Opublikowano Dodaj komentarz

Józef Fox z Augustowa

Parę lat temu podczas indeksacji ksiąg metrykalnych parafii Jaminy przez Jamiński Zespół Indeksacyjny została odnaleziona bardzo ciekawa metryka ślubu z 1840 roku. Otóż drugiego marca 1840 roku w kościele parafialnym w Jaminach zawarty został związek małżeński pomiędzy Wielmożnym Józefem Foxem, obywatelem krajowym z urzędowania w Augustowie zamieszkałym, 45 lat liczącym, synem zmarłych Wielmożnego Józefa i wielmożnej Anny z domu Fox, małżonków Foxów, urodzonym w mieście Kenty w Galicji Austriackiej, a Wielmożną panną Anną Truszkowską, 20 lat liczącą, córką Wielmożnych zmarłego Jana Truszkowskiego i Agnieszki z domu Kniażewskiej.

Józef Fox był osobą ważną dla Augustowa połowy XIX wieku. Brał udział w budowach kilku augustowskich świątyń jako główny przedsiębiorca budowlany. W latach 1840-1843 przy jego kierownictwie powstała synagoga, na której fundamentach mieścił się później zakład mleczarski zbudowany w latach 50-ych XX wieku. W tym samym okresie, w latach 1840-1841 zbudował drewnianą kirchę ewangelicką na placu przy obecnych ulicach Kilińskiego i Sienkiewicza. Kościół św. Barłomieja, który został rozebrany w 1905 roku – poprzednik obecnej augustowskiej świątyni zbudował również Józef Fox w latach 1839-1842. Od 1839 był właścicielem cegielni nad Hańczą. Dzierżawił również cegielnię nad jeziorem Necko. W 1845 wyremontował własnym sumptem cerkiew unicką w Augustowie. Pod koniec I połowy XIX wieku pracował jako urzędnik banku. W 1848 uruchomił w Augustowie produkcję statków berlinek i do roku 1864 wybudował takich statków 11. Był również właścicielem magazynów soli, a także dzierżawcą majątków ziemskich – w 1844 roku folwarku Zaboryszki, w 1857 roku folwarku Szczebra.

Pierwsza małżonka Józefa, wspomniana wyżej Anna, zmarła w roku 1843 po zaledwie 3 latach małżeństwa. Drugą żoną Józefa została Wilhelmina z Bartkowskich. Na kartach historii zapisała się wspieraniem powstańców styczniowych w 1863 roku. Nosiła im do lasu żywność, a w 1864 roku podczas świąt wielkanocnych oddała im ze stołu święcone. Synem Józefa i Wilhelminy był późniejszy burmistrz Augustowa Władysław Franciszek Jan Fox urodzony w roku 1862. Małżonkowie mieli jeszcze przynajmniej dwójkę dzieci: Józefa Andrzeja i Dorotę Agnieszkę, oboje urodzonych w roku 1859.

Niestety ustalenie rodowodu samego Józefa Foxa nastręcza niemało trudności. Miasteczko Kenty w Galicji Austriackiej, miejsce urodzenia Józefa według metryki ślubu z Anną Truszkowską, to dzisiejsze miasto Kęty leżące między Bielsko-Białą, a Andrychowem. Według tejże metryki Józef urodził się w roku 1795. Z kolei według metryki urodzenia syna Władysława Franciszka Jana z roku 1862, data urodzenia to rok 1797. Jeszcze inną datę urodzenia – rok 1801, podają Jarosław Szlaszyński i Andrzej Makowski w książce „Augustów. Monografia historyczna”.

Niestety w księgach urodzeń parafii rzymskokatolickiej św. Małgorzaty i św. Katarzyny w Kętach akt urodzenia Józefa Foxa nie został odnaleziony. Rodziny o tym nazwisku nie mieszkały w Kętach w ostatnim dziesięcioleciu XVIII wieku i w pierwszym dziesięcioleciu wieku następnego.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że Józef Fox urodził się nie w Kętach, a w pobliskich, leżących niespełna 9 km od Kęt, Wilamowicach. Miejscowość ta powstała około 1250 roku, a pierwsi osadnicy pochodzili z odległych Fryzji i Flandrii. Prawdopodobnie stało się tak na skutek opustoszenia pobliskich ziem po najeździe tatarskim w 1241 roku. W nie ustalonym bliżej czasie osiedlili się w Wilamowicach również Szkoci. Pamiątką po nich jest motyw szkockiej kraty na noszonych przez mieszkańców chustach oraz nazwisko Fox, które nosi wielu mieszkańców miasteczka. Podobno potomkowie najstarszych osadników do dziś posługują się lokalnym językiem wilamowskim „wymysojer”, będącym mieszanką języków starogermańskiego, francuskiego, celtyckiego, galijskiego i retoromańskiego.

Postanowiłem odnaleźć metrykę urodzenia Józefa Foxa w zachowanych księgach metrykalnych z przełomu XVIII i XIX wieku z parafii katolickiej w Wilamowicach. W okresie 1790 – 1805 odnajdujemy trzech Józefów Foxów urodzonych w Wilamowicach, których rodzice mieli na imię Józef i Anna.

9 kwietnia 1792 roku urodził się Józef Fox, syn Józefa Foxa i Anny z domu Fox.

W roku 1795 odnajdujemy akt urodzenia Józefa Foxa, syna Józefa Foxa i Anny Mańtowej, a w roku 1800 akt urodzenia Józefa Foxa, którego rodzicami byli Józef Fox i Anna Biba.

Wszystkie powyższe rodziny były rodzinami chłopskimi. Józef Fox – głowa rodziny, w dwóch przypadkach: pierwszym i trzecim została zapisana jako kmieć (łac. cmeto), w przypadku drugim, jako kątnik, czyli chłop bez własnego domu (łac. inqulina).

Wydawałoby się, że Józef Fox, urodzony w roku 1792 jest tym właściwym ze względu na zgodność nazwiska panieńskiego matki. Tylko status społeczny rodziny nie zgadza się. Czy możliwe jest, że dziecko chłopskie w ciągu niespełna półwiecza uzyskało status szlachecki i zostało przedstawicielem najbogatszej warstwy społecznej w Augustowie? Ba, jako wielmożni, w metryce ślubu z 1840 roku zostali zapisani również rodzice Józefa. Być może jest to możliwe, ale nie udało mi się odnaleźć dokumentów potwierdzających ten stan rzeczy. Sprawa pochodzenia Józefa Foxa pozostaje wciąż sprawą otwartą.

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Rys historyczny osady młyńskiej Rynki w dobrach Dowspuda

Stary młyn, Wiktor Korecki (1933)
Stary młyn, Wiktor Korecki (1933)
Stary młyn, Wiktor Korecki (1933)

Rys historyczny osady młyńskiej Rynki w dobrach Dowspuda jest fragmentem książki Marcina Halickiego – „Dawni mieszkańcy parafii Janówka. Przyczynek do badań genealogicznych”, która jest w opracowaniu.

W wybranych źródłach osada młyńska Rynki występuje również pod nazwą Rynkówek. Młyn wybudowano między Chodorkami, a dworem Dowspuda, na prawym brzegu rzeki Rospudy. Obiekt wraz z osadą wspieraną przybytkiem karczemnym funkcjonował od końca XVI wieku do lat 30. XIX wieku.

Fragment pruskiej mapy wojskowej z lat 1795-1805 z zaznaczonym przez autora młynem Rynki
Fragment pruskiej mapy wojskowej z lat 1795-1805 z zaznaczonym przez autora młynem Rynki

(…) Młyn wodny założony został celowo w możliwie najbliższej odległości od wołłowiczowskiego dworu w Dowspudzie, nad rzeką o tej samej nazwie (dziś jest to rzeka Rospuda). Niewielka osada zastąpiła prawdopodobnie inną, starszą i dość odległą od głównego dworu osadę młyńska zwaną “Krasnym Borem”. Obecnie jest to teren znany pod nazwą “uroczysko Młynisko”. By osadnikom z ościennych terenów dóbr, leżących w sąsiedztwie miasta Augustowa, zrekompensować stratę pobliskiego młyna Krasny Bór, z początkiem XVII wieku w dobrach założono młyn wodny zwany “Kusowizną”, a następnie “Ślepskiem”. Młyn ten wspomagany był niewielkim obiektem na rzece Bliźnie, w nieodległej Szczebrze.

Identycznie jak pobliskie Chodorki oraz Suchą Wieś (w czasach założenia wieś nazwano “Ruskie Sioło”) osadę Rynki założyli ruscy osadnicy spod Grodna, z niewielką domieszką wykwalifikowanej kultury polskiej. Być może nazwa osady młyńskiej wywodzi się od imienia “Hryńko”, czyli naszego Grzegorza.

Srebrny grosz pruski Alberta Hohenzollerna z roku 1537 znaleziony w rzece przy młynie
Srebrny grosz pruski Alberta Hohenzollerna z roku 1537 znaleziony w rzece przy młynie

Choć nie sposób jednoznacznie określić, jakie rozwiązania techniczne wykorzystano w młynie, na podstawie zebranych materiałów źródłowych i nielicznych opracowań, młyn należy zakwalifikować do obiektu z kołem młyńskim typu śródsiębiernego, czyli zasilanego wodą dostarczaną do koła poniżej połowy jego wysokości, bądź typu nadsiębiernego, zasilanego wodą od góry. Z uwagi na niewielki spadek terenu, drugie rozwiązanie jest jednak mało prawdopodobne. Z pewnością z biegiem czasu młyn był modernizowany i wymagał znacznych nakładów na kosztowne prace remontowe.

Oprócz zebranej archiwalnej dokumentacji, na solidność kompleksu młyńskiego wskazują również obserwacje terenu, a także dostępne wizualizacje Numerycznego Modelu Terenu (NMT), który powstał w wyniku lotniczego skanowania laserowego, znanego również pod nazwą LiDAR lub ALS, czyli Airborne Laser Scanning. Wizualizacje te dostępne są jedynie w postaci cieniowanego reliefu (hillshade), ale nie koliduje to z wykorzystaniem ich do celów badawczych.

Choć zebrany przez autora materiał nie jest stricte fachowy, należy uznać, że zastosowana przy budowie młyna technika pozwalała w tamtych czasach na pobudowanie drewnianego młyna osadzonego na kamienno – ceglanej podmurówce.

Obiekt pracował w symbiozie z dość okazałym kompleksem, zasilanym spiętrzoną wodą ze sztucznego zbiornika, który okalały groble, a także z całym systemem melioracji z zastawami, śluzami i odprowadzającym wodę ku pobliskiej rzece Głebokiej kanałem ulgi. Było to najrozsądniejsze rozwiązanie, gdyż jako kanał odprowadzający nadmiar wody z zalewu młyńskiego, wykorzystano naturalny ciek wodny. Łąki niegdyś zalane przez wody stawu młyńskiego, do dziś znane są z miejscowej nazwy “Bulwary”.

Rzeka Głęboka jest prawobrzeżnym odpływem Rospudy i wpada do rzeki poniżej Chodorek, w miejscu przez okolicznych mieszkańców zwanym “Ugiel”. Nazwa ta wywodzi się albo od staropolskiego słowa “ług”, co dawnej oznaczało tereny podmokłe, bagniste łąki, albo od końcowego punktu kanału ulgi, jakim było ujście Głebokiej do Rospudy. W miejscu tym, nad wodą istnieje do dziś niezidentyfikowany fundament, prawdopodobnie po jakimś obiekcie śluzowym.

Ciekawym jest też fakt wybudowania żwirowej drogi na wysokiej grobli, usytuowanej nad zalewowym terenem nad rzeką Głęboką. Droga ta kierowała się niegdyś z młyna przez Suchą Wieś do granicy pruskiej.

(…) Obiekt młyński w Rynkach od początku funkcjonował również jako krupiarnia, gdzie mielono zboża na kasze, a później jako folusz, czyli warsztat zajmujący się obróbką rzadko utkanej tkaniny wełnianej w celu nadania jej spoistości sukna.

W okresie początków istnienia osady, młyn prowadzili młynarze o nazwisku Bystry, jednakże po roku 1611 wymienia się ich w metrykach kościelnych, jako ród o nazwisku Młynarz, od wykonywanej profesji.

Na podstawie dokumentów z początku XVII wieku możemy poznać imiona kilku osób z tego rodu. Najstarsi znani z imienia i nazwiska to Małgorzata Młynarzowa z mężem Stanisławem Bystrym, który zmarł przed rokiem 1627. Stanisław nie był jednak pierwszym z młynarzy, gdyż w Rynkach młynarzeniem zajmował się również prawdopodobnie jego ojciec lub inny fachowiec pochodzenia ruskiego.

W dokumentach parafialnych wymienieni są kolejno: Krystyna Młynarzowa pochodząca z Raczek wraz z mężem Wawrzyńcem i córką Anną, Mateusz syn Marcina Młynarza i Marianny, Tomasz i Anna Młynarz. Młynarze spowinowaceni byli z Jaśkiewiczami, drobną szlachtą i założycielami pobliskiej wsi Jaśki.

W latach 20. i 30. XVII wieku Rynki występują również pod nazwą “Młyn”, a mieszkańcy i pracownicy osady także zapisani są pod sąsiednią wieś Chodorki, którą zamieszkiwali i uprawiali tu niewielkie, zagrodowe gospodarstwa, zajmowali się bartnictwem, a także rybołówstwem. W większości byli to samowystarczalni ludzie małorolni, którym praca w nieźle prosperującym młynie pozwalała wydobyć się z największej nędzy.

W roku 1633 wymienia się tu młynarza Bartoluka Szłapę (vel Bartłomieja Łapińskiego), zaś w 1636 we młynie mieszkał i jako parobek pracował Tomasz Zelik z żoną Anną, którym urodził się syn Kazimierz. W tym roku młyn prowadził Tomasz Młynarz, prawdopodobnie Łapiński.

Przed rokiem 1642 młynarzem został Paweł Falkowski, który wżenił się w rodzinę młynarzy Łapińskich. Żoną jego była Katarzyna, córka Tomasza i Anny. Przed rokiem 1646 we młynie pracował Michał Hrynaszkiewicz z żoną Marianną, którym urodził się syn Michał, a chrzestną została Katarzyna Falkowska. Katarzyna musiała być uznaną personą, gdyż występuje również jako matka chrzestna dzieci z Suchej Wsi, wsi Jaśki, Chodorki, a także z Kuriank.

W pierwszej i drugiej połowie XVII wieku w Janówce, Jabłońskich i Prusce Wielkiej występuje nazwisko Młynarczyk, lecz nie ma pewności, czy jest to linia skoligacona z Młynarzami z młyna Rynki.

Przed rokiem 1652 młyn wspólnie z młynarzem Falkowskim prowadzi Maciej Młynarz. Okres wojny z Rosją i Szwecją jest dość zagadkowy, gdyż w tym czasie nie ma żadnego wpisu, z którego możemy dowiedzieć się o rodzinie Młynarzy, a także o ich następcach. Być może podczas Potopu szwedzkiego część rodziny została wzięta w tatarską niewolę, czyli jasyr. Nie jest wykluczone, że rodzina mogła ponieść śmierć z rąk ordy tatarskiej, bądź po prostu zbiec, porzuciwszy dobytek, wracając do niego po wielu tygodniach, a nawet miesiącach.

(…) Młyny były ważnymi punktami strategicznymi, przy których niejednokrotnie prowadzono równolegle przybytki szynkowe i popasy, więc stawały się punktem ataku i docelowym miejscem dla łupieżców z obcych wojsk. Niewykluczone, że młyn Rynki mógł dostać się w niepowołane ręce, albo dotknęło mieszkańców małe ognisko zarazy- cholery lub czerwonki. Zarazy z tego okresu mogły być również przyczyną wielu zgonów, nie tylko w osadzie młyńskiej, ale w całym regionie.

(…) W roku 1679 na świat przychodzi Maciej Młynarz, syn Wawrzyńca i Aleksandry. Nie ma pewności, czy jest to rodzina, która prowadziła młyn przed nieszczęsnym rokiem 1656.

W roku 1708 we młynie pracuje Jan Tertejna, który poślubia we wrześniu Dorotę Kopko, również z młyna Rynki. Świadkiem na ślubie był m.in. szlachetnie urodzony Mateusz Szczytnicki.

19 grudnia 1709 roku ochrzczony przez janowskiego proboszcza Sucharzewskiego został urodzony we młynie Tomasz Sipowski, Syn Jana i Teresy. Rodzicami chrzestnymi zostali wielmożni Stefan Pozusieński, podstarosta dowspudzki oraz Katarzyna Szczytnicka, małżonka wymienionego Mateusza. Oboje pochodzili z osady młyńskiej.

Rok 1710 był tragicznym dla mieszkańców młyna. Dżuma postrzegana wtedy, jako „powietrze morowe”, zabrała na wieczny spoczynek wszystkich pracowników i młynarskich pachołków w Rynkach. Wśród osób, które zmarły na skutek epidemii był ogrodniczy Mateusz Szczytnicki z małżonką i dziećmi, a także młynarze nieznanego nazwiska. W efekcie zarazy pomarła cała obsada młyna zamieszkująca dwa domy- w sumie 6 osób z rodziny młynarzy, a także 7 służących.

Nie zachowały się źródła, kiedy odbudowała się populacja w osadzie młyńskiej po zarazie, ale należy założyć, że mąka oraz krupy, a także miejsce do folowania sukna były podstawową potrzebą miejscowej ludności i obsada młyna szybko się zregenerowała. Sąsiednie osady i wsie potrzebowały kilku dziesięcioleci, by powrócić do stanu sprzed epidemii. Jeszcze inne, w ogóle się nie podniosły.

(…) W roku 1833 Komisja Województwa Augustowskiego wystawiła na dzierżawę w drodze licytacji trzy młyny wodne z zasekwestrowanych dóbr Paca. Jeden młyn o trzech gankach wraz z foluszem oraz ogrodem młynarskim i jedną włóka gruntu w Małych Raczkach, a także dwa młyny, zgodnie z opisem, w Chodorkach.

Pierwszy z młynów zakwalifikowano, jako lichy, „ordynaryjny”, o jednym kamieniu (ganku), wraz z krupiarnią i foluszem. Mowa tu o podupadającym, a być może nawet nieczynnym młynie Rynki.

Drugi młyn o dwóch gankach, z tartakiem i krupiarnią, wyposażonym w angielską maszynerię i cztery piły uznano za nowoczesny i porządnie urządzony. Był to nowy młyn przy przeprawie rzecznej i karczmie w Chodorkach. Mimo, iż do licytacji dopuszczono starozakonnych, z powodu braku oferentów, nie doszła ona do skutku.  Kolejna licytacja, z identycznym skutkiem, odbyła się w listopadzie roku 1834, a następna w styczniu 1835.

W późniejszym okresie brak jest jakichkolwiek danych o osadzie młyńskiej Rynki, zatem należy uznać, że były to ostatnie lata w życiu starego młyna, który został rozebrany i odszedł w zapomnienie, dając życie i prosperity nowemu młynowi w Chodorkach.

 
Opublikowano 3 komentarzy

Jerzy Jaworowski – rysownik zapomniany

Poniższy artykuł stanowi fragment mojej pracy magisterskiej pt. "Eksperymenty na papierze. Jerzego Jaworowskiego prace z szuflady". Praca pod kierunkiem dr hab. Iwony Luby została obroniona na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego na kierunku Historia Sztuki.


Jerzy Jaworowski (1919-1975), absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, był urodzonym w Augustowie artystą-rysownikiem oraz twórcą grafiki książkowej związanym szczególnie z wydawnictwami „Czytelnik” i PIW. Pierwszy rozdział pracy został poświęcony zaprezentowaniu sylwetki Jerzego Jaworowskiego z perspektywy tekstów krytycznych z lat 70. XX w. – okresu największej popularności artysty oraz przedstawieniu stanu badań. Następna część stanowi szkic biograficzny, nakreślenie drogi artystycznej i zawodowej Jaworowskiego. Kolejny rozdział zawiera szersze spojrzenie na zjawisko autonomizacji dziedziny rysunku jako samodzielnej wypowiedzi artystycznej w odniesieniu do nurtów artystycznych lat. 60. i 70. Dalsze rozdziały są próbą problemowego ujęcia twórczości artysty. Została ona przeanalizowana w kontekście eksperymentów rysunkowych: omówiono specyficzny warsztat artysty, oryginalne media rysunkowe oraz niekonwencjonalne sposoby ich wykorzystywania, próbując zestawić je z podobnymi praktykami innych twórców. Prace artysty omówiono również w kontekście sztuki znaku, który wydaje się cechą bardzo charakterystyczną i spajającą jego twórczość.

Przedwojenny Augustów. Wojna i zesłanie

Jerzy Jaworowski urodził się 11 września 1919 roku w Augustowie w bardzo licznej i zamożnej rodzinie jako pierwszy, upragniony syn lekarza Jana Jaworowskiego[1] (il. 1a) i jego drugiej żony, Heleny z Heybowiczów[2] (il. 1b). Miał dziewięć sióstr i młodszego o osiem lat brata. Międzywojenny Augustów był miasteczkiem półkresowym, pięknym uzdrowiskiem położonym wśród lasów i jezior. Mieszkało tam wielu Żydów, Tatarów, Litwinów, Rosjan. Dom, w którym wychował się Jaworowski należał do jego matki i był położony w centrum miasta przy ulicy 3 Maja 5 (dawniej Długiej), na przeciwko kościoła. Jaworowscy zajmowali pokoje na piętrze, pozostałe były wynajmowane lokatorom; na parterze znajdowało się mieszkanie i apteka państwa Worotyńskich. Kolorytu nadawał miasteczku stacjonujący w mieście 1. Pułk Ułanów Krechowieckich, którzy w świąteczne dni organizowali huczne imprezy, defilady, jasełka[3].

Jan Leonard Jaworowski
Jan Leonard Jaworowski
Helena z Heybowiczów Jaworowska
Helena z Heybowiczów Jaworowska

Ojciec Jerzego, lekarz powiatowy i zasłużony społecznik, był znaną i szanowaną postacią na Suwalszczyźnie. W czasie zaborów działał w różnych organizacjach polskich, jednocześnie cieszył się szacunkiem władz, co w 1905 r. pozwoliło mu uratować wielu działaczy społecznych i politycznych przed represjami. W 1920 r. skazany przez bolszewików na rozstrzelanie, został uratowany dzięki pomocy ludności. Po pierwszej wojnie organizował służbę lekarską w powiecie augustowskim, utworzył szpital powiatowy i epidemiczny, organizował pierwsze kadry Polskiego Czerwonego Krzyża, Towarzystwo Przeciwgruźlicze. Był także prezesem Straży Ochotniczej, Związku Harcerstwa Polskiego i innych organizacji Otrzymał szereg odznaczeń państwowych[4]. Był osobą bardzo lubianą i towarzyską. Matka była wierzącą katoliczką i osobą bardzo tolerancyjną, nigdy nie pozwalała na wrogie zachowania wobec ludności innego wyznania. Udzielała lekcji francuskiego[5]. Jerzy nie był najlepszym uczniem, co przysparzało rodzicom zmartwień. Mimo wszystko, jako pierworodny syn, był ukochanym dzieckiem ojca, który zostawiał mu zawsze pełną swobodę[6].

Jerzy Jaworowski z rodzicami - Druskieniki, 1932 r.
Jerzy Jaworowski z rodzicami - Druskieniki, 1932 r.

Pod koniec listopada 1939 r. 19-letni Jerzy, który rozpoczął we wrześniu studia sanitarne w Szkole Podchorążych, próbował wraz z kolegami przedostać się na zachód do Warszawy w obawie przed wcieleniem do Armii Czerwonej. Zostali złapani w lesie przez Niemców i przekazani Rosjanom. Podczas ucieczki Jaworowski odmroził sobie stopy i tylko dzięki pomocy znajomego żydowskiego lekarza udało mu się uniknąć amputacji. Po paru miesiącach więzienia w Grodnie wszyscy dostali wyroki za szpiegostwo na rzecz Niemców. Zostali zesłani do łagru koło Archangielska na Syberii, gdzie przez osiem lat byli lesorubami (drwalami) pracując w nieludzkich warunkach. Podróż w głąb tajgi trwała 1,5 miesiąca[7]. W Dziennikach Marii Dąbrowskiej opisana jest poruszająca relacja Heleny Jonkajtys[8], znajomej Jaworowskich sprzed wojny: „Wieziono ich do tego więzienia w głąb Rosji, w trzaskające mrozy, w nieopalonym bydlęcym wagonie. Ponieważ dobami stali na stacjach i straszliwie marzli, więc porąbali pryczę w wagonie i rozpalili ogień w żelaznym piecyku (…). Na to weszli enkawudziści, zapytali kto porąbał pryczę. Ów młodzieniec miał to nieszczęście, ze uśmiechnął się wśród ogólnego milczenia. Natychmiast schwycili go, zaprowadzili do pustego wagonu, tam rozebrali do naga, związali, obleli wodą z lodem i tak nagiego, na mokrym mokrego, związanego, zamknęli i tak jechał 24 godziny. Teraz wrócił – dwudziestosześcioletni starzec, zniszczony, siwy i bezzębny, z przerażeniem w oczach, zupełnie bez sił, złamany moralnie i fizycznie”[9].

W Słowniku artystów plastyków z 1972 r. ten ośmioletni, tragiczny fragment życiorysu Jaworowskiego został ujęty pod hasłem „podróże zagraniczne: ZSRR – 1948 r”…[10].

Powrót do powojennej rzeczywistości. Studia

Gdy w 1948 r. Jaworowski został wypuszczony z łagru, był bliski pozostania w Związku Radzieckim wskutek niedoinformowania i nacisków ze strony władz sowieckich. Tylko dzięki namowom przypadkowo spotkanego kolegi wyrobił potrzebne dokumenty i wrócił do kraju. Dom rodzinny w Augustowie przejęło tymczasem NKWD, większość rodziny wyemigrowała do Anglii i Kanady przed końcem wojny. W Polsce została tylko matka z dwójką najmłodszych dzieci, siostrą i bratem. Matka zmarła w 1945 r., przed powrotem syna. Jerzy wrócił z obozu w tak złym stanie, że rodzina w pierwszej chwili nie rozpoznała go i nie wpuściła do domu. Wieloletnie zesłanie i trudność z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości, w której względnie normalne życie toczyło się już od kilku lat, spowodowały głęboką depresję. Jaworowski jednak stosunkowo szybko wrócił do siebie i, jak podkreśla syn, zupełnie odciął się od traumatycznych przeżyć, nigdy do nich nie wracał, nie rozpamiętywał w rozmowach rodzinnych, nie nawiązywał do nich w swojej twórczości. Nigdy też nie okazywał szczególnej wrogości do Rosjan, nie winił ludzi lecz system. Rozpoczął nowe życie[11]. Po katorżniczej pracy drwala zostały mu tylko „dłonie jak bochny”[12], które paradoksalnie stworzyły później rysunki finezyjne i pełne lekkości. Jaworowski stale wracał w swoje rodzinne strony, w wolnym czasie zabierał w okolice Augustowa znajomych i rodzinę. Czasem przy okazji takich wypadów trudne wspomnienia powracały, co opisał jego wieloletni przyjaciel, Marek Nowakowski[13].

Studia na Wydziale Grafiki warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, które rozpoczął w 1948 r., czyli właściwie niedługo po powrocie z ZSRR, bynajmniej nie były wynikiem głębokich przemyśleń czy młodzieńczych marzeń o karierze artysty. Jaworowski podjął tę decyzję najprawdopodobniej za namową brata Jana, który przypomniał mu o jego działalności redaktora gazetki w augustowskiej szkole i o rysunkach satyrycznych. Zachowane szkolne szkice redisówką raczej nie wskazywały na wybitny talent, lecz uzdolniony brat, który w wieku dwudziestu paru lat został profesorem matematyki, miał też widocznie dobrą intuicję, kierując Jerzego na studia artystyczne[14].

Jerzy Jaworowski przy pracy
Jerzy Jaworowski przy pracy

Jaworowski przez krótki czas studiował w pracowni grafiki książkowej Jana Marcina Szancera, prowadzonej na Akademii od 1951 r. W swojej pracy pedagogicznej Szancer wypracował metodę opierającą się na indywidualnym podejściu i kształtowaniu ucznia, traktował studentów po partnersku ale jednocześnie był wymagający, wskazywał złe nawyki, popadanie w manierę. Celem było rozwinięcie wśród studentów myślenia plastycznego, a nie przygotowanie ich do konkretnego zawodu[15]. Jego wspomnienia dają pewien obraz tego, jak funkcjonowała pracownia ilustracji i jakie wymagania profesor stawiał studentom: „Oczywiście uczeń otrzymuje pewną sumę podstawowych wiadomości o budowie i estetyce książki, o technikach drukarskich, nigdy nie było moim zamiarem kształcenie „specjalistów”, kierowników graficznych wydawnictw czy artystów typografów. Mimo to wielu z moich uczniów pracuje w wydawnictwach i doskonale rozwiązuje problemy, których w ASP nie mogli rozwiązać, choćby ze względu na brak możliwości warsztatowych (…) Wybór tematów pozostawiałem zawsze uczniom, czasem jedynie doradzałem w podjęciu decyzji. Byłem ciekaw, jacy oni są, co czytają, co ich interesuje, różnorodność zadań była olbrzymia w ciągu dwudziestu lat powtórzyło się zaledwie kilka tematów. Ulubioną powieścią, która dawała bogate możliwości ilustratorowi, był Rękopis znaleziony w Saragossie Potockiego. Niejednokrotnie zaskakiwano mnie. Ktoś z uczniów przyniósł ostatnią nowość, musiałem ją szybko przeczytać, dokształcić się, w ogóle korekty wymagały ode mnie przygotowania, trzeba było na nowo wertować zapomniane teksty, śledzić literaturę współczesną. Czasem byłem surowy. Pamiętam, że jeden z moich uczniów nie mógł sobie dać rady z barokową architekturą w jakiejś bajce, kazałem mu więc natychmiast pojechać do Wilanowa i przywieźć stamtąd szkice, a była wtedy surowa zima. (...) Ale przede wszystkim wysyłałem moich uczniów do biblioteki, bo ilustratorowi nie wystarczą wiadomości z historii sztuki, musi się nauczyć szukać materiałów i z nich korzystać”[16]. Danuta Wróblewska pisała o nim: „Był gawędziarzem, kochał starą sztukę, jego korekty przeradzały się więc najczęściej w styloznawcze sympozja, gdzie teraźniejszość mieszała się z przeszłością, a wszystkiemu patronowało słońce malarstwa”[17].

Wydaje się, że Szancer odegrał dość znaczącą rolę w karierze Jaworowskiego. Jak wspomina Janusz Stanny, profesor często jeszcze po studiach opiekował się swoimi absolwentami, zapraszając ich do ilustrowania książeczek dla dzieci wydawanych przez „Ruch”, którego był dyrektorem graficznym[18], oraz do udziału w dorocznych wystawach w Galerii Sztuki ZPAP MDM[19]. Jaworowski parokrotnie brał udział w odbywających się tam wystawach książki i ilustracji dziecięcej (1959, 1961-1964). Kolejną oddolną inicjatywą Szancera było wydawanie okolicznościowych pocztówek, które również były projektowane przez młodych grafików. Wszystkie te działania wpisywały się w szerszą ideę kształtowania gustów i upowszechnianiu kultury plastycznej[20]. Jaworowski zaprojektował dla „Ruchu” ilustracje do Basi nad biegunem (1964), Polany (1964), Piórka Igora Sikirickiego (1968), Śniegu Jana Kiersta (1973) i książeczki Koń by się uśmiał Zygmunta Kubiaka (1976), a także wiele kolorowych okazjonalnych kartek, głównie świątecznych i noworocznych.

Jerzy Jaworowski przy pracy
Jerzy Jaworowski przy pracy

Jaworowskiemu nie do końca odpowiadał realistyczny, pełen drobiazgowego detalu historycznego świat ilustracji profesora, nieco może archaiczny wobec nurtów nowoczesnej plastyki dochodzących do głosu w latach 50. i języka skrótu myślowego, który dominował w sąsiednich pracowniach[21]. Mimo to wydaje się, że podejście Szancera do projektowania ilustracji, oparte na rzetelnej kwerendzie i wyszukiwaniu odpowiednich materiałów źródłowych, znalazło wyraz w tak ważnych realizacjach Jaworowskiego jak opracowanie graficzne Trylogii Henryka Sienkiewicza czy Rękopisu znalezionego w Saragossie Jana Potockiego. Pracując nad opracowaniem graficznym Trylogii, w przypadku której założeniem wydawnictwa było wykorzystanie historycznego materiału graficznego[22], Jaworowski miesiącami przeszukiwał biblioteczne albumy z dawnymi rycinami, by dobrać jak najbardziej trafny i wierny realiom epoki materiał. Konsultacje merytoryczne prowadził historyk, Adam Kersten[23]. Fragmenty rycin wykorzystane na obwolutach poszczególnych tomów zostały „podkolorowane’’ za pomocą barwnych folii w jaskrawych kolorach, co dało bardzo ciekawy, ożywczy efekt. Płócienna oprawa ozdobiona została subtelnym roślinnym tłoczeniem w kolorze brązowym a grzbiet paskami w tym samym kolorze. Wyklejki zadrukowano reprodukcjami map z epoki. Wewnątrz skadrowane ryciny wplecione są w tekst już bez żadnej dodatkowej plastycznej ingerencji, część z nich wydrukowano na grubszym beżowym papierze o zielonkawym odcieniu. Niektóre fragmenty rycin zostały znacznie powiększone – sieć rytowanych kresek pozbawionych całościowego kontekstu tworzy abstrakcyjne wręcz kompozycje, które ciekawie współgrają w zestawieniu z naturalnej wielkości ilustracjami[24]. W 1966 r. Trylogia w nowej, eleganckiej szacie graficznej otrzymała nagrodę PTWK, a rok później srebrny medal w Moskwie na Międzynarodowej Wystawie z okazji 50. Rocznicy Rewolucji Październikowej.

Jeśli chodzi o myślenie plastyczne, zdecydowanie największy wpływ wywarła na nim pracowania plakatu Henryka Tomaszewskiego, która powstała w marcu 1952 r. Pierwotnie nosiła nazwę Pracowni Projektowania Grafiki Propagandowej. Jak pisze Agnieszka Szewczyk, „Praktyka pedagogiczna Tomaszewskiego, oparta na ćwiczeniu i rozbudzaniu intelektu, poszukiwaniu nowych rozwiązań, przełamywaniu stereotypów, nieuleganiu schematom i nade wszystko podkreślająca własny, indywidualny język projektanta, stała się swoistą wykładnią polskiej szkoły plakatu. (…) Tomaszewski nie tyle więc uczył prawideł rządzących projektowaniem graficznym, co raczej szkolił studentów w nawyku ich przełamywania”[25]. Studenci otrzymywali ćwiczenia polegające na graficznym rozwiązywaniu rozmaitych problemów narracji, pewnych opozycji, oddania nastroju, wizualizacji haseł, czy abstrakcyjnych pojęć czy powiedzeń (często aforyzmów i bon motów Jerzego Leca). Stale powtarzającymi się tematami dla kolejnych roczników były Autoportret, Portret kolegi, Moja biografia[26].. „Rewolucyjna istota sztuki i sposobu uczenia Tomaszewskiego polegała na zanegowaniu historycznego porządku i miejsca, w jakim tkwiła do tej pory grafika projektowa, a z nią plakat i inne formy wizualnego komunikatu” [27].

Relacja Tomaszewskiego z Jaworowskim wychodziła poza schemat mistrz-uczeń, była relacją koleżeńską, czemu sprzyjała zapewne niewielka różnica wieku (Tomaszewski był tylko o 5 lat starszy). Tomaszewski i jego żona Teresa Pągowska często jeździli razem z Jaworowskimi na wakacje nad jeziora augustowskie, do wsi Wojciech. „To dziwne. Obdarzałem go uczuciem przyjaźni, choć w gruncie rzeczy znaliśmy się za mało, żeby się poznać do końca. Był prawy. I co może jeszcze trudniejsze – dobry. Ujmowało mnie w nim przede wszystkim to, że nie miał w sobie zawiści. Nigdy nikomu niczego nie zazdrościł. Spokojnie na wszystko patrzył i myślał po swojemu. Miał w środku jakąś pogodę. Był bardzo wrażliwy, w taki swój zamknięty sposób, jak mało kto. Te szorstkości, które czasem mu się zdarzały, brały się z biologicznego głodu równowagi”[28].

Pracownia graficzna i środowisko „Czytelnika”. Współpraca z innymi wydawnictwami

Jeszcze na studiach Jaworowski zaczął projektować obwoluty i ilustracje dla „Czytelnika”. Do pracowni graficznej został wciągnięty przez Andrzeja Heidricha w 1953 r. razem z Janem Młodożeńcem, kolegą z pracowni plakatu[29]. W uznaniu za wykonanie licznych prac dla wydawnictwa Jaworowski otrzymał dyplom od Tomaszewskiego w 1955 r., podobnie jak Młodożeniec[30].

W „Czytelniku” kładziono nacisk na wydawanie literatury pięknej, współczesnej prozy, polskich klasyków, poezji. Oferta skierowana do młodszych czytelników stanowiła raczej margines, jednak ilustracja przestawała być postrzegana jedynie jako domena książki dziecięcej i redakcje wydawnictw coraz częściej dbały też o oprawę plastyczną literatury dla dorosłych[31], co stanowiło dla artystów ciekawe wyzwanie. Szatę graficzną „Czytelnika” doceniano już na łamach ówczesnych czasopism[32]. W latach 1945-50 dyrektorem artystycznym był Jerzy Srokowski[33], grafiką zajmowali się Olga Siemaszko i Marek Rudnicki. Zorganizowaną pracownią graficzną, której funkcjonowanie przypada na czas artystycznego fermentu w polskiej sztuce i na złoty okres tzw. „polskiej szkoły ilustracji“, kierował od początku lat 50. Jan Samuel Miklaszewski sprowadzony przez Olgę Siemaszko z Zakopanego. Dobrał on sobie zespół młodych zdolnych grafików z warszawskiej Akademii[34]. Miklaszewski[35], znakomity grafik, zupełnie dziś zapomniany, był m.in. autorem znaku graficznego popularnych serii Nike i Głów wawelskich. Charakterystyczne dla jego stylu dynamicznie kreskowane ilustracje można znaleźć w albumie Jana Żabińskiego Z życia zwierząt czy w książeczce Antoniny Żabińskiej Borsunio; bardzo ciekawe są też jego rysunki czarnym tuszem do Dwóch księżyców Marii Kuncewiczowej.

Andrzej Heidrich wspomina: „(…) trafiłem na pracownię, która w tamtych strasznych czasach dla nas wszystkich była azylem. Nie mówiliśmy za dużo, niewiele o sobie wiedzieliśmy, a mieliśmy do siebie zaufanie”[36]. „Było to wymarzone miejsce pracy, gdzie panowała życzliwa, przyjacielska atmosfera, bez nadmiernego upolitycznienia”[37]. W okresie studencko-czytelnikowskim jednym z najbliższych kolegów Jaworowskiego był Jan Młodożeniec, z którym wspólnie zrobił kilka plakatów[38].

Spółdzielnia wydawnicza „Czytelnik” już w pierwszych latach swojej działalności bardzo dbała o swoich pracowników. Zapewniano im pracę na etacie, często także mieszkanie. Socjalne udogodnienia były częścią szerszej polityki Jerzego Borejszy, założyciela wydawnictwa i jego spiritus movens w pierwszych latach istnienia. Starał się on jak najsilniej przywiązać pracowników do swojej instytucji, stwarzając im przyjazne warunki[39]54. Jaworowscy zamieszkali w niewielkim trzydziestoparometrowym, dwupokojowym mieszkaniu, w nowoczesnym domu pod adresem Hoża 37. Tuż obok mieszkał Józef Wilkoń, który był bliskim przyjacielem rodziny. „Jurek towarzyszył mi bardzo życzliwie w moich pierwszych zmaganiach, żeby w „Czytelniku” coś tam dostać do roboty. Bo wtedy był tam Samuel Miklaszewski i jak wchodziłem to mnie takim dłuuugim powłóczystym spojrzeniem odprowadzał. Jurek widział to, współczuł mi głęboko, ale też w gruncie rzeczy ja wtedy nic nie umiałem z grafiki, z okładki”[40].

Przechowywane w archiwum wydawnictwa prace grafików odsłaniają warsztatową kuchnię projektantów. Dużej urody, barwne projekty były tworzone w różnych technikach, zazwyczaj malowane akwarelami czy temperami, bardzo często stosowano też papierowe wyklejanki. Projekty w kartonowych okienkach zawierają wskazówki plastyka i redaktora technicznego, każdy podstemplowany jest zatwierdzającą projekt pieczątką redakcji technicznej. Graficy dołączali próbki kolorów, zaznaczali, jaki typ czcionki ma zostać użyty, notowali wymiary poszczególnych elementów projektu, odległości od krawędzi etc. Logo „Czytelnika” (projekt Tomaszewskiego, zakupiony w 1945 r.), jego umiejscowienie i kolorystyka, stanowiły ważne elementy całej kompozycji. Projekty pracowni graficznej „Czytelnika” cechuje duża różnorodność, gdyż skupili się w niej twórcy o zupełnie różnych osobowościach i temperamentach. Dzięki temu propozycje plastyczne wydawnictwa cieszyły się opinią najciekawszych i najświeższych na ówczesnym rynku książkowym[41].

Liternictwo, umiejętność kaligrafii były wówczas niezbędne do pracy w wydawnictwie. Józef Wilkoń wspomina, że w tych czasach po prostu trzeba było umieć pisać. „Bardzo było dużo grafików, którzy sami rysowali czcionki. Młodożeniec był mistrzem, to był typograf pełną gębą. Wielkim mistrzem był też Janusz Stanny (często całe strony ręcznie pisanego tekstu komponował z ilustracją)”[42]. O „malowaniu literek” pisał także Młodożeniec: „Pracownia graficzna ½ etatu. Robię te wymarzone okładki. Dziś widzę jak początkowo niezdarne, krzywe, cudaczne (czasem do brzydkich treści!), setki szkiców, prób, poszukiwań, kilometry ręcznie pisanych liter. Zamówienie, termin, format, temat, to ten kierat”[43]. Być może w tej sprawności literniczej jakąś rolę odegrał profesor Tadeusz Tuszewski[44]59, prowadzący na Akademii pracownię liternictwa.

Debiutem wydawniczym Jaworowskiego było opracowanie graficzne książek Jeszcze Polska Stanisława Zielińskiego (1953) i Pieśń powszechna Pablo Nerudy (1954)[45]. Ilustracje do tych utworów są bardzo charakterystyczne dla wczesnego stylu Jaworowskiego: surowe, skubizowane twarze postaci, rysowane grubym konturem, jakby wyciosane, z typowym „picassowskim” rysunkiem oczu, nosa.

Jaworowski wraz z Wilkoniem, Młodożeńcem i Stanisławem Zamecznikiem byli grupą dobrych kolegów, a z opowieści i wspomnień wyłania się barwny obraz artystycznej cyganerii, prowadzącej intensywne życie towarzyskie. W nieco późniejszym okresie Jaworowski przyjaźnił się też z młodszym od niego o całe pokolenie Markiem Nowakowskim, który przylgnął do czytelnikowego środowiska pod koniec lat 50., gdy Młodożeniec projektował okładkę do zbioru opowiadań pisarza. „W kręgu Janka byli inni graficy. Jan Samuel Miklaszewski, Marian Stachurski, Jerzy Jaworowski, Andrzej Heidrich.

W większości byli uczniami Henryka Tomaszewskiego (…) Z nimi czułem się znacznie swobodniej niż z pisarzami. Branża bardziej rzemieślnicza. Byli bliżej zwykłego życia. Szczególnie mocno zbliżyłem się z Jurkiem Jaworowskim”[46]. Pisarz zawsze dawał Jerzemu jako pierwszemu do przeczytania swoje powieści i bardzo liczył się z jego zdaniem. Jaworowski zaprojektował okładkę do książki Nowakowskiego Zapis („Czytelnik”, 1965). Z kolei na podstawie tragikomicznej rodzinnej historii Jaworowskich o śmierci żółwia przywiezionego z Jugosławii, który wypadł z balkonu, powstało opowiadanie Nowakowskiego Śmierć żółwia (1973)[47].

Najbliższym przyjacielem Jaworowskiego a także kimś w rodzaju mentora był starszy o dziesięć lat architekt i grafik, Stanisław Zamecznik. Nie wiadomo, w którym momencie się poznali, być może zetknęli się już na Akademii, gdzie Zamecznik prowadził w roku akademickim 1949/50 wykłady z wystawiennictwa[48], a może spotkali się już w „Czytelniku”. Razem projektowali wystawę rysunków Młodożeńca w Kordegardzie w 1962 r.[49] Zamecznik często konsultował z Jaworowskim swoje makiety. Wspólnie organizowali rodzinne samochodowe wycieczki architektoniczne. Jaworowski bardzo cenił twórczość przyjaciela architekta w dziedzinie grafiki książkowej, o czym świadczą wprost fragmenty jego wypowiedzi, na przykład ta, w której domaga się szerszego, interdyscyplinarnego podejścia do ilustracji książkowej: „Ilustracja stała się u nas niesłychanie wąską specjalnością graficzną, tzn. dziewięćdziesiąt procent związanych z książką grafików pozostaje jej niewolnikami dozgonnie. Wyłączne oddawanie się tak wąskiej warsztatowo dziedzinie jest niebezpieczne. Gdzie indziej książki opracowują malarze, plastycy o szerszej skali zainteresowań i praktyki, ba, rzeźbiarze – to działa właśnie niesłychanie odświeżająco. Może tu jest właśnie przyczyna faktu, że parę dobrych książek zrobili u nas – architekci[50]. Ostatnie zdanie odnosi się najpewniej do wydawniczych hitów Zamecznika, jakimi były nowatorskie opracowania graficzne Młynka do kawy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego (1958) i Czarów i czartów polskich Juliana Tuwima (1960) dla „Czytelnika”.

Działalność projektowa Jerzego Jaworowskiego obejmowała kilka dziedzin sztuki użytkowej, plakaty, znaki graficzne, obwoluty, ilustracje i opracowania graficzne książek a nawet okazjonalnie projektowanie znaczków[51]. Mniej więcej od połowy lat 60. poświęcił się jednak wyłącznie książce i odnosił na tym polu duże sukcesy. Opracował blisko 400 pozycji, był cenionym projektantem, w wydawnictwach liczono się z jego zdaniem[52]. O swojej pracy pisał: „Właściwie chyba nie jestem ilustratorem w tym sensie, w jakim przywykło się o tym zawodzie myśleć. Zresztą, cięcie plastyki na wąskie plastry profesji zubaża ją. Do książek powinien wchodzić jak najszerzej normalny język współczesnej sztuki”[53]. Oprócz pracy w „Czytelniku”, Jaworowski tworzył także okładki i opracowania graficzne dla wielu innych wydawnictw, m.in. ISKIER, Wydawnictwa Artystycznego i Filmowego, Naszej Księgarni, PAX-u. Kilka ciekawych obwolut zaprojektował też dla Polskiego Wydawnictwa Rolniczego i Ludowego[54]. Od 1961 r. tworzył opracowania graficzne „Almanachu sceny polskiej” oraz programy teatralne („Król Roger”, 1965, „Francesca Rimini”, 1968). W latach 70. związany był szczególnie z PIW-em. W wydawnictwie kierownikiem była wówczas Jolanta Barącz, która bardzo ceniła jego twórczość. W 1973 r. został wydelegowany przez wydawnictwo do organizacji wystawy polskiej grafiki książkowej w Paryżu. Zaprojektował dla wydawnictwa okładki do serii „Teorie teatru współczesnego”, „Polska proza współczesna” (1970-76) i „Polska poezja współczesna” (1971-76) a także ilustracje do jubileuszowego wydania Baśni Hansa Christiana Andersena, wydanych przez PIW w 1975 r. Była to jego ostatnia tak duża realizacja i jednocześnie ukoronowanie jego twórczości związanej z książką. Został zaproszony do tego przedsięwzięcia jako jeden z trzech grafików, obok Janusza Stannego i Andrzeja Strumiłły[55]. Wybrał sobie tom trzeci, zawierający najmniej znane opowiadania.

Jaworowski najlepiej odnajdywał się jako ilustrator poezji[56]71. Opracował kilka poetyckich serii dla różnych wydawnictw oraz szereg pojedynczych tomików i antologii. Wróblewska nazwała go najcelniejszym ilustratorem liryki[57].. Od 1954 r. projektował dla „Czytelnika” okładki i obwoluty do serii poezji polskiej, wydanej w płóciennej oprawie, z tłoczonym i złoconym, lapidarnym wizerunkiem muzy w wieńcu laurowym, w geometrycznej, meandrującej ramce. Obwoluty zaprojektował w literniczym stylu – finezyjnie, ręcznie pisane przez grafika fragmenty wierszy poszczególnych poetów zostały kompozycyjnie powiązane z delikatnymi rysunkami, rysowane białą kreską na barwnych tłach. W serii poetyckiej ISKIER (od 1966 r.) umieścił na obwolucie lapidarne rysuneczki piórkiem i tuszem umieszczone w grubych kreskowych, przerywanych ramkach z wplecionym pomiędzy logo wydawnictwa. Z kolei malarsko potraktowane zostały niewielkich rozmiarów tomiki serii „Współczesnej poezji polskiej” PIW-u (od 1970 r.) z abstrakcyjnymi, barwnymi kompozycjami w lirycznym klimacie.

W 1958 r. opracował dla „Czytelnika” tomik poezji Marii Pawlikowskiej -Jasnorzewskiej Dancing, karnet balowy. Dwie postacie w tanecznej pozie, mężczyzna z diabelskimi rogami i kobieta w balowej masce, nakreślone szybko pewną ręką, za pomocą kilku pociągnięć pędzla temperową farbką, bezbłędnie oddają treść tomiku. Wydawniczą perełką było również opracowanie graficzne romansu pasterskiego Dafnis i Chloe Longosa (1962), który ukazał się jako jedna z pozycji serii z faunem, z przedmową Jana Parandowskiego. Obwolutę z kremowego papieru czerpanego zdobi piękna w kolorze ilustracja utrzymana w szarościach, fioletach i ciepłych brązach. Wewnątrz, lapidarne ilustracje przywołują kreskę Matisse’a. Jak pisał Wojciech Skrodzki, „W niektórych rysunkach postaci ludzkich odżywa duch klasycyzmu, tak pięknie wyrażony w cyklu ilustracji do Dafnisa i Chloe[58]73.

Praca nad książką była dla niego ogromnie ważna, zawsze dokładnie wczytywał się w maszynopisy dostarczane mu przez wydawnictwa i interpretował teksty według własnej wrażliwości. Interesował się literaturą, także tą najnowszą, stąd szczególne zaangażowanie przy projektowaniu okładek do „Współczesnej prozy światowej”, która liczyła blisko 100 pozycji. Henryk Tomaszewski pisał o nim: „W naszym użytkowym fachu zawsze jest się tragarzem i trzeba te meble nosić pod wskazane adresy. Ale on nie podlizywał się ani wydawcy, ani pisarzowi. W tym co robił, był zawsze niepodległy. Przy pracy nad literaturą włączał motor własnej refleksji, i gdzieś go ona wiodła samotnymi ścieżkami. Bardzo dużo czytał, miał całkowicie swoistą inteligencję odczytywania świata i piszącego”[59].


Przypisy

[1] Jan Leonard Jaworowski (1868–1937), pochodził z majątku Szorce-Cibarzewo, opodal miasteczka Trzcianne; lekarz powiatowy, ukończył studia medyczne na Uniwersytecie Warszawskim (dyplom w 1889 r.); Jan Jaworowski, Wspomnienia, Bloomington, Indiana 2012, s. 1-5. (maszynopis).

[2] Helena z Heybowiczów Jaworowska (1889-1945) ur. w majątku Janiszki, na północ od Sejn przy granicy litewskiej; Jan Jaworowski, Wspomnienia..., s. 2.

[3] Jan Jaworowski, Wspomnienia…, s. 19-20.

[4] Nekrolog: ś.p. dr Jan Jaworowski, „Kurier Warszawski” 1937, nr 23, s. 4.

[5] Jan Jaworowski, Wspomnienia..., s. 5-6.

[6] Ibidem, s. 9.

[7] Relacja Zygmunta Kielmela, kolegi Jerzego Jaworowskiego.

[8] Helena Jonkajtys, córka Marii i Hieronima Jonkajtysów, nauczycielki i dyrektora szkoły w Augustowie. Jonkajtysowie byli bliskimi znajomymi Jaworowskich. W 1940 r. cała rodzina została wywieziona na Syberię; Jan Jaworowski, Wspomnienia..., s. 31-33.

[9] M. Dąbrowska, Dzienniki powojenne, oprac. T. Drewnowski, „Czytelnik” 1997, s. 307-308.

[10] Słownik artystów plastyków: artyści plastycy okręgu warszawskiego ZPAP, praca zbiorowa, Warszawa 1972, s. 212-213.

[11] Rozmowy z Piotrem Jaworowskim, czerwiec-lipiec 2018 (dalej: P. Jaworowski).

[12] M. Nowakowski, Pióro. Autobiografia literacka, Warszawa 2012, s. 59.

[13] „Woronieccy pamiętali Jurka doskonale. Mieli do niego zaufanie. Syn szanowanego przed wojną lekarza społecznika. Wieczorem pod granatowym, rozgwieżdżonym niebem na zboczu nad jeziorem, przy bimbrze (…) toczyły się opowieści o małym świecie wiosek schowanych wśród jezior o poetycko brzmiących nazwach: Sajno, Sajenek, Hańcza, Studzieniczne, Gaładuś, Wigry. O okupacji sowieckiej, niemieckiej. O wywózkach ludzi do sowieckich łagrów. O niespokojnych nocach, kiedy oczekiwano na łomot w drzwi. (…) Jurek, ostatni rocznik maturalny przed 1939 rokiem, był w konspiracyjnym harcerstwie, palił mu się grunt pod nogami, trzy razy uciekał pod okupację niemiecką, trzy razy zawracali go Niemcy i za trzecim razem zajęli się nim Sowieci. Śledztwo w NKWD, więzienie w Augustowie. Powieźli transportem w tajgę pod Uralem, rąbał drzewo. (…) Po wielu latach przeczytał Inny świat Herlinga-Grudzińskiego, i odkrył, że był w tym samym kompleksie łagrów, co pisarz. Jercewo! Był bardzo poruszony. (…) Któregoś dnia wyjątkowej niepogody snuliśmy się z Jurkiem Jaworowskim po uliczkach Augustowa. Pokazywał znajome miejsca. Budynek gimnazjum. Dawny dom rodzinny. Nagle twarz mu się ściągnęła. Wskazał parterowy drewniak z werandą, sielski, zadbany z gontowym dachem, w głębi podwórza zabudowania gospodarcze. Tu mieszkał człowiek znany z pierwszego roku panowania Sowietów. Zrobił wiele złego kolegom, sąsiadom. Po wojnie służył miejscowej bezpiece (…) – Chodziłem z nim do jednej klasy w gimnazjum – zamyślił się Jurek – nie wiadomo, czy nadal tu mieszka... Może to on wydał go Ruskim i skazał na długie lata pobytu w tajdze? Nic więcej Jurek nie powiedział (…)”, M. Nowakowski, op.cit., s. 123-126.

[14] Brat, Jan Jaworowski, wyemigrował z Polski w 1963 r., mieszkał w Stanach Zjednoczonych i wykładał na uniwersytecie w Bloomington w stanie Indiana (P. Jaworowski).

[15] J. M. Szancer, Teatr cudów, Warszawa 2016 , s. 73.

[16] Ibidem, s. 73-74.

[17] D. Wróblewska, Szancerowskie książki, w: „Rocznik Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie” 1974, nr 4, s. 90.

[18] Przez dwadzieścia lat Jan Marcin Szancer był wychowawcą młodzieży artystycznej w pracowni ilustracji i książki warszawskiej ASP. Przedłużeniem tej funkcji była jego druga rola – kierownika artystycznego Biura Wydawniczego Ruch, które jako młody i zachłanny edytor anektowało sobie wszystkie nowe gwiazdy polskiej grafiki książkowej, gwiazdy – trzeba to przyznać – zapalone wcześniej nie bez pomocy profesora Szancera na Krakowskim Przedmieściu; D. Wróblewska, Szancerowskie książki…, s. 91.

[19] https://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/1079392,Jan-Marcin-Szancer-odkad-pamietam-malowalem; „Pierwszym więc moim zadaniem było przyciągnięcie do swej pracy młodych, zdolnych grafików. Było mi to zresztą na rękę, bo mogłem teraz moją pracę pedagogiczną połączyć z ćwiczeniem i realnymi zadaniami, w które wprowadzałem moich uczniów i absolwentów. Po roku mojej działalności, kiedy zaczęto przebąkiwać o możliwości likwidacji takiej wydawniczej partyzantki, urządziliśmy w lokalu ZPAP wystawę projektów ilustracji do zaplanowanych książek. To posunięcie okazało się taktycznie słuszne, co więcej, weszło w tradycję i rokrocznie „Ruch” urządzał bardzo interesujące wystawy grafiki dla dzieci”, J. M. Szancer, op. cit., s. 146.

[20] J. M. Szancer, op. cit., s. 146.

[21] W. Włodarczyk, Akademia Sztuk Pięknych w latach 1944-2004, Warszawa 2005, s. 171-172.

[22] „Jubileuszowe wydanie Trylogii zaopatrzono w dosyć niezwykłą oprawę graficzną. Uważaliśmy, że Czytelnik chętniej spojrzy na oryginalne, siedemnastowieczne ilustracje lub ich fragmenty niż na kompozycje XX-wiecznych artystów Ten ambitny zamiar Wydawnictwa napotkał jednak na wiele trudności (…) Jedynie w wypadku Potopu, gdzie zachowały się świetne ryciny Erika Dahlberga, reprodukowane w dziele Samuela Pufendorfa: De rebus a Carolo Gustavo Sueciae rege gestis…, można było dać ilustracje bezpośrednio związane z historyczną fabułą książki. Inne ilustracje, wszystkie pochodzące z XVII wieku, stanowią plon dość długich poszukiwań. Większość z nich to fragmenty rycin zamieszczonych w wielu tomach Theatrum Europaeum, dzieł Freytaga: Architectura militaris…, a także kilkunastu mniej istotnych, obcych drukach. Niezwykle cennym materiałem okazały się akwaforty Stefano Della Belli z jego Wjazdu wspaniałego… oraz kilka rycin znajdujących się w Muzeum Narodowym. Także wszystkie mapy zamieszczone w tym wydaniu Trylogii, pochodzą z XVII wieku bądź są oparte na pierwowzorach z tego czasu”, nota redakcyjna w: H. Sienkiewicz, Pan Wołodyjowski, Warszawa 1966, s. 549.

[23] Ibidem, s. 2. 39

[24] „Miedzioryty Puffendorfa-Dahlberga i innych rysowników-grafików owej epoki, towarzyszących wodzom na polach bitew, w pochodach, chwytających na żywo oglądane krajobrazy, egzotykę nieznanych miejsc i ludzi, stały się pretekstem do własnej wypowiedzi artysty, którego język plastyczny, podobnie jak język literacki Sienkiewicza, obficie czerpał z materiału historycznego”, T.G.K., op.cit., s. 131-132.

[25] A. Szewczyk, Pracownia plakatu, w: Henryk Tomaszewski, red. A. Szewczyk, Warszawa 2014, s. 298.

[26] Ibidem, s. 298- 299.

[27] Ibidem, s. 300.

[28] H. Tomaszewski, w: Jerzy Jaworowski 1919-1975. Rysunek i grafika książkowa…

[29] Andrzej Heidrich, twórca banknotów, wywiad: T. Torańska, Warszawa 2011, s. 34.

[30] P. Jaworowski.

[31] A. Wincenjusz-Patyna, op. cit., s. 44-45.

[32] J. Olkiewicz, Blaski i Braki okładek, „Projekt” 1957, t. 2, nr 6, s. 26-29.

[33] A. Wincenjusz-Patyna, op. cit., s. 45.

[34] Andrzej Heidrich…, s. 30.

[35] J. S. Miklaszewski (1907-1982) w latach 1933-39 studiował na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Po wojnie, do 1950 r. pracował w Państwowym Liceum Technik Plastycznych Antoniego Kenara w Zakopanem, gdzie prowadził zajęcia z rysunku oraz kompozycji z liternictwem. W latach 1950-60 kierował pracownią graficzną a następnie był konsultantem do spraw artystycznych i graficznych Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik”. Był też członkiem komisji ocen graficznych w Ministerstwie Kultury i Sztuki (H. Kenarowa, Od zakopiańskiej Szkoły Przemysły Drzewnego do Szkoły Kenara, 1978, s. 234; Polskie życie artystyczne w latach 1945-1960, red. A. Wojciechowski, Wrocław 1992; Jan Samuel Miklaszewski, wystawa rysunku, Galeria Kordegarda, 10.03-1.04.1979, Waszawa 1979, s. 1).

[36] Andrzej Heidrich, twórca banknotów..., s. 34.

[37] M. Smolak, Andrzej Heidrich, malarz polskich banknotów, Wrocław 2016, s. 10.

[38] Pułkownik Foster przyznaje się do winy (1952), Wyścig Pokoju, (1954), W pogoni za żółtą koszulką (1954) (T. Kowalski, Jerzy Jaworowski, „Wiadomości Filmowe”, 13.07.1958) oraz Wesołe Kumoszki z Windsoru (1951).

[39] E. Krasucki, Międzynarodowy komunista. Jerzy Borejsza. Biografia polityczna, Warszawa 2009, s. 194-195.

[40] Rozmowa z Józefem Wilkoniem z dn. 12.03.2019 (dalej: J. Wilkoń).

[41] „Młodożeniec jest bezsprzecznie najciekawszą indywidualnością w tej dyscyplinie. Jego okładki są inteligentne – posiadają ładunek dowcipu plastycznego i co jest może jeszcze bardziej ważne: są plastycznie drapieżne. Od plakatu różni ją jednak kameralność (...) Plastyczny dowcip plakatu to dowcip czytelny z daleka, dowcip hałaśliwy. Okładka jest bardziej intymna, skondensowana i to nie tylko dosłownie, w sensie formalnym”. „Marian Stachurski jest bez porównania bardziej opanowany od Młodożeńca. Jego dekoracyjne, kolorowe okładki są zbudowane statycznie, ich symbolika jest umiarkowana“, „Jerzy Jaworowski jest dość różnorodny. Od dobrych okładek literniczych (Rodzina Thibault) aż do swobodnych, udanych kompozycji (Opowiadanie fantastyczne Wellsa) – pozbawiony jest jakiejś specjalnej maniery, stara się zagadnienie okładki w zależności od charakteru książki rozwiązać możliwie niekonwencjonalnie. Kolor dawkuje ostrożnie, unika zbytniego efekciarstwa czy przesadnego rozmachu”, J. Olkiewicz, op.cit., s. 29.

[42] J. Wilkoń.

[43] Z. Schubert, Jan Młodożeniec, Warszawa 2000, s. 111.

[44] Tuszewski był przede wszystkim konserwatorem papieru, uczniem i następcą Bonawentury Lenarta, założyciela katedry konserwacji starych druków i grafiki na ASP. Zajmował się także liternictwem, grafiką użytkową, ekslibrisem, pracował w technice drzeworytu. Przed wojną był asystentem w Pracowni Liternictwa, po wojnie zorganizował pracownię na nowo. T. Polak, Profesor Tadeusz Tuszewski – pedagog, konserwator i artysta, w: Tadeusz Tuszewski. Grafika. Rysunek. Konserwacja dzieł sztuki, kat. wystawy 20.10 – 30.10.1987, Biblioteka Narodowa, pałac Krasińskich 3/5.

[45] T. Kłosiewicz, Jerzy Jaworowski 1919-1975, „Nowe Książki” 1975, nr 13, s. 79.

[46] M. Nowakowski, Pióro. Autobiografia literacka, Warszawa 2012, s. 59.

[47] Na podstawie utworu powstał także film A. Kotkowskiego Żółw (1973).

[48] W. Włodarczyk, op.cit., s. 265.

[49] „To pewnie Staszek wymyślał, że z rysunków ułożył obok siebie taką mozaikę, chyba wymyślili, że szpilkami do czegoś, ja potem to powtórzyłem w Zachęcie, no bo to nic piękniejszego. To do Janka bardzo pasowało, bo on tych próbek kolorów miał tysiące. Ja kupiłem chyba z kilkadziesiąt takich próbek, był to tak cudowny kolorysta! I akwarelkami i temperami, jak on to mieszał... Urodzony malarz” (J. Wilkoń).

[50] Z zagadnień grafiki książkowej..., s. 6.

[51] W 1964 r. Jaworowski miał ciekawy epizod filatelistyczny. Zaprojektował znaczki żeglarskich Mistrzostwa Świata w klasie Finn, Szybowcowych Mistrzostwa Świata, Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej oraz duży, okolicznościowy znaczek na Olimpiadę w Tokio. W 1965 r. za żeglarską serię ośmiu znaczków przedstawiających różne rodzaje jachtów otrzymał III nagrodę w konkursie na najpiękniejszy znaczek pocztowy roku według londyńskiego pisma „Philatelic Magazine” Wiąże się z tym pewna historia, bowiem jeden z tych nagrodzonych projektów został potem bezprawnie wykorzystany na zachodzie w kampanii reklamowej firmy Shell i gdyby nie brat, który dużo podróżował po Europie i zobaczył gdzieś billboard ze znajomym projektem, to Jerzy zapewne nie dowiedziałby się o tym. Udało się uzyskać minimalne odszkodowanie, które Jaworowscy przeznaczyli na zagraniczne podróże: do Francji, Włoch i Hiszpanii.

[52] „Praca ostatnio dobrze mi idzie to znaczy zaczynam zbierać owoce poprzednich lat. Jestem tu już bardzo znaczny i wszędzie skaczą nade mną. Zamówienia dostaje czasem bezpośrednio od samych dyrektorów wydawnictw, którzy mnie zapraszają do siebie”. (list do Jana Jaworowskiego, niedatowany).

[53] Jerzy Jaworowski, w: Wernisaż wystawy rysunków Jerzego Jaworowskiego, P.P. DESA, Galeria Sztuki Współczesnej „Zapiecek”, 2.10.1975, Warszawa 1975.

[54] W latach 1968-1989 naczelnym grafikiem była Danuta Żukowska, która dbała o dobry poziom estetyczny wydawnictwa. Badania radiacyjne w rolnictwie, 1969; Wirusy a istota życia, 1969; Hematologia weterynaryjna, 1973.

[55] Państwowy Instytut Wydawniczy podjął kolejną rocznicową edycję o cechach całościowych (…) Tym razem otrzymujemy tryptyk Baśni Hansa Christiana Andersena, rzecz ukazuje się w stulecie śmierci wielkiego poety – z wyjątkowo minimalnym jak na nasze obyczaje poślizgiem, zaledwie półrocznym. (…) Ilustracje trzech powyższych tomów powierzono trzem doskonałym plastykom, ciekawie zestawionym jako różne, a jednak silne indywidualności. Janusz Stanny, Jerzy Jaworowski (który nie dożył ukazania się edycji) i Andrzej Strumiłło, oto intrygujący triumwirat artystów, wiodących – każdy po swojemu i każdy wirtuozowsko – swoje własne „wariacje na temat Hansa Christiana”, S. Kobyliński, Andersen i inni, „Nowe Książki” 1976, nr 3, s. 1.

[56] „Najchętniej wybieram do opracowywania poezję, pewnie dlatego, że zostawia mi największy margines swobody interpretacyjnej, daje przeżycie. Niestety przyjemność tego typu staje się coraz rzadsza, bo tomikom poetyckim odmawia się luksusu komponowania układów graficznych i oszczędza jak może na ich szacie”. Z zagadnień grafiki książkowej…, s. 6.

[57] Jerzy Jaworowski 1919-1975. Rysunek i grafika książkowa

[58] W. Skrodzki, op. cit., s. 136.

[59] H. Tomaszewski, w: Jerzy Jaworowski 1919-1975. Rysunek i grafika książkowa…

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Tłumaczenie “Księgi pamięci Żydów augustowskich” – zakończenie zbiórki z końcem roku

Tłumaczenie "Księgi pamięci Żydów Augustowskich" jest mocno zaawansowane i według planów powinno się zakończyć na początku stycznia przyszłego roku. Wciąż zbieramy fundusze dla tłumaczy, ale proces ten planujemy zakończyć z końcem roku. Najbliższe dwa tygodnie będą więc ostatnią szansą, aby nas wesprzeć oraz aby za określone typy wsparcia otrzymać album o roboczej nazwie "Unikalny Augustów". Pamiętajmy - ta pozycja będzie dostępna tylko dla wspierających!

W albumie tym znajdzie się między innymi mnóstwo rzadko spotykanych zdjęć wykonanych przez Judela Rotsztejna. Rotsztejn zasłynął zdjęciami przedstawiającymi piękno Augustowa i okolic. Zdjęcia te były chętnie publikowane w ogólnokrajowych gazetach wydawanych w okresie międzywojennym, dzięki czemu Augustów stał się miejscem rozpoznawalnym turystycznie i uznawanym za jedno z najpiękniejszych miejsc w Rzeczpospolitej.

Po wkroczeniu wojsk niemieckich Judel Rotsztejn trafił do getta na Barakach, tak jak ponad tysiąc innych osób pochodzenia żydowskiego. Dnia 2 listopada 1942 roku getto zlikwidowano, a wszystkich jego mieszkańców wywieziono do obozów koncentracyjnych. Tu ślad po Judelu Rotsztejnie urywa się. Nie ma nagrobka, nie ma pamiątkowej tablicy, nie ma miejsca, w którym można by mu oddać cześć za to, co dla Augustowa zrobił. Zostały po nim tylko piękne zdjęcia. Niewielką część z nich, pokazującą augustowskie jeziora, znajdziemy w tej galerii. Więcej znajdzie się w albumie "Unikalny Augustów". Pamiętajmy: tylko do końca roku można go zamówić wspierając projekt tłumaczenia następującymi nagrodami:

 
Opublikowano 2 komentarzy

Emigracja wsi podlaskich w latach 1885-1920 na przykładzie wsi Jagłowo

Imigracja Polaków do USA

Budując drzewo genealogiczne rodziny Siemion, a dalej rozbudowując je na prawie wszystkie rodziny zamieszkujące rodzinną wieś moich dziadków, zauważyłem, że duża część mieszkańców gdzieś znika. Wiedziałem oczywiście, że obaj dziadkowie byli i pracowali przez jakiś czas w USA ale nie mówiło się o tym zbyt dużo w domach rodzinnych. Po bardziej wnikliwej analizie na podstawie tylko jednej wsi zdałem dopiero sobie sprawę ze skali problemu. Dodatkowo pogłębiłem wiedzę dzięki przeczytanym w ostatnim czasie książkom. Pierwsza to Dariusza Terleckiego pt. „ Po dolary i wolność”, Małgorzaty Szejnert pt. „ Wyspa klucz” i Adama Leszczyńskiego pt. „ Ludowa historia Polski”. Polecam je wszystkim. Ważne były także dwie wizyty w USA i zwiedzanie muzeum emigracji na Ellis Island i Muzeum Emigracji w Gdyni. Oglądając eksponaty w muzeach można dopiero zrozumieć skalę problemów jakie przeżywali nasi przodkowie decydując się na tak daleką podróż. Ciekawiło mnie jak sobie dawali radę, jak ten proces imigracji milionów ludzi był zorganizowany.

W skrócie spróbuję opisać i wyjaśnić, ograniczając się do aspektów związanych z samą podróżą. Mam nadzieję, że artykuł ten w jakimś stopniu pokaże odwagę podlaskich emigrantów i odpowie na pytanie „Jak oni dali sobie radę?”

Dlaczego imigrowali?

W tym miejscu należy zadać sobie pytanie skąd była u nich taka desperacja by wyjechać, by opuścić rodzinne wsie. Przecież wcześniej nikt z nich nie podróżował poza obręb najbliższych stron. Z opowieści dziadka pamiętam, że jedyne wyjazdy, to było najbliższe miasteczko z czwartkowym targiem w Suchowoli. Jeden raz dziadek był w Grodnie załatwiając jakąś sprawę w urzędzie.

Statua Wolności witała imigrantów
Statua Wolności witała imigrantów

Główne powody emigracji to:

  • Gigantyczne przeludnienie wsi
  • Brak wolnej ziemi
  • Brak pracy w mieście
  • Unikanie służby w carskiej armii
  • System społeczny

Na wsi znajdujemy podział chłopów w zależności od posiadanego majątku ziemskiego na gospodarzy (kmieci); połowników; zagrodników; chałupników i komorników lub kątników. Ci dwaj ostatni nie mieli ziemi. O czym świadczą wpisy w znanych mi metrykach parafii Suchowola czy Jamin. Rodziny były wielodzietne. Posłużę się przykładem moich przodków. Pradziadek Wojciech miał czterech synów i trzy córki, był jeszcze brat wzięty do armii carskiej i dwie siostry. Dziadek jako najstarszy syn wyjeżdża do USA w 1898, wraca w 1907 roku. Przywozi pieniądze ale na rynku ziemi brak.

Podział gospodarstwa to bieda i głód. Wszystkich trzech braci wysyła do USA. Siostry wydaje za mąż, wspomagając zakup ziemi. Położenie chłopów w dobrach królewskich nie różniło się bardzo od położenia chłopów w majątkach prywatnych. Istotną zmianę w położeniu chłopów na terenach Podlasia było ogłoszenie przez carat 16 maja 1861 roku zniesienia pańszczyzny i przeprowadzenie oczynszowania z dniem 1 października. Następnie ukazy z 1864 roku wprowadziły uwłaszczenie pełne i natychmiastowe, za odszkodowaniem. Pozostawiono służebność, czyli prawo do korzystania z pastwisk i lasów. Wprowadzono zebrania wioskowe, oraz obieralnych sołtysów i wójtów. Car nadał ziemię także służbie folwarcznej i zagrodnikom. Wzrosła wydajność gospodarstw, chłop mógł produkować wreszcie dla swojej rodziny.

Ale jak podaje Dariusz Terlecki w książce „Po dolary i wolność”, po uwłaszczeniu chłopów w zaborze rosyjskim większość powstałych gospodarstw nie była samowystarczalna. Te karłowate, do dwu hektarów i małorolne, do pięciu hektarów, stanowiły w 1904 roku 64% ogólnej liczby gospodarstw rolnych. Jednocześnie zajmując tylko 16% areału. Na podstawie danych z książki Wiesław Cabana „ Służba rekrutów z Królestwa Polskiego w armii Carskiej w latach 1831-1873″ podaję kilka podstawowych informacji na temat służby w armii carskiej…

Zgodnie z ustawą z 1831 roku były trzy kategorie poboru – zwyczajny, zwiększony i nadzwyczajny. Pobór zwyczajny wtedy gdy wcielano do armii 6 osób na 1000 dusz męskich, zwiększony 7-10 osób i nadzwyczajny gdy wcielano więcej niż 10 osób. Były lata kiedy poboru nie było lub rezygnowano z niego na pewnym obszarze. Tak było na przykład w 1863 roku, kiedy przeprowadzono pobór zwiększony do 10 osób na 1000 dusz tylko w guberniach wschodnich. Z poboru wyłączono gubernie zachodnie carstwa czyli tzw. Ziemie Zabrane bo nie chciano włączać do armii mieszkających tam Polaków, a powodem było powstanie styczniowe. Służbie wojskowej podlegali młodzi ludzie w wieku 20-25 lat.

Cały ciężar służby spoczywał na chłopach. Dla przykładu w 1868 roku wcielono do armii 84060 osób z tego aż 76853 tj. 91,4% stanowili chłopi. Statystycznie z Królestwa Polskiego wcielano 7900 osób, co stanowiło 10% rocznego kontyngentu. Podlasie było traktowane jako ziemie zabrane przez carat. Obowiązywał więc pobór do armii carskiej tak jak w całej Rosji. Był on większy jak w Królestwie Polskim. Szczególnie uciążliwa służba w armii carskiej trwała 20-25 lat, często na dalekowschodnich granicach imperium, była uważana za gorszą od zesłania na katorgę.

Imigracja Polaków do USA. Imigranci z Jagłowa.

Zgodnie z zapisem Adama Leszczyńskiego w „Ludowej historii Polski”

„Masowa emigracja z ziem polskich zaczęła się po wojnie francusko-pruskiej (1870)… .W latach 1881-1890 emigracja pochłonęła w zaborze pruskim prawie cały, bardzo wysoki wówczas przyrost naturalny. W połowie lat 70 XIX wieku masowa emigracja ruszyła z ziem Królestwa Polskiego… trzecia fala emigracji ruszyła od lat 90-tych XIX wieku z Galicji… .W sumie wg. szacunków tylko w dekadzie poprzedzającej pierwszą wojnę światową z ziem polskich i kresów wyjechało ponad milion etnicznych Polaków. W tym trzy czwarte do USA. Aż 80% emigrantów stanowili chłopi. I tak np. z guberni łomżyńskiej wyjechało 36 osób na 10 tysięcy mieszkańców.

Według Dariusza Terleckiego „Po dolary i wolność” od 1860 do 1900 roku w każdym dziesięcioleciu wyjeżdżało z terenów polskich od 120 do 342 tysięcy osób. W ostatnich trzech latach przed wybuchem I wojny światowej po 150 tys. rocznie. Wskaźnik reemigracji wynosił 10-15 %. Wyjeżdżali ludzie młodzi, 82% z nich to osoby w wieku 14-44 lat.

Proszę sobie wyobrazić, że wg moich danych z Jagłowa w latach 1885-1915 wyemigrowało min. 60 mieszkańców. Wieś liczyła w 1909 roku około 290 mieszkańców tj. ok. 20 %. Dlatego liczba mieszkańców Jagłowa w roku 1926 była mniejsza niż w 1909.

Pierwsze odnalezione w archiwach wyjazdy z Jagłowa do USA.

  • Adam Siemion ur. ok. 1866 r. syn Jana. Przybycie do NY 1885 rok. Statek Polaria.
  • Wincenty Gudel ur. 29 list. 1857 r. syn Wincentego Stanisława. Przybycie do NY w 1885 r. Statek Polaria.
  • Wincenty Mojżuk ur. ok. 1865 r. syn Wincentego. Przybycie do Baltimore USA 24.10.1887 r. Statek Herman.
  • Wincenty Mojżuk ur. 16.08.1864 r. Syn Ignacego. Przybycie do USA w 1888 r. Statek Schiedam.
Fragment zapisu manifestu  imigrantów z Jagłowa
Fragment zapisu manifestu imigrantów z Jagłowa

Przetarcie szlaków i sukces ogłoszony w listach do rodziny i znajomych powodował kolejne wyjazdy. Imigranci słali zaproszenia swoim sąsiadom, krewnym wykupywali szyfkarty, bilety, polecali linie oceaniczne lub statki. Widoczne jest to w zapisach na kolejnych manifestach. Często nowi mieszkali razem z wcześniejszymi emigrantami. Nazywano to „boarding” czyli przyjęcie pod swój dach współlokatora. Ułatwiali nowym start w Ameryce pomagając im znaleźć zatrudnienie i mieszkanie.

Rząd carski nie chciał by rodziny poddanych, którzy wyemigrowali z polskiej ziemi pod zaborem rosyjskim, dostawały szyfkarty. Emigracja siły roboczej, a w szczególności wyjazdy mężczyzn w wieku poborowym była bardzo duża, dlatego bardzo często cała korespondencja była cenzurowana i w większości zatrzymywana. Te działania miały często tragiczne zakończenie, bo powodowały między nadawcami i adresatami konflikt i zerwanie korespondencji.

Agenci imigracyjni. Organizacja wyjazdów

Emigranci to byli ludzie odważni, przedsiębiorczy, sprytni. Byli to najbardziej aktywni, głównie młodzi mężczyźni. Po roku 1907, 80% emigrantów pochodzi z Europy Wschodniej i Południowej. Bieda była głównym bodźcem wypędzającym ich z własnego kraju. Ale nie znali języka, wcześniej poruszali się tylko w obrębie swoich miejsc zamieszkania. Z drugiej strony państwa zamorskie były zainteresowane imigrantami, czekał na nich duży rynek pracy w błyskawicznie rosnącym przemyśle. Stany Zjednoczone potrzebowały ludzi do zagospodarowania ciągle rozrastającego swego terytorium. Sprzyjał im rozwój kolei żelaznej, wzrost liczby linii żeglugowych, wymiana żaglowców na okręty zabierające często ponad tysiąc emigrantów, napędzane silnikami parowymi. Spadły znacząco koszty podróży.

Największe linie okrętowe to angielska kompania żeglugowa White Star Line, niemieckie Hamburg America Line (HAPAG) i Norddeutscher Llyod. Werbunkiem klientów dla przewoźników zajmowały się agencje, w naszym obszarze najaktywniejszą była bremeńska agencja Friedricha Misslera. Jej biura rozmieszczone po całym kraju zatrudniały setki agentów imigracyjnych.

Reklama prasowa linii żeglugowej
Reklama prasowa linii żeglugowej
Bilet na statek
Bilet na statek

Agenci emigracyjni werbowali ludzi do wyjazdu, załatwiali wszelkie formalności związane z podróżą, pomagali w zdobyciu potrzebnych dokumentów. Niestety często oszukiwali i dokumenty były fałszywe. Podstawowy dokument to tzw. z niemieckiego szyfkarta (przepustka do wyśnionej Ameryki ). Były dwa sposoby jego uzyskania. Pierwszy to przysłanie przez krewnego lub znajomego z Ameryki. Niestety często ginął, bo konfiskowała go carska cenzura, ginęły też pieniądze na podróż i wskazówki jak wyjechać, jak bezpiecznie się zachować. W sytuacji problemów z komunikowaniem się w tamtych czasach prowadziło często do zerwania więzi rodzinnych.

Szyfkarta
Szyfkarta

Drugi sposób to wypełnienie otrzymanego z biura emigracyjnego druku zgłoszenia i wysłanie go wraz z zadatkiem. W odpowiedzi potencjalny emigrant otrzymywał instrukcję zawierającą informacje na temat podróży i musiał wtedy wybrać termin wyjazdu. Biuro dokonywało rezerwacji miejsca na konkretnym statku i przysyłało tymczasową szyfkartę. Dokument ten był ważny na okres 6-12 miesięcy. W porcie z którego wypływał wpłacał resztę należności i wymieniał na właściwą szyfkartę. W każdym z tych sposobów konieczna była znajomość czytania i pisania, wielu musiało prosić o to najczęściej miejscowego proboszcza.

Kolorowa kartka wręczana emigrantom
Kolorowa kartka wręczana emigrantom

Wraz z tymczasowym biletem okrętowym podróżny otrzymywał kolorowe kartki. Wsiadając do pociągu na stacji początkowej, przy przesiadce, jak tez na peronie w mieście portowym, musiał je trzymać wysoko nad głową, by pracownicy agencji emigracyjnej rozpoznali swoich klientów i skierowali ich do właściwego celu. Każdy z nich musiał obowiązkowo mieć wydany przez władze miejscowe paszport i wszyscy brali metryki urodzenia od swego proboszcza.

Koszty szyfkarty to od 59 do 70 złotych reńskich tj. 24-30 dolarów. Do tego podatek emigracyjny ok. 7 dolarów. Średnio bilet kolejowy kosztował w Prusach ok. 18 marek tj. ok. 4 dolary. Koszt całej podróży do Ameryki, nawet przy słabej płacy w fabryce zwracały się po miesiącu pracy. Prędkości pociągów to 30-60 km/h, podróż pociągiem trwała ok. 2 doby. Oczywiste, że naszych emigrantów stać było na podróż pociągiem tylko w trzeciej klasie. W tym czasie w Prusach składy kolejowe nawet w trzeciej klasie miały wagony wyposażone w toalety, gazowe oświetlenie i ogrzewanie parowe. Ławy w wagonach były najczęściej dookoła ścian. Siedzieli więc na swoich kufrach czy tobołach. W przypadku przejazdów przez okupowane przez Rosję terytoria groziły częste kontrole żandarmów carskich, którzy poszukiwali rekrutów próbujących uniknąć długoletniej służby w armii carskiej. Podróż statkiem Brema New York ok. 10 dni. Posiłek na czas podróży pociągiem w ramach własnych zasobów. W porcie często w ramach bonusu, w oczekiwaniu na statek płaciły linie okrętowe. Na statku pożywienie było w ramach biletu.

Bilet kolejowy
Bilet kolejowy

Emigranci z Jagłowa byli w szczególnej sytuacji. Wieś położona w północno – zachodniej części guberni grodzieńskiej. Na południowym brzegu Biebrzy, która była rzeką graniczną z Prusami. Z opowiadań dziadka Jana pamiętam, że przemyt był ważnym elementem dochodu rodzin tam zamieszkujących. Można więc wnosić, że wielu przekraczało granice nielegalnie i dopiero z Prus organizowało wyjazd do Ameryki. Wyjeżdżali głównie z Bremy i Hamburga, to 65% portów wyjazdowych. Pozostałe to Liverpool, Rotterdam i Amsterdam. Porty docelowe w USA to w ok. 70% New York, 25 % Philadelphia i 5% Baltimore, ale płynęli także poprzez Kanadę do portów w Quebecku czy Halifaxie. Znakomita większość osiedliła się w Pensylwanii, New Jersey ,Michigan i Illinois.

Zaokrętowanie. Warunki podróży

Okres liberalnej polityki emigracyjnej skończył się w Stanach Zjednoczonych w 1882 roku, kiedy to zabroniono przyjazdu do USA chorym psychicznie, przestępcom kryminalnym oraz stanowiącym zagrożenie dla porządku prawnego państwa. Wprowadzono także podatek imigracyjny tzw. „head tax” w wysokości 0,5 dolara za każdego emigranta. Rósł on stopniowo i tak np. w roku 1907 osiągnął 7 dolarów. Następnie wprowadzono tzw. „Foran Act” – zabraniał on wstępu do USA robotnikom wykwalifikowanym, którzy jeszcze przed wyruszeniem do Stanów podpisali kontrakty o pracę. Od 1891 roku zobowiązano kapitanów statków do sporządzania jeszcze na pokładzie szczegółowego zestawienia danych wszystkich pasażerów, a oficerowie imigracyjni w amerykańskich portach na jego podstawie mieli decydować o wpuszczeniu emigranta do Stanów lub odesłania go do domu. Kosztem powrotnej podróży był obciążony armator przewożący emigranta. Te spisy były nazwane „manifest”.

Wypełniony manifest
Wypełniony manifest

Dlatego też w porcie wyjścia czekała na naszych emigrantów pierwsza kontrola. Nie mogły wejść na pokład także osoby chore, żebracy, karane sądownie, niezamężne kobiety w ciąży, osoby powyżej 60 roku życia z wyjątkiem głów rodzin.

Wejście na okręt stanowiło szok dla naszych emigrantów. Transatlantyk to był statek wielopokładowy. Liczba pokładów dochodziła do dziesięciu. Na szczycie kabina nawigacyjna, niżej pierwsze luksusowe pokłady dla najbogatszych pasażerów. Potem górny pokład spacerowy, dalej dolny pokład spacerowy i kabiny pierwszej klasy. Klasa średnia podróżowała niżej w kabinach drugiej klasy, były już one wyposażone w piętrowe łóżka a ich wygląd był funkcjonalny. Na tym poziomie były też bagażownie pierwszej i drugiej klasy a także kuchnie.

Kolejne niższe piętro, już poniżej linii wody tzw. międzypokład był dla najbiedniejszych pasażerów trzeciej klasy oraz stewardów i reszty załogi. W manifestach określany jako „Steerage”. Wystrój pomieszczeń był spartański, jadalnia to zwykła stołówka. Wielo osobowe kajuty z trzypiętrowymi metalowymi łóżkami, najczęściej wilgotne sienniki i brudne koce. Latem nagrzane, zimą zimne. Prysznic zbiorowy, toalety wspólne. Ścisk , brud , zaduch.

Emigranci z trzeciej klasy musieli być obowiązkowo zaszczepieni przeciw ospie i codziennie badani przez lekarza. Każdy dostawał przy zaokrętowaniu kartonik z ponumerowanymi dniami podróży, każdy dzień badania musiał być na nim odnotowany. Posiłki były stale takie same, stanowiły często przyczynę choroby. Był to głównie chleb, kartofle w łupinach i ryby. Wspomagali się własnym jedzeniem zabranym zgodnie z radami w listach, a więc sucharami, wędzoną kiełbasą, wędzoną słoniną, cebulą, suszonym mięsem i cukrem. Ciała zmarłych pasażerów były wrzucane do morza.

Pasażerowie trzeciej klasy byli często szykanowani. Zmuszano ich do prostych prac. Częste były wymuszenia czy okradanie. Niestety najgorsze warunki były na statkach niemieckich. Niektórzy emigranci pisali w listach do rodziny, że podróż statkiem to jak przejście przez czyściec, inni przez piekło.

Jakimi statkami pływali emigranci z Jagłowa do wyśnionej Ameryki?

Poniżej ich nazwy:

Polaria; Schiedam; Herman; Graff Waldersee; Pretoria; Albano; Koln; Scandia – 1400 pasażerów 3-ciej klasy; Branderburg; Waesland; Etruria – 900; Grosser Kufurst; Blucher; Rotterdam; Nieuw Amsterdam; Cleveland; Friedrich der Grosse; Generall Strugis; Barbarossa; Vaderland; Merion; Lord Clive; Belgenland; Pensylvania; Rhynland; Karlsuhe; Fulda; Noordam; Arcadia.

SS  Friedrich Der Grosse przewożący emigrantów do USA
SS Friedrich Der Grosse przewożący emigrantów do USA

Dokąd przybywali

Pierwsza stacja mieściła się na południowym cyplu Manhatanu zwanym Battery, w stacji imigracyjnej Castle Garden. Oficjalnie była nią od 1855 roku dla stanu Nowy York, a więc przyjmowała większość emigrantów do USA.

Stacja emigracyjna Castle Garden na południowym Cyplu Manhattanu zwanym Battery
Stacja emigracyjna Castle Garden na południowym Cyplu Manhattanu zwanym Battery

Odprawa w Castle Garden była piekłem dla emigrantów. Bałagan, poniżanie, nie przestrzeganie prawa, wokół oszuści złodzieje i handlarze żywym towarem. Została zamknięta w 1890 r. Na czas budowy nowej stacji odprawy odbywały się w Barge Office (Urząd Bankowy) była to odprawa jeszcze bardziej niewygodna i kłopotliwa.

Jak pisała amerykańska prasa nowa stacja imigracyjna musi być nowoczesna i wygodna, ale też odcięta od ulic miasta, gdzie natychmiast rzucają się na imigrantów oszuści, złodzieje i handlarze żywym towarem. Powinien też ją kontrolować rząd federalny. Zdecydowano o budowie nowej stacji na wyspie Ellis Island.

Nowa stacja imigracyjna na Ellis Island
Nowa stacja imigracyjna na Ellis Island

Nowa stacja na Ellis Island rozpoczyna pracę 1 stycznia 1892 r. Utworzono nową posadę komisarza imigracyjnego portu Nowy Jork z kwaterą główną na Ellis Island. Pierwszym rozładowanym statkiem jest parowiec Nevada.

Budynek był przestronny 122 m długości i 45 m szerokości. Posiadał centralne ogrzewanie parowe, zelektryfikowany, z nowoczesnymi sanitariatami. Stacja może przyjąć nawet 10 tys. emigrantów dziennie. Jest wykonana z drewna, dawała komfort i bezpieczeństwo. Budynek przypomina raczej nadmorskie kasyno niż stację kontrolną dla biednych imigrantów. Co bardzo charakterystyczne, na stacji imigranci czują swojski zapach lasu i domu. Z sosnowego odżywiczonego drewna wykonano podłogi, a ściany żywiczne z drewna świerkowego i sosnowego. Nowa bagażownia może pomieścić walizy i kufry dwunastu tysięcy pasażerów.

Pożar na wyspie wybucha 14 kwietnia 1897 roku. Żywiczne deski płoną z trzaskiem. Po trzech godzinach wielki gmach stacji zamienia się w hałdę węgla drzewnego. Nikt nie zginął. Spłonęły jednak jakże ważne dla nas wszystkich dokumenty, manifesty pasażerów.

Na czas odbudowy stację ponownie ulokowano na Manhattanie w budynku Barge Office. Działa wręcz skandalicznie. Brud chamstwo, złodziejskie ceny. Korupcja i chaos.

Zdecydowano o budowie nowej stacji. Tym razem z cegły, kamienia betonu i stali. Tym razem przypomina wielki dworzec kolei żelaznej. Fasada czerwono biała. Wielka sala ma 61 m długości i 30 m szerokości i 17 m wysokości. Wyspa została znacznie powiększona. Stacja stoi do dziś jako muzeum imigracji. Poniżej wiele zdjęć archiwalnych i aktualnych piszącego. Otwarcie nowej stacji następuje 17 grudnia 1900 r

Stacja Ellis Island działała do 1954 r.
Stacja Ellis Island działała do 1954 r.

Etapy weryfikowania przybyłych pasażerów

Cztery etapy weryfikowania przybyłych pasażerów:

  1. Na pokładzie transatlantyku lekarze identyfikowali chorych, którzy musieli poddać się kwarantannie.
  2. Urzędnicy emigracyjni na transatlantyku kontrolowali pasażerów I i II klasy.
  3. Pasażerowie I i II klasy po pomyślnej inspekcji schodzili na ląd. Pasażerowie III klasy na promach byli przewożeni na Ellis Island.
  4. Ellis Island – przewożeni tu pasażerowie poddani byli dokładnej kontroli prawnej i medycznej.
 Mapka Zatoki Nowojorskiej
Mapka Zatoki Nowojorskiej

Manifesty i kwestia zapisu nazwisk

Zacznijmy od wyjaśnienia, czym były tak zwane „manifesty”. Manifesty to spis pasażerów na statkach ich przewożących. By te listy oddawały prawdziwy opis pasażerów musiały się na nich znaleźć wszystkie informacje interesujące służby imigracyjne. Kapitanowie statków zobligowani byli do przygotowania takich rozbudowanych i ujednoliconych spisów pasażerów. Dokumenty te obowiązkowo musiały być archiwizowane. Co one zawierały? Wiele istotnych informacji, a więc: port wypłynięcia i port przybycia; daty wyjazdu i przybycia; nazwisko, imię, płeć, powołanie, zdolność do czytania i pisania, obywatelstwo i kraj pochodzenia, ostatnie miejsce pobytu, zamierzone miejsce pobytu, czy jest obywatelem Stanów Zjednoczonych, stan lub terytorium, zapraszający, liczbę sztuk bagażu, wzrost, kolor włosów i oczu oraz inne. Każdy pasażer musiał być opisany, a oficer przewożącego statku taki manifest poświadczał pod przysięgą.

Druk manifestu wypełniany na stacji rejestracyjnej
Druk manifestu wypełniany na stacji rejestracyjnej

Dziś manifesty są jednym z największych skarbów Ameryki. Pozwalają one przy użyciu techniki komputerowej, po zeskanowaniu oczywiście tych dokumentów, odnaleźć nam wielu przodków. Ale nie wszystkich, bo 14 kwietnia 1897 roku na wyspie Ellis Island wybucha wielki pożar. Budynki były z drewna i dokumenty poszły z dymem.

Manifest ze statku Waesland z Liverpoolu , którym płynęli mieszkańcy Jagłowa –Albin Mojżuk ; Klemens Poźniak i Andrzej Mitrosz w 1899 roku
Manifest ze statku Waesland z Liverpoolu , którym płynęli mieszkańcy Jagłowa –Albin Mojżuk ; Klemens Poźniak i Andrzej Mitrosz w 1899 roku

Oprócz manifestu były wydawane zaświadczenia czy certyfikaty potwierdzające przybycie imigranta do portu. Poniżej jeden imigranta z Jagłowa.

Certyfikat potwierdzający przybycie
Certyfikat potwierdzający przybycie

Pierwsze zmiany w zapisie nazwisk i innych danych emigrantów powstały przy wypełnianiu manifestów na statkach. W stacji rejestracyjnej w Castle Garden, a potem na słynnej Ellis Island pracowano na dostarczonych ze statków dokumentach. Błędy często nie były korygowane. Urzędnicy tam ich rejestrujący często zmieniali ich imiona i nazwiska – ponieważ nie byli w stanie ich poprawnie zapisać. Po prostu zapisywali w dokumentach nazwiska tak jak je usłyszeli. Dlatego też było masę przeinaczeń i błędów. Te zmienione nazwiska wielu emigrantów używało dalej jako oficjalnych. Wielu Polaków zmieniało lub skracało swoje nazwiska świadomie w okresie późniejszym, jako trudne do wymówienia dla Amerykanów ale też ze względów biznesowych.

Procedury na stacji emigracyjnej

 Promy dopływają do Ellis Island, opadają trapy i tłum imigrantów wchodzi do budynku głównego stacji. Każda nacja ma inne bagaże. Bagaży jest mnóstwo. Wszyscy taszczą toboły i kufry schodząc z podwożących ich promów i łodzi. Bagażownia znajduje się na parterze i wszyscy winni tam zostawić swoje bagaże przed udaniem się na górę do głównej sali rejestracyjnej. Przy sobie mogli mieć tylko bagaż podręczny. Największy problem jest z ludźmi mówiącymi po polsku, zapisanymi w rejestrach manifestów jako Rosjanie, Niemcy czy Austriacy. Nie chcą zostawiać swych bagaży i niosą je wszędzie za sobą. Ze względów bezpieczeństwa nie zezwala się jednak na wnoszenie bagaży do góry na salę przesłuchań. W zakresie organizacji tego obszaru na wyspie jest raczej porządek. Kufry oddane w przechowalni są opisane i bezpieczne. Po uzyskaniu zgody na wjazd firmy koncesjonowane przez rząd amerykański dostarczają je do docelowego miejsca podróży za „uczciwą” opłatą. Opłata często była uiszczona przez zapraszającego lub musi ją zapłacić imigrant i tu często dochodzi do jej zawyżania. Z parteru wielkie szerokie schody prowadziły na piętro, był tam „registry room”– sala rejestracyjna. Na schodach zaczynało się wstępne badanie. Stali tam lekarze i urzędnicy w mundurach.

Wstępne badania
Wstępne badania

Główną swą uwagę lekarz inspekcyjny kierował na: skórę głowy, twarz, szyję, ręce, sposób chodzenia i ogólną kondycję fizyczną oraz psychiczną. Jeśli któryś z tych elementów był niewidoczny emigrant był zatrzymywany i oglądany szczegółowo. Lekarzy tych nazywano „sześciosekundowi”, bo średnio tyle mieli czasu na oglądnięcie każdego imigranta. Jeśli coś zauważyli, na ubraniu tej osoby zaznaczali kredą literę oznaczającą problem, na przykład “C”- oznaczało zapalenie spojówek. Tych oznaczonych urzędnicy mundurowi wyprowadzali z kolejki i badał ich inny lekarz nazywany „człowiek oko”. Jeśli coś potwierdził, dalsze badanie odbywało się w pokoju lekarskim. Zdrowi wracali do kolejki. Chorzy trafiali do szpitala na Ellis Island, gdzie byli leczeni i obserwowani. Ozdrowieńcy powracali do procesu kontrolnego tj. inspekcji prawnej. Dla nieuleczalnie chorych nie było wjazdu.

Badanie w gabinecie lekarskim
Badanie w gabinecie lekarskim

Ci którzy pokonali schody bez kredowych znaczków ustawiani byli do inspekcji prawnej w tzw. registry room. Polegała ona na udzieleniu odpowiedzi na szereg pytań zadawanych rzez oficerów imigracyjnych. Każdy oficer prowadził rozmowę na bazie kart manifestu przekazanych ze statku. Rozmowom towarzyszyli tłumacze. W rozmowie przesłuchiwany winien przekonać, że jest zdolny by samodzielnie dać sobie radę, że nie będzie ciężarem czy zagrożeniem dla państwa amerykańskiego. Ci którzy zdali mieli otwarte drzwi do Ameryki.

Inspekcja prawna
Inspekcja prawna

Tych których odpowiedzi zostawiły wątpliwości, stawiano przed komisją weryfikacyjną do drugiego etapu inspekcji prawnej. Na ich korzyść mogli zeznawać sprowadzeni na ich prośbę mieszkający w Stanach krewni, znajomi , zapraszający itp. Zweryfikowani mieli zgodę na wjazd. Około 20 % tych weryfikowanych otrzymywało zakaz wstępu do USA.

Inspekcja prawna
Inspekcja prawna

Rozmowy były prowadzone w wielkim holu „registry room”. W tłumie czekającym na wyczytanie swego nazwiska zawsze straszne zdenerwowanie. Wyczytany podchodził do inspektora, gdzie był przepytywany. Hałas był ogromny. O co pytano?

Ile masz pieniędzy? Tu był problem, wielu już w tym momencie nic nie miało. Decydował inspektor, ważne było czy była już opłacona przez zapraszającego podróż do miejsca docelowego. Pytano o zawód, umiejętności radzenia, sytuacje rodzinną, co zamierza robić w Stanach itp.

Kobietom, które podróżowały bez mężczyzn nie pozwalano opuścić wyspy ze względu na bezpieczeństwo. Dopiero po przybyciu krewnych mogły wyjechać. Odnalazłem takie zdarzenie przy wyjeździe mojej babci ciotecznej Teofili Kuderewskiej z d. Gudel.

W oczekiwaniu na rozmowę
W oczekiwaniu na rozmowę

Po zakończeniu wielogodzinnych badań wyczytano nazwiska osób, które pomyślnie je przeszły. Część miała wykupione bilety do miejsca docelowego, inni mogli je kupić w holu, były tam kasy firm kolejowych. Były też kantory w których można było wymienić wszystkie waluty świata. W okienkach razem z biletem wydawano imigrantom duże kolorowe kartki na których wypisane były nazwy miast do których się udawali. Przypinali je do ubrań i konduktorzy podobnie jak w Europie mieli ułatwione zadanie na peronach by skierować ich do właściwego pociągu.

Jeszcze w sali rejestracyjnej każdy oczekujący na wynik rozmowy, miał prawo do zakupu paczki żywnościowej, lunch z kanapkami po specjalnej preferencyjnej cenie. Ponieważ ostatni raz jedli na transatlantyku dla wielu był to ostatni posiłek na dalszą drogę przez Stany Ameryki. Paczka była pożywna, cena wynosiła 75 centów.

Imigranci którzy pozytywnie przeszli weryfikację, przebywali na wyspie około 5 godzin. Czas pobytu pozostałych to już były tygodnie, a nawet miesiące.

Szczęśliwi musieli zejść na parter. Prowadziły tam z holu szerokie schody nazywane schodami rozstania „stairs of separation”. Były one przedzielone solidnymi barierkami na trzy linie ruchu. Lewa prowadziła na prom do Nowego Jorku. Prawa dla udających się pociągiem w dalszą podróż. Środkową prowadzono tych, których zatrzymano na wyspie do wyjaśnienia ich statusu.

Ci z prawej i lewej spotykali się z czekającymi często na nich bliskimi. Miejsce to nazwano wrotami pocałunków „kissing gate”.

 

Poszukiwania emigrantów z Jagłowa w manifestach i nie tylko

Poszukiwania prowadziłem dla tych nazwisk w drzewie co do których nie było żadnej wiedzy co się z nimi dalej działo, a byli w drzewie chociażby dzięki spisom obywateli Jagłowa z lat 1864 i 1909 oraz danym osiągniętym przez wywiady rodzinne. Były dwie możliwości – armia carska lub emigracja no i oczywiście zgon. Przejrzałem setki manifestów szukając znanych i typowych nazwisk z tej wsi. Każdy napotka tu na duży problem. Nazwiska które nosili są w większości poprzekształcane i wyglądają zupełnie inaczej. Zapisywane najpierw przez oficerów na statkach (obowiązek wprowadzono w 1891 r.) na początku było tylko 12 pozycji, w następnych latach urosło do 29 pozycji), a później na stacji imigracyjnej są bardzo uproszczone, są takie jak je spisujący usłyszał i w języku angielskim mógł zapisać. Następnym elementem pomocnym w szukaniu było zapisane w manifeście miejsce ostatniego stałego pobytu. Tu podobnie ten sam problem jak z nazwiskami. Jagłowo jest zapisane jako – Jeglowo ; Jaglawo; Diegowo ; Jeglewo ; Zaglewo ;Dleigowo ;Ruiglowo ; Dligowo itp. Ale są też inne problemy, pierwszy związany z tym że oficerowie na statkach upraszczają sobie pracę i wpisują jako ostatnie miejsce pobytu – port wypłynięcia statku. Z tej racji, że nasi emigranci w znakomitej większości płynęli do Grand Rapids w Michigan pomocne było sprawdzenie portu docelowego. W wielu przypadkach poszukując jednej osoby trafiałem na dwójkę lub trójkę płynących razem za wielką wodę.

Część danych udało się potwierdzić poprzez odnalezienie akt naturalizacji oraz rejestracji do wojska konkretnie do Armii Błękitnej Hallera prowadzonej wśród emigracji w latach 1917-1919. Pomocne były też zapisy i adresy zapraszających, jeśli wcześniejsze ustalenia co do ich pochodzenia były jednoznaczne.

Akt naturalizacji Stanisława Mitrosza z Jagłowa
Akt naturalizacji Stanisława Mitrosza z Jagłowa

Drugi problem stwarzają często sami emigranci, którzy zamiast małej wsi podają większe pobliskie miasta lub miasteczka. I tak pojawia się Suchowola , Sztabin , Sokółka a nawet Grodno.

Rejestracja do armii Franciszek Siemion. Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej . Wrócił do Stanów w 1920 r.
Rejestracja do armii Franciszek Siemion. Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej . Wrócił do Stanów w 1920 r.

Poniżej przedstawiam najbardziej prawdopodobne wyjazdy emigrantów z Jagłowa, nie ma jednak co do niektórych 100% pewności. Oprócz tych wpisanych na listę mam prawie drugie tyle nie potwierdzonych. Trzeba też zauważyć, że istnieje spora liczba wyjazdów krewnych Jagłowian, jak na przykład Siemion i Mojżuk ze wsi Leśniki czy Sawośko z Głęboczyzny, których nie ująłem w wykazie. Nie wszystkich o których wiedziałem, że wyjechali udało się znaleźć w manifestach i nie wszystkie dane są kompletne. Braki te wynikają pewnie z powodu poruszonego już w tekście spalenia milionów manifestów w pożarze w 1897 roku, małej ilości danych w początkach ich wprowadzenia ale tez także z emigracji nielegalnej.

 Lista imigrantów

  1. Jan Siemion ur. 08.07.1880 r. syn Wojciecha. Wyjazd 1898 r z Bremy. Powrót 1907, ślub 1908 r.
  2. Bolesław Bert Siemion ur. 18.06.1888 r. syn Wojciecha. Wyjazd 10.08.1907 z Bremy do Qebec, Kanada. Następnie przez jeziora statkiem Montezuma przybył dn. 21.08.1907 r. do Grand Rapids Michigan. Odebrał go brat Jan. Zamieszkał u niego pod adresem 11 Str.205. Pozostał w USA, ślub 1910 r. Rejestracja do Armii Hallera 12.09.1918 r.
  3. Adolf Siemion ur. 28.06.1891 r. syn Wojciecha. Wyjazd 02.06.1911 r. prawdopodobnie z Bremy. Przybycie do Quebec Kanada dn. 12.06.1911 r. Dalej statkiem Lake Michigan do Detroit gdzie przybył 13.06.1911 r i do Grand Rapids Michigan do brata Bolesława. Pozostał w USA, ślub w 1914 r. Rejestracja do Armii Hallera 05.06.1917 r. w Grand Rapids, Michigan.
  4. Franciszek Adolf Siemion ur. 28.03.1896 r. syn Wojciecha. Pierwszy wyjazd 1914 r. Wyjazd prawdopodobnie z Bremy 02.08.1914 r. Przybył do Quebec w Kanadzie 12.08.1914 r. Dalej statkiem Rathenia do Detroit dotarł 13.08.1914 r. i dalej do Grand Rapids Michigan do brata Adolfa Siemiona. Rejestracja do Armii Hallera 05.06.1917 r. w Grand Rapids, Michigan. Powrót do Polski w ramach błękitnej Armii Hallera. W latach 1918 -20 udział w wojnie z Rosją i Ukrainą. Drugi wyjazd z Gdańska 16.06.1920 r. i powrót do USA New York 28.06.1920 r. statkiem Mercury. Ślub w 1924. Pozostał w USA.
  5. Antoni Siemion ur. 12.02.1855 r. syn Antoniego. Pierwszy wyjazd 1890 i drugi 1897 r. z żoną Mary Jacobski i pięciorgiem dzieci John; Helen; Michael; Peter Anton i Steve.
  6. Adam Siemion ur. ok. 1866 r. syn Jana. Wyjazd z Hamburga statkiem Polaria do New York 18.05.1885 r. Powrót przed 1905 rokiem. Po raz drugi prawdopodobnie z żoną Rozalią i dwoma synami Józefem i Zygmuntem ponowny wyjazd po 1909 r.
  7. Franciszek Siemion ur. ok. 1876 r. w Jagłowie. Wyjazd z Hamburga do New Jorku dn. 01.05.1896 r. Statek Scandia. Brak danych w drzewie.
  8. Drugi prawdopodobnie jego wyjazd. Franciszek Siemion ur. ok. 1876 r. w Jagłowie. Zaprosił Albin Mojżuk z Grand Rapids Michigan. Wyjazd z Bremy 16.08.1906 r. Przybycie do Baltimore 30.08.1906 r. Statek Branderburg.
  9. Klemens Poźniak ur. ok. 1877 r. syn Mateusza Michała. Wyjazd z Liverpool 08.03.1899 r. statek Waesland, przybycie do USA Philadelphia Pa 20.03.1899 r. Pozostał w USA. Zaprosił Joseph Mojzuk.
  10. Adam Poźniak ur. ok. 1875 r. syn Mateusza Michała. Wyjazd z Liverpool 20.02.1904 r. Statek Etruria. Przybycie do USA New York 29.02.1904 r. Powrót przed 1908 r. Ślub 1908 r. w Polsce. Zaprosił kuzyn Cegelski .
  11. Ignac Poźniak ur. ok. 1879 r. w Jagłowie. Syn Mateusza Michała. Wyjazd z Bremy 16.08.1906 r. Statek Branderburg. Przybycie do Baltimore 30.08.1906 r. Zaprosił kuzyn Jan Sienko (Siemion).
  12. Izydor Janewicz ur. ok. 1886 r. syn Józefa. Wyjazd z Bremy 18.06.1904 r. Statek Grosser Kurfurst. Przybycie do New York 29.06.1904 r. Powrót przed 1924. Ślub ok. 1924 r.
  13. Jan Janewicz ur. ok. 1887 r. syn Józefa. Wyjazd z Hamburga 19.07.1905 r. Statek Blucher. Przybycie do New York 30.07.1905 r. Zaprosił brat Izydor Janewicz.
  14. Jan Kuderewski ur. ok. 1873r. mąż Teofili d.Gudel. Wyjazd z Rotterdamu. Statek Rotterdam, przybycie do USA New York 25.07.1905. Prawdopodobnie powrócił i mieszkał w Suchowoli.
  15. Teofila Kuderewska z d. Gudel ur. ok. 1883 r. córka Jana. Wyjazd z Rotterdamu 13.03.1909 r. Statek Nieuw Amsterdam. Przybycie do USA New York 23.03. 909 r. W kraju mąż Jan Kuderewski. Zaprosił Kuzyn Wincenty Mojżuk.
  16. Jej drugi wyjazd. Teofila Kuderewska ur. ok. 1883 z Suchowoli. W kraju teściowa Aniela Kuderewska w Suchowoli. Wyjazd z Hamburga 23.08.1911 r. Statek Cleveland. Przybycie do New York 03.09.1911 r. Zaprosił Anton Sokołowski. Jest także zapis w rejestrze zatrzymanych oczekujących na odbiór kobiet. Odbiera Małgorzata Sokołowska 05.08.1911 (sic!?) godz. 10.00.
  17. Wincenty Gudel ur. ok. 29.11.1857 r. w Jagłowie syn Wincentego Stanisława. Wyjazd z Hamburga 05.05.1885 r. Statek Polaria. Przybycie do New York 18.05.1895. Prawdopodobnie pozostał.
  18. Marianna Gudel ur. ok. 1894 r. córka Jana? (brak w drzewie – jest ale ojciec jego brat Józef). W kraju pozostał ojciec Jan Gudel w Sztabinie (Jagłowo). Wyjazd z Rotterdamu 29.11.1912 r. Statek Nieuw Amsterdam. Przybycie do USA, New York 04.12.1912 r. Pozostała w USA.
  19. Adolf Dawidowicz ur. ok. 15.05.1884 r. w Jagłowie syn Marcina. Wyjazd z Bremy 13.07.1911 r. Statek Friedrich Grose. Przybycie do USA, New York 25.07.1911 r. Pozostał w USA, ślub w 1924 r. W kraju pozostał ojciec Marcin Dawidowicz w Jagłowie. Rejestracja do Armii Hallera 12. 08. 1918 r.
  20. Serafina Wiesztort z d. Dawidowicz ur. ok. 1886 r. córka Marcina-wyjazd do USA –wyjazd z mężem do Australii – pozostała w Australii.
  21. Mieczysław Dawidowicz ur. 25.03.1914 r. w Jagłowie syn Kajetana i brat Adolfa i Serafiny. Wyjazd z Bremerhaven 02.07.1950 r. Statek Generall S. D. Strugis. Przybycie do USA, New York, dwie daty 12.02.1950 i 11.07.1950 – został lekarzem. Pułkownik armii USA, pozostał w USA.
  22. Andrzej Mitrosz ur. ok. 1887 r. syn Mateusza. Wyjazd z Bremy. Statek Barbarossa. Przybycie do USA New York 24.03.1905 r. Zaprosił Franciszek Koszczuk, adres Main St.4209 Philadelphia Pa, USA. Pozostał w USA.
  23. Kazimierz Mitrosz ur. 28.08.1881 r. syn Mateusza. Wyjazd z Antwerpii, statek Vaderland. Przybycie do USA, New York 12.04.1907 r. Pozostał w USA. Akt naturalizacji 10.02.1922 r.
  24. Stanisław Mitrosz ur. ok 1888 r. syn Mateusza. Wyjazd z Liverpool. Statek Merion. Przybycie do USA Philadelphia Pa 17.04.1910 r. Pozostał w USA. Zaprosił Andrzej Mitrosz.
  25. Marianna Mitrosz ur. ok. 1890 r. córka Mateusza – przyjechała razem z bratem Stanisławem.
  26. Antoni Mitrosz ur. ok. 1872 r. syn Mateusza. Wyjazd z Hamburga. Statek Pennsylvania. Przybycie do USA New York 26.09.1912 r. Pozostał w USA zmarł w 1950 r. dzieci w Polsce.
  27. Wiktor Winkiewicz ur. ok. 1865 r. (19.04.1864) syn Mateusza. Wyjazd z Hamburga. Statek Polaria. Przybycie do New York 18.05.1885 r. Brak danych o powrocie.
  28. Kazimierz Winkiewicz ur. 1852 r. syn Mateusza. Wyjazd z Antwerpii. Statek Rhynland. Przybycie do USA, New York 15.04.1903 r. Powrót przed 1905 r.
  29. Klemens Winkiewicz ur. ok 1858 r. syn Mateusza. Wyjazd z Bremy. Statek Karlsuhe. Przybycie do USA Baltimore, Maryland w 05.08.1890 r. Powrót przed 1909 r.
  30. Wiktoria Winkiewicz ur. ok 1860 r. córka Kazimierza. Wyjazd z Niemiec. Statek Fulda. Przyjazd do New York 1890 r. Brak danych o powrocie.
  31. Feliksa Wojtkielewicz ur. ok. 1890 r. córka Wincentego. Wyjazd z Rotterdamu. Statek Noordam. Przybycie do USA, New York 14.06.1910 r. Pozostała w USA, ślub 20.09.1911 z Bolesławem Kolskim.
  32. Anna Wojtkielewicz ur. ok. 1879 r. córka Kazimierza. Wyjazd z Hamburga. Statek Arcadia. Przybycie do USA New York 06.04.1902 r. Pozostała w USA, mąż Frank, synowie Edwin i Alfred.
  33. Ignacy Wojtkielewicz ur. ok. 1870 r. emigrował przed 1902 rokiem, na jego zaproszenie przyjechała Anna – wrócił do Polski.
  34. Rozalia Wojtkielewicz ur. ok. 1885 r. z d. Jaroszewicz, córka Mateusza , II-ga żona Ignacego. Statek Belgenland. Przybycie do USA Philadelphia Pa 1903 r. Wróciła wraz z mężem do Polski. Przy tej ulicy Main Str. 4145 Philadelphia Pa mieszali Mojżukowie: – Wincenty s. Wincentego i następni Albin Mojżuk; Joseph Mojżuk; Klemens Pożniak.
  35. Wincenty Mojżuk ur. ok. 1865 r. syn Wincentego. Wyjazd statkiem Hermann, przybycie do USA Baltimore MD, Maryland 24.09.1887 r. Pracował tam ok. 20 lat – wrócił po śmierci ojca ok. 1906-1907 r.
  36. Wincenty Mojżuk ur. 16. 08. 1864 r. syn Ignacego. Wyjazd statkiem Schiedam, przybycie do USA New York 1988 r. Pozostał w USA. Ślub w USA w 1901 r. z Anna Kozłowską z Mogilnic.
  37. Albin Mojżuk ur. ok. 1874 r. syn Jana . Wyjazd z Liverpool statkiem Waesland, przybycie do USA Philadelphia PA 20. 03. 1899 r. Wrócił przed 1901 r. Zaprosił brat stryjeczny Wincenty.
  38. Józef Mojżuk ur. ok. 1870 r. syn Piotra. Wyjazd z Liverpool 18.03.1890 r. Statek Lord Clive , przybycie 04.04 1890 r. do USA Philadelphia PA. Wrócił przed 1909 rokiem. Zaprosił do USA Klemensa Poźniaka i Izydora Janewicza.
  39. Stanisław Mojżuk ur. ok. 1895 r. syn Piotra, brat Józefa. Wyjazd z Hamburga, przybycie statkiem Graff Waldersee do USA Phpladelphia PA, 21.09.1912 r. Brak informacji o powrocie.
  40. Ignacy Mojżuk ur. ok. 1882 r. syn Jana. Wyjazd z Hmburga, statek Pretoria, przybycie do USA New York 11.03.1907 r. Brak informacji o powrocie.
  41. Albina Mojżuk ur. ok. 1883 r. w Jagłowie, córka Jana i siostra Albina, który ją zaprosił. Wyjazd z Bremy 14.08.1902 r. Statek Breslau. Przyjazd do Baltimore 27.08.1902 r.
  42. Jan Ratkiewicz ur. ok. 1867 r. syn Ignacego. Wyjazd Hamburga 04.02.1903 r. Statek Albano, przybycie do USA New York 24.02.1903 r. Zaproszenie od Jana Kamińskiego mieszkającego w Pitsburgu. Brak informacji o powrocie, prawdopodobnie ściągnął żonę.
  43. Marianna Ratkiewicz z d. Polkowska ur. 08.11.1872 r. żona Jana. Syn Bolesław ur. ok. 1895 r. i córka Marianna ur. ok. 1900 r. Zaproszeni przez męża i ojca Jana. Wyjazd z Bremy 03.07.1902 r. Statek Breslau. Przyjazd do Baltimore 16.07.1902 r.
  44. Anna Ratkiewicz ur. ok. 1881 r. córka Jgnacego. Wyjechała razem z bratem Janem. Brak wiedzy o powrocie.
  45. Władysław Ratkiewicz ur. ok. 1887 r. syn Józefa. Wyjazd z Bremy, statek Koln, przybycie 14.06.1911 r. do Philadelphia. Zaproszenie od Józefa Romanowskiego, adres 141 St. Calton Phila-Pa. Powrócił.
  46. Pelagia Ratkiewicz ur. ok. 1889 r. żona Władysława z d. Romanowska, wyjazd razem z mężem.
  47. Magdalena (Marianna) Ratkiewicz ur. 03.03.1864 r. w Jagłowie, córka Ignacego. Wyjazd z Liverpool 03.06.1907 r. Port docelowy Philadelphia 14.06.1907 r. Statek Wasterland.
  48. Józef Sawośko ur. 19. 03. 1891 r. syn Ignacego lub Jana z Jagłowa. Przybycie do USA 11.11.1907 r. Naturalizacja 29.08.1918 Illinois USA.
  49. Aleksander Sawośko ur. ok 1893 r. syn Ignacego z Jagłowa. Przybycie do USA 21.09.1912 do Philadelphia, statek Waldersee z Hamburga. Brak danych o powrocie.
  50. Kajetan Sawośko ur. ok. 1887 r. z Jagłowa syn Ignacego. Przybycie do USA Chicago w 1905 r. Małżeństwo z Rozalią Sztukowską.
  1. Franciszek Sawośko ur. ok. 1877 r. w Jagłowie. Brak w drzewie. Wyjazd z Hamburga 25. 05. 1903 r. Przybycie do New York 8.06. 1903 r.
  2. Wincenty Mikucki ur. 11.08.1868 r. syn Laurentego Bartłomieja. Wyjazd 1908 r. Zaproszenie od Ignacy Mikucki, wrócił do Polski.
  3. Jan Koszczuk ur. ok. 1865 r. syn Wincentego. Wyjazd z Hamburga, statek Palatia, przybycie do New York 11.05.1895 r. Brak wiedzy o powrocie.
  4. Jan Kamiński ur. ok. 1865 r. syn Józefa z Jagłowa. Wyjazd z Bremy, statek Maryland, przybycie do Baltimore USA 28.03.1896 r. Wrócił ok. 1899 r.
  5. Aleksandra Szkiłądź ur. ok. 1883 z Jagłowa córka Józefa. Wyjazd z Antwerpii 01.04.1907 r. Statek Vaderland. Przyjazd do New York 12.04.1907 r. Wyjechała razem z Kazimierzem Mitroszem .

Niektórych wyjazdów nie jestem w stanie przypisać do konkretnych rodzin z braku pełnej wiedzy o mieszkańcach Jagłowa, podam jeden ciekawy przypadek. Wyjazd z Hamburga, statek SS Scandia. Port docelowy Nowy Jork 01.05.1896 r. Sześć typowych nazwisk dla Jagłowa.

  • Franciszek Siemion L.25
  • Klemens Winkiewicz l.35
  • Joanna Winkiewicz l.22
  • Jan Mojżuk l.23
  • Wincenty Mojżuk l.30
  • Marian Ratkiewicz l.19

Zapis w manifeście jest ubogi, z roku 1896, zawiera mało danych. Takich zapisów jest jeszcze wiele. Te wyjazdy powodowały, że z czasem pewne rodziny od wieków zamieszkujące Jagłowo znikały. Zniknęły np. rodziny: Mitroszów; Sawośków; Koszczuków; Winkiewiczów, w dużej części Mojżuków; Siemionów czy Ratkiewiczów.

Zdjęcia przedstawione w artykule są zdjęciami autora – dokumentów odnalezionych w manifestach, wykonanymi podczas podróży do USA z ekspozycji Muzeum na Ellis Island i Muzeum Emigracji w Gdyni. Niektóre zdjęcia wykorzystałem z książki pt. „Po dolary i wolność” Dariusza Terleckiego, który przywołuje iż pochodzą ze zbiorów Muzeum w Gdyni.

Opracował: Ryszard Siemion na bazie Family Tree Siemion.

Od redakcji

Znakomitą relację o emigracji i emigrantach z tego samego obszaru, ale z nieco innej perspektywy można znaleźć w książce Marii Narel-Challot pt. “Amerykański kapelusz. Feliks”

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Zapracowany ksiądz

Jako członek Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego indeksuję sporo ksiąg metrykalnych i weryfikuję indeksy stworzone przez innych, podobnych do mnie wolontariuszy[1]. Czasami jest to dość nużący proces – wydaje się, że kolejna metryka jest podobna do poprzedniej. Poszukuję więc motywacji do tego co robię i najczęściej znajduję ją w tym co robię.

Indeksacja JZI

Format indeksacji stosowany przez JZI, czyli wypisywania z metryki wszystkich istotnych dla genealoga informacji, włącznie z pozoru nieistotnymi, jak np. świadkowie, chrzestni, dopiski czy po prostu data sporządzenia wpisu do księgi, jest procesem czasochłonnym. Wiele osób zadaje mi pytanie, po co tak szczegółowo indeksować. Lepiej wypisać podstawowe informacje z metryki, a indeksować szybciej i więcej – argumentują. Częściowo zgadzam się z takim podejściem, ale gdy początkujący genealog zbuduje już drzewo swoich przodków i pozostanie w nim pasja badania historii rodziny, zaczyna drążyć głębiej. Zaczyna go interesować nie tylko rok urodzenia i zgonu oraz czyim dzieckiem był przodek, czy dalszy krewny, ale też czym się zajmował, jak żyli ludzie w jego wsi lub miasteczku, ile płacili za pogrzeb czy z kim ucztowali na chrzcinach czy weselach. Budujemy w ten sposób obraz świata zaginionego, często osadzonego już tylko w wyobraźni, podpartej nieco literaturą, historycznymi filmami, ale też mocno zakotwiczonego w odnalezionych dokumentach.

W tym artykule chciałbym się skupić na jednej parafii, na jednym stuleciu i na jednym aspekcie związanym z rozszerzoną indeksacją JZI. Chodzi mi mianowicie o datę wpisu aktu zgonu do księgi. Informacja pozornie nieistotna, ale można ją wykorzystać do ciekawej analizy.

Analiza

Analizę oparłem na danych z parafii Bargłów od roku 1808 do końca XIX wieku. Za ten okres istnieją wszystkie księgi zgonów i wszystkie zostały już zindeksowane w formacie JZI. Oznacza to, że z danych można wyekstrahować datę wpisu do księgi i jest zachowana ciągłość tych danych[2]. Przeanalizowałem częstość wpisów zgonów do księgi i wyraziłem ją w godzinach. Innymi słowy, jeśli danego dnia dokonano 3 wpisów, oznacza to, że wystąpiły co 8 godzin. Jeśli kolejne wpisy następowały dzień po dniu – oznaczało to, że odstęp między nimi wyniósł 24 godziny. Wiemy jednocześnie, że zapisujący metryki to też człowiek i nie pracował przez 24 godziny na dobę. Założyłem, że ksiądz mógł być aktywny i pełnić swoją posługę przez 16 godzin na dobę. A więc po normalizacji, jeśli były wykonane cztery wpisy dziennie, to oznaczało, że co 4 godziny ksiądz zapisywał zgon.

Dane wynikowe nazwałem tak jak tytuł tego artykułu, czyli „Zapracowany ksiądz”. Na wykresie przedstawiłem dane uśrednione. Dzięki uśrednieniu udało się zlikwidować kilka drobnych luk związanych z brakiem pojedynczych metryk, a także nieco wygładzić wykres. Ujemną stroną uśredniania jest utracenie faktycznych minimów, ale ogólny obraz nie został utracony.

Interpretacja danych

W jaki sposób interpretować dane? Gdy wykres zbliża się do osi poziomej, mamy do czynienia z bardzo częstymi zapisami w księdze zgonów. Jednym z logicznych uzasadnień jest wysoka umieralność w danym okresie spowodowana wybuchem epidemii na danym obszarze. Można więc prześledzić występowanie tego typu nieszczęść prześladujących lokalną społeczność na przestrzeni XIX wieku. Drugą przyczyną może być udział miejscowej ludności w konfliktach zbrojnych. Tego wątku nie chciałbym tutaj szerzej rozwijać, bo oddziały powstańcze były mobilne, a ich skład był różnorodny. Ci, którzy zginęli lub zmarli z ran chowani byli w bezimiennych mogiłach, a jako nieznani nie byli wpisywani do ksiąg metrykalnych.

Gdy wykres z kolei oddala się od osi poziomej mamy do czynienia z rzadszymi zgłoszeniami zgonów. Przyczyny mogą być co najmniej dwie. Po zakończeniu epidemii liczebność lokalnej społeczności spadła na tyle, że nawet przy typowej umieralności w liczbach bezwzględnych zgonów zgłaszano mniej. Drugą przyczyną może być czasowa nieobecność księdza na plebanii, a zgony mogły być zgłaszane z opóźnieniem, w sąsiedniej parafii lub niezgłaszane wcale[3].

Warto również zaobserwować ogólny trend. Przez większą część XIX wieku liczba ludności parafii Bargłów wzrastała, a więc wzrastała również częstość zgłoszeń zgonów. Dopiero w końcówce tego okresu stan zdrowotny społeczeństwa zaczął się nieco poprawiać i widać wyraźny spadek w częstości zgłaszania zgonów.

Epidemia cholery w 1873

Przyjrzyjmy się bliżej dekadzie 1870-1880. Rok 1873 naznaczony został epidemią cholery, która szczególnie w zaborze rosyjskim i austriackim zbierała ogromne żniwo. Na wykresie (powiększono dekadę lat 70-tych XIX wieku) wyraźnie widać, że na terenie parafii Bargłów cholera szalała we wrześniu i październiku 1873. Z analizy poszczególnych metryk za te miesiące widać, że rejestrowano nawet do 5 zgonów dziennie. Uśrednianie co prawda wygładza wykres i likwiduje tak skrajne wartości, ale minimum jest wyraźnie naznaczone. Pół roku później ilość zgonów wyraźnie spada – lokalna społeczność została już mocno przerzedzona – co pokazuje maksimum wykresu przypadające na lato następnego roku.

Co dalej?

Podobną analizę można rozszerzyć na inne parafie, które mają komplet (lub prawie komplet) ksiąg metrykalnych za badany okres. Porównując miejsca minimów wykresu da się określić przebiegi epidemii w czasie i przestrzeni – na jakim obszarze pojawiały się w pierwszej kolejności, a na jakim epidemia zakończyła śmiertelne żniwo.

Znacznie trudniejsza jest analiza w ramach jednej parafii, ale z podziałem na poszczególne wsie. Trudna ze względu na to, że niektóre wsie były małe, a zatem i ilość danych do analizy może być niereprezentatywna. Jednak dla największych wsi danej parafii taka analiza jest jak najbardziej możliwa i może dać ciekawe wnioski.

Zakończenie

Indeksacja JZI daje szerokie możliwości analizy danych dla całej parafii oraz dla całego regionu, którym się zajmujemy. Przedstawiono tu tylko jeden drobny przykład, który można dalej rozszerzać, analizując na przykład, które grupy wiekowe zostały najbardziej dotknięte epidemiami, z jakich miejscowości, jak to wpłynęło na status społeczny tych, którzy epidemię przetrwali itp.

Nieustająco zachęcamy do udziału w indeksacji oraz do dzielenia się spostrzeżeniami, które w trakcie tej pracy się pojawiają.


[1] Więcej o indeksacji i weryfikacji można przeczytać w artykule „Czym jest indeksacja akt metrykalnych

[2] Poza pojedynczymi stronami, które zostały wyrwane z ksiąg lub przez nieuwagę nie zostały sfotografowane.

[3] Zanim zaczęto zakładać przykościelne cmentarze, zmarłych grzebano w tzw. mogiłkach. Później parafianie mieli obowiązek chowania zmarłych na cmentarzach zarządzanych przez władze kościelne. Tradycja chowania na mogiłkach była kultywowana na niektórych obszarach jeszcze pod koniec XIX wieku, a jako, że była nielegalna, zmarłych pochowanych w ten sposób nie zgłaszano do ksiąg.

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Wspomnienia o moim Tacie, Ludwiku Bykowskim

Ludwik Bykowski w 1950 r.

Ludwik Bykowski w 1950 r.
Ludwik Bykowski w 1950 r.

„Nie umiera ten, kto jest w pamięci i w sercach, bo pamięć jest silniejsza niż śmierć”

Gdy zaproponowano mi napisanie wspomnień o  moim Tacie, w pierwszym odruchu chciałem odmówić. Jak bowiem sięgnąć pamięcią kilkadziesiąt lat wstecz? Jak z mgły wspomnień wyłowić to co jest prawdą, faktem, który zaistniał w rzeczywistości, a nie jedynie moim wyobrażeniem, powstałym z informacji uzyskanych znacznie później, z relacji innych osób? Spojrzenie małego chłopca na swego Ojca jest z natury rzeczy inne, niż dorosłego człowieka, a do tego trudno zdobyć się na chłodny obiektywizm, bo przecież pamięć Ojca to też i moje własne przeżycia, moje dzieciństwo, młodość, a również i chwila obecna. Wspomnienia to nie tylko fakty zapamiętane, to również – a może przede wszystkim – sfera przeżyć wewnętrznych, uczuć intymnych, o których niezręcznie opowiadać osobom postronnym. Zadanie więc wydawało mi się zbyt trudne. Po zastanowieniu się, a i ulegając namowom osób bliskich Tacie, zdecydowałem się podjąć próbę. Chcę tu przedstawić postać mego Taty widzianą oczami dziecka, a później, w miarę upływu czasu, dorosłego człowieka. Chcę pokazać Go jaki był w domu, wśród rodziny, jak żył na co dzień, czym żył, jak mieszkał i czym się interesował. Wybaczcie mi, jeżeli to co przeczytacie nie będzie w zgodzie z relacjami innych osób, a może i będzie niezgodne z Waszym wyobrażeniem o znanym  nauczycielu. Będą to wspomnienia o zwykłym życiu niezwykłego człowieka…

Kiedy myślę o moim Tacie, to zawsze widzę w nim mistrza ogrodnika. Nie ma w tym nic wyjątkowego, często tak postrzegamy nauczyciela, jego rolę w procesie wychowania młodych ludzi, właśnie poprzez analogię do ogrodnika i jego roślinek. Na pewno spotkaliście  na swojej drodze różnych nauczycieli. Niektórzy byli pasjonatami, którym towarzyszył błysk w oku i sprężysty krok, gdy zajmowali się tym, co naprawdę kochali. Byli też tacy, którzy zamiast podlewać swoje rośliny, nieświadomie je niszczyli, bo nie wiedzieli co jest w nauczaniu naprawdę ważne. Nauczyciel wskazuje najszybszą drogę do celu, ale nie pójdzie nią za Ciebie. Podobnie jak ogrodnik, nauczyciel nie może sprawić, ani zagwarantować, że roślina rozkwitnie i wyda owoce, jednak może stworzyć najlepsze możliwe otoczenie.

Trud i pracę nauczycieli właściwie oceniamy dopiero po latach, kiedy sami nabierzemy już życiowych doświadczeń. Zdajemy sobie sprawę, że ich wysiłki są duże, zaangażowanie wielkie, a efekty… na nie trzeba będzie poczekać. Zawsze zadawałem sobie pytanie, co zadecydowało, że tata dokonał tak wiele w swoim życiu, czy to związana z jego osobą wielka pracowitość, czy też olbrzymi upór były decydujące, że osiągnął tak wiele? Fizycznie był wątłym mężczyzną, w sumie raczej delikatnej, niezbyt mocnej budowy, ledwie średniego wzrostu. Natomiast jego wiedza, bezkompromisowość, zdolność do łączenia ludzi i kierowania nimi oraz ciągłe dążenie do wyznaczonego celu stały w wielkiej sprzeczności z jego wyglądem fizycznym. Nie sposób więc pominąć krótkiego życiorysu tak pozytywnej postaci.

Mój Tata, Ludwik Bykowski

urodził się 5 lutego 1928 r. w Łumbiach k/Sejn. Dawne dzieje rodziny Bykowskich nie są mi dokładnie znane, wiem tylko, że pradziadek Jerzy Bykowski  przybył do Łumbi ze wsi Krejwińce pod koniec XIX w. Podobno w ciągu swojego życia trzykrotnie był w Ameryce, gdzie zarobił na kupno gospodarstwa rolnego, a potem kupił je od Pietranisa, który swój majątek przepił. Jerzy ożenił się z Józefą Sławińską z Sumowa, której matka pochodziła z Widugier, z rodziny Gudziewskich i była narodowości litewskiej. Ich  syn, a mój dziadek Stanisław w 1927 r. ożenił się ze Stefanią ze Staniewiczów z Sumowa. Dziadek był człowiekiem niewykształconym, nie umiał pisać i czytać, natomiast babcia Stefania jak najbardziej i to ona przywiązywała dużą wagę do wykształcenia synów.

Synów było czterech, czterech „Ludwiczków” jak mówi moja mama. Bo i mój Tata najstarszy był w tej gromadce, a za nim Józef (1929), zawsze nazywany Ziutkiem, Stanisław (1931) i Romuald (1933).

I żyli tak razem: Stanisław ze Stefanią, babka Józefa, Teofila (siostra Stanisława) oraz chłopcy: Ludwiś, Ziutek, Stach i Romek; w zgodzie i bez większych nieporozumień. Matka zajmowała się głównie wychowaniem synów, a ojciec, ciocia Teofila i parobek pracowali na gospodarce. W czasie zimy kobiety przędły len, a w lecie surowe tkaniny były moczone i wybielane na słońcu. Natomiast babka Józefa zajmowała się głównie przędzeniem wełny. Gospodarstwo było zasobne i dobrze wyposażone, zaraz w pierwszych latach po I wojnie światowej kupiony został kierat, maszyna do młócenia tzw. targanka, wialnia – arfa do czyszczenia zboża, a ręczną sieczkarnię zastąpiono sieczkarnią na kierat. Natomiast do uprawy roli, oprócz pługa i bron, dokupiono kultywator, tzw. drapak oraz dwuskibowy pług.

Ludwik, jako najstarszy, najbardziej pomagał rodzicom, najczęściej poganiając konie w kieracie w czasie młocki lub przy sporządzaniu sieczki. Corocznym zwyczajem było, że 1. lutego wszyscy jeździli do Sumowa do rodziców Stefanii, na imieniny dziadka Ignacego, syna Ludwika. Ojciec Ludwika Staniewicza, a prapradziadek Ludwika Bykowskiego – Maciej Staniewicz pochodził ze szlacheckiego rodu z Wileńszczyzny. W dzieciństwie Ludwik często latem przebywał u dziadka Ignacego. Razem jeździli w pole, nad jezioro, razem pracowali, razem łowili ryby i razem odpoczywali. Dziadek miał duży sad, w którym rosły różne odmiany jabłek, gruszy, czereśni, porzeczek, agrestu i wiśni. Dziadek Ignacy bardzo znał się na sadownictwie i to on zasadził wiele drzew owocowych i krzewów w Łumbiach u moich dziadków, a rodziców Ludwika. Myślę dzisiaj, że to właśnie dziadek Ignacy miał największy wpływ na Ludwika, ale o tym później…

Swoją przygodę ze szkołą Ludwik rozpoczął od szkoły podstawowej w Klejwach. Była to jedyna  4. klasowa szkoła w okolicy, do której uczęszczało się 7 lat: do klasy I – 1 rok, do klasy II – 1 rok, do klasy III – 2 lata, a do klasy IV – 3 lata. W 1938 r., gdy Ludwik ukończył  trzecią klasę, dziadek Ignacy „załatwił” przyjęcie go do klasy czwartej, ale już do szkoły w Sejnach. Nie było to proste, gdyż dzieci ze wsi z zasady nie były tam przyjmowane. Do Sejn było około 6 km i chodziło się tam pieszo, za wyjątkiem zimy, kiedy Ludwiś mieszkał u wujka Ludwika Staniewicza, właściciela restauracji (!).

1 września 1939 r.

wybuchła II wojna światowa. Nikt nie był na to przygotowany, przez pierwsze dni było cicho i spokojnie, utrzymywała się piękna, letnia pogoda, kobiety wyrywały len, tylko czasami gdzieś przeleciał samolot… Niestety, rozpoczął się pobór mężczyzn do wojska, a po kilku dniach wkroczyli Niemcy, którzy następnie wycofali się i 17 września 1939 r. do Sejn wkroczyły wojska radzieckie. Po kilku dniach z kolei Rosjanie wycofali się, znów wkroczyli Niemcy i rozpoczęła się okupacja niemiecka. Szkoła została zamknięta, więc Ludwik zaczął uczyć się sam. W nauce pomagał mu kolega i sąsiad Czesław Nazarek. Był on starszy od Ludwika o 4 lata, miał skończoną przed wojną szkołę podstawową, ale chętnie pomagał młodszemu koledze, przynosił podręczniki do nauki i książki, które wypożyczał  od dziedziców, Dochy w Łumbiach i Borewicza w Klejwach.

W czasie okupacji obowiązkiem wszystkich było pomaganie Niemcom. Ludwik w  zastępstwie ojca pracował przy żniwach w majątku w Klejwach, którym zarządzał Niemiec. Natomiast zimą jeździł też do Radziuszek odśnieżać i odkopywać drogę. W wolnych chwilach dzieciaki jeździły na sankach i nartach, które Ludwiś, tak jak i inni chłopcy, miał zrobione z pnia brzozowego. Mimo okupacji, w latach 1941– 1943 młodzież zbierała się w niedzielę u Ludwika Falkowskiego, który miał akordeon na pedały. On grał, a koledzy tańczyli i bawili się.

22 czerwca 1941 r. mieszkańców Łumbi obudził odgłos wystrzałów armatnich, rozpoczęła się wojna między Niemcami i Związkiem Radzieckim. Opowiadano, że wiatr przyniósł z Litwy spalone karki papieru, były to kartki z książek i fragmenty dokumentów biurowych z Łoździej oraz Mariampola. 29 czerwca 1944 r. Ludwik otrzymał nakaz stawienia się do Suwałk na komisję poborową, kierującą do pracy na rzecz Niemców. Przydzielono go do pracy w tartaku w Suwałkach, a w połowie lipca, gdy wrócił z pracy, na kwaterze zastał mamę, która przyszła po niego i powiedziała „uciekajmy do domu, bo już blisko front”. Już pewnie nigdy się nie dowiem, w jaki sposób udało im się wydostać, w każdym razie pieszo wyruszyli w kierunku do Sejn. W Krasnopolu spotkali żandarma, pozdrowili go po niemiecku, a kiedy odeszli kilka metrów, matka rzekła do Ludwika „ofiarowałam Ciebie Pańskiemu Przemienieniu, którego odpust przypada na 6 sierpnia w Krasnopolu, to nas uchroniło”…

Poszli dalej, a po minięciu Pawłówki skręcili przez pola do wujka Feliksa Rutowicza, u którego Ludwik został, a matka wróciła do domu. U wujka spędził kilka dni, w dzień ukrywał się w lesie, a w nocy w ziemiance za budynkami. Front zbliżał się coraz bardziej, coraz więcej było wojsk niemieckich i ukraińskich, Ludwik przeniósł się więc do Konstantego Rutowicza, ale i tam nie było bezpiecznie, więc uciekł do lasu. Udając, że przewiązuje krowy dotarł do niego i w krzakach, w podmokłym terenie spędził noc. Następnego dnia w południe zdecydował się wrócić polnymi ścieżkami do domu, do Łumbi. Gdy doszedł nad jezioro w Stabieńszczyźnie, niespodziewanie natknął się na ludzi pędzących krowy z Litwy w obstawie żandarmów. Żandarmi nie wiedząc, że mają przed sobą uciekiniera, zagonili go do pomocy. Razem doszli do Skustel i dalej do Krasnopola, już w lesie  Ludwik chciał uciec, ale bał się, bo żandarmi zbyt dobrze pilnowali… W Krasnopolu zarządzono postój i odpoczynek. Wśród grupy pomagających był niemy mężczyzna z Romanowiec, którego Niemcy zwolnili do domu. Ludwikowi udało się jakoś dogadać z Niemcami, którzy zgodzili się, żeby odprowadził mężczyznę do domu. Szli bardzo wolno, słońce zachodziło, aż doszli  do lasu na rozwidleniu dróg do Romanowiec i Michnowiec, gdzie rozstali się. Ludwik poszedł dalej sam i o zmroku był w Łumbiach. Pierwszą noc spędził w krzakach, następnego dnia zrobił sobie kryjówkę w stodole w sianie, do której wchodził przez dziurę zrobioną pod fundamentem. Romek jako najmłodszy i najmniejszy przynosił mu śniadania i obiady, a wieczorem Ludwik na krótko opuszczał kryjówkę i jadał kolację w domu, z rodziną.

Front był coraz bliżej, słychać było strzały armatnie, coraz częściej latały samoloty. 31 lipca 1944 r. artyleria wkroczyła od wschodniej części wsi, a wieczorem 1. sierpnia strzały ucichły, jedynie całą noc było słychać, jak wojsko jechało w kierunku Klejw. Następnego dnia z rana, do wsi nadciągnęły tabory wojskowe Sowietów i rozłożyły się pod drzewami w sadzie Bykowskich. Po południu nastąpił ostrzał armatami od strony Klejw, po kilku dniach ucichło, słychać było tylko pojedyncze strzały na zachodzie. Front zatrzymał się na linii Wigier i nastąpił spokój do połowy października. Ojca w tym czasie nie było, w lipcu zabrany został przez Niemców do kopania okopów. Pozbawieni ojca Ludwik i Ziutek kosili zboże, w pracach jak mogli pomagali im Stach i Romek oraz matka, ciotka Teofila i babka Józefa. W „Borku” pod Sejnami stacjonowało wojsko sowieckie, żołnierze przyjeżdżali do wsi i pomagali w zwózce zboża, za co dostawali żywność. Front ciągle stał na Wigrach, a ojca dalej nie było…

Tymczasem we wsi zrodziła się myśl o organizacji szkoły. Przed wojną szkoła mieściła się we dworze dziedzica Dochy, który teraz zajęty był przez żołnierzy, wobec czego naukę  zorganizowano tymczasowo w domu Bykowskich, a nauczanie rozpoczęła przedwojenna nauczycielka, Janina Kasperowicz. 23 października 1944 r. Suwałki zostały wyzwolone, a gdy front przesunął się dalej na zachód, w listopadzie wrócił ojciec Ludwika, bardzo brudny i zawszony. Radość z jego powrotu była ogromna i rozpoczął się nowy okres życia. Niestety, nie działo się dobrze. Nie dość, że ojciec postrzegany jako kułak, był gnębiony przez władze komunistyczne, to domostwo nachodziły różne bandy i zmuszały do ukrywania ich i żywienia. Na wiosnę 4 kwietnia 1952 r. wykryto jedną z band i nastąpiły aresztowania. Ojciec Ludwika został aresztowany jesienią 1952 r. i otrzymał trzyletni wyrok. Spędził w więzieniu  trudne 1,5 roku, a był słabego zdrowia i mało odporny psychicznie. Ciężary prowadzonego śledztwa wpłynęły na pogorszenie zdrowia tak, że pozostałe mu lata życia, spędził  całkowicie zależny od opieki Ziutka i jego żony Zofii, którzy pozostali na gospodarstwie w Łumbiach.

W styczniu 1945 r. szkoła w Łumbiach od Bykowskich została przeniesiona do dworku Dochy. Tymczasem w Sejnach powstała szkoła średnia– gimnazjum i liceum. Koledzy rozpoczęli naukę już w 1944 r. bez Ludwika, który musiał za nieobecnego ojca pracować na gospodarstwie. Wystraszony poszedł do szkoły dopiero 1 września 1945 r., wprawdzie ukończył 4 klasy przed wojną i dodatkowo uczył się sam w czasie okupacji, ale trzeba było zdać egzamin do gimnazjum. Z matematyki dostał dwóję, ale mimo to został przyjęty z poprawką, którą oczywiście później zdał i to nad podziw dobrze…

Tak jak przed wojną, do szkoły chodziło się pieszo lub jeździło rowerem. Natomiast zimą rodzice wynajmowali kwaterę u Piotrowskiej lub Przeorskiej, gdzie Ludwik mieszkał z braćmi, Stanisławem i Romualdem, a gotowała im ciotka Teofila. Stach i Romek pamiętają, jak Ludwik troszczył się o nich, pomagał w lekcjach, był bardzo cierpliwy i wyrozumiały. Bracia większość czasu spędzali ze sobą, a jak powiedział Konfucjusz „Kto nabytą wiedzę pielęgnuje, a nową bez ustanku zdobywa, ten może być nauczycielem innych”. Nie dziwi więc, że bliskość pomiędzy braćmi, takie samo podejście do życia, wychowanie i ambicje wyniesione z domu, w przyszłości spowodowały wybór tej samej nauczycielskiej drogi…

W czasie okupacji i w pierwszych latach powojennych Ludwik przyjaźnił się z Czesławem, Janiną i Reginą Nazarek, z Jerzym i Ireną Wojtyra, z Aleksandrem i Teodorem Piotrowskimi, Wacławem, Janem, Edwardem i Marianem Kruszyłowicz, Hieronimem, Alfonsem i Stanisławem Półboczkami, Józefem i Heleną Tomczyk, Luśką Falkowską, Henrykiem Gniazdowskim. W niedzielę grali w siatkówkę, a wieczorem zbierali się na potańcówkach u Juliana Szarejki. Jeden z kolegów, Marian Kruszyłowicz wstąpił później do seminarium do Niepokalanowa, a po latach został biskupem.

Natomiast w szkole średniej najbliższym kolegą Ludwika był Wiktor Winikajtis z Nowosad. Wiktor był zdolny i pracowity, przepięknie malował, rzeźbił i bardzo dobrze się uczył, na samych piątkach. Ukończył gimnazjum, ale do liceum nie poszedł, bo chciał iść do seminarium. Niestety, jego matka nie wyraziła na to zgody, pragnęła bowiem, aby został na gospodarce, chociaż później nic nie wyszło z jej planów, bo zaprotestowali ojczym i siostra Wiktora. Winikajtis nigdy się nie ożenił się i zamieszkał w Wigrach przy kościele, cały czas prowadząc pustelniczy tryb życia. W klasztorze w Wigrach ciągle wiszą obrazy przez niego malowane. Został kościelnym, sprzątał klasztor i oprowadzał wycieczki po zespole kamedulskim, aż zmarł na zawał serca na Sylwestra 1994 roku. Został pochowany na cmentarzu w Wigrach, a społeczność wigierska wystawiła mu piękny pomnik.

W czasach Ludwika gimnazjum było czteroletnie, a liceum dwuletnie. W ciągu roku Ludwik zaliczył dwie klasy, a po ukończeniu gimnazjum zdał  tzw. małą maturę, a następnie  egzamin do liceum, do klasy o profilu chemicznym, która w tym czasie, jak i cała szkoła mieściła się w budynku Pietruszkiewiczów (a wcześniej w klasztorze). W maju 1949 roku Ludwik zdał maturę, a po otrzymaniu świadectwa maturalnego stanął na rozdrożu, czy uczyć się dalej, czy iść do wojska? Bardzo chciał studiować ogrodnictwo, ale szkoła która go interesowała, była zbyt daleko, bo aż w Puławach. Jedynym sposobem uniknięcia służby wojskowej było zostanie nauczycielem. Napisał więc podanie do Inspektoratu Oświaty w Suwałkach o przyjęcie do pracy. Został przyjęty i skierowany na dwutygodniowy kurs do Białegostoku, a po kursie zatrudniony w Szkole Podstawowej w Żwikielach. Szkoła mieściła się u gospodarza Zdanisa, nie posiadała żadnej dokumentacji, oprócz spisu uczniów i ich ocen. Wieczorami Ludwik prowadził kurs dla osób starszych, nie umiejących pisać i czytać. Jesienią i wiosną dojeżdżał  rowerem, a zimą mieszkał u Zdanisa. Po roku pracy, na własną prośbę został przeniesiony do 6. klasowej Szkoły Podstawowej w Czarnem, 10 km od Filipowa. Pracowało tam dwoje nauczycieli, w tym Eugenia Kierun z Suwałk. Mój Tata całe życie wspominał, że do Czarnego droga była okropna, błotnista, górzysta i kamienista, ale okolica była przepiękna…

Stryj Romek z rozrzewnieniem wspomina, jak Ludwik ze swoich poborów kupił do rodzinnego domu radio na baterie. Ach, co to była za radość! Kiedy nadawano muzykę, Romek otwierał nawet okno, żeby muzyka dolatywała do sąsiadów: „niech wiedzą, że mamy radio”.

18 kwietnia 1948 r.

w niedzielę, przy kapliczce w Łumbiach, Ludwik poznał Sabinę Stefańską z Kielczan, swoją przyszłą żonę. Spotkali się przypadkowo, ale szybko zaczęła  rodzić się przyjaźń. W 1951 r. Sabina ukończyła Szkołę Handlową i otrzymała maturę, a 11 lipca 1951 r. w środę o godz. 17.00 w kościele w Sejnach młodzi wzięli ślub. Wesele było huczne i długie, u  Stefańskich trwało całą noc aż do popołudnia w czwartek, następnie pojechali do Łumbi i tam bawili się do południa w piątek. Dopiero 13 sierpnia pojechali  rowerami do Krasnopola, aby w Urzędzie Stanu Cywilnego spisać akt małżeństwa.

Z dniem 1 września 1951 r. już razem, rozpoczęli pracę  w Szkole Podstawowej w Czarnem (70 km od Łumbi) razem z Romualdem Konewko. Szkoła mieściła się w trzech różnych budynkach, a ponadto do dyspozycji był również duży barak, gdzie urządzano imprezy artystyczne i zabawy taneczne. Młodzi małżonkowie otrzymali poniemieckie mieszkanie, a ich niewielki dobytek przywiózł furmanką ojciec Sabiny. W czasie wakacji, przez cały lipiec Sabina i Ludwik Bykowscy w celu zdobycia formalnych uprawnień do pracy w szkole, jeździli do Augustowa na kurs pedagogiczny, a zaledwie 2 dni po jego ukończeniu, 2. sierpnia 1952 r. o godz. 21.30 urodził się ich pierworodny syn – Grzegorz.

Rodzina powiększyła się i Inspektorat w Suwałkach przeniósł ich z dniem 1 września 1952 r. do Szkoły Podstawowej w Ogrodnikach. Rok później 1. września 1953 r. stopień organizacyjny szkoły podniesiony został do siedmiu klas, a do pracy przyszła nowa nauczycielka Leokadia Domańska z Ogrodnik. Ważnym i niezapomnianym wydarzeniem było całkowite zaćmienie słońca. Na rok przed zaćmieniem w Ogrodnikach zjawili się astronomowie i przygotowali bazę ze specjalistycznymi urządzeniami do obserwacji. Na dzień przed zaćmieniem słońca przyjechali naukowcy z Krakowa i zagranicy, a 30 czerwca 1954 r. w piękny, słoneczny dzień o godz. 12.00 nastąpiło zaćmienie. Wszystko poszarzało, wróble zaczęły głośno ćwierkać, kury gdakać, krowy ryczały. Tata opowiadał mi, że wtedy ja,  prawie dwuletni Grześ wziąłem przydymione szkoło, stanąłem tyłem do słońca i zawzięcie „obserwowałem” słońce. Tak rzadkie zjawisko było nam dane oglądać do 14.00, a później wszystko wróciło do normy…

Czasy były ciężkie, więc Sabina i Ludwik mieszkając w Ogrodnikach z różnym efektem  próbowali hodować świnie. Nieszczególnie rosły, więc na święta postanowili zakupić większego kabana na jarmarku w Sejnach. Niestety, następnego dnia w domu pojawiła się milicja z oskarżeniem, że zakupiony wieprzek miał nieodpowiednią wagę (!). Tata mój  wezwany został na posterunek Milicji w Sejnach, a następnie przewieziony do Prokuratury w Suwałkach, gdzie został aresztowany. Rodzice powiadomili Inspektorat w Suwałkach i wyłącznie dzięki inspektorowi, po kilku dniach pobytu w areszcie – więzieniu, w wigilię 1954 r. Tata został zwolniony. Niestety, po tym incydencie musiał zmienić miejsce pracy. Zgłosił się więc do Inspektoratu w Suwałkach, gdzie dowiedział się, że są wolne dwa miejsca w Starej Chmielówce. Dotarli tam 1 stycznia 1955 r. wraz z dziadkiem Stefańskim, który ponownie załadował cały ich dobytek na furmankę i przewiózł na nowe miejsce. Sąd nad Tatą odbył się później i „winowajca” został skazany na rok więzienia w zawieszeniu, skonfiskowano również wieprza i wymierzono karę pieniężną.

W Chmielówce było około 6 ha gruntu szkolnego i rodzice uczniów, szczególnie Konstanty Rozmierski i Wincenty Walendzewicz zachęcali moich rodziców do prowadzenia gospodarstwa. Zagospodarowali więc oni około 2 ha, a pozostałą część podzielili między sobą rodzice uczniów, w zamian rewanżując  się wszelką pomocą w uprawach. Młodzi dorobili się też krowy, świń, kur i gęsi, a na bagnistym Rososiu , tak jak wszyscy, kopali torf na opał. Zimą organizowali kursy dla dorosłych, a gdy zakupiono adapter, szkoła ożyła. Organizowano imprezy szkolne i zabawy taneczne, z których pieniądze przeznaczano na potrzeby szkoły. Po jakimś czasie została zorganizowana klasa siódma i doszedł trzeci nauczyciel – Romualda Harasim. Pomoc bardzo była potrzebna, tym bardziej, że obowiązków przybyło, i w szkole i w domu… w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia 1958 r. urodziła się moja siostra Renata.

Tata cały czas pracował i uczył się, w 1956 r. w Studium Nauczycielskim w Warszawie, na kierunku geografia rozpoczął studia zaoczne, które ukończył w 1959 r. Zaliczył też w lipcu 1960 r. kurs dla kierowników szkół podstawowych.

Ja natomiast od trzeciego roku życia chodziłem do szkoły jako wolny słuchacz, uczyłem się długo i dokładnie, tylko w pierwszej klasie spędziłem aż  trzy lata. Wreszcie stwierdziłem, że nie chcę już chodzić ciągle do tej samej klasy i do tego bez wpisu do dziennika. Wtedy właśnie, chyba pierwszy i jedyny raz, wykorzystałem fakt posiadania rodzica nauczyciela, i to jak ważnego, bo będącego jednocześnie kierownikiem szkoły. Bowiem dopiero po formalnym uzyskaniu zezwolenia kierownika szkoły (czyli mojego Taty) rok wcześniej niż rówieśnicy,  w wieku sześciu lat formalnie rozpocząłem naukę. W Chmielówce ukończyłem pięć klas, ciągle niezadowolony, że uczą mnie rodzice, mają wysokie wymagania, a oceny stawiają niskie…

Pod koniec sierpnia 1963 roku całą rodziną przenieśliśmy się nowo wybudowanego domu w Sejnach. Doskonale pamiętam ten czas, radość z przeprowadzki, tęsknotę za ukochaną Chmielówką i niepokój, bo Tata zaczął bardzo poważnie chorować… Pierwsze symptomy choroby pojawiły się wprawdzie już w 1959 r., ale chyba nikt wtedy nie przypuszczał, że to początki krzyża, który Tata niósł przez całe życie…

Po przeprowadzce Mama otrzymała pracę w Szkole Podstawowej w Krasnopolu, a Tata na stanowisku kierownika w Szkole Podstawowej w Mikołajewie. W tym czasie w Komitecie Powiatowym PZPR sekretarzem od oświaty był Janusz Pawłowski, znający Tatę sprzed  wojny ze Szkoły Podstawowej w Sejnach, a po wojnie z gimnazjum. Tata był człowiekiem wykształconym, a takich wtedy brakowało, ponadto Pan Pawłowski znał Jego pracowitość i  możliwości. Wystąpił więc z wnioskiem o zatrudnienie Taty od 1. września 1964 r. w Inspektoracie w Sejnach na stanowisku podinspektora, pod skrzydłami inspektora Stanisława Ślimko. Mama natomiast znalazła pracę w Szkole Podstawowej Nr 2 przy Liceum Ogólnokształcącym w Sejnach.

Rok 1969 był jednym z trudniejszych lat w życiu moich rodziców. W dniu 1. września 1969 r. na polecenie władzy administracyjnej i politycznej Tata musiał zrezygnować z pracy w inspektoracie (rzekomo ze względu na stan zdrowia) i został zatrudniony jako zastępca kierownika w Szkole Podstawowej Nr 1 w Sejnach.

Na zawirowania zawodowe nałożyła się ogromna tragedia w życiu osobistym – w dniu 19 listopada 1969 r. zmarł mój 21. dniowy braciszek, Januszek. Rodzice, a szczególnie Mama bardzo długo rozpaczali po jego śmierci.

Gdyby miłość mogła Januszka ocalić, nigdy by od nas nie odszedł, ale miłość nie wystarczyła. Śmierć dziecka, nieważne w jakim wieku, jest czymś tak nienaturalnym i niewłaściwym, że po takiej tragedii trudno na nowo odszukać sens życia. Nawet gdy zaakceptuje się ten fakt i osiągnie w jakimś stopniu równowagę, radość na zawsze pozostaje niedostępna, chociaż wiemy, że:

“Śmierć nie jest końcem wszystkiego.
Przeszedłem tylko do sąsiedniego pokoju…

I dla siebie jesteśmy tym samym, czym byliśmy przedtem.
Zatem nazywaj mnie wciąż moim imieniem, mów do mnie, jak zawsze…
Nie zmieniaj tonu głosu, nie rób poważnej i smutnej miny.
Śmiej się, tak jak dawniej robiliśmy to razem…
Uśmiechaj się, myśl o mnie, módl się za mnie…
Niech moje imię będzie wciąż wymawiane, ale tak, jak było zawsze – zwyczajnie i
bez oznak zmieszania.
Życie przecież oznacza to samo, co przedtem, jest tym samym, czym zawsze było…
Żadna nić nie została przerwana…
Dlaczego więc miałbym być nieobecny w twoich myślach tylko dlatego, że nie
możesz mnie zobaczyć?
Czekam na ciebie bardzo blisko… Tuż-tuż…
Po drugiej stronie drogi.”

Mimo tego, że śmierć pojawiła się niespodziewanie i ukradła ukochaną osobę oraz uświadomiła, jacy jesteśmy wobec niej bezsilni, „trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe…”

W dniu  1. września 1970 r. Tata został powołany na kierownika Szkoły Podstawowej Nr 2 w Sejnach. Placówkę tymczasowo umieszczono w budynku Szkoły Podstawowej Nr 1, a 1.  listopada 1970 r. przeniesiono ją do budynku poklasztornego, a dopiero 4. stycznia 1971 r. do nowego, pięknego budynku. Zmieniły się przepisy, a z nimi nazewnictwo i Tata z kierownika stał się dyrektorem i był nim do utworzenia Zbiorczej Szkoły Gminnej, której dyrektorem został Józef Romantowski, natomiast on zastępcą do spraw Szkoły Podstawowej Nr 2.

28. listopada 1977 r. Tata ukończył Studium Zawodowe w Warszawie, uzyskując kwalifikacje równoważne z wyższym wykształceniem. Pod koniec 1979 roku przeszedł do pracy w zarządzie Oddziału Związku Nauczycielstwa Polskiego w Sejnach, gdzie pełnił funkcję sekretarza, a prezesem był Jerzy Zajkowski. W tym samym czasie Tata jednocześnie był instruktorem spółdzielni uczniowskich, kuratorem sądowym oraz działał na rzecz Towarzystwa Przyjaciół Dzieci na terenie Powiatu Sejneńskiego. Po wprowadzeniu stanu wojennego w dniu 13. grudnia 1981 r. działalność związkowa została zawieszona, a Tata powrócił do Szkoły Podstawowej Nr 2 w Sejnach i został zatrudniony jako kierownik świetlicy, a u schyłku swojej pracy zawodowej w 1983 r. mianowany zastępcą dyrektora szkoły gminnej.

Z dniem 1 września 1984 r., po 35 latach pracy w szkolnictwie Ludwik Bykowski przeszedł na emeryturę, a z nim z 33-letnim stażem nauczycielskim żona, Sabina Bykowska. Nie zerwali od razu  więzi z zawodem i jeszcze przez 3 lata pracowali na połowę etatu. Potrzeba działania i bardzo silne więzy ze środowiskiem nauczycielskim nie pozwoliły Tacie siedzieć w domu i mimo coraz słabszego zdrowia, od października 1989 r. zaczął znowu pracować w Zarządzie Oddziału ZNP w Sejnach. Przepracował tam kilka kadencji wspierając i będąc wspieranym przez Leszka Kuleszę. Współpraca Panów układała się tak dobrze, że Tata nie umiał z niej zrezygnować, a może nie chciał…

Życie moich rodziców

nie było łatwe, zdominowane latami choroby Taty, który chyba uciekał w pracę, a czynny tryb życia nie pozwalał mu myśleć o swoich słabościach i poddawać się nim. Pamiętam szczególnie rok 1964, gdy Tata wysłany został na kurs podinspektorów oświaty do Warszawy, a tam stan jego zdrowia gwałtownie się pogorszył. Opowiadał, jak za radą wizytatora z Ministerstwa Oświaty udał się do lekarza prywatnego w spółdzielni lekarskiej i został skierowany do Przychodni Przyszpitalnej na ul. Goszczyńskiego. Tam wykonano badania i skierowano go do szpitala. Wyprosił jednak  zgodę na wyjazd do domu i powiadomienie rodziny. W domu spędził zaledwie jeden dzień, a wracając do szpitala był już tak bardzo chory, że stracił nadzieję na powrót do bliskich.

Okres od 1964 roku do 1992 to nieustająca huśtawka, stan zdrowia to się poprawiał, to znowu pogarszał, to skierowanie do szpitala, to wyjazd do sanatorium. Przez 20 lat Tata znajdował się pod opieką tego samego profesora, Witolda Bartnika. Często powtarzał, że to na jego „jelitach” Bartnik zdobył wszystkie stopnie naukowe, aż został profesorem. Tata coraz bardziej miał dość wszystkiego, tylko Mama niezmiennie, ze spokojem zajmowała się nim i nigdy nie okazywała zniecierpliwienia. Ostatni pobyt w szpitalu na Goszczyńskiego od 15 marca do 7 maja 1992 r. był szczególnie trudny, Tata stracił 15 kg i po konsultacjach trzech profesorów, podjęło decyzję o operacji. W dniu 11 maja 1992 r. profesor Bielecki w szpitalu na Czerniakowskiej przeprowadził u Taty 5-godzinną operację, podczas której zostało usunięte całe jelito grube, wykonano sztuczny odbyt na cienkim jelicie z prawej strony i zaszyto odbyt naturalny. 19 maja Tata został wypisany ze szpitala, ale to nie był koniec jego cierpień. Po powrocie do domu stan zdrowia bardzo się pogorszył i zaledwie po jednym dniu znowu znalazł się w szpitalu, tym razem w Sejnach. Wyglądał okropnie i wielu myślało, że nastąpi najgorsze… Chyba tylko cudem i dzięki doktorowi Cichockiemu, po dwóch  tygodniach nastąpiła poprawa zdrowia.

Dolegliwości jelitowe wprawdzie ustały, ale pojawiły się inne, związane z układem moczowym, prostatą, kamieniami w pęcherzu, zwyrodnieniem kręgosłupa i stawów,  wreszcie choroba padła na płuca. Wydawało się, że los nie może go bardziej dotknąć, gdy podczas ubierania choinki w grudniu 2011 r. Tata przewrócił się i złamał nogę. Znowu został przykuty do łóżka. Niespodziewanie jednak dla nas wszystkich, powoli, powolutku rehabilitacja zaczęła przynosić efekty i w maju 2012 r. Tata samodzielnie wyszedł do ogrodu!

W sumie spędził w różnych szpitalach 537 dni, 36 razy był pakowany do szpitala i 35 razy powracał do domu, z 36 pobytu już nie powrócił żywy. W dniu 6 marca 2012 r o godz. 10.00 serce mojego Taty przestało bić, a my pozostaliśmy bez Niego.

Umysł ludzki ma zdolność zapominania, częściej rzeczy złych niż dobrych. Wspomnienia, dobre wspomnienia pozostają na zawsze, cóż z tego, że po latach nie zawsze pamięta się szczegóły. Pozostają drobne skrawki pamięci, przeżycia i wrażenia, które układają się niczym mozaika w portret ludzi niezwykłych. Mimo upływającego czasu do tych wspomnień z sentymentem się powraca.

Wojenne i powojenne losy, często zupełnie przypadkowo rzucały ludzi w różne strony kraju. Zmieniali oni miejsca zamieszkania, szukali pracy, przystosowali się jak umieli najbardziej do otaczającej ich rzeczywistości. I tak rozpoczęli pracę pedagogiczną moi rodzice, Sabina i Ludwik Bykowscy. Przyszli nie do końca przygotowani do zawodu nauczycielskiego. Ci, którzy mieli chęć, odrobinę talentu pedagogicznego i dużo pracowali,  stali się dobrymi nauczycielami i pozostali w zawodzie do emerytury. Inni, słabsi, po jakimś czasie odchodzili. Oceniając pracę nauczycieli trzeba też pamiętać, że był to okres powojenny, zmiana ustroju, brak podręczników i największe nasilenie systemu stalinowskiego. Powodowało to dezorientację nauczycieli w treściach nauczania. Część podręczników np. do historii czy biologii było tłumaczonych z podręczników radzieckich przepełnionych cytatami z klasyków marksizmu, leninizmu i stalinizmu. Ponadto, z powodu braku pomocy dydaktycznych do wykonywania doświadczeń, nauczanie było, nazwałbym werbalne, a teoria wypowiadana przez pedagoga szczególnie musiała być zrozumiała i łatwo przyswajalna.

Ludwik Bykowski z zawodu geograf, z zamiłowania ogrodnik, szybko adoptował się w zawodzie nauczyciela i pięknie tej trudnej wiedzy uczył. Przedmiot przez niego wykładany nie podlegał ówczesnej ideologii, dlatego wiedza nie budziła wątpliwości. Dużo wymagał, często robił sprawdziany pisemne i kładł duży nacisk na samodzielne myślenie. Nie był pobłażliwy, a ja musiałem się szczególnie starać, żeby zdobyć dobrą ocenę. Jego osobowość budziła zarówno respekt, jak i ogromną sympatię. Zawsze poważny, schludnie ubrany, inteligentny i kulturalny w stosunku do uczniów. Entuzjazm i pogoda ducha, z jaką wykonywał swą profesję, były zjawiskiem niezwykłym, choć wówczas ja, pewnie nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę i nie zawsze potrafiłem to docenić. Tata uczył mnie od zawsze, a kiedy po wielu latach wspominam swoją edukację pod jego skrzydłami, mogę stwierdzić, że miałem dużo szczęścia, tak jak wszyscy ci, którzy wcześniej lub później znaleźli się w kręgu jego działania.

Nauczyciel powinien być przewodnikiem i mistrzem na wyboistej i krętej ścieżce edukacji. Dla wielu uczniów takim przewodnikiem i mistrzem był Ludwik Bykowski. Pewnie znalazłoby się wyszperanych z niepamięci wiele zdarzeń z życia szkolnego, które były dla mnie ekscytującym przeżyciem, ale niekoniecznie zainteresowało by to wszystkich. Gdy wspominam szkolne lata, myślę, że Tata dla wielu uczniów stał się autorytetem, o jaki wówczas nie było łatwo. Potrafił zmobilizować do nauki i zachęcić do działania, a swoją niezwykłą osobowością wywarł wpływ na dalsze życie i dokonywane wybory, moje też.

Tata był, choć to określenie może dzisiaj niemodne, człowiekiem renesansu. Potrafił zrobić praktycznie wszystko, co wymyślił, podejrzał u innych lub na prośbę swojej Sabinki, mojej Mamy. To ona powodowała, że uparty i nielubiący zmian człowiek, wróg szybkich decyzji, stawał się inny. Wiele jego działań było z inspiracji kochanej żony, dla niej zaakceptował budowę domu, dla niej modernizował go, upiększał i remontował, dla niej troszczył się o clematisy, które przywiozła z sanatorium z Kudowy Zdroju, a później kwitły w całych Sejnach…  A nie były to łatwe decyzje, bo zdrowie zbyt szybko przestało mu dopisywać. Pewnie ktoś inny pogrążyłby się w chorobie, w cierpieniu, a swoimi słabościami epatował otoczenie. Ale nie mój Tata, on z chorobą walczył, całe życie wspierany szczególnie przez Mamę i swojego brata Stacha, dla którego nie było zbyt dalekiej drogi, by dać mu tak potrzebną nadzieję.

Choroba tylko umacniała ducha Taty. Z natury był bardzo ambitny i pracowity, całym sobą oddawał się szkole, uczniom, pracy w Związku Nauczycielstwa Polskiego, rodzinie, przyjaciołom i ogrodowi. Właśnie ogród to szczególny rozdział w jego życiu. Jak napisałem wcześniej, młodziutki Ludwiś już w dzieciństwie, tak jak jego dziadek Ignacy Staniewicz, bardzo interesował się ogrodnictwem. Stryj Romek do dziś  pamięta, że od zawsze Ludwik czytał książki o tematyce ogrodniczej. Razem zbierali pestki dojrzałych owoców, potem Ludwik je wysiewał, hodował młode roślinki, sadził je i szczepił. W ten sposób koło domu rodzinnego w Łumbiach założył dość duży sad owocowy, w dużej mierze zachowany do dzisiaj. Całe życie kochał pracę w ogrodzie, a otoczenie naszego domu w Sejnach jest żywym dowodem jego pasji- praktycznie od nasionek wyhodował wszystkie drzewka i kwiaty. Uwielbiał pomidory i sadził je pod folią w ogromnych ilościach (nawet do 200 szt.). Oczywiście plony z nich uzyskiwane były zbyt duże dla rodziny, wobec czego rodzice z radością dzielili się nimi z przyjaciółmi, sąsiadami i znajomymi. Ich smak i zapach będziemy pamiętać zawsze…

Tata potrafił zrobić praktycznie wszystko, a że w domu podział ról był oczywisty. Mama była Dyrektorem Artystycznym, a Tata Wykonawczym, to i pole działania było ogromne: roboty wnętrzarskie w domu, w tym schody, boazerie, meble z korzeni, żyrandole, kwietniki, donice, wodospad z muszelek… Robił wszystko co wymyślił, podejrzał u innych lub na prośbę swojej Sabinki (i przy jej ogromnej pomocy). Wychowywanie pod czułym okiem matki spowodowało, że wszyscy czterej „Ludwiczkowie” byli (i są) wrażliwi na piękno i posiadali wyjątkowe zdolności manualne. Mój stryj Ziutek od lat zajmuje się stolarką i snycerką, a jego dzieła zdobią niejeden dom. Stryjowie Stach i Romek żyją otoczeni pięknem stworzonym przez siebie: stryj Stach tworzy niesamowite rzeczy  z korzeni drzew, a stryj Romek od zawsze hoduje kaktusy.

Nie zawsze się z Tatą zgadzałem, nie wszystkie jego decyzje rozumiałem i pochwalałem, ale zawsze mogłem z nim porozmawiać. Słuchał, choć czasem czerwieniał jak rak, a z uszu prawie leciała para, że taki smarkacz jak ja, chce być mądrzejszy od innych. Ale słuchał, nie uciekał, nie wymigiwał się od odpowiedzi. Nauczył mnie, że warto słuchać dzieci, że warto je poważnie traktować.

Jego szczególnym darem był łatwy kontakt z ludźmi i dziećmi, potrafił dotrzeć do ich umysłów i serc. Zawsze pogodny, chociaż nie zawsze było mu wesoło, dla każdego miał dobre słowo. Osoby potrzebujące pomocy nie były mu obojętne, zawsze wyciągał pomocną dłoń i zdarzało się, że wtedy zapominał o sobie. Z natury kochał ludzi i wielką frajdę sprawiało mu robienie im przyjemności. I tak np. „prezenty”, pamiętam te ogromne pudła z gromadą mniejszych w środku , a na końcu znajdowało się jeden mały, malutki cukiereczek (!), a ile śmiechu i radości przy tym było!

W pamięci przyjaciół Tata zapisał się jako serdeczny, koleżeński, starannie ubrany i zawsze szarmancki wobec kobiet. Pan Andrzej Sobuń, który tak pięknie Tatę pożegnał, określił go nawet jako „duszę zabaw tanecznych”! Tata zawsze lubił tańczyć, a wcześniej kiedy zdrowie dopisywało, nieraz był wodzirejem na zabawach, a ich uczestnicy doskonale pamiętają te kotyliony, mosty, para z góry, para z dołu, dowolny taniec z krzesłem  itp.

Z natury spokojny i cierpliwy, ale potrafił się też i rozzłościć. Trudno było go rozgniewać, ale jeszcze trudniej przeprosić…

Dzięki Tacie

Ludwik Bykowski w 1968 r.
Ludwik Bykowski w 1968 r.

wielu z nas połknęło jeszcze jednego bakcyla. Poznawanie świata! Może brzmi to nieco patetycznie, ale tak właśnie było, a zaczynało się od pieszych wędrówek po najbliższych okolicach. Tata od młodych lat interesował się historią ojczystą, zwłaszcza historią i zabytkami tych okolic, w których przyszło mu mieszkać. Tę pasję starał się i mnie zaszczepić zabierając ze sobą na liczne bliższe i dalsze wycieczki, zakupując przewodniki i mapy zwiedzanych okolic. Jego pasja krajoznawcza udzieliła się wielu osobom i dziś po wielu latach mogę stwierdzić, że to dzięki Tacie poznałem najciekawsze zabytki w Polsce, a zwiedzanie, poznawanie nowych miejsc, wędrówki po górskich szlakach stały się moją pasją. Połknąłem tego bakcyla jako dziecko i do dzisiaj nie wyleczyłem się. Tak samo jak i z grzybów, których Tata był ogromnym miłośnikiem. Zdarzało się, że razem z Mamą jeździli do lasu nawet 30 razy w sezonie!

W późniejszych latach, będąc już na emeryturze i działając w Związku Nauczycielstwa Polskiego, mimo choroby i zaawansowanego wieku, zorganizował wiele wycieczek po kraju i za granicę, w tym St. Petersburg, Lwów, Grodno, Nowogródek– Zaosie, Bohaterowicze nad Niemnem, Drezno, Praga, Wiedeń, Kaliningrad i inne…

Przyjaciółka rodziców, Pani Maria Koperek doskonale pamięta, że każda wycieczka była  starannie przemyślana i przygotowana. Ludwik w autokarze podchodził do każdego uczestnika, interesował się i troszczył, a jeżeli ktoś miał jakieś uwagi, starał się pomóc. Dokumentował te wyjazdy wykonując wiele zdjęć, zapisując swoje spostrzeżenia, robiąc notatki  co później było wykorzystywane w prowadzonych przez niego kronikach. Zebrane materiały segregował tematycznie, a następnie zasiadał do starej maszyny do pisania i pisał …Były tych materiałów całe stosy, nie zawsze w porządku utrzymywane. Uwielbiał gromadzić rupiecie i  z żalem pozbywał się czegokolwiek. Patrzyliśmy z uśmiechem na jego bałaganiarstwo, na jego domowe muzeum, ale też sami z niego korzystaliśmy spędzając czas na wspominkach. Tata bardzo lubił wszelkie jubileusze, uroczystości rodzinne i dał temu wyraz w pozostawionych przez siebie albumach i dziennikach. Taka postawa zresztą bardzo jednoczyła rodzinę, bliższą i dalszą.

Mimo coraz mniejszej wydolności fizycznej wykorzystywał każdą okazję, aby pracować w ogrodzie i przy biurku, choć godzinę, choć kilka chwil. Była w nim ogromna potrzeba ciągłych uzupełnień i zmian w swoich kronikach, albumach i dziennikach. Podświadomie, a może z pełną świadomością chciał przekazać jeszcze coś więcej nam i historii. Odszedł, a ja stojąc nad jego grobem pomyślałem, że w naszej sejneńskiej ziemi zakopana będzie tylko niewielka jego część, znacznie więcej będzie nadal przebywać z nami…

Już na pełnej emeryturze, bez szkoły i bez Związku, pozostawał w stałej łączności ze swoim środowiskiem. Ciągle stanowił niejako pomost między przeszłością i teraźniejszością. Był taki dumny, że córka Renata poszła w jego ślady.

Za swoją działalność został uhonorowany takimi odznaczeniami, jak: Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Złoty Krzyż Zasługi, Medal 40-lecia Polski, Medal za długoletnie pożycie małżeńskie– 50 lat, Złota Odznaka ZNP, 50-lecie członkostwa w ZNP, Odznaczenie za zasługi dla Województwa Suwalskiego, Medal 100-lecia ZNP.

Na swoje odejście Tata przygotowywał nas od dawna. Byłoby spłyceniem powiedzieć, że to ostatnie tygodnie spędzone w szpitalu, czy też długotrwała choroba przygotowały nas na dzień Jego odejścia. Na to, że nie trwamy dzisiaj w przygnębieniu i rozpaczy, chociaż zawsze będziemy za Nim tęsknić, złożyło się całe jego życie. Nie można powiedzieć, że nie chciał dłużej żyć. Chciał i to bardzo, ale żyjąc miał tę świadomość, że nadejdzie niebawem ten dzień i przyjdzie zdać rachunek ze swego życia. Do ostatniej chwili planował, co jeszcze ma do zrobienia tu na ziemi. Czekał na nadejście wiosny, aby razem z nią nabrać nowych sił, by dalej nam pomagać, służąc radą i pracą. Jego plany i to te z ostatnich tygodni, miesięcy, jak i te sprzed kilku czy kilkunastu laty, zawsze uwzględniały jeden zasadniczy element, na którym budował całe swoje życie. Tym elementem, tą skałą, na której wszystko opierał była miłość do rodziny, gorąca wiara  i nauka Kościoła przekazana przez matkę.

Dziesięć przykazań, którymi kierowali się moi rodzice, było dla Nich kanonami postępowania, a nie pustymi słowami bez pokrycia. To było jedyne prawo, które starali się zachowywać w życiu i uważam, że udało się im.

Sejny, 6 marca 2013 r.

„Bólu nie gasi żadne ukojenie i ból ten chowamy skrycie, bo łez naszych nikt nie zrozumie, ale dalej, dalej jest życie…”

Zdjęcia z archiwum autora

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Księga chrztów z Augustowa z lat 1732-1745

Działo się to w czasach, gdy Żarnowo zwane było Ziarnowem, Biernatki – Bernatkami, a Szczebra – Ściebrą. Kolnica była podzielona na Małą i Wielką, a wsie takie jak Wojciech, Strękowizna, Strzelcowizna czy Sajenek były rudniami. Księga chrztów, o której mowa obejmuje lata 1732-1745, choć znajduje się w niej dosłownie kilka wpisów z lat późniejszych. Wykorzystano po prostu pozostawione miejsce.

Nie wiadomo, w którym roku metryki zostały wtórnie ponumerowane (ostatnia nosi numer 1624), ale już w późniejszym okresie wyrwano z księgi pierwszych 20 kart. Zostały niewielkie fragmenty przy wewnętrznym marginesie z fragmentarycznymi danymi, moim zdaniem bez znaczenia genealogicznego. Wandalizm dotknął 345 pierwszych metryk z tej księgi.

Na pozostałych, całych stronach znalazło się łącznie 1307 metryk. Szacując, że jeden rocznik to około 100 metryk, oryginalnie księga faktycznie rozpoczynała się najprawdopodobniej w roku 1729.

Geograficznie ówczesny obszar parafii augustowskiej był bardzo rozległy, obejmował dodatkowo tereny później powstałej parafii szczeberskiej. W tamtym okresie Szczebra może nie była najludniejszą miejscowością parafii augustowskiej, ale była siedzibą guberni szczeberskiej. Przez Szczebrę przewijały się znamienite osoby, które od czasu do czasu pojawiały się w kościele augustowskim, by podawać dziecko do chrztu. Prócz miejscowości graniczących z parafiami Bargłów i Janówka, znajdziemy tam tak odległe od Augustowa wsie, jak Danowskie, Serwy czy Gorczyca. W księdze znalazło się również całkiem sporo metryk dzieci rodzin mieszkających w ościennych parafiach: janowskiej i bargłowskiej, a także na terenie pogranicznych Prus. Ze względu na pochodzenie proboszcza Pieńkowskiego jest też kilka wpisów dotyczących ziemi wiskiej – chrzty dzieci rodziny czy przyjaciół proboszcza wizytujących Augustów.

Lata 1732-1745 to okres urzędowania trzech proboszczów:

  • Jakub Klimowicz – od początku księgi do października 1734 roku
  • Jan Reszka – od grudnia 1734 do kwietnia 1736
  • Jan Stanisław Pieńkowski – od maja 1736 do końca księgi (ostatni wpis jest ze stycznia 1745)
Jedna z metryk spisanych reką ks. Klimowicza
Jedna z metryk spisanych reką ks. Klimowicza

Proboszcz Pieńkowski urzędował na parafii znacznie dłużej, a świadczy o tym choćby późniejszy, pojedynczy wpis z 1756 roku pisany jego ręką.

Podczas nieobecności proboszczów chrztów udzielali i wpisy uzupełniali zastępcy: ks. Hilary Mariusz Klicki, miejscowy wikariusz, ks. Jan Bańkowski, augustowski proboszcz obrządku greckiego, czy proboszczowie z sąsiednich parafii, zakonnicy czy gościnnie pojawiający się hierarchowie z Sejn i Wilna.

Każdy z proboszczów miał swój charakterystyczny styl zapisywania metryk, mniej lub bardziej detaliczny. Wydaje się, że najbardziej sumienny był ks. Pieńkowski, który pisał wyraźnie z zachowaniem gramatycznej struktury zdań, a także obszernie opisywał funkcje i tytuły szlachetnych rodziców i chrzestnych. Najmniej dbający o solidność zapisów był z kolei ks. Reszka, zwłaszcza pod koniec swojej dość krótkiej kadencji. Jego wpisy były niedbałe, pisane zdawkowo i często niedokończone.

Przykłądowa metryka spisana przez ks. Reszkę
Przykłądowa metryka spisana przez ks. Reszkę

Zawarte w tej księdze metryki zawierają następujące informacje:

  • Numer aktu
  • Miejscowość zamieszkania rodziców
  • Data chrztu
  • Imię i nazwisko księdza udzielającego chrztu
  • Imię nadane dziecku
  • Imię i nazwisko ojca, ewentualnie status społeczny czy funkcja
  • Imię i nazwisko matki, ewentualnie status społeczny
  • Imiona nazwiska, status społeczny czy funkcja chrzestnych i asystentów
Metryka z 1740 roku zapisana przez ks. Pieńkowskiego
Metryka z 1740 roku zapisana przez ks. Pieńkowskiego

Niestety nie każda metryka zawiera taki komplet informacji. Czasem brakuje podstawowych danych takich jak miejscowość (zwłaszcza przy wpisach na samej górze danej strony) czy nawet nazwisko rodzica. Najczęściej we wpisach pomijano nazwisko panieńskie matki, ale było to mocno uzależnione od urzędującego proboszcza: ks. Klimowicz – 40% pominiętych nazwisk, ks. Reszka – 21% pominiętych, ks. Pieńkowski 68% pominiętych. Mimo sporej liczby pominiętych wpisów nazwisk rodowych matek, to przy odrobinie szczęścia i uważnej analizie wszystkich wpisów dotyczących danej rodziny można w sporej części przypadków takie dane ustalić.

Na pewno pomoże w tym księga ślubów obejmująca podobny okres i ciągle czekająca na zindeksowanie.

Na koniec zadanie dla największych entuzjastów historii lokalnej i genealogii: na podstawie wpisów z tej księgi ustalić listę rodzin i osób zamieszkujących parafię augustowską, czyli spis mieszkańców parafii. Zadanie trudne, ale wykonalne, do którego potrzebny jest nie tylko entuzjazm i zacięcie, ale też mnóstwo czasu. Taka analiza byłaby jednak bezcennym przyczynkiem do poznania historii regionu.

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Jak powstał film “Podróż do Augustowa”

Na naszym kanale YouTube znajduje się film Naomi Sokol Zeavin pt. “Podróż do Augustowa”. Materiały do tego filmu kręcone były w 1981 roku i właśnie Augustów z tamtego czasu został na filmie uchwycony. Film dotyczy historii augustowskich żydów i ich upamiętnienia poprzez budowę pomnika na starym cmentarzu żydowskim, a poniższy, niezwykle ciekawy tekst z kolei w szczegółach opowiada jak powstał ten film. Jeśli interesuje Cię kultura i historia Żydów Suwalszczyzny, wesprzyj tłumaczenie “Księgi pamięci Żydów augustowskich”: https://jzi.org.pl/kategoria-produktu/kpza/


Podczas pełnej przygód podróży do krajów za ówczesną żelazną kurtyną w pewnym momencie znalazłam się wraz z moim byłym mężem w komunistycznej Warszawie. Był rok 1979. Siedząc w hotelowym lobby zapytałam Zaszę, naszą przewodniczkę, czy moglibyśmy opuścić grupę i wyruszyć w czterogodzinną podróż do Augustowa, gdzie urodził się mój ojciec. Chciałam zobaczyć, gdzie mieszkało wiele pokoleń rodziny Sokolskich. Przewodniczka poprosiła zaprzyjaźnionego mężczyznę, aby nas tam zawiózł; mówił po polsku i niemiecku, ale nie potrafił mówić po angielsku.

Przez całą podróż wąskimi, krętymi drogami moje serce łomotało. W końcu dotarliśmy do ładnego rynku w miasteczku położonym na obszarze przepięknego Pojezierza Augustowskiego. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił nasz kierowca, było odpytanie młodej blondynki w kiosku informacyjnym, czy wie, gdzie kiedyś był żydowski cmentarz. Miała na imię Anna. Powiedziała, że nie wie, ale zabrała nas do swojego domu w pobliżu, do swojej matki – Reginy Buksińskiej, która była jedyną nauczycielką angielskiego w tamtejszym liceum. Z domu wyszła drobna kobieta, poniżej półtora metra wzrostu, tuż po czterdziestce, z tak wielkim uśmiechem jak ona sama.

Regina od razu zabrała nas do domu Józefa Babkowskiego. Był mocno zbudowanym, krzepkim mężczyzną, miał siedemdziesiąt dziewięć lat. Głębokie zmarszczki na jego twarzy wyrażały jego ciężkie i pracowite życie. Pan Babkowski był uważany za historyka miasta. Przez całą wojnę ukrywał małą żydowską dziewczynkę, ryzykując bezpieczeństwo swoje i swojej rodziny. Pamiętał rodzinę Sokolskich i powiedział, że robił zakupy w dwóch sklepach, których byli właścicielami. Podniósł rękę i wyciągnął ją, niezbyt wysoko, i powiedział: „Och, to byli porządni, niewysocy ludzie”. Prawdę mówiąc, mój ojciec był najwyższy z sześciu braci i dwóch sióstr, a miał tylko 168 cm wzrostu.

Regina Buksińska i Józef Babkowski. Kadr z filmu"Podróż do Augustowa"
Regina Buksińska i Józef Babkowski. Kadr z filmu”Podróż do Augustowa”

Oprowadził nas po rynku i pokazał, gdzie mieszkała moja rodzina. Powiedziałam, że chcę iść na cmentarz, aby złożyć wyrazy szacunku. Regina powiedziała “Cmentarza nie ma”, a pan Babkowski powiedział “O tak, jest” i poprowadził nas na długi spacer przez miasto do gęstego lasu. Odpychając gałęzie od twarzy, zdałam sobie sprawę, że cmentarz już nie istnieje. Pan Babkowski mówił dalej po polsku, a Regina tłumaczyła, że Niemcy zabrali wszystkie macewy i wykorzystali je do budowy dróg i chodników, resztę ułożyli w żydowskim getcie. Zapytałam: „Czy ciała nadal tu są?” Jego odpowiedź brzmiała: „Tak”. Stanie na grobach moich krewnych sprawiało, że czułam się dziwnie. W lesie stał piękny drewniany dom, w którym niegdyś przygotowywano ciała do żydowskiego pochówku, teraz mieszkała w nim polska rodzina. Tuż obok cmentarza żydowskiego stał duży cmentarz katolicki. Był całkowicie nienaruszony, wszystkie groby były na swoich miejscach.

Pan Babkowski powiedział wtedy: „Przejdźmy na drugą stronę miasta, gdzie było getto”. Dotarliśmy do niedużej dzielnicy małych domów. W rogu dużej działki znajdowało się wiele pogruchotanych nagrobków, pogrążonych w wysokiej trawie. Opowiedział nam wtedy, jak w 1941 roku, kiedy Niemcy weszli do miasta, zabrali wszystkich Żydów w wieku 15-65 lat i rozstrzelali ich w lasach pod Szczebrą, w sumie tysiąc pięćdziesięciu mężczyzn. Powiedział, że mimo odległości ludzie w mieście słyszeli wystrzały i strasznie się bali.

Macewy na terenie dawnego getta żydowskiego na Barakach. Widok z roku 1980 (po lewej) i współczesny (po prawej)
Macewy na terenie dawnego getta żydowskiego na Barakach. Widok z roku 1980 (po lewej) i współczesny (po prawej)

Wszyscy wpakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy do lasu, niedaleko miasta, by zobaczyć, gdzie miało miejsce to przerażające wydarzenie. Wysokie sosny wznosiły się ku niebu. Ojciec opowiadał mi o pięknych polskich lasach. W tym momencie drzewa nie wydawały mi się już tak piękne i nie mogłam się doczekać powrotu do Warszawy. Ulżyło mi, że moi dziadkowie zmarli śmiercią naturalną na początku lat trzydziestych.

Byłam naprawdę przygnębiona w drodze powrotnej do hotelu. Milczałam, co jest u mnie rzadkością. Postanowiłam wtedy, że muszę coś zrobić, aby upamiętnić bliskich i wszystkich tych, którzy zginęli w Holokauście. Trudno było w to uwierzyć, ale teraz ani jeden mieszkaniec Augustowa nie był Żydem.

Po kilku tygodniach poważnych przemyśleń zadzwoniłam do Ambasady Polskiej w Waszyngtonie i umówiłam się na spotkanie z I sekretarzem, panem Bronisławem Stawińskim. Pojechałam się z nim zobaczyć, bo było to tylko czterdzieści pięć minut jazdy od mojego domu w Wirginii. Kiedy wszedł do pokoju, od razu pomyślałam, że wygląda jak mój zmarły ojciec. Rzeczywiście, powiedział mi, że jego babcia była Żydówką, a rodzina ukrywała się w czasie wojny w lesie. Powiedziałam mu, że chciałabym odrestaurować cmentarz żydowski i wybudować pomnik na cześć ludzi narodowości żydowskiej, którzy zginęli w Holokauście.

Sekretarz Stawiński był bardzo życzliwy i powiedział, że skontaktuje się z burmistrzem Augustowa[1] w celu uzyskania pozwolenia na budowę pomnika. Burmistrz odrzucił naszą pierwszą prośbę, ale nalegaliśmy i za drugim razem dostaliśmy pozwolenie. Sekretarz Stawiński skontaktował mnie wtedy z organizacją żydowską zrzeszającą wszystkich Żydów w Polsce; ich siedziba mieściła się w Warszawie. Grupa nosiła nazwę Związek Religijny Wyznania Mojżeszowego, a prezesem był Moses Finkelstein. Pan Finkelstein zrobił dla nas wszystko. Sporządził plany, które wysłałam, i załatwił wszystkie potrzebne na tym etapie pieniądze. Jego partnerem w organizacji był nieżydowski szef biura Jerzy Komack. Razem odbyli kilka podróży z Warszawy do Augustowa na spotkanie z burmistrzem i ustalenie, gdzie będzie pomnik i jak duży może być ogrodzony teren.

Po powrocie do domu w Wirginii postanowiłam odwiedzić chrześcijańskie cmentarze z dużymi, wysokimi nagrobkami, aby znaleźć pomnik, który mi się podobał. Znalazłam ten idealny na cmentarzu w Aleksandrii w Wirginii i zrobiłam mu zdjęcie. Następnie udałam się do polskiego kamieniarza w Arlington w stanie Wirginia, który był na tyle uprzejmy, że bez wynagrodzenia narysował mi szkic pomnika i zwymiarował go. Napisał też instrukcje, jak ciąć kamień i jakiego materiału użyć. Wysłałam szczegóły i zdjęcia do Polski i już na miejscu zatrudniono rzeźbiarza Tobiasza Jana Trzcińskiego.

Przede mną były teraz dwa duże projekty; jeden, aby znaleźć inne osoby pochodzące z Augustowa, a drugi, aby zebrać pieniądze na budowę pomnika. Pan Stawiński podał mi nazwę i numer telefonu organizacji w Nowym Jorku „Independent Suwalk and Vicinity Benevolent Association” (Niezależne Stowarzyszenie Dobroczynne Suwałk i Okolic), która została powołana w 1905 roku. Mój ojciec przez lata chodził tam na zebrania. Pewnego lata moi rodzice zaopiekowali się Stanleyem, synem jednego z członków, który akurat przechodził przez niełatwy proces rozwodowy. Tak bliscy byli ludzie lata temu.

Pewnego dnia pojechałam z córką Jill pociągiem do Nowego Jorku na spotkanie z pochodzącym z Augustowa członkiem „Independent Suwalk and Vicinity Benevolent Association”. Był to wielkoduszny i elegancki człowiek, Sam Grodowski. Opowiedział mi o dwóch kobietach, które również przybyły z tej okolicy, Lubie Lewinson i Racheli Nunburg. Rachela mieszkała niedaleko mnie, w Maryland.

Pojechałam porozmawiać z Rachelą w kolejnym tygodniu. Kiedy weszłam do koszernego sklepu spożywczego, siedziała za ladą i nie chciała wstać. Była raczej zdystansowana i nieufna wobec mnie. Zrozumiałam, kiedy powiedziała mi, że była w obozie koncentracyjnym. Po chwili ożywiła się i obiecała przekazać darowiznę. Powiedziałam jej, że skontaktuję się z nią, kiedy zbiorę wszystkie pieniądze.

Przeprowadziłam kampanię zbierania funduszy, wysyłając listy i dzwoniąc do ludzi. Wykorzystałam adresy i telefony rodziny i znajomych, moje członkostwa w klubach, gazety i radio. Najwięcej pieniędzy otrzymaliśmy od rodziny i bliskich. Byłam bardzo aktywna politycznie, więc miałam dużą bazę adresową. Darowizny przyszły od gubernatora Wirginii Johna Daltona, naszego kongresmana Joela Broyhilla i członka Rady Nadzorczej [2] Toma Davisa.

Była podobna ilość osób pochodzenia żydowskiego i nieżydowskiego, które przekazywały datki. Udało się zebrać wszystkie potrzebne fundusze! I ponieważ byłam członkiem Gildii Aktorów Filmowych i Amerykańskiej Federacji Telewizji i Radia, pomyślałam, dlaczego nie sfilmować ceremonii. Jeden z hojnych pacjentów mojego byłego męża, pan Don McNary, wsparł realizację filmu.

Lekcje polskiego brałam u przyjaciółki sekretarza Stawińskiego, młodej kobiety o imieniu Mira Creech[3]. Została moją nauczycielką i przyjaciółką. Naprawdę potrzebowaliśmy więcej pieniędzy, a jej mama w Warszawie pomogła nam wymieniać pieniądze na czarnym rynku. Jej siostra Anna została moją tłumaczką, a także zatrudniła dla mnie polską ekipę filmową Interpress. Kazano mi przywieźć własny film Kodaka, ponieważ w Polsce brakowało filmu.

W 1981 roku, zaledwie rok po tym, jak napisałam do organizacji żydowskiej w Polsce, polecieliśmy do Polski na poświęcenie pomnika. Był sierpień, pogoda była naprawdę ciepła i nie zanosiło się na deszcz. Zatrzymaliśmy się w hotelu Victoria w centrum Warszawy, ale większość czasu spędziliśmy w domu Modelskich – Miry i jej mamy. Był to okres braków żywnościowych, a mimo to byli bardzo gościnni. Solidarność zyskiwała wpływy i wyglądało na to, że Rosjanie mogą wkroczyć siłą i przejąć miasto.

Hotel Victoria Intercontinental przy ul. Królewskiej w Warszawie. Początek lat 80-tych
Hotel Victoria Intercontinental przy ul. Królewskiej w Warszawie. Początek lat 80-tych

Sytuacja była bardzo napięta i trudno było zdobyć jedzenie. Trzeba było czekać w długich kolejkach po chleb, a potem przejść do innej kolejki po trochę mięsa. Zdobycie kanapki zajęłoby cały dzień. Moja przyjaciółka Mira i jej siostra Anna zabrały nawet trochę papieru toaletowego z naszej hotelowej łazienki. Policja pilnowała hotelu, więc tylko goście hotelu mogli wejść. Ludzie mieli pieniądze, ale nic nie było w sklepach. Pewnego dnia staliśmy w długiej kolejce po faszerowaną bułkę, nie z hot dogiem, ale z grzybami.

To był trudny czas na wykonanie tego, co planowaliśmy, ponieważ w Polsce panował stan wojenny[4]. Już następnego dnia, kiedy byliśmy w Augustowie, filmowaliśmy uroczystość, to nasz hotel w Warszawie, hotel Victoria został otoczony przez polskich żołnierzy powstrzymujących z bronią w ręku protestujących członków Solidarności. Moja ekipa filmowa bardzo martwiła się o moje bezpieczeństwo, a ja martwiłam się o ich rodziny.

Przyjechaliśmy do Polski z kartonami jedzenia, cukru, mąki, z papierosami i prezentami dla wszystkich, którzy nam pomogli. Kiedy kręciliśmy scenę ze mną siedzącą na ławce na rynku, kobieta krzyczała przez okno po polsku: “Daj nam jedzenie! Nie rób nam zdjęć!”

Dzień przed ceremonią biegaliśmy i kręciliśmy różne sceny, m.in. tę w lesie z panem Babkowskim i wywiady w hotelu. Następnego dnia na ceremonii byłam szalenie podekscytowana, bo polskie flagi zasłaniały las przed pomnikiem na cmentarzu. Wokół ogrodzonego terenu posadzono rośliny podarowane przez miasto. Dwadzieścia osiem organizacji podarowało kwiaty i postawiło je na pomniku. Harcerze i harcerki stanęli na straży honorowej i także wręczali kwiaty. Sekretarz partii komunistycznej mówił najpierw o „tej historycznej okazji”, a następnie przemówił burmistrz witając nas wszystkich oraz wspomniał o obywatelach Polski, którzy zginęli i zostali pochowani na tej świętej ziemi. Ksiądz Zdatowski również przemówił i powiedział, że ma wielki szacunek dla Żydów, gdyż on również przebywał w obozie koncentracyjnym w Moghaven[5]. Podziwiał ich wolę przetrwania, bez względu na to, jak ciężko im było; byli chłostą zmuszani do ciągnięcia wozów, upadali, a potem wstawali i ciągnęli je dalej. Mówił o pamięci o Żydach i poszanowaniu ich wspomnień.

Pan Finkelstein przemawiał mówiąc: „W czasie, gdy do Augustowa weszli Niemcy, jedna trzecia z 4000 jego mieszkańców było Żydami. Prowadzili aktywne życie ramię w ramię z nieżydowskimi mieszkańcami tej społeczności. Byli kupcami, wykwalifikowanymi rzemieślnikami i fachowcami. Niektórzy z nich mieli młyny i liczne sklepy. To była dobrze prosperująca społeczność żydowska. Mieli bibliotekę i pomagali biednym. Mieli wiele synagog, w których mogli się modlić, tak jak wy macie kościoły. Wyszkolili też wielu gojow i nauczyli ich handlu. Byli prawdziwymi sąsiadami i przyjaciółmi”. Rabin Hertz, przyjezdny rabin skandował piękne słowa za zmarłych: „Al moleh rak hamim”. W tym czasie w Polsce nie było stałych rabinów. Rabin Hertz pochodził z Brooklynu w USA.

Mówiłam przez kilka minut. Przemowa, którą przygotowywałam po polsku przez pół roku, uleciała mi z pamięci, gdy zobaczyłam te wszystkie twarze patrzące na mnie. Położyłam kamień na pomniku i powiedziałam, że zgodnie z tradycją żydowską zostawiamy kamienie na grobie, który odwiedziliśmy, aby pokazać, że tam jesteśmy i że nam zależy. Anna przetłumaczyła wszystko, co powiedziałam, zakończyłam słowami „jen-koo-yea” po polsku (dziękuję) i to sprawiło, że wszyscy się uśmiechnęli i klaskali. Następnie wykopałam mały dołek w polskiej ziemi i zakopałam puszkę ze wszystkimi nazwiskami tych, którzy przekazali pieniądze na urzeczywistnienie tego marzenia.

Na uroczystość przyszły trzy osoby, z którymi kontaktowałam się w Ameryce. Pan Sam Grodowski opuścił Augustów w latach 30-tych jako młody chłopak. Rachael Nunburg, ocalała z getta w mieście, spędziła trzy lata w Auschwitz i której ojciec był jednym z mężczyzn rozstrzelanych w lesie. Uczestniczyła również Luba Feldman, słodka kobieta z New Jersey. Tuż po uroczystości pan Grodowski zaaranżował płatne przeniesienie nagrobków z żydowskiego getta i umieszczenie ich za pomnikiem.

Uroczystość odsłonięcia pomnika na starym cmentarzu żydowskim w Augustowie. Kadry z filmu “Podróż do Augustowa”

Cała nasza czwórka przekazała datki, dlatego po jednej stronie pomnika umieściliśmy cztery nazwiska: Sokolsky, Grodowski, Lewinson i Słowatychi. Po nich następują słowa: „Miejsce poświęcone – na tym cmentarzu spoczywają tysiące Żydów mieszkańców Augustowa i Ziemi Augustowskiej”.

Zaraz po ceremonii podeszła do mnie jedna kobieta i powiedziała po polsku, jak bardzo się cieszy, że stoi tam pomnik. Miała sąsiada Żyda, który był jej dobrym przyjacielem i byli bardzo blisko ze sobą.

Po ceremonii wszyscy byliśmy radośni, ale to szybko zmieniło się dla mnie we łzy. Kamerzysta podszedł do mnie zdenerwowany i powiedział, że ktoś ukradł niebieską plastikową torbę, którą zostawił na ziemi z filmem, który nakręciliśmy dzień wcześniej. Wygląda na to, że myśleli, że to jedzenie. Policja próbowała go znaleźć i wielu mieszkańców miasteczka zajrzało do koszy na śmieci, a nawet ogłoszono to przez głośniki z samochodu przejeżdżającego przez miasto. Bezskutecznie, beznadziejnie.

Macewy na dawnym cmentarzu żydowskim w Augustowie - stan pierwotny. Fot. Naomi Zeavin
Macewy na dawnym cmentarzu żydowskim w Augustowie – stan pierwotny. Fot. Naomi Zeavin

Nakręciliśmy tylko dzień ceremonii. Powiedziałam, że to koniec, nieważne. Po prostu nie mogłam wymyślić, co zrobić. Ale Anna i ekipa byli wspaniali i nalegali, abyśmy zrobili zdjęcia następnego dnia przed powrotem do domu. Kamerzysta wstał o świcie, i aby mnie zaskoczyć podwinął spodnie, a następnie poszedł z aparatem brodzić w rzece Netcie, żeby zrobić wspaniałe ujęcie szerokiej rzeki, przez którą mój ojciec kiedyś przepłynął stając się bohaterem miasta. Film „Podróż do Augustowa” jest dziś na płytach CD oraz w Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie i w Yod Visham w Izraelu.[6]

Słyszałam, że wiele osób oglądało film w Waszyngtonie w sali badawczej Muzeum Holokaustu. Kilkoro z nich pojechało do Polski, aby zwiedzić cmentarz i pomnik. Jedna rodzina, Fishbine, wynajęła autobus dla członków rodziny, aby zwiedzić Augustów. Dodali duży własny kamień na cmentarzu. Inny mężczyzna, Hank Hchonzeit, pojechał z córką do Augustowa. Urocza Regina była przewodnikiem obu rodzin.

Regina, mój anioł, czuwał nad cmentarzem ponad trzydzieści lat. Urzędnicy w mieście są odpowiedzialni za utrzymanie cmentarza, ale kiedy coś się zepsuje, ja muszę zająć się naprawą. Regina i jej rodzina udają się i upewniają się, że okolica jest czysta i usuwają liście. Przynoszą też kwiaty i świece. Miasteczko jest w stu procentach chrześcijańskie, a jednak zawsze znajduje tam kwiaty lub świece, spoczywające na podstawie pomnika. W ostatnich latach pojawiły się graffiti i zniszczenia. Choć w mieście nie ma ani jednego Żyda, nