Opublikowano Dodaj komentarz

Cyrulik ze Zgorzelca

Okładka wspomnień Kasriela Eilendera, która wkrótce ukaże się nakładem JZI

Cyrulik ze Zgorzelca jest już trzecią redagowaną przeze mnie pozycją wydawniczą Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego poświęconą losom Żydów związanych z Suwalszczyzną i Augustowszczyzną. Za każdym razem praca nad podobnymi tekstami jest dla mnie czymś znacznie więcej niż zwykłym przygotowaniem książki do druku. Towarzyszy jej niezmiennie żal i smutek, gdy uświadamiam sobie ogrom tragedii, jaka podczas Zagłady dotknęła społeczność żydowską – ludzi, którzy przez pokolenia byli mieszkańcami tych samych miast i miasteczek, chodzili tymi samymi ulicami, prowadzili sklepy i warsztaty, uczyli się, pracowali, wychowywali dzieci i współtworzyli historię tego regionu.

Świat ten został niemal całkowicie unicestwiony. Wraz z ludźmi znikała pamięć o nich, a po dziesięcioleciach coraz trudniej dostrzec, jak ważną częścią przedwojennej Suwalszczyzny i Augustowszczyzny była społeczność żydowska. Dlatego tak bardzo zależy mi na tym, aby pamięć o dawnych mieszkańcach tych ziem nie została wymazana z pamięci kolejnych pokoleń. Wydawanie wspomnień, ksiąg pamięci i innych świadectw traktuję jako jeden ze sposobów przywracania im należnego miejsca w historii naszych małych ojczyzn.

Na wspomnienia Kasriela Eilendera natrafiłem właściwie przypadkiem. Podczas przygotowań do publikacji Księgi pamięci Żydów Suwałk i okolic, przeglądając materiały dostępne w Internecie, znalazłem skan jego niepublikowanego tekstu The Barber of Goerlitz. Zacząłem czytać i bardzo szybko zrozumiałem, że nie jest to materiał, który można po prostu odłożyć na później. Przeczytałem wspomnienia niemal jednym tchem.

Największe wrażenie zrobiła na mnie nie tylko skala cierpienia, którego autor doświadczył, ale przede wszystkim droga, jaką przeszedł ten bardzo młody człowiek. Z przedwojennych Suwałk, przez sowiecką okupację, Słonim i Dereczyn, getto, pracę przymusową i kolejne obozy, aż po wyzwolenie i mozolną odbudowę życia. W czasie, gdy miliony europejskich Żydów zostały zamordowane, Kasriel przeżył dzięki splotowi okoliczności, własnej zaradności, umiejętności podejmowania decyzji w najbardziej dramatycznych momentach, a czasem zapewne również szczęściu. Jego relacja jest przy tym pozbawiona patosu. Autor często opisuje nawet najbardziej tragiczne doświadczenia spokojnie i rzeczowo, co czyni jego świadectwo jeszcze bardziej przejmującym.

Już po pierwszej lekturze wiedziałem, że tekst ten zasługuje na udostępnienie polskiemu czytelnikowi, a szczególnie czytelnikom z Suwałk i całego regionu, w którym zaczęła się historia Kasriela.

Pozostawało tylko pytanie, czy będzie to możliwe.

Punktem wyjścia stał się nekrolog Kasriela Eilendera. Po krótkich poszukiwaniach udało mi się odnaleźć jego dzieci, a następnie nawiązać kontakt z synem autora Jeffreyem i córką Elizabeth. Jestem im ogromnie wdzięczny za zaufanie, jakim obdarzyli Jamiński Zespół Indeksacyjny, zgadzając się na przygotowanie polskiego wydania wspomnień ojca. Dzięki Elizabeth otrzymaliśmy również niezwykle cenne fotografie z rodzinnego archiwum Eilenderów. Zdjęcia te nadają opowieści szczególnie osobisty wymiar – pozwalają zobaczyć ludzi, którzy wcześniej istnieli dla nas jedynie jako bohaterowie zapisanej historii.

Szczególne podziękowania należą się także pani Teresie Eilender, żonie autora, która przeczytała polskie tłumaczenie książki. Jej znajomość języka polskiego, pamięć rodzinnych realiów oraz uwagi dotyczące poszczególnych fragmentów pozwoliły wychwycić miejsca wymagające korekty i lepiej oddać sens niektórych wypowiedzi autora. Jej praca była dla mnie niezwykle cenna, tym bardziej że pozwalała spojrzeć na tekst nie tylko z perspektywy redaktora, lecz także osoby blisko związanej z autorem.

Polskie wydanie nie jest jedynie tłumaczeniem wspomnień. Starałem się, aby czytelnik – zwłaszcza młodszy, dla którego wydarzenia drugiej wojny światowej są już bardzo odległą historią – mógł lepiej zrozumieć świat i okoliczności, w których rozgrywały się opisywane wydarzenia. Dlatego tekst został opatrzony licznymi przypisami redakcyjnymi, wyjaśniającymi kontekst historyczny, nazwy miejsc, instytucji i wydarzeń oraz przybliżającymi sylwetki osób pojawiających się na kartach książki. Mam nadzieję, że dzięki temu osobiste świadectwo Kasriela Eilendera stanie się również przewodnikiem po rzeczywistości, która dla współczesnego czytelnika często wymaga dodatkowego objaśnienia.

Podobnemu celowi służą ilustracje. Oprócz fotografii pochodzących z archiwum rodziny Eilenderów książkę wzbogaciłem o liczne historyczne zdjęcia przedstawiające miejsca, ludzi i wydarzenia, o których pisze autor. Chciałem, aby czytelnik mógł nie tylko przeczytać o przedwojennych Suwałkach, Słonimiu, Płaszowie, Gross-Rosen czy Föhrenwaldzie, lecz również – na tyle, na ile pozwalają zachowane materiały – zobaczyć świat, przez który prowadziła droga autora.

Oddając tę książkę w ręce Czytelników, mam nadzieję przede wszystkim na jedno: że historia Kasriela Eilendera nie pozostanie wyłącznie historią człowieka, który przeżył Zagładę. Chciałbym, aby była również opowieścią o świecie, który istniał przed nią, o ludziach wyrwanych ze swoich domów i rodzin oraz o obowiązku pamiętania o tych, którzy nie mieli możliwości pozostawienia własnego świadectwa.

Jeżeli dzięki tej książce choć kilku czytelników inaczej spojrzy na historię Suwałk i regionu, zainteresuje się losem jego dawnych żydowskich mieszkańców albo zechce dowiedzieć się o nich czegoś więcej, uznam, że praca włożona w jej przygotowanie nie poszła na marne.

Opublikowano Dodaj komentarz

Śladami suwalskich Żydów – spacer po mieście, którego już nie ma

15 sierpnia 2026 roku wybraliśmy się na spacer po Suwałkach, którego celem było odnalezienie miejsc związanych z historią żydowskich mieszkańców miasta. Dziś wiele z nich łatwo minąć, nie zdając sobie sprawy, jak ważną rolę odgrywały jeszcze niespełna sto lat temu. Tymczasem przez znaczną część XIX wieku Żydzi stanowili ponad połowę mieszkańców Suwałk, współtworząc ich życie gospodarcze, społeczne i kulturalne. Jeszcze w spisie z 1931 roku odnotowano w mieście 5811 osób wyznania mojżeszowego.

Pomysłodawczynią naszej wycieczki była Justyna Stolarska, której serdecznie dziękuję za organizację. Ze strony Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego uczestniczyli w niej również Sylwester Jasiński i Krzysztof Zięcina. Cała trójka przyjechała wraz ze swoimi małżonkami.

