Opublikowano Dodaj komentarz

Spotkania innego rodzaju: wspomnienia Suwalczanina

Henry Dorsey (Iska Wigdorczyk)

Listopad 1995

Wczesne dzieciństwo

Pamięć o niektórych wydarzeniach sięga u mnie czwartego roku życia, czyli roku 1923. Uczęszczałem do ochronki, która, jak sądzę, mieściła się na drugim piętrze przy ulicy Kościuszki 54. Było to zaledwie o jeden dom dalej od naszego mieszkania, przy Kościuszki 52.

Raz w tygodniu przychodził do ochronki skrzypek, który grywał z niewielką orkiestrą na żydowskich uroczystościach. Siadał po turecku na środku sali i grał rozmaity repertuar: muzykę klasyczną, taneczną oraz żydowską. My, dzieci, siadaliśmy w kręgu, słuchając uważnie i podśpiewując znane melodie. Bez żadnego powodu, ilekroć grał muzykę klasyczną i wydobywał wysokie dźwięki, ogarniało mnie przerażenie — zaczynałem się trząść i gorzko płakać. Matka i ojciec mieli ze mną każdego ranka nie lada kłopot, by skłonić mnie do pójścia do ochronki mimo moich protestów i łez. W końcu nauczycielka pozwoliła mi podczas zajęć muzycznych wychodzić z sali. Nie potrafię wyjaśnić tej dziecięcej reakcji. Od późnych lat młodzieńczych pokochałem jednak muzykę klasyczną — wysokie i niskie tony — i często chodziłem na koncerty symfoniczne oraz występy skrzypcowe i fortepianowe.

Kolejne zdarzenie również wywarło na mnie wpływ natury psychicznej. W tym wypadku przyczyna jest oczywista. W Suwałkach dwa razy w tygodniu, przez cały rok, odbywały się dni targowe. W te dni miasto tętniło życiem, gdyż kupcy z mniejszych miejscowości przyjeżdżali, by zaopatrzyć się w potrzebne towary. Chłopi z okolicznych wsi przywozili na sprzedaż owoce, warzywa, nabiał oraz drób. Bardzo lubiłem chodzić na targ z matką i naszą służącą, by oglądać te wszystkie barwne artykuły spożywcze. Matka napełniała kosze, a ja chciałem pomagać służącej w ich noszeniu, lecz były dla mnie zbyt ciężkie.

Pod wieczór, gdy chłopi sprzedali już swoje towary i dokonali zakupów, udawali się do szynków, by uczcić udany dzień handlu. W naszej okolicy mieszkali także Białorusini i gdy się upili, bywali bardzo niespokojni. Pewnego dnia targowego stałem późnym popołudniem przed naszym domem i przyglądałem się, jak białoruscy chłopi urządzają wyścigi wozów po brukowanej głównej ulicy — czynili to zresztą dość często. Woźnica na prowadzącym wozie stał wyprostowany, trzymając w ręku bat i popędzając konie do większego wysiłku. Chwiał się i ledwie utrzymywał równowagę. Nagle ją stracił i przeleciał przez przód wozu. Jego nogi zaplątały się między szczeblami z boku, a on uderzył głową o bruk, który rozciął się, pozostawiając za sobą smugę krwi, podczas gdy konie pędziły dalej bez żadnej kontroli. Ten krwawy widok na lata zniechęcił mnie do jedzenia czerwonych pomidorów. Minęło sporo czasu, zanim mi przeszło. Dziś jem pomidory z prawdziwą pasją.

Plac Targowy w Suwałkach, Lata okupacji niemieckiej
Gdy miałem około siedmiu lat, ojciec uznał, że jestem już na tyle duży, by towarzyszyć mu w piątkowe popołudnia w jednej z miejskich łaźni parowych. Najczęściej chodziliśmy do łaźni Kaplana. Do dziś nie jestem pewien, czy zabieranie mnie tam w tak młodym wieku było rozsądne z punktu widzenia zdrowia. Z drugiej jednak strony nie wydaje się, by miało to na mnie zły wpływ. Rozwijałem się fizycznie zupełnie normalnie. Z niecierpliwością czekałem na te wizyty — były dla mnie wielką przyjemnością i źródłem radości.

Pewnego piątku ktoś, chcąc zwiększyć temperaturę i ilość pary, przez nieuwagę wylał wiadro wody, w którym znajdowało się mydło. Niewidoczne opary dały o sobie znać dopiero, gdy opuściliśmy łaźnię. W drodze do domu straciłem przytomność. Ojciec musiał mnie ocucić, sam zresztą ledwo trzymał się na nogach. Tego wieczoru nie poszliśmy, jak co tydzień, do synagogi na modlitwy.

W drodze powrotnej z łaźni parowej w piątkowe wieczory widywałem i słyszałem Strażników Szabatu (Shomrei Shabbat), którzy chodzili od sklepu do sklepu, głośno nawołując do zamykania — zbliżał się bowiem czas rozpoczęcia szabatu. Zwyczajem było, że w większość piątków po kolacji odwiedzaliśmy dziadka i babcię. Stół uginał się od rozmaitych przysmaków. Najbardziej lubiłem bób. Starsi popijali go piwem, a dzieci — oranżadą.

Latem, w czasie przerwy szkolnej, moi rodzice wynajmowali domek (daczę) w Jasionowie, około dziesięciu kilometrów od miasta. Od szosy żwirowej odchodziła piaszczysta droga wiodąca pod górę. Po obu stronach stały chaty zamieszkane przez miejscowych chłopów. Przy każdym obejściu znajdowały się nieodmiennie stodoła, obora i stajnia. Wielu gospodarzy budowało także skromne domki przeznaczone na wynajem. W większości przypadków wynajem takich domków letnikom stanowił ich główne źródło dochodu.

Pierwszy domek przy samej drodze należał do żydowskiej rodziny prowadzącej sklep spożywczy. Mieli konia i wóz, którym przywozili z miasta zaopatrzenie. Niekiedy wielką przyjemnością i urozmaiceniem było pojechać z jednym z ich synów do miasta po towary dla sklepu. Gdy powierzano mi lejce i mogłem prowadzić konia, wydawało mi się, że nie ma mi równego. Było to uczucie podobne do siedzenia za kierownicą samochodu.


Dalsza część tych unikalnych wspomnień dostępna jest dla naszych patronów z progu ŻYDZI SUWALSCY i wyższych. Serdecznie zapraszamy do wspierania naszych działań: https://patronite.pl/jzi

 

Dziękujemy, że przeczytałeś/przeczytałaś ten tekst do końca. Jeśli uważasz, że to co robimy jest wartościowe, rozważ wsparcie. Wejdź na stronę jzi.org.pl/wspieraj lub patronite.pl/jzi. Dziękujemy!
Jamiński Zespół Indeksacyjny
Polub nas
Jamiński Zespół Indeksacyjny - najnowsze posty (zobacz wszystkie)
Dodaj komentarz