyłapywali głównie nauczycieli, oficerów i podoficerów, chłopów podejrzanych o kontakty z partyzantami. W odpowiedzi na aresztowania młodzi Polacy, z zemsty, zaczęli podpalać zabudowania tych, którzy zgodzili się wstąpić do kołchozu. „Co niedziela paliły się zabudowania u kolejnego zaprzańca, a po zbiorach ogień trawił i sterty kołchozowe ze zbożem. Sowieci raz jeszcze skorzystali z donosicieli i aresztowali między innymi dwóch braci Orbików … Młodych chcieli też zastraszyć poborem do wojska. Brali tych, co ukończyli 20 lat, a nie przekroczyli 50 roku życia”. „Stanęliśmy i my z Kowalczykiem na komisję w Augustowie. Jeden z lekarzy okazał się znajomym, wystarczyło więc ciche porozumienie i zostaliśmy uznani 75 za niezdolnych do wojska”.

    J. Poziemski: Bohaterowie i zdrajcy, Kurier Podlaski. Nr 177 (1841), 12 IX 1990. Także w: Adam Sudoł, Stalin wobec kresów wschodnich II Rzeczypospolitej (jesień 1939) ZESZYTY NAUKOWE WYŻSZEJ SZKOŁY PEDAGOGICZNEJ W BYDGOSZCZY, Studia Historyczne z. 6. p. 68.

Opublikowano Dodaj komentarz

Spod Sejn do Ameryki

Od dość dawna wiedziałem, że siostra mojego pradziadka Adama Szczudło, Wiktoria wyszła za Kazimierza Zielepuchę (1835- 1905). Potem jeszcze kilkukrotnie spotykałem to nazwisko w rejestrach i metrykach parafii Sejny, przeważnie wypisywanych dla mieszkańców wsi Zagówiec, która od lat 40. dziewiętnastego wieku była też wsią moich przodków Szczudłów.

Osobiście żadnego Zielepuchy nie znałem. Z czasem Witek Zielepucha z Sejn trafił do moich fejsbukowych znajomych, ale nie bardzo był zainteresowany. Wątek genealogii tej rodziny bardziej mnie zaciekawił kiedy zorientowałem się, że Zielepuchowie byli też skojarzeni z Kasperowiczami, na których drzewie genealogicznym i Szczudłowie mieli swój „udział”. Antonina Szczudło, córka Pawła i Marianny Gorczyńskiej w 1863 roku wyszła za Kazimierza Kasperowicza urodzonego w roku 1840 we wsi Tomasze. Jednak żadnych metryk dzieci tej pary nie odnalazłem. Antonina Kasperowicz już będąc mężatką, w roku 1870 występuje w metryce chrztu Anastazji Polens, córki Teodora i Konstancji Szczudło, swojej siostry. Umiera w 1905 roku we wsi Wiłkokuk, prawdopodobnie bezdzietnie.

W połowie czerwca tego roku, nazwisko Zielepucha, w wersji nieco zmienionej – Zielepuka, niespodziewanie pojawia się na fejsbukowym anglojęzycznym forum genealogów. Tym razem pisze nieznana mi wcześniej kobieta z Ameryki, Yelyzaveta Van Duker. Kiedy piszę, że jest to nazwisko z mojego rodowodu, ona wspomina, że jej mąż ma je na swoim drzewie genealogicznym. Kluczową osobą jest Bronisława Zielepucha, która ze swoją starszą siostrą Franciszką emigrowała do USA. Jej emigracyjny dokument wskazuje Zagówiec (oczywiście zapisany błędnie) jako miejsce urodzenia, natomiast akt zgonu Franciszki wymienia rodziców; Kazimierza Zielepuchę i Wiktorię Szczudło (również z błędami). Zachęcony odkryciem kolejnych kuzynów w Ameryce, wertuję zasoby metrykalne parafii Sejny i Berżniki. Udaje się znaleźć całkiem sporo metryk, a wśród nich namierzyć najstarszego w regionie, Benedykta, który urodził się w nieznanym dotąd miejscu około 1790 roku. Zmarł w Bierżałowcach w roku 1846. Prawdopodobnie miał dwie żony; Annę Byczkowską i Mariannę Mackiewicz. Z pierwszą spłodził Benedykt troje dzieci; Mariannę – ur 1827, Kazimierza – 1835 i Marcellę – 1839. Podobnie jak ojciec, Kazimierz też jest dwukrotnie żonaty. Pierwszą jego wybranką zostaje Rozalia Jachimowicz z Budziewizny, która rodzi mu czworo dzieci; Antoninę – 1862, Franciszka Leopolda – 1865, Józefa – 1867 i Wincentego. Dwoje pierwszych umiera po kilku dniach, Wincenty w wieku 18 lat, o Józefie brak informacji w dostępnych mi metrykach. Pierwsza żona Kazimierza Zielepuchy umiera w latach 1872-73 i wtedy owdowiały mężczyzna z dwójką małoletnich dzieci decyduje się na nowy związek. Jego wybranką zostaje Wiktoria Szczudło, młodsza o 10 lat córka Pawła Szczudło (1812- 1895) i Marianny Gorczyńskiej (1801- 1885). Drugie małżeństwo Kazimierza jest jeszcze bardziej owocne niż pierwsze i przynosi mu pięcioro dzieci; Kazimierę – 1874, Władysława – 1878, Rozalię – 1880, Franciszkę – 1881 i Bronisławę – 1886 r. Los Kazimiery nie jest szerzej znany, wiadomo jedynie, że w 1893 roku urodziła panieńskie dziecko – Franciszka, który żył tylko kilka tygodni. Nie wiadomo jaką przyszłość miał Władysław. W zasobach parafii Sejny są dwie metryki Rozalii, z których wiadomo, że żyła tylko dwa dni.

Ostatnich dwoje dzieci Kazimierza i Wiktorii Zielepuchów, Franciszka i Bronisława, emigruje do Ameryki. Franciszka opuszcza ojczyste strony już w 1901 roku, Bronisława dopiero w 1913 r., w 8 lat po śmierci ojca. Bronisława emigrowała statkiem NECKAR do Filadelfii.

Po doświadczeniach życiowych Benedykta i Kazimierza podwójne związki małżeńskie w rodzinie Zielepuchów nie powinny już dziwić. Podobnie i Bronisława dwukrotnie wychodzi za mąż, dwa razy za Litwinów pochodzących z okolic bliskich jej stronom ojczystym. Jej pierwszym wybrankiem jest Frank Gaidziunas (1877- 1925), z którym ma Bronisława troje dzieci; Franka, Jeanne i Pauline.

Drugi mąż Bronisławy to Peter Zukaitas (1897- 1956), urodzony w mieście Simnas na Litwie, z którym niedawna wdowa w wieku 42 lat doczekała jeszcze dziecka. Dano mu imię po matce, Bronisława, co w wersji amerykańskiej brzmiało nieco inaczej – Bertha. Bertha Zukaitas (1928- 2014) była już w pierwszym pokoleniu „born American” i wyrastała w rodzinie wielojęzycznej, gdzie ojciec mówił po litewsku, matka po polsku, a ona po angielsku i wszyscy się rozumieli.

Partnerem życiowym Berthy został Tadeusz Miklas, żyjący w latach 1919- 2006, z pewnością mający także korzenie polskie. Małżeństwo to sprowadziło na świat dwoje dzieci; Lorraine i Toma. Lorraine wyszła za Bradforda Van Dukera. Ich dorobek rodzinny to troje dzieci: Scot, Laura i Mark.

Scot Van Duker na kilka miesięcy trafił do pracy w Kijowie, gdzie był zatrudniony w Konsulacie USA. Któregoś razu w konsulacie kijowskim prezentację o trybie pracy Ambasady USA w Warszawie pokazywała młoda anglistka, Yelyzaveta Avetysian. Oczarowany prezentacją a chyba bardziej urokiem młodej Ukrainki, Scot okazał wyrazy uznania, po których był ciąg dalszy. Zabrał „prezenterkę” ze sobą do Ameryki, gdzie została jego żoną. Dziś tworzą szczęśliwe małżeństwo z dwójką dzieci.

Wśród emigrantów do Ameryki mam sporo kuzynów, którzy tworzą barwne pary międzynarodowe, ale ta jest szczególnie międzynarodowa. Linia genealogiczna Scota to Polacy, Litwini, potem Belgowie, Holendrzy i Francuzi, ale również Anglicy, Szkoci i Irlandczycy. Na jej końcu jest żona Liza, po ojcu Ormianka, po matce Ukrainka. Brat Scota, Mark Van Duker ożenił się z dziewczyną z Chin. Jak widać, Ameryka wciąż jest dobrym miejscem do życia i pracy dla wszystkich nacji.

 
Opublikowano 1 komentarz

Z Solistowskiej Góry do Ameryki

Grzędy Topograficeskaja Karta Carstva Polskago

Nieznany epizod z historii wsi Grzędy

Wieś Grzędy… miejsce niezwykłe i szczególne na historycznej mapie powiatu grajewskiego. Wprawdzie osada nie istnieje już od ponad 75 lat – jednak historia i życie jej mieszkańców ciągle wzbudzają żywe zainteresowanie turystów, miłośników regionu i historyków. Wieś składała się z ponad 20 gospodarstw rozrzuconych na kilku piaszczystych wydmach. I tak na Nowym Świecie mieszkali Łubowie, Kosakowscy, Rowki, Sienkiewicze, Biercie, Milewscy, Grabowi, na Dębowej Górze posadowione były gospodarstwa Zyskowskich, Kuklińskich, Czajków, Kołakowskich, Olendrów, Zawistowskich. Na Pojedynku mieszkali Kaplowie, i dwie rodziny Grabowych. Na Longwi żyli m.in. Kumkowscy i Mońkowie. Na Solistowskiej Górze mieszkali Czajki i nieco dalej Kuklińscy.

Kilka lat temu wpadł mi w ręce list z 1886 roku pisany z Ameryki przez Kazimierza Czajko z Grzęd do Aleksandra Nawrockiego z Rajgrodu. To ciekawe znalezisko dało mi asumpt do poszukiwań historycznych o wsi Grzędy i jej mieszkańcach.

Aby prześledzić proces osadniczy rodziny Czajków na Solistowskiej Górze, warto na początku przybliżyć losy członków tej rodziny. Otóż protoplastami naszych osadników byli pochodzący z Tajenka Jan i Jadwiga z Kuberskich, którzy w 1829 roku w kościele w Bargłowie zawarli związek małżeński. Młodzi mieszkali w Woźnejwsi, gdzie na świat przychodziły kolejne dzieci:Kazimierz (*1837), Wincenty(*1840, urodzony w Ciszewie),Jan (*1843), Józef (*1846),Teofila (*1847), Antoni (*1850).

Pierwszym z tej familii, który osiadł na Solistowskiej Górze był Kazimierz Czajko. W 1856 roku zawarł on związek małżeński z 18 letnia Wiktorią Dobrydnio z Orzechówki. Małżonkowie zamieszkali w Woźnejwsi, gdzie w 1858 roku na świat przychodzi córka Rozalia, w 1862 roku Józef. W 1870 roku umiera żona Kazimierza, który – co wcale nie było rzadkością, jeszcze w tym samym roku ponownie zawiera związek małżeński z 25 letnią Anną Klimont z Tajna. W akcie zaślubin jest zapisany jako Kazimierz Czajkowski. W 1872 roku w Dreństwie przychodzi na świat córka Anna, rok później Feliks, Kazimierz (*1876), Piotr (*1878), Antoni (*1880). Poza Anną, wszystkie dzieci urodziły się już w Grzędach. Można zatem przyjąć, że Kazimierz wraz żoną i liczną rodziną zamieszkał w Grzędach – Solistowska Góra w 1872 lub 1873 roku. Nie znamy niestety statusu majątkowego Czajków. Jest jednak wysoce prawdopodobne, że sytuacja rodzinna, niejako wymusiła przenosiny na Solistowską. Nowa żona, a także powiększająca się rodzina, powodowały bez wątpienia liczne konflikty w przeludnionej chacie. Ciekawe, że kilka lat później w ślady Kazimierza poszedł jego młodszy brat Jan, który z poślubioną w 1873 roku Franciszką ze Skowrońskich oraz z dwójką dzieci, Franciszką (*1874) oraz Karolem (*1875) również zamieszkał na Solistowskiej. Trudno jednoznacznie powiedzieć, czy pomiędzy braćmi była jakaś umowa, i w związku z tym rodzina Jana zamieszkała w chacie Kazimierza, czy też w nowej -wybudowanej przez siebie. Tego nie wiemy. Faktem jest, że w następnych latach w Grzędach na świat przychodzą kolejne jego dzieci. Aniela (*1880), Konstancja (*1882) Jan (*1884), Józef (*1893), Julianna (*1886), Franciszek (*1887), Wiktoria (*1887) i Józef (*1893).

Około 1885 roku nastąpiło ważne wydarzenie w rodzinie Czajków. Kazimierz, jego syn Józef oraz nie mieszkający w Grzędach brat pierwszego Wincenty, postanowili wyjechać do Ameryki. Byli zatem najprawdopodobniej pierwszymi emigrantami z zagubionej wśród bagien wsi Grzędy. Co było przyczyną tak ryzykownego działanie jak wyjazd do dalekiej Ameryki? Bez wątpienia bieda, przeludnienie wsi, brak ziemi i jak to dzisiaj powiedzielibyśmy brak perspektyw.

Według Anny Adasiewicz, która przeglądała ewidencje pochowanych na cmentarzach w Stambaugh, Iron, emigracja z miejscowości nadbiebrzańskich za ocean rozpoczęła się jeszcze na początku lat 80 XIX wieku. Duża część emigrantów pochodziło z Białaszewa, Osowca, Tajna, Rajgrodu. Pani Anna przytacza historię rodziny Konstantego i Rozalii Zyskowskich z Stambaugh, miasta znanego z kopalni złota. Konstanty urodził się w 1837 r i zmarł 15 maja 1920r w Iron River, Michigan. Rozalia Gardecka i Konstanty wzięli ślub w Rajgrodzie w 1864r. Wyemigrowali w 1884r z 4 dzieci (najprawdopodobniej z Rajgrodu). Ich syn Zygmunt, już chyba urodzony w USA, później odziedziczyli parcelę 40 arowe, na której odkryto później złoża żelaza i miedzi. W wyniku konfliktu o złoża cennego kruszcu został zamordowany w 1924r i sprawa morderstwa i praw do ziemi ciągnęła się przez wiele lat w sadach. Praprawnuczek Konstantego, Raymond Bisque napisał na ten temat książkę.

Czytaj dalej Z Solistowskiej Góry do Ameryki

 
Opublikowano 1 komentarz

Krzyżyk nieznanego żołnierza

Znalezisko

Niemal dokładnie 13 lat temu, w marcu 2007 będąc leśniczym w Napiwodzie znalazłem w lesie k. Moczyska ludzkie szczątki z wojskowym oporządzeniem. Wśród przedmiotów znalazłem też srebrny krzyżyk, jaki noszą na szyi ludzie wierzący. Krzyżyk obrządku wschodniego. Teren znaleziska to obszar, gdzie ostatniej doby bitwy pod Tannenbergiem, 30 sierpnia 1914 r. przez lasy pomiędzy Nidzicą i Zimną Wodą wycofywały się do Rosji resztki 3 korpusów, w bezładzie i w większości na własna rękę.

Jeśli spojrzeć na mapy Prus Wschodnich sprzed Pierwszej Wojny Światowej, to niedaleko na południe od Nidzicy była granica pomiędzy carską Rosją i cesarskimi Niemcami. Królestwo Polskie – jeśli jest tam zapisane to tylko małymi literami. Do wolności, do życia – do granicy Rosji – Królestwa Polskiego – pozostało temu żołnierzowi tylko kilka kilometrów, godzina marszu!

Mały prawosławny krzyż matka żołnierza, gdzieś daleko stąd, zawiesiła synowi idącemu na wojnę, z błogosławieństwem i nadzieją, że przyprowadzi syna do domu. Stało się inaczej. Krzyż przeleżał tutaj na dawnych Prusach Wschodnich, na obcej ziemi, ponad 90 lat.

Znaczenie

Opis znaczenia symboliki zawartej na tym Krzyżu otrzymany z Muzeum Ikony w Supraślu, filii Muzeum Podlaskiego w Białymstoku:

Jest to krzyżyk prawosławny, z ramionami zakończonymi trójliściem. Prawdopodobnie był ozdobiony emalią. Wewnątrz znajduje się mniejszy charakterystyczny dla Prawosławia krzyż o ośmiu końcach. Dolna, ukośna poprzeczka odwołuje się do sceny Ukrzyżowania z Ewangelii według św. Łukasza, gdzie obok Jezusa zostało ukrzyżowanych dwóch łotrów. Jeden jej koniec jest podniesiony, wskazuje niebo, czyli miejsce, gdzie trafi Dobry Łotr. Drugi koniec wskazuje piekło, czyli miejsce, gdzie trafi pełen pychy, drugi łotr.

Litery pisane cyrylicą, które znajdują się na ramionach w polskim alfabecie oznaczają: IS (Jezus), XS (Chrystus), litery u góry CS (Król Chwały).

Litery, które znajdują się u dołu to GA (Grób Adama lub Golgota). Według źródeł apokryficznych w tym miejscu został pochowany pierwszy człowiek Adam i w tym miejscu został ukrzyżowany Jezus, aby odkupić Jego i nasze grzechy. Motyw znajdujący się pod krzyżem to czaszka Adama.

Niestety dolny fragment krzyża jest bardzo niewyraźny i trudno powiedzieć co jeszcze tam się znajduje. Punce, które znajdują się na odwrocie krzyżyka mogą powiedzieć, z którego miasta w Rosji on pochodził. Niestety, które to miejsce w Rosji trudno powiedzieć.

podpisał Maciej Ćwiklewski.

Informacje o pochodzeniu krzyżyka otrzymane od Bogusława Perzyka odczytana na podstawie sygnatur na odwrocie:

  1. Obiekt został wykonany w pracowni Wasilija Nikołajewicza Czułkowa (WNCz)
  2. Wytwórca był zarejestrowany w Urzędzie Probierczym guberni Kostromskiej.
  3. Obiekt wykonano ze srebra próby „84”

Upamiętnienie

Niedaleko mojego znaleziska jest wieś Zimna Woda. Na skraju tej wsi znajduje się jeden z wielu cmentarzy pobitewnych tej wojny, gdzie pogrzebano poległych 37 żołnierzy rosyjskich. Bliżej wsi, przy kamiennym pomniku jest mogiła 7 żołnierzy niemieckich. Wszyscy oni polegli 30 sierpnia 1914 r.

Kościół w Zimnej Wodzie, zbudowany wśród lasów, jest dobrym miejscem dla tego krzyża – pamiątki po młodych ludziach sprzed 100 lat – żołnierzach, dla których domem w ich ostatnich dniach życia były dzisiaj nasze lasy. Krzyżyk został uroczyście zawieszony w tym kościele na tle wyrzeźbionej, powiększonej jego kopii.

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Marcin Bernatowicz i jego najbliżsi

Najstarszym przodkiem, którego tożsamość udało nam się ustalić jest Marcin Bernatowicz. Urodził się około roku 1734 prawdopodobnie we wsi Kunicha (kiedyś Kunica). Oprócz Marcina w Kunisze mieszkała również Zofia Bernatowicz urodzona około 1727 roku. Poszukiwania najstarszych mieszkańców tych rejonów są niezwykle trudne. W parafii Krasnybór najstarsze zachowane zapisy metrykalne pochodzą z 1760 roku. Był to okres kształtowania się tożsamości parafialnej mieszkańców tych okolic. W 1755 roku w pobliskich Jaminach pobudowano drewniany kościół. Z Kunichy do Jamin jest znacznie bliżej niż do Krasnegoboru, więc jesteśmy przekonani, że najstarsi Bernatowicze uczęszczali czasem do bliższego kościoła, o czym mogą świadczyć niektóre metryki spisane właśnie w Jaminach, choć Kunicha przynależała do parafii Krasnybór. Najstarsze metryki z parafii Jaminy pochodzą z 1759 roku i są to rejestry chrztów. Nie jest wykluczone, że w tym samym czasie lub wcześniej mieszkańcy tych okolic uczęszczali również do kościoła w Dolistowie, który był siedzibą najstarszej parafii w tej okolicy. Do ksiąg z parafii Dolistowo z XVIII wieku dostępu jednak nie udało nam się uzyskać.

Próżno więc szukać metryki urodzenia czy ślubu wspomnianej Zofii Bernatowicz. Pierwsze ślady tej osoby pojawiają się w 1761 roku, gdy 22 stycznia w krasnoborskim kościele ochrzczono bliźnięta o imionach Piotr i Paweł urodzone w nieodległej od Kunichy wsi Janówek. Ojcem był Mateusz Zagórski, a matką Zofia Bernatowicz. Ślub musiał być więc odpowiednio wcześniej. Nic więc dziwnego, że nie można odnaleźć wzmianki o nim. Brak jest też jakiejkolwiek informacji o losach bliźniąt. Prawdopodobnie zmarli we wczesnym niemowlęctwie. W księgach metryklanych Zofia Zagórska pojawia się ponownie dopiero w 1807, kiedy to zostaje spisany jej akt zgonu. 5 lat później umiera Mateusz Zagórski, wdowiec po Zofii. Co ciekawe zgłaszjącymi są jego synowie Maciej i Michał.

Nie będziemy tu dalej snuć opowieści o Zagórskich. W tym samym okresie żyło ich znacznie więcej niż Bernatowiczów i ustalenie relacji pomiędzy nimi na bazie skąpego materiału dokumentalnego jest znacznie trudniejsze.

Wróćmy więc do Marcina Barnatowicza. Był on chłopem pańszczyźnianym na ziemiach należących do Chreptowiczów. W tym czasie majątek należał do Antoniego Chreptowicza i jego braci, którzy byli znani ze swoje awanturniczego trybu życia. Był to okres największego upadku i zadłużenia tych ziem, z którego podniósł go trochę dopiero Joachim Chreptowicz w 1764.

Marcin ożenił się z Dorotą Zagórską, dwudziestopięcioletnią dziewczyną, w 1763 roku. Ślub odbył się Krasnymborze. Świadkami byli Józef Zagórski, Andrzej Zagórski i Andrzej Puciłowski, ale nie wiadomo, kim byli oni dla młodej pary. Zwykle była to najbliższa rodzina: rodzeństwo młodych, kuzyni lub zaufani sąsiedzi i przyjaciele.

Akt ślubu Marcina Bernatowicza i Doroty Zagórskiej z 5 lutego 1763 roku
Akt ślubu Marcina Bernatowicza i Doroty Zagórskiej z 5 lutego 1763 roku

Para zamieszkała w Kunisze w domu pod numerem 1 należącym do Bernatowiczów. Pierwszym (udokumentowanym) ich dzieckiem była Krystyna urodzona w 1770 roku. Wyszła za Mateusza Mroza i zamieszkali w Sztabinie. Tam też rodziły się ich wszystkie dzieci. Dopiero dziewięć lat po ślubie Bernatowiczom urodził się syn, który dostał imię po ojcu. Dwa lata później, w 1774 doczekali się córki Marianny, która wyszła za Gotliba Mroza, brata Mateusza. To małżeństwo również zamieszkało w Sztabinie i również w w Sztabinie rodziły się ich wszystkie dzieci.

Kolejnym dzieckiem urodzonym w 1784 roku był Maciej Bernatowicz.

Marcin Barnatowicz i Dorota Zagórska mieli najprawdopodobniej jeszcze córkę Jadwigę. Najprawdopodobniej, gdyż brak jest aktu urodzenia Jadwigi, a w akcie jej ślubu nie wymienia się rodziców. Biorąc jednak pod uwagę przybliżony wiek Jadwigi, wnioskowany na podstawie daty zawarcia związku małżeńskiego oraz fakt, że jedynum męskim przedstawicielem rodu Bernatowiczów na tym terenie był Marcin, należy przypuszczać, że Jadwiga była właśnie jego córką. Jadwiga Bernatowicz wyszła za mąż Macieja Chodorowskiego. Początkowo zamieszkali w Jaziewie na terenie parafii Jaminy, gdzie urodziło się ich pierwsze dziecko Franciszek (1797 rok), ale już kolejne Tomasz (1808 rok) chrzczone było w kościele dolistowskim. W 1809 roku syn Kaziemierz ponownie rodzi się w Jaziewie, ale wszystkie nastepne dzieci chrzczone są w Dolistowie i tam najpewniej rodzina ta osiadła na stałe.

W kolejnych rozdziałach prześledzimy bardziej szczegółowo losy Marcina i Macieja, dwóch synów Marcina Bernatowicza – nestora rodu.

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Napad na plebanię w Jaminach

Plebania w Jaminach pobudowana w 1880 roku. Zdjęcie z 1938 roku.

W 1882 roku lokalną społecznością wstrząsnął napad grupy rzezimieszków na plebanię w Jaminach i dotkliwe pobicie tutejszego proboszcza ks. Józefa Bacewicza. Ks. Bacewicz urodził się w 1836 roku w miejscowości Pejlany, a administrował jamińską parafią od 1874 roku. Był proboszczem cenionym przez społeczność, o czym świadczy opis jego pracy zamieszczony w gazecie przez jednego z wiernych:

„Był to zacny człowiek i kapłan, który pomimo wątłego z natury zdrowia, pracował jednak, ile mógł, nad umoralnieniem ludu i dopomagał w potrzebie każdemu tak radą, jak i datkiem. Za staraniem to jego, wspólnie z wójtem ówczesnym s. p. Ostapowiczem, ze składek dobrowolnych został odnowiony drewniany nasz kościołek i olejną farbą pomalowany wewnątrz; odnowiono i odzłocono trzy ołtarze: oparkaniono murem kamiennym tak kościelny jak i grzebalny cmentarz, po którym nie włóczy się dziś nierogacizną, jak to było dawniej, pobudowano też nową plebanię, i popoprawiano dachy i wszystkie zabudowania plebańskie”[1]

O napadzie donosiła w 1882 roku jedna z ówczesnych gazet: „We wsi Jaminach, pow. Augustowskim, w nocy z 8 na 9 b. m. kilkunastu złoczyńców napadło na plebanię, proboszcza śpiącego związali i wyrzucili do sieni a sami jęli się rabunku. Gdy atoli najbliższy plebanii gospodarz, zawiadomiony o napadzie przez gospodynię księdza, staruszkę, która wymknąć się zdołała, pośpieszył na pomoc księdza z widłami, na jego widok stojący na straży opryszek ciał kilka strzałów z rewolweru, na których odgłos cała banda wyniosła się z plebanii co żywo i ratowała się ucieczką.”[2]

Napad był pośrednią przyczyną przedwczesnej śmierci ks. Bacewicza. Zmarł w wieku 50 lat, 3 października 1886 roku, a jego grób do dzisiaj znajduje się na jamińskim cmentarzu i jest chyba jednym z ostatnich nagrobków odlanych w podupadającej Hucie Sztabińskiej.

Cały opis procesu złoczyńców został zamieszczony w „Kurierze Porannym” nr 104 z 4 (16) kwietnia 1883 roku w poniższym artykule:

Z Sali Sądowej

Trzech włościan gubernii Suwalskiej Ostrowski, Wolf Szwartz i Tomasz Trzciański obwinieni zostali pierwsi dwaj o napad rozbójniczy na dom księ­dza Bacewicza a ostatni o ukrywanie rzeczy pochodzących z tego przestępstwa. Przestępcy ci w nocy na 28 stycznia r. z. we wsi Jaminach wraz z innemi osobami, w celu zrabowania majątku wyłamawszy wejściowe drzwi domu księdza B. napadli na jego mieszkanie i pobiwszy go oraz związawszy sznurem jawnie zrabowali różne rzeczy i pienią­dze, należące do B. Jeden ze wspól­ników zbrodni w chwili napadu miał rewolwer, z którego danych było dwa strzały do ludzi, przybyłych na pomoc księdzu B. Przestępstwo to odnosi się i do art. 1629 k. k. Sprawa ta w I instancji sądzoną była przez Suwalski sąd okręgowy.

..Żaden z oskarżonych do winy się nie przyznał.

Ksiądz Bacewicz, przesłuchany na posiedzeniu sądowem, zeznał, że w nocy na 28 stycznia r. z. około 12 godziny został nagle obudzony sztukaniem do drzwi wchodowych. Zapaliwszy świecę świadek chciał zbadać przyczynę tego sztuku, lecz w tej chwili sztuk głośniejszy jeszcze dał się słyszeć od wejścia tylnego do kuchni. Pod silnym na­ciskiem z zewnątrz drzwi te otworzyły się i świadek słyszał, jak kilku ludzi wpadłszy do kuchni ze strasznem wy­myślaniem z pośpiechem skierowali się do jego sypialni. Domyślając się, że to rozbójnicy, świadek chciał uciekać przez drzwi frontowe, lecz w sali został na­padnięty przez trzech nieznanych lu­dzi, którzy zaczęli go bić przyniesionemi z sobą drewnianemi pałkami po twarzy, plecach i całem ciele. Świadek zaczął krzyczeć, o Jezu, matko Boska wówczas z wewnętrznych pokoi weszło jeszcze dwóch złoczyńców i wszyscy pięciu wypchnęli go na korytarz, zwią­zali sznurami. i przywiązali do klamki od drzwi tak, że twarzą wisiał do ziemi a ręce, za które był przywiązany, wy­ciągnięte były do góry, w takiem położe­niu pytali go się gdzie są pieniądze i papiery, lecz odpowiedział im, że nic nie ma. Rozbój trwał około kwadransu, przybycie bowiem sąsiadów Joki i Kundy zmusiło złoczyńców do oddale­nia się z te mi rzeczami i pieniędzmi, jakie zdołali zrabować. Rozejrzawszy się świadek spostrzegł u siebie kradzież srebrnego zegarka i tabakierki, różnych papierów i pieniędzy na sumę przeszło rs. 1,000 w liczbie których było 50 rs. pieniędzy kościelnych. Pieniądze i pa­piery znajdowały się w szufladach ko­mody a prócz tego w dwóch kufrach stojących w szafie. Zamki u tych szuflad i kufrów były połamane, jakiemś narzędziem, podobnem do dłuta.

Nie­które papiery walały się na podłodze i na nich były ślady krwi pozostawione przez któregoś ze złoczyńców.  Z liczby złoczyńców tych świadek widział tylko pięciu. Czterech z nich miało brody, mogli mieć po lat 30 do 40 i jak wnosić należy byli żydzi dla tego, że chociaż wymyślali i mówili po rusku lecz w wymawianiu dobitnie słychać było akcent żydowski, szczególniej w wyra­zie „papiry” Ludzie ci świadkowi są zupełnie nieznani i nie może on sobie ich teraz przypomnieć, gdyż był bardzo wystraszony. Piąty był widocznie ka­tolik, gdyż nie miał brody. Na twarzy miał on maskę, która zakrywała połowę twarzy. Ze wzrostu, składu głowy i ogólnego wrażenia, owego piątego mocno przypomina oskarżony Ostrowski, lecz czy to był on świadek stanowczo powie­dzieć nie może, gdyż nie znał osobiście Ostrowskiego. Złoczyńcy zostawili mię­dzy innemi rękawiczkę, którą świadek poznaje w liczbie dowodów rzeczowych.

W miesiąc po tem przestępstwie świadek odebrał od naczelnika powiatu Szczuczyńskiego papiery, które leżały u świadka w szufladzie komody i pra­wdopodobnie wraz z innemi papierami i pieniędzmi skradzione zostały w cza­sie rozboju. Zresztą świadek nie wi­dział ich przedtem u siebie przez wiele lat, gdyż ich nie potrzebował.

Służąca Sobolewska i Fedrowska po­znały Ostrowskiego i Szwartza a O. był w masce, lecz widać, było oczy, czoło i dolną część twarzy. Szwartza zaś za­uważyły dobrze dlatego że on trzymał Sobolewską, kiedy inni podbiegli za Bacewiczem. Sobolewska słyszała w ‘domu księdza strzały. Świadek Kunda i Soha zeznali, że kiedy dążyli do domu księdza, na kilkadziesiąt kroków od domu spostrzegli jakiegoś człowieka, który strzelał do nich dwa razy, ale bez rezultatu.  Kiedy Sobolewska i Fedrowska mówiły, że poznały w liczbie innych złoczyńców Ostrowskiego ze wsi Czarnego Lasu, zaraz posłano do owego sołtysa, lecz nie zastał on go w domu.

Wójt Ostapowicz, otrzymawszy wiadomość o rozboju, przybył do księdza o 3 w nocy, którego znalazł w łóżku chorego i zbitego, następnie dowiedziawszy się od sług, że w liczbie złoczyńców poznały Ostrowskiego, pojechał zaraz do niego i zastał go w domu jeszcze nie śpiącego. Na łóżku jego leżała szara świtka z metalowemi guzikami stalowego koloru (w takiej świtce właśnie widziała go Sobolewska w chwili rozboju), a na butach miał ślady nie stopniałego jeszcze śniegu. Ostrowski tłómaczył się, te wraca właśnie z karczmy Wozgał, gdzie chodził kupować wełnę, kiedy zaś go świadek przywiózł do wsi Jaminy, to zapytał on się, czy nie zaaresztowano go czasem ze sprawy o rozbój u księdza. Świadek znalazł na śniegu przy kuchni księdza ślady kilku ludzi, a przy płocie dwie pałki. W kilka dni później świadek znów robił rewizję w domu O. i znalazł dwa żelazne gwoździe, które później sędzia śledczy przymierzał do dziur porobionych przy wyłamywaniu szuflad i znalazł, że zupełnie pasują. Ostrowski nie zajmował się niczem więcej jak kradzieżą i niejednokrotnie siedział on w więzieniu.

Świadek Nowicki zeznał, że na dzień przed rozbojem w Jaminach, zajechał do niego żyd z miasta Suchowoli, imieniem Wolfko, którego świadek poznają w oskarżonym Szwartza.

Ów Wolfko wszedł do niego, mówił, że chciał kupić siana, a dawniej nigdy po to do Czarniewa nie przyjeżdżał. Nie kupiwszy pojechał po toż samo do Czarnego Lasu, a w dwie godziny powracał ztamtąd do domu. Świadek Kunda także widział jakiegoś żyda z małym chłopcem, był u jej ojca po kupno siana na dzień przed rozbojem. Żydowi temu nie przyjrzał się świadek, ale kiedy żyd ów prosił o wiadro dla napojenia konia swego, wyszedł za nim z wiadrem na drogę i przy studni coś z sobą rozmawiali.

Wróciwszy do izby O. wołał prędko o kolację, a potem oświadczył, że musi pójść za kupnem wołów i może wróci dopiero za 3 lub 4 dni. Późno w nocy O. wrócił i wszedłszy do izby zawołał: „ach żeby ich cholera zabiła”, a gdy córka Anna zapytała go co się stało, powiedział: „już księdza w Jaminach okradli, mało tego, zbili go, mało nie zabili”. Zapytany jeszcze po cichu, czy nie był poznany, powiedział, że nie mógł być poznany, bo miał maskę na twarzy. Zaraz potem zajechał wójt i aresztował Ostrowskiego.

Przeciwko Trzciańskiemu walczy poszlaka, że ukrywał rzeczy ks. B, jednak nie dowiedzione to zostało na śledztwie sądowem. Okoliczność, że o półtory wiorsty od jego mieszkania znaleziono papiery bez wartości, należące do ks. B. nie jest dowodem przeciw niemu, gdy nie ma dowodu, żeby on je pod mostem położył; tem więcej, że miejscowość ta jest bardzo ruchliwa, i mogło chodzić komuś o zmylenie policji właściwych śladów zbrodni.

Sąd Okręgowy po wysłuchaniu całego śledztwa, uznał winę Ostrowskiego i Szwartza i skazał ich na pozbawienie wszystkich praw i zesłanie do ciężkich robót w twierdzach na lat 10 każdego, a po upływie tego terminu, na osiedlenie w Syberji. Trzciańskiego zaś sąd zupełnie uwolnił od kary.

Od wyroku tego Ostrowski i Szwartz założyli appellację do warszawskie] izby sądowej która rozpoznawała tę sprawę w dniu wczorajszym. Izba sądowa po wysłuchaniu przebiegu sprawy w I instancji, następnie wniosków prokuratora Kowalewskiego, oraz o broń. za Ostrowskim, pom. adw. przys. Wagnera i za Szwartzem, adw. przys. Gluksberga, uznała, iż wyrok sądu okręgowego łomżyńskiego jest zupełnie właściwie wydany i takowy zatwierdziła, oddalając tem samem appelację oskarżonych. Obrońca Szwartza adw. przys. Gluksberg ma zamiar podać co do swego klienta skargę kassacyjną do senatu, z powodu niewłaściwie przeprowadzonego śledztwa w tej sprawie przez sędziego śledczego.

(Zachowano oryginalną pisownię)

Tekst ukazał się również w numerze 3/2020 miesięcznika “Nasz Sztabiński Dom”

[1] „Gazeta Świąteczna”, 1887 r. nr 229-330, str. 6.

[2] „Wiek, Gazeta polityczna, literacka i społeczna”, Warszawa 1882 r., nr 38, str. 3

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Budowle drewniane a moi przodkowie

Suszarnia tytoniu w Krasnoborkach. Rok 2005.

W moim komputerze nazbierało się trochę zdjęć dotyczących budownictwa drewnianego w Sztabinie i okolicach, które zrobiłem kiedyś, aby nie zapomnieć rodzinnych stron. Mój dziadek Antoni był cieślą i stolarzem, trochę tartacznikiem. Budował domy, więźby dachowe m.in. budował, jak mówił ks. bp Tadeusz Zawistowski, więźbę dachową na kościołach w Kobylinie i Sokołach, a po I Wojnie Światowej remontował dach w kościele w Sztabinie. Specjalizował się ponoć w budowie suszarni do tytoniu. W obejściu Sobotków stała taka suszarnia, która obecnie chyba nieco przebudowana do mniejszych rozmiarów, stoi na posesji Siebiedzińskich na ul. Rybackiej. Nie jest wykluczone, że wielka suszarnia z Krasnoborek jest dziełem mojego dziadka. Dwaj bracia dziadka Antoniego którzy pozostali w USA również byli cieślami i stolarzami.

Antoni był samoukiem, ale w 1907 roku był na kursie kreślarskim w Warszawie.

Więcej informacji o Antonim i całej rodzinie Sobotków znajduje się w książce mojego autorstwa pt. „My ze Sztabina”. Zachęcam do przeczytania.

Jako uzupełnienie dzielę się zdjęciami drewnianego budownictwa z naszych stron. Na pierwszym zdjęciu nieistniejący już drewniany krzyż z Krasnoborek, autor nieznany.

Kolejne zdjęcie przedstawia węzeł ciesielski na poddaszu domu Sobotków w Sztabinie, pochodzący mniej więcej z 1915 r.

Na następnych dwóch zdjęciach widać wspomnianą suszarnię tytoniu w Krasnoborkach. Zdjęcia pochodzą sprzed 15 lat i nie wiem, czy suszarnia stoi tam, gdzie stała po dziś dzień.

Na starym zdjęciu uwieczniono wspomniany już dom Sobotków z roku ok. 1915. Wszystkie zabudowania były drewniane, płot i brama również. Całość zapewne budował dziadek Antoni. Obecnie dom jest ocieplony i obłożony sajdingiem.

Kolejne zdjęcie to dawny dom Zdanowiczów, rodziny mojej babci Stefanii. Domyślam się, że ten dom może pochodzić mniej więcej z połowy XIX w. Wygląda na budowlę szkieletową, wypełnioną listwami drewnianymi i gliną, może zmieszaną z wapnem. Ten dom stoi nadal obok domu Sobotków. Był wiele razy remontowany, oszalowany itp. Ten dom kupiła rodzina Michała Łazarskiego, posła na sej II RP. Ta posesja graniczy bezpośrednio z zagroda Sobotków.

Ostatnie zdjęcia zostały wykonane we wsi Ewy: dom mojego dziadka Szyca, drewniany krzyż z 1914 roku i piwniczka.

W naszej okolicy można jeszcze znaleźć wiele przykładów obiektów starego budownictwa drewnianego. Zachęcam do wędrówek i fotografowania tych często już bardzo rzadkich budowli.