Naszym przewodnikiem został Piotr Kuczek z Biblioteki Publicznej im. Marii Konopnickiej w Suwałkach – człowiek, dla którego historia miasta nie kończy się na dokumentach i książkach. Od kilku lat jest zaangażowany w dokumentowanie i ratowanie starych suwalskich grobów. Jest pomysłodawcą projektu „Suwalski cmentarz – księgi zatrzymanego czasu”, w ramach którego powstają biogramy dawnych mieszkańców miasta, prowadzona jest ewidencja zabytkowych nagrobków, a wolontariusze porządkują opuszczone mogiły. Za działania służące zachowaniu pamięci o dawnych suwalczanach zespół pracowników biblioteki, w którym działa Piotr Kuczek, otrzymał nagrodę Miasta Suwałki w dziedzinie kultury.

Uczestnicy wycieczki przed Muzeum Okręgowym w Suwałkach
Uczestnicy wycieczki przed Muzeum Okręgowym w Suwałkach

Od szpitala do Małych Raczek

Wyruszyliśmy spod siedziby Biblioteki Publicznej. Pierwszym z miejsc przypominających o dawnej społeczności żydowskiej był zespół szpitalny przy ulicy Kościuszki. W połowie XIX wieku działały tutaj obok siebie szpitale chrześcijański i żydowski. Budynek dawnego szpitala żydowskiego przetrwał do naszych czasów i mieści dziś restaurację Karczma Polska. To jeden z przykładów charakterystycznych dla Suwałk: dawna funkcja budynku zniknęła, sam obiekt pozostał i nadal jest częścią codziennego życia miasta.

Budynki dawnego zespołu szpitalnego
Budynki dawnego zespołu szpitalnego

Kolejnym przystankiem był budynek przy Noniewicza 42, mieszczący obecnie Browar Północny. W drugiej połowie XIX wieku mieścił się tu żydowski dom starców Moszaw Zkenim, ufundowany przez suwalskiego filantropa Joszuę Buraka. Opieka nad chorymi, ubogimi i osobami starszymi była ważnym elementem działalności suwalskiej gminy i żydowskich organizacji dobroczynnych.

Budynek dawnego żydowskiego domu starców Moszaw Zkenim
Budynek dawnego żydowskiego domu starców Moszaw Zkenim

Stąd weszliśmy w obszar dawnej ulicy Jerozolimskiej, związanej z centrum żydowskiej dzielnicy Suwałk. To właśnie w tej części miasta znajdowały się liczne domy modlitwy, szkoły religijne, mykwa i najważniejsza budowla suwalskich Żydów – Wielka Synagoga. Dzielnicę tę nazywano Małymi Raczkami. Spacer dzisiejszą ulicą Noniewicza wymaga więc pewnego wysiłku wyobraźni: współczesna zabudowa w niewielkim stopniu przypomina świat, który istniał tu przed 1939 rokiem.

Wokół suwalskiej synagogi

Wielka Synagoga powstała w latach 1820–1821 i była prawdziwym centrum żydowskich Suwałk. Klasycystyczna budowla z ośmiokolumnowym portykiem dominowała nad okolicą, a wraz z sąsiednią mykwą, szkołą talmudyczną i domami modlitwy tworzyła cały kompleks religijny. Wokół niego koncentrowało się nie tylko życie duchowe – tutaj spotykano się, dyskutowano i podejmowano ważne dla wspólnoty decyzje. Synagogę zdewastowali Niemcy podczas okupacji. Po wojnie niszczała, aż w 1956 roku została rozebrana. Dziś przypomina o niej kamień pamiątkowy ustawiony w miejscu dawnej świątyni.

Tablica pamiątkowa w miejscu dawnej Wielkiej Synagogi
Tablica pamiątkowa w miejscu dawnej Wielkiej Synagogi

W bezpośrednim sąsiedztwie oglądaliśmy również budynek dawnej szkoły Talmud-Tora przy Noniewicza 25. Sama bliskość szkoły, synagogi, mykwy i domów modlitwy pokazuje, jak bardzo ta część miasta stanowiła centrum życia suwalskich Żydów.

Budynek dawnej szkoły Talmud-Tora
Budynek dawnej szkoły Talmud-Tora

Następnie przeszliśmy na ulicę Wesołą 17, gdzie zachował się budynek określany jako dawny dom rabina. Jest to jeden z tych śladów żydowskich Suwałk, które przetrwały w materialnej tkance miasta i nadal pozwalają dosłownie stanąć przed domem związanym z przedwojenną społecznością.

Dawny dom rabina
Dawny dom rabina

Dom Eilenderów i miejsce pamięci

Dla nas szczególne znaczenie miał przystanek przy Kościuszki 15 – miejscu związanym z rodziną Eilenderów. Pod tym adresem mieszkał Josef Ejlender, zajmujący się handlem drewnem. Jego syn Kasriel Eilender, urodzony w Suwałkach w 1923 roku, spisał wspomnienia opisujące przedwojenne Suwałki oraz gehennę obozów koncentracyjnych, które wkrótce zostaną wydane w języku polskim. Niestety drewniany dom Ejlenderów został wyburzony, a miejsce po nim zagospodarowano jako ogród kwiatowy.

Okładka wspomnień Kasriela Eilendera, która wkrótce ukaże się nakładem JZI
Okładka wspomnień Kasriela Eilendera, która wkrótce ukaże się nakładem JZI

Spacer zakończyliśmy w miejscu szczególnym – na suwalskim cmentarzu siedmiu wyznań. Obok siebie znajdują się tu nekropolie rzymskokatolicka, prawosławna, staroobrzędowa, luterańska, kalwińska, muzułmańska i żydowska. To chyba najbardziej czytelne świadectwo wielokulturowych Suwałk.

Żydowski kirkut przy ulicy Zarzecze założono na początku XIX wieku. Podczas wojny został zdewastowany, a po jej zakończeniu przez wiele lat pozostawał zaniedbany. Z czasem odzyskane macewy ustawiano ponownie oraz wmurowywano w otaczający cmentarz mur. Dzisiaj miejsce to, choć zachowane jedynie fragmentarycznie, pozostaje jednym z najważniejszych materialnych świadectw społeczności, która przez ponad sto lat współtworzyła Suwałki.

Kilka godzin spaceru wystarczyło, aby spojrzeć na dobrze znane ulice z zupełnie innej perspektywy. Dawny szpital, dom starców, szkoła, dom rabina, miejsce po synagodze czy zwyczajna posesja przy Kościuszki przestają być jedynie budynkami i adresami, gdy poznaje się historie ludzi, którzy byli z nimi związani. Żydowskich Suwałk w dużej mierze już nie ma, ale ich ślady nadal są obecne w przestrzeni miasta. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie ich szukać.

Serdecznie dziękujemy Piotrowi Kuczkowi, który bezinteresownie poświęcił nam swój czas, dzieląc się wiedzą, pasją i opowieściami pozwalającymi lepiej zrozumieć żydowską historię Suwałk.

Trasa wycieczki
Trasa wycieczki
Opublikowano Dodaj komentarz

Moje wspomnienie o Suwałkach, 1919-1937

Ci, którzy czytali mój pierwszy artykuł w jubileuszowym wydaniu z 1990 roku 1, wiedzą, że pisałem głównie o samym mieście. Tutaj postaram się opisać ludność żydowską, która mieszkała tam w latach 1919–1937, czyli do czasu mojego wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Najpierw jednak krótki opis miasta.

Pewna gospodyni tutaj, w Nowym Jorku, powiedziała mi kiedyś, że Suwałki to był „mały sztetl z jedną długą ulicą”. Kiedy powtórzyłem to Dawidowi Bernowi, zaprotestował i oburzony odparł: „Wcale nie, Suwałki to było 'sztot’ (miasto)”. Liczyło około dwudziestu ośmiu tysięcy mieszkańców, z czego prawie połowę stanowili Żydzi, a otoczone było garnizonem liczącym około dwudziestu tysięcy żołnierzy. Obecnie jest to miasto sześćdziesięciopięciotysięczne, obejmujące nową część (na północ od starego miasta) oraz starą. Jak widać na mapie, leży w północno-wschodniej części Polski, w trójkącie między Litwą a Prusami Wschodnimi2. Jest położone pośród pięknych, majestatycznych lasów sosnowych i wielu jezior, z których największym są Wigry (letnisko najwyższych polskich urzędników, w tym Prezydenta, który wybudował tam wille dla odpoczynku i polowań).

Samo „stare miasto” składało się z wielu ulic: długich, krótkich, szerokich i wąskich, prostych i zakrzywionych, a niektóre opadały stromo ku rzece Czarnej Hańczy. Główna ulica, ulica Kościuszki, była piękną, szeroką arterią o długości jednego kilometra, wysadzaną po obu stronach starymi kasztanowcami, które kwitły na wiosnę. Po wschodniej stronie ulicy znajdował się młyn wodny, kościół ewangelicki, trzy kina, dwa banki, kasa chorych (ówczesny odpowiednik przychodni), komisariat policji, wiele sklepów, ogromna szkoła powszechna i wiatrak Smolińskiego. Po zachodniej stronie ulicy znajdowała się Arkadia (dawna posiadłość rosyjskiego gubernatora), poczta, „Polamtow” (Polsko-Amerykańskie Towarzystwo Handlowo-Transportowe) oraz dom narodzin Marii Konopnickiej, słynnej polskiej poetki. Również po zachodniej stronie znajdowały się dwie łaźnie publiczne, komenda policji, nasze gimnazjum hebrajskie i szkoła Tarbut (podstawowa) na trzecim piętrze tego samego budynku, Ratusz, cerkiew, park miejski (zajmujący jedną trzecią długości ulicy), sklepy, sądy i urzędy federalne oraz najpiękniejszy budynek w mieście – „Resursa” (klub kupiecki), aneks szkoły powszechnej – „ogonek”, bank polski i wreszcie kompleks szpitalny (dwa wielkie ceglane budynki – jeden polski, drugi żydowski).

Ulica równoległa do niej była podzielona na trzy części. Pierwszą była „Schulgasse” (ulica Bożnicza), zwana po polsku ulicą Berka Joselewicza (na cześć żydowskiego bohatera polskiego powstania), przy której znajdowała się Wielka Synagoga, używana głównie podczas Wysokich Świąt i specjalnych uroczystości, wraz z dwiema mniejszymi klojzami (domy modlitwy), jesziwą i mykwą po trzech stronach ogromnego dziedzińca. Po drugiej stronie ulicy znajdował się Bet Ha-Midrasz wraz z dwoma klojzami, używany każdego dnia w roku. Było to stałe miejsce modlitwy i studiów rabina, gdzie nauczał w soboty, a w ciągu tygodnia, w popołudnia, studiował Talmud i Misznę z młodszymi i starszymi.

Suwałki miały dwadzieścia siedem klojzów mieszczących od pięćdziesięciu do stu lub więcej osób – sześć w sąsiedztwie synagogi i bejt midrasz, z których największymi były: klojz krawców, szewców, ślusarzy, rybaków i rzemieślników. Najmniejszym był „Moti-Mejera”, który znajdował się w jego chsanie (zajeździe dla religijnych podróżnych). Jak zatem widać, ludzie pracy w Suwałkach byli piśmienni, posiadali wiedzę, a niektórzy byli wręcz bardzo światli. Choć suwalscy Żydzi reprezentowali postawy od bardzo konserwatywnych po liberalne, idee socjalistyczne były głęboko zakorzenione od czasu rewolucji 1905 roku. Rzemieślnicy odgrywali ważną rolę w sprawach życia żydowskiego i bywali reprezentowani w „Va’ad Hakol” (zarządzie gminy).

Inne klojzy były rozsiane po całym mieście w dużych kamienicach. Jeden z nich znajdował się w moim sąsiedztwie, w bardzo dużym domu pana Browna. Pan Brown był uważany za jednego z najbogatszych ludzi w mieście. Był agentem firmy ubezpieczeniowej New York Life i „chodzącą kasą kredytową”, pożyczającą pieniądze na procent przedsiębiorcom. Był niezwykłym człowiekiem. Choć niektórzy z jego dłużników bankrutowali, nigdy ich nie pozywał, zawsze idąc na ugodę. Miał zwyczaj chodzić po ulicy i mówić do siebie. Gdy pytano go, dlaczego to robi, odpowiadał: „Lubię rozmawiać z mądrymi ludźmi”. Cytaty z pana Browna stały się w mieście legendarne. Wszystkie swoje interesy trzymał w głowie i na maleńkim skrawku papieru. Jego umysł był jak komputer. Nigdy jednak nie lubił konkurencji, niezależnie od jej skali. Jeden z jego konkurentów, pan Lewin, był bardzo niskim człowiekiem (krewnym naszego zmarłego wiceprezesa), którego przezywano „Malutki”. Pewnego dnia, gdy pracowałem w banku państwowym w bardzo długiej sali z wejściem na jednym końcu i okienkiem kasowym na drugim, pan Lewin stał przy kasie. Gdy wszedł pan Brown i zauważył pana Lewina, przebiegł przez bank, chwycił go za kołnierz, wyniósł na zewnątrz, podczas gdy krótkie nogi „Malutkiego” przebierały w powietrzu jak na rowerze, i wyrzucił go – ku naszemu wielkiemu zdumieniu. Był to jedyny tak wielki wybuch śmiechu, jakiego doświadczyliśmy podczas tych kilku miesięcy mojej pracy w banku.


Dalsza część tych unikalnych wspomnień dostępna jest dla naszych patronów z progu ŻYDZI SUWALSCY i wyższych. Serdecznie zapraszamy do wspierania naszych działań: https://patronite.pl/jzi

 

  1. Tekst był pisany w 1995 roku[]
  2. To oczywiście położenie miasta z okresu pobytu w nim autora tekstu[]
Opublikowano Dodaj komentarz

Spotkania innego rodzaju: wspomnienia Suwalczanina

Henry Dorsey (Iska Wigdorczyk)

Listopad 1995

Wczesne dzieciństwo

Pamięć o niektórych wydarzeniach sięga u mnie czwartego roku życia, czyli roku 1923. Uczęszczałem do ochronki, która, jak sądzę, mieściła się na drugim piętrze przy ulicy Kościuszki 54. Było to zaledwie o jeden dom dalej od naszego mieszkania, przy Kościuszki 52.

Raz w tygodniu przychodził do ochronki skrzypek, który grywał z niewielką orkiestrą na żydowskich uroczystościach. Siadał po turecku na środku sali i grał rozmaity repertuar: muzykę klasyczną, taneczną oraz żydowską. My, dzieci, siadaliśmy w kręgu, słuchając uważnie i podśpiewując znane melodie. Bez żadnego powodu, ilekroć grał muzykę klasyczną i wydobywał wysokie dźwięki, ogarniało mnie przerażenie — zaczynałem się trząść i gorzko płakać. Matka i ojciec mieli ze mną każdego ranka nie lada kłopot, by skłonić mnie do pójścia do ochronki mimo moich protestów i łez. W końcu nauczycielka pozwoliła mi podczas zajęć muzycznych wychodzić z sali. Nie potrafię wyjaśnić tej dziecięcej reakcji. Od późnych lat młodzieńczych pokochałem jednak muzykę klasyczną — wysokie i niskie tony — i często chodziłem na koncerty symfoniczne oraz występy skrzypcowe i fortepianowe.

Kolejne zdarzenie również wywarło na mnie wpływ natury psychicznej. W tym wypadku przyczyna jest oczywista. W Suwałkach dwa razy w tygodniu, przez cały rok, odbywały się dni targowe. W te dni miasto tętniło życiem, gdyż kupcy z mniejszych miejscowości przyjeżdżali, by zaopatrzyć się w potrzebne towary. Chłopi z okolicznych wsi przywozili na sprzedaż owoce, warzywa, nabiał oraz drób. Bardzo lubiłem chodzić na targ z matką i naszą służącą, by oglądać te wszystkie barwne artykuły spożywcze. Matka napełniała kosze, a ja chciałem pomagać służącej w ich noszeniu, lecz były dla mnie zbyt ciężkie.

Pod wieczór, gdy chłopi sprzedali już swoje towary i dokonali zakupów, udawali się do szynków, by uczcić udany dzień handlu. W naszej okolicy mieszkali także Białorusini i gdy się upili, bywali bardzo niespokojni. Pewnego dnia targowego stałem późnym popołudniem przed naszym domem i przyglądałem się, jak białoruscy chłopi urządzają wyścigi wozów po brukowanej głównej ulicy — czynili to zresztą dość często. Woźnica na prowadzącym wozie stał wyprostowany, trzymając w ręku bat i popędzając konie do większego wysiłku. Chwiał się i ledwie utrzymywał równowagę. Nagle ją stracił i przeleciał przez przód wozu. Jego nogi zaplątały się między szczeblami z boku, a on uderzył głową o bruk, który rozciął się, pozostawiając za sobą smugę krwi, podczas gdy konie pędziły dalej bez żadnej kontroli. Ten krwawy widok na lata zniechęcił mnie do jedzenia czerwonych pomidorów. Minęło sporo czasu, zanim mi przeszło. Dziś jem pomidory z prawdziwą pasją.

Plac Targowy w Suwałkach, Lata okupacji niemieckiej
Gdy miałem około siedmiu lat, ojciec uznał, że jestem już na tyle duży, by towarzyszyć mu w piątkowe popołudnia w jednej z miejskich łaźni parowych. Najczęściej chodziliśmy do łaźni Kaplana. Do dziś nie jestem pewien, czy zabieranie mnie tam w tak młodym wieku było rozsądne z punktu widzenia zdrowia. Z drugiej jednak strony nie wydaje się, by miało to na mnie zły wpływ. Rozwijałem się fizycznie zupełnie normalnie. Z niecierpliwością czekałem na te wizyty — były dla mnie wielką przyjemnością i źródłem radości.

Pewnego piątku ktoś, chcąc zwiększyć temperaturę i ilość pary, przez nieuwagę wylał wiadro wody, w którym znajdowało się mydło. Niewidoczne opary dały o sobie znać dopiero, gdy opuściliśmy łaźnię. W drodze do domu straciłem przytomność. Ojciec musiał mnie ocucić, sam zresztą ledwo trzymał się na nogach. Tego wieczoru nie poszliśmy, jak co tydzień, do synagogi na modlitwy.

W drodze powrotnej z łaźni parowej w piątkowe wieczory widywałem i słyszałem Strażników Szabatu (Shomrei Shabbat), którzy chodzili od sklepu do sklepu, głośno nawołując do zamykania — zbliżał się bowiem czas rozpoczęcia szabatu. Zwyczajem było, że w większość piątków po kolacji odwiedzaliśmy dziadka i babcię. Stół uginał się od rozmaitych przysmaków. Najbardziej lubiłem bób. Starsi popijali go piwem, a dzieci — oranżadą.

Latem, w czasie przerwy szkolnej, moi rodzice wynajmowali domek (daczę) w Jasionowie, około dziesięciu kilometrów od miasta. Od szosy żwirowej odchodziła piaszczysta droga wiodąca pod górę. Po obu stronach stały chaty zamieszkane przez miejscowych chłopów. Przy każdym obejściu znajdowały się nieodmiennie stodoła, obora i stajnia. Wielu gospodarzy budowało także skromne domki przeznaczone na wynajem. W większości przypadków wynajem takich domków letnikom stanowił ich główne źródło dochodu.

Pierwszy domek przy samej drodze należał do żydowskiej rodziny prowadzącej sklep spożywczy. Mieli konia i wóz, którym przywozili z miasta zaopatrzenie. Niekiedy wielką przyjemnością i urozmaiceniem było pojechać z jednym z ich synów do miasta po towary dla sklepu. Gdy powierzano mi lejce i mogłem prowadzić konia, wydawało mi się, że nie ma mi równego. Było to uczucie podobne do siedzenia za kierownicą samochodu.


Dalsza część tych unikalnych wspomnień dostępna jest dla naszych patronów z progu ŻYDZI SUWALSCY i wyższych. Serdecznie zapraszamy do wspierania naszych działań: https://patronite.pl/jzi

 

Opublikowano Dodaj komentarz

Dziwne przypadki w Suwałkach

Jamiński Zespół Indeksacyjny podjął decyzję o przetłumaczeniu z jidysz na język polski i wydaniu „Księgi pamięci Żydów suwalskich” – jednego z najważniejszych świadectw dotyczących przedwojennej społeczności żydowskiej Suwalszczyzny.

Księga obejmuje nie tylko Suwałki, ale również sztetle związane z gminą suwalską: Bakałarzewo, Wiżajny, Jeleniewo, Sejny, Puńsk, Przerośl, Filipów, Krasnopol i Raczki. To opowieść o ludziach, miejscach i świecie, który niemal całkowicie zniknął w czasie II wojny światowej.

Publikacja będzie dopełnieniem wydanej wcześniej przez JZI „Księgi pamięci Żydów augustowskich” i kolejnym ważnym krokiem w dokumentowaniu historii regionu.

Poniżej publikujemy tłumaczenie jednego z rozdziałów księgi, aby przybliżyć jej charakter i znaczenie.

Row Icchak Ajzyk Chawer

Za moich czasów prawie nikt go już osobiście nie znał, ale w Suwałkach opowiadano o tym uczonym i znamienitym Żydzie rozmaite historie. Na wielkim szyldzie suwalskiej Talmud-Tory aż do samego końca widniało: „Posadowiono przez uczonego cadyka rebego Icchaka Ajzyka Chawera, błogosławionej pamięci”. Starsi przekazali, że jak długo będzie trwała nauka w Talmud-Torze, tak długo wstawiać się będzie jej fundator za miastem, szczególnie w czasie wojny. Podczas pierwszej wojny światowej rzeczywiście nie przerwano studiów i dzięki temu, jak się powiada, miasto cudownie ocalało od zagłady, a Żydzi, których powołano do wojska, wrócili do domu cali i zdrowi. Nie dochodziło do bitew, które mogłyby naruszyć miasto, nikt nie ucierpiał także z powodu bombardowań. Gdy Niemcy wkroczyli do Suwałk, od razu zamknęli Talmud-Torę i wtedy zaczęły się prześladowania miejscowych Żydów.

Rebe z klojza rybackiego

Uzdrowiciel, do którego ludzie przychodzili po błogosławieństwo i amulety. Nazywano go też rebem-uzdrowicielem, bo niosła się wieść o jego cudownej mocy. W naszej rodzinie zdarzyło się, że jedno z dzieci cały czas wpadało w konwulsje. Lekarze byli bezradni, więc matka udała się do owego rebego. Ten kazał jej pójść i nalać z miejskiej pompy wody do buteleczki a przez całą drogę nic nie mówić, tylko w domu położyć ją u wezgłowia dziecka. Przy tym zapewnił ją: „Nie lękaj się. Dziecko wyzdrowieje”. I choroba minęła jak ręką odjął.

Córka tego rebego mieszkała w Suwałkach aż do drugiej wojny światowej, była ubogą wdową i mieszkała w lichej izdebce u reba Arcyka Murarza, wspierana przez miasto. Wszystkie jej dzieci były słabe na umyśle. Księga Chasidim ostrzega przecież przed paraniem się magią, bo stanowi to niebezpieczeństwo zarówno dla tych, którzy się tym zajmują, jak i dla ich dzieci – że albo się ochrzczą, albo postradają zmysły. Wyżej wspomniany uzdrowiciel na pewno był świadom tego niebezpieczeństwa. Jego miłość do ludu Izraela jednak przeważyła i poświęcił się dla niego.

Błogosławieństwo reba Moszego Becalela

Reb Jozef Turecki był Żydem zamożnym. Prowadził handel maszynami do szycia, motocyklami i rowerami, miał też warsztat. Trzymał się z dala od spraw świata żydowskiego, ale któregoś dnia stał się pobożny. Potrzebujących wspierał hojnie, czynił także wiele dobra unikając rozgłosu. Wrócił do religii po przedwczesnej śmierci córki. Gdy później zachorował jego syn Chaim, a lekarze nie dawali mu żadnych szans, udał się do ówczesnego rabina Mosze Becalela i zwierzył się ze swojej zgryzoty. Reb Mosze pobłogosławił go i powiedział: „Twój syn będzie zdrowy”. Błogosławieństwo się spełniło. Chaim cudem ocalał przed nazistami i osiadł w Południowej Afryce.

Przestępstwo ukarane klątwą

Podczas pierwszej wojny światowej miasto cierpiało niedostatek, a mimo to znaleźli się tacy, którzy wywozili jedzenie z Suwałk. Miastu groził głód. Władze zażądały zastosowania radykalnych środków mających zapobiec spekulacji. W mieście nie było naczelnego rabina, który mógłby zdyscyplinować pobratymców. Zostali tylko dajani, którzy nałożyli klątwę na wszystkich nieprzestrzegających zakazu. Ci, którzy się nią nie przejęli, skończyli tragicznie. Od tamtego czasu w Suwałkach bano się mocy takich praktyk.

Upominając się o cześć zmarłych

W roku 1922 roku ptaszki śpiewały o następujących zajściach. W mieszkaniu pewnej Żydówki zamieszkałej przy ulicy Więziennej, coś zaczęło walić w okna. Na początku próbowano to jakoś wyjaśnić. Ludzie przychodzili, aby na własne oczy przekonać się, że dokładnie o północy rozlega się stukanie i że dochodzi ono z zewnątrz. Tak działo się przez dłuższy czas. W mieście opowiadano, że dajan Binjamin Magenca udał się tam z dziesiątką Żydów, żeby odmawiać modlitwy. Na koniec sprawą zajął się stary Zalmele, który, jak powiadano, amuletami uciszył te przedziwne hałasy. Później owa kobieta z nawiedzonego domu opowiadała, że przyczyną wszystkiego było prawdopodobnie to, że jakiś czas wcześniej niefrasobliwie wyrwała źdźbło z grobu rebego Icaka Ajzika Chawera i użyła go jako amuletu, który uzdrowił jej wnuka. Tymczasem, jak piszą w księgach, dusze znajdują spokój i odkupienie właśnie w trawach porastających groby cadyków. Ta opowieść na długo pozostała w pamięci suwalskich Żydów. Już wiele lat później, bo po powstaniu państwa Izraela, pewna kobieta z Suwałk wybrała się na grób rebego Szymona Bar Jochaja w Meronie, aby pomodlić się o zdrowie swojego chorego dziecka. Kiedy jej powiedziano, że można tam dostać uzdrawiający olejek wytłaczany z oliwek znajdujących się nieopodal ohelu Bar Jochaja, zadrżała i zatrwożona opowiedziała historię o tym, jak kiedyś w Suwałkach coś pukało w okno. Co prawda w Meronie drzewa oliwne nie wyrastały z samego grobu, lecz stały w gaju opodal, ale mimo to Suwalszczankę przejęła święta trwoga.

Opublikowano Dodaj komentarz

O emigracji Emila Leona Posta i jego ojca

Dzisiaj ukazał się artykuł na temat kolejnej mało znanej w szerszych kręgach postaci pochodzącej z Augustowa. Chodzi o Żyda Emila Leona Posta – matematyka, twórcę podstaw informatyki. Napisał go prof. Kazimierz Trzęsicki w 2016 roku. Zafrapował mnie fakt, że mimo dogłębnych poszukiwań nie udało się profesorowi odnaleźć ostatecznego potwierdzenia, że Emil Leon Post pochodził rzeczywiście  z Augustowa. Jedynie w słownych przekazach samego Posta padało takie stwierdzenie. Od 2016 roku upłynęło jednak ładnych parę lat i pomyślałem, że może warto ponownie pochylić się nad tym zagadnieniem. W końcu udostępniane są kolejne zdigitalizowane materiały i dokumenty, więc szansa była. A dodatkowo lubię takie zagadki!

Zacząłem od poszukiwania dokumentów związanych z ojcem Emila, czyli Arnoldem Postem. Dość szybko udało mi się odnaleźć wniosek Arnolda o naturalizację w USA (Petition for Naturalization). Arnold Post w tym dokumencie zeznaje, że urodził się 25 stycznia 1867 r. w Suwałkach na terenie ówczesnej Rosji. Mogło chodzić rzeczywiście o Suwałki, ale mogło też chodzić o gubernię suwalską, bo i tak imigranci z zaboru rosyjskiego w skrócie deklarowali swoje miejsce urodzenia w dokumentach amerykańskich. Najistotniejsza więc była dla mnie data urodzenia. Dokument wymienia również żonę i wszystkich członków rodziny Arnolda:

  • żona Pearl Post ur. w Suwałkach (datę urodzenia pominięto)
  • i dzieci: Annie Post ur. 20 lutego 1892 r. w Suwałkach,
  • Ethel Post ur. 15 maja 1894 r. w Suwałkach,
  • Emil Post ur. 10 lutego 1897 r. w Suwałkach.

Wszyscy mieszkali podówczas Na dokumencie widnieje data 24 marca 1909 r.) w Nowym Jorku pod numerem 211 przy ulicy 117 West.

Suwałki były tu powtórzone tyle razy, że zaczynałem wątpić czy rzeczywiście rodzina pochodziła z Augustowa. Konieczne było więc odszukanie dokumentów imigracyjnych. We wniosku naturalizacyjnym znajduje się jeszcze jedna, kluczowa wręcz informacja. Cytuję: Wyemigrowałem do Stanów Zjednoczonych z Hamburga, Niemcy w dniu około 18 stycznia roku pańskiego 1903 i przybyłem do portu Nowy Jork w Stanach Zjednoczonych na statku „Auguste Victoria”.

Po szybkim sprawdzeniu historii rejsów tego statku stwierdziłem, że Arnold Post musiał przybyć do Nowego Jorku 12 dni po wypłynięciu z Hamburga, czyli 30 stycznia tamtego roku. Wystarczyło odszukać listę pasażerów przybyłych na Ellis Island tego konkretnego dnia i być może uda się rozwiązać zagadkę pochodzenia rodziny. Czytając dalej artykuł profesora zauważyłem, że dość dokładnie zbadał on wszelakie osoby przybyłe do Nowego Jorku o nazwisku Post. Założyłem więc, że Arnold Post musiał przybyć pod innym nazwiskiem a być może również innym imieniem. Mogło to być nazwisko zbyt trudne do wymówienia w języku angielskim, ale zapewne w jakimś stopniu powiązane z używanym w USA nazwiskiem Post.

Odnalazłszy listę pasażerów ze statku „Auguste Victoria” przybyłych tamtego dnia do USA cierpliwie przeszukiwałem ja wiersz po wierszu. I w pewnym momencie… bingo! Lista nr 12 str. 797 wiersz 18. Jest tam wymieniony Aron Postawelsky mający lat 35. Przybywa do swojego brata Josua Postawelskiego. Wiek się zgadza, a co istotne jako ostatnie miejsce swojego pobytu wymienia Augustowo (czyli Augustów). Imię Aron zostało więc zmienione na Arnold a nazwisko Postawelsky (Postawelski) na Post.

Gdy na początku XIX wieku Żydzi zostali zmuszeni do przybrania nazwisk dziedzicznych wielu z nich wybierało nazwisko związane np. z miejscem zamieszkania lub urodzenia. Pojawiały się nazwiska takie jak Grodzieński, Ludwinowski, Serwiański itp. Być może nazwisko Postawelski powiązane jest z miejscowością Postawy znajdującą się obecnie na północnych kresach Białorusi?

Ustalenie nazwiska było więc podstawą do dalszych poszukiwań, które dość szybko zakończyły się sukcesem. Szukając Postawelskich przybyłych do USA po 1903 roku (emigracja Arona, czyli Arnolda) a przed 1909 rokiem (wniosek o naturalizację) szybko natknąłem się na rodzinę Postów vel Postawelskich. 30 kwietnia 1904 r.  na pokładzie statku „Friedrich der Grosse” przybywa na Ellis Island rodzina składająca się z Perle (żony Arnolda) lat 36, dzieci: Channe (córka) lat 15, Esther (córka) lat 11 i Chaim (syn) lat 6. Do rodziny zalicza się również Rywka Sterling – siostra najprawdopodobniej Perle. W rubryce „Krewny do którego przybywają…” podają Arnold J. Post. Szybko więc, bo po półtora roku pobytu w USA, głowa rodziny zaczęła używać nowego imienia i nazwiska.

Wiek dzieci zgadza się z danymi podanymi przez Arona we wniosku o naturalizację. Imiona można zmapować tak: Channe -> Anne, Esther -> Ethel, Chaim -> Emil. Lista posażerów potwierdza po raz wtóry, że rodzina mieszkała w Augustowie.

Tyle udało mi się ustalić w temacie pochodzenia Emila Posta. Jeśli chodzi o jego akt urodzenia z Augustowa, to raczej się on nie znajdzie ze względu na przetrzebione przez wojenne zawieruchy dokumenty z tego miasta. Ale generalnie fajna zabawa detektywistyczna 🙂

Dokumenty imigracyjne Arnolda Posta

 

Opublikowano 1 komentarz

Emil Leon Post – współtwórca podstaw informatyki z Augustowa

Wstęp

Emil Post to wybitny logik, współtwórca podstaw informatyki teoretycznej. Jego życiorys i dokonania naukowe były przedmiotem wielu opracowań. ich autorami byli najwybitniejsi logicy i informatycy teoretycy. i właśnie dlatego, mimo, że trudno jest powiedzieć coś nowego na temat Emila Posta, kiedy chcemy mówić o żydowskich naukowcach z Podlasia, tej postaci nie wolno pominąć.

Augustów i Żydzi augustowcy

Osadnictwo w okolicach Augustowa (Ogustove [jidisz], Августов, Augustavas [litewski], Oygstova, Yagestov, Yagistov, Yagustova) datuje się na 9 tys. lat przed p.n.e. od V w. p.n.e. okolicę zasiedlały plemiona bałtyckie. W średniowieczu do czasu pokonania ich w końcu XIII w. przez Krzyżaków, byli tu Jaćwingowie. Ponowna kolonizacja okolic Augustowa ma miejsce po pokoju melneńskim w 1422 r.

Pierwsza pisana wzmianka o osadzie pochodzi z 1496 r. i dotyczy komory pobierającej myto u przeprawy rzecznej. Począwszy od 1550 r. osada rozwija się za sprawą Zygmunta Augusta, króla Rzeczpospolitej Obojga Narodów i Wielkiego Księcia Litewskiego (Szlaszyński i Makowski, 2007). Prawa miejskie (prawo magdeburskie, dokument spisano w języku staroruskim) i herb królewski oraz nazwa ,,Augustów” nadane zostały miastu 17 maja 1557 r. przez króla Zygmunta augusta. Pierwszym wójtem był Jędrzej Morzycki (Moryczki).

Czytaj dalej

Opublikowano 1 komentarz

Historie nieprzeoczone – Sąsiedzi

Wkrótce premiera oczekiwanej książki Józefa Matyskieły pt. "Historie nieprzeoczone. Znad Biebrzy, Netty i Kanału Augustowskiego". Aby pokazać jak ciekawą pozycją jest ta publikacja, prezentujemy jeden z trzydziestu rozdziałów z tej książki pt. "Sąsiedzi". Pozostałe są równie interesujące, pełne informacji i fotografii z archiwum rodziny autora, a przede wszystkim relacji najstarszych mieszkańców regionu. Książkę można nabyć w naszym sklepie internetowym.

Mój stryj Mieczysław Matyskieła był wziętym kowalem. Swego fachu uczył się przed wojną u żydowskich kowali Chijeła i Chackiela w Sztabinie. Od imienia pierwszego z nauczycieli zawodu pochodził późniejszy przydomek stryja – „Chijeł”. Tenże Chijeł ponaglał nieraz swoją opieszałą małżonkę słowami: „Dicha, Boba!”. W miejscu dzisiejszego Banku Spółdzielczego mieszkał nieznany dziś z nazwiska krawiec.

W przedwojennym krajobrazie naszych miasteczek i wsi była obecna ludność żydowska. W Jaziewie mieszkał przedstawiciel tej znanej z doskonałej znajomości spraw finansowych i handlowych nacji. Nazywał się Lejbka. Jego żona chodząc utykała. Wynajmował on wraz z rodziną niewielki domek w małym końcu wsi, naprzeciwko posesji Ludwika Matyskieły i prowadził tam sklepik. Właściciel tego domku Kazimierz Aniszko otrzymał go wraz z 1 hektarem łąki w spadku po ciotce Grabowisze. Sąsiadem Lejbki od strony lasu był ożeniony z Władysławą Suchwałkówną Władysław Wiszniewski, mieszkający pod jednym dachem z rodziną żony. Po przyjściu Sowietów w 1939 roku Wiszniewski pełnił we wsi funkcję predsiedatiela sielsowietu. Po drugiej stronie żydowskiego interesu mieszkała – również w małym domku – rodzina Jarmoszków.

W sklepiku sprzedawano przysłowiowe „mydło i powidło”, czyli towary pierwszej potrzeby, takie jak: chleb, kajzerki, cukier, cukierki, wódkę, śledzie, sól, przyprawy, papierosy, zapałki, mydło, igły, nici, naftę, świece czy smarowidło do wozów. Dopuszczalny był też handel wymienny. Za jedno jajko można było dostać na przykład agrafkę. Co kilka dni Lejbka wyruszał po zaopatrzenie do Augustowa lub Suwałk, wioząc do miasta skupione we wsi jaja lub jakiegoś cielaka. Zaprzęgał w tym celu do furmanki „kutego na wszystkie cztery” kasztana, który latem „był na zadaniu”, czyli pasł się na pastwisku u Ludwika Matyskieły. Starsi chłopcy nieraz dla grandy przywiązywali tylne koło żelaźniaka do słupa i mimo użycia bata wóz nie mógł ruszyć.

W piątek przed szabasem sklepik był zamykany wcześniej niż zwykle. Rozpoczynając o zachodzie słońca świętowanie, Lejbka nieraz zapomniał zamknąć drzwi od środka i niejeden spóźniony klient, wchodząc tam mógł usłyszeć dochodzące z sąsiedniego pokoju słowa modlitwy, wypowiadane w niezrozumiałym i pełnym pochrząkiwań języku. Zrobiwszy kilka kroków dalej i odsłoniwszy lekko kotarę, mógł ujrzeć Żyda ubranego w czarny chałat, z jarmułką na głowie, kiwającego się jak w transie w blasku szabasowych świec, który – choćby świat miał się walić – za nic nie przerwałby swojej modlitwy.

Lejbka miał dwie córki: Dorkę i Dopkę oraz dwóch młodszych synków: Chaimka ur. w 1932 roku i nieco młodszego Berka. Młode Żydówki na początku lata przyjeżdżały ze szkół do Jaziewa na wakacje. Ich niepospolita uroda intrygowała miejscową kawalerkę. Wieczorami zbierali się gromadnie wokół sklepu i nie wiadomo, co by się stało, gdyby przezorny Żyd czym prędzej nie wywiózł córek do rodziny w mieście.

Mężczyzna w okularach to Zejdeke Merecki, sztabiński rzeźnik. Poni-żej jego siostrzenica Fejga (przeżyła Shoah) i siostrzeniec Meir (zginął w Treblince). Pozostałe osoby to dwaj niespokrewnieni mieszkańcy Jasionówki. Fotografia pochodzi z książki wydanej w języku angielskim przez siostrzeńca Zejdeke Mereckiego Berla Schustera (tytuł po polsku to „Umrę nie dziś, lecz jutro”). Fotografię udostępniła p. Joanna Ko-szycka ze Sztabina
Mężczyzna w okularach to Zejdeke Merecki, sztabiński rzeźnik. Poniżej jego siostrzenica Fejga (przeżyła Shoah) i siostrzeniec Meir (zginął w Treblince). Pozostałe osoby to dwaj niespokrewnieni mieszkańcy Jasionówki. Fotografia pochodzi z książki wydanej w języku angielskim przez siostrzeńca Zejdeke Mereckiego Berla Schustera (tytuł po polsku to „Umrę nie dziś, lecz jutro”). Fotografię udostępniła p. Joanna Koszycka ze Sztabina

Chłopcy nie chodzili jeszcze do szkoły i bardzo chętnie przebywali w sąsiedztwie u swoich polskich rówieśników. Upewniwszy się, że matka nie widzi, często zajadali się kapustą gotowaną na wieprzowinie w domu niejednego z nich.

Na pamiątkę czterdziestoletniej wędrówki z Egiptu do ziemi obiecanej obchodzono na przełomie września i października hebrajskie święto szałasów – Sukkot. Mimo jesiennego chłodu i deszczu rodzina Lejbki przeprowadzała się do skleconego z jedliny i słomy szałasu – kuczki. Spożywano tam posiłki i odprawiano modły. Miejscowe łobuzy dokuczały pobożnym Żydom, przewracając szałas lub wsuwając na tyczce wieszkę słomy do środka. Ci, za każdym razem, musieli zaczynać modlitwę od początku.

Na jakieś dwa lata przed wybuchem wojny Lejbka opuścił Jaziewo i przeniósł się z rodziną do domu zakupionego w Augustowie koło „Klęczącego Pana Jezusa”. Sklepik przejął Jan Bielawski, który handlował tam do wybuchu wojny. W pożydowskiej chatce mieszkali w czasie wojny: Kosakowski Garbaty z rodziną, Bogdanka i Suchwałczycha z trójką dzieci. Co się zaś stało z rodziną Lejbki w czasie Zagłady? W Księdze Pamięci Żydów Augustowskich, w wykazie rodzin żydowskich wysłanych z getta do Treblinki widnieje wpis: Lejb Biedak z rodziną. Jest wielce prawdopodobne, że jest to właśnie rodzina jaziowskiego sklepikarza.

W Sztabinie istniał kahał, czyli żydowska gmina. Na Rybackiej była bożnica i większość żydowskich zabudowań. Mieszkał tam też rzeźnik Zejdek Merecki, który rozwijał swój interes, dostawiając coraz to nowe budy. Wieprze i woły kupował w okolicznych wsiach, a środkiem transportu zwierząt była furmanka. W pamięci mojej mamy pozostało następujące zdarzenie:

Czytaj dalej

Opublikowano Dodaj komentarz

O nazwiskach Żydów

Od jakiegoś czasu powraca dyskusja na temat nazwisk Żydów mieszkających na obszarach m.in. Suwalszczyzny, zwłaszcza w kontekście indeksacji. Spróbuję tym artykułem wyjaśnić przynajmniej część wątpliwości.

Do końca XVIII w. Żydzi nie posiadali stałych nazwisk. Niezależnie od powodów takiego stanu rzeczy, sprawiali tym samym sporo kłopotu swoim władzom zwierzchnim. W XVIII w. Żydów identyfikowano imieniem oraz patronimem z sufiksem ‑owicz, np. Hirsz Wolfowicz, Lejba Gierszonowicz itp. W podstawach tych patronimów leżą wyłącznie żydowskie imiona (w podanych przypadkach: Wolf, Gerszon). Czasami, dodatkowo lub zamiennie z patronimem do identyfikacji wykorzystywano wykonywany zawód, np. Idzko Hirszowicz krawiec, Mosze Boruchowicz szynkarz itp. Zawody dodawano zapewne z tego powodu, że liczba imion żydowskich była ograniczona i licznie pojawiały się osoby o tych samych imionach i patronimach.

Pod koniec XVIII w. nastąpiło uproszczenie powyższego zapisu, można by rzec, uwstecznienie. Zapisy wyglądały w następujący sposób: Lejzor syn Izaaka, Owsiej syn Pejsacha. Patronim zanikł zupełnie. W dalszym ciągu czasem dodawano zawód wykonywany, dla bardziej precyzyjnej identyfikacji.

Jeszcze gorzej sytuacja wyglądała w przypadku kobiet, co wynikało z ich sytuacji prawno-społecznej w owych czasach. Najczęściej kobieta występuje jako czyjaś żona, córka i jest identyfikowana wyłącznie przy pomocy imienia, np. zrodzony z Lejby Wolfowicza i Sory żony jego. Sporadycznie, najczęściej w przypadku wdów do imienia kobiety dodawano imię żyjącego lyb zmarłego męża, np. Gitla Josielowa.

Podsumowując najważniejszym elementem w identyfikacji Żydów było imię. Imię występuje zawsze, podczas gdy dodatkowe elementy identyfikacyjne są niestabilne i przeżywają różne koleje losu na przestrzeni czasu. Największe znaczenie przy nadawaniu imienia miała tradycja narodowa. Korzystano z zasobów imiennictwa starotestamentowego imion ukształtowanych na bazie leksykalnej języka hebrajskiego, aramejskiego, akadyjskiego. Tworzono również imiona jidyszowe na bazie języków europejskich, głównie niemieckiego.

Imiona biblijne występują w różnych obocznych formach fonetycznych, np. biblijne Jakub występuje także w postaci Jankiel, IcchakIzaak, MoszeMojżesz, SamuelSzmul.

W praktyce decydujące znaczenie dla upowszechnienia się nazwisk miało znalezienie się społeczności żydowskiej pod rządami nowożytnych scentralizowanych monarchii, dążących do objęcia ich swą kontrolą biurokratyczną, oraz wymogi stosowanego przez nie prawa. Edykt króla Prus z 1796 r. nakazywał Żydom przyjąć nazwiska. Komisje magistrackie nadawały Żydom nazwiska o niemieckim brzmieniu. Dochodziło przy tym do rozmaitych nadużyć; ładnie brzmiące nazwiska kosztowały znacznie więcej niż pospolite. Ubogim niejednokrotnie nadawano nazwiska ośmieszające ich lub pogardliwe. Od 1806 pracę nad tym zadaniem kontynuowała administracja polska, która – rzecz jasna – skłaniała się do nadawania nazwisk o polskim brzmieniu. Postanowienie Namiestnika Królestwa Polskiego z 27 marca 1821 r. nakazywało Żydom w ciągu sześciu miesięcy zadeklarować i udowodnić spisami ludności używane poprzednio imię i nazwisko, oraz używać ich odtąd w niezmienionej formie.

Jako najważniejsze przytaczam je poniżej:


W Imieniu Nayiaśnieyszego

ALEXANDRA I

Cesarza Wszech Rossyi

Króla Polskiego etc. etc. etc.

Xiąże Namiestnik Królewski w Radzie Stanu.

Gdy iest przyzwoitém, aby i żydzi iak inne klassy mieszkańców mieli stałe nazwiska, do czego iuż Rząd Pruski w roku 1797 pod datą 17. Kwietnia wydał stosowne urządzenie, na przełożenie Komissyi Rządowéy Spraw Wewnętrznych i Policyi stanowiemy co następuie:

Artykuł 1.

Każdy żyd w Królestwie Polskiém zamieszkały winien p przeciągu sześciu miesięcy od daty ogłoszenia ninieyszéy ustawy deklarować i udowodnić spisami ludności przed urzędem publicznym swoie imie i nazwisko iakich dotąd używał, i takowe nadal nieodmiennie używać będzie we wszystkich interessach, wraz z potomkami swemi wszelkiego stopnia, co również ściąga się do wdów tegoż wyznania, niemniey niewiast rozwiedzionych, niezamężnych, lub w separacyi będących. Ktokolwiek zaś z nich dotąd imienia i nazwiska stałego nie miał, lub udowodnić nie może, powinien oświadczyć iakie odtąd przyiąć i nadal używać będzie.

Artykuł 2.

Deklaracye takowe składane będą protokólarnie w mieście Warszawie i w miastach municypalnych przed prezydentami, w innych zaś miastach tudzież z wsiów przed Komissarzami Obwodowemi.

Artykuł 3.

Na wpisywanie podobnych deklaracyy będę osobne księgi oprawne i parafowane, które służyć maią raz na zawsze iako stały dowód nazwisk żydowskich i iako środek kontrolli w razie przestąpienia.

Artykuł 4.

Po przyięciu deklaracyi każdego żyda, będzie mu wydane z księgi urzędowe świadectwo, iakiego wolno mu iest używać nazwiska; formę tych świadectw przepisze Komissya Rządowa Spraw Wewnętrznych i Policyi.

Artykuł 5.

Po upłynnieniu sześciu miesięcy od ogłoszenia ninieyszey uchwały, nie będzie nigdzie przyięty żaden akt urzędowy z żydem ani żydówką, ieśli nie okażą właściwemu urzędowi świadectwa, o którém po wyższym artykule iest mowa.

Do przestrzegania tego przepisu są obowiązani wszyscy Urzędnicy kraiowi pod odpowiedzialnością.

Artykuł 6.

Przełożeni tak dotąd zwanych kahałów obowiązani są w swoich gminach dopilnować, aby każdy żyd w czasie artykułem 1. oznaczonym złożył deklaracyą swego nazwiska i pozyskał na to świadectwo. Gdyby bowiem w przyszłości dopuścił się iakowego nadużycia, które z nieposiadania takowego świadectwa pochodzićby miało, w tenczas, nietylko on sam, lecz i gmina podlegać będą odpowiedzialności.

Artykuł 7.

Dopełnienie ninieyszego postanowienia, które w Dzienniku Praw ma bydź umieszczone, wszystkim Komssyom Rządowym polecamy.

Działo się w Warszawie na posiedzeniu Rady Administracyinéy d. 27. Mca Marca 1821 roku.

(podpisano) Zaiączek.

Minister Spraw Wewnętrznych i Policyi

(podpisano) T. Mostowski

Radca Sekretarz Stanu Generał Brygady

(podpisano) Kossecki.

Zgodno z oryginałem.

Radca Sekretarz Stanu Generał Brygady

(podpisano) Kossecki.

Zgodno z Wypisem.

Minister Sprawiedliwości

M. Badeni.

W zastępstwie Sekretarza Jeneralnego

Szef Bióra

Antoni Podbielski

Dzień ogłoszenia d. 30. Kwietnia 1821 roku.


Żydom nadawano nazwiska o różnym brzmieniu. Często pochodziły one od miejsca pochodzenia osoby, np. Grodzieński, Kuriański, Sztabiński, od imienne, np. Jakubczak, Koplewicz, Janklewicz od Jakuba, Ajzykiewicz, Sajewicz od Izaaka, Lewiński, Lewkowicz od Lejba. Również patronimy, o których wcześniej pisałem, przekształcały się w nazwiska we współczesnym rozumieniu. np. Moszkowicz, Abramowicz. W niektórych przypadkach patronimy przybierały formy charakterystyczne dla centralnej Polski, czyli z końcówką –ski, –cki, np. Boruchowski, Nachalski itp.

Należy również pamiętać, że Żydzi nie posiadali ziemi, a zatem mogli swobodnie przemieszczać się z miejsca na miejsce. Stąd dość szybko na obszarach zaboru rosyjskiego zaczęły pojawiać się nazwiska pochodzące z Prus, z różnymi niemieckimi końcówkami, które łączone z imieniem dawały pojęcie o głowie rodziny. Dla przykładu:

  • baum (niem. Baum „drzewo”): Goldbaum (od imienia żeńskiego Golda); Nusbaum (od imienia męskiego. Nusen); Obetbaum (od imienia męskiego Obed);
  • berg (niem. Berg „góra”): Ejzenberg (od imienia Isaak); Naumberg (od imienia Naum); Goldberg (od imienia Golda); Lewinberg (od imienia Lewi);
  • feld (niem. Feld „pole”): Hirszfeld (od imienia Hirsz); Zysfeld (od imienia żeńskiego Zysa); Zytenfeld (od imienia żeńskiego Zyta);
  • sztejn/-sztajn (od niem. Stein „kamień”): Adelsztejn, Ejdelsztejn (od imienia Adel, Edel); Finkelsztajn (od imienia Finkel); Goldsztejn/Goldsztajn (od imienia Golda);

Jamiński Zespół Indeksacyjny indeksuje metryki i inne dokumenty z obszaru Suwalszczyzny – niezależnie od wyznania występujących tam osób. W naszych indeksach znajdziemy więc kilka tysięcy wpisów dotyczących Żydów, głównie z okresu 1808-1825, kiedy to w jednej księdze stanu cywilnego spisywano chronologicznie metryki niezależnie od wyznania. Pewne wątpliwości może budzić sposób indeksacji osób wyznania mojżeszowego, w związku z niestałością ich nazwisk. Na szczęście rozszerzony format indeksacji jaki przyjęliśmy ma osobną rubrykę dla nazwiska osoby głównej i nazwiska ojca. Żydowskie patronimy znakomicie się w nią wpisują. Dla ujednolicenia przyjęliśmy również zapis nazwiska patronimicznego z końcówką –owicz.

Przykładowo gdy metryka urodzenia dotyczy Izaaka syna Hirsza Wolfowicza, jako osobę urodzoną zapisujemy Izaaka Hirszowicza, a ojcem jest Hirsz Wolfowicz. Często sumariusze roczne listujące imiona i nazwiska osób z księgi błędnie podają w takim przypadku Izaaka Wolfowicza zamiast Izaaka Hirszowicza, na co chciałbym zwrócić szczególną uwagę. Dopiero nakaz ustanowienia nazwisk dziedzicznych dla Żydów zmieniał tę sytuację.

 

Opublikowano Dodaj komentarz

Sokol Brothers – wycinki z gazet

Poniżej zamieszczamy kilkanaście wycinków prasowych dotyczących trzech braci Sokolskich, pochodzących z Augustowa, którzy wyemigrowali w 1918 r. do USA i założyli w New Britain, Connecticut, dobrze prosperującą fabrykę płaszczy. Pełna historia Fabryki Płaszczy Braci Sokol, będąca ucieleśnieniem spełnionego amerykańskiego snu, dostępna jest w publikacji pt. Ludzie wielkich marzeń autorstwa Naomi Sokol Zeavin i dr. Donalda Z. Sokol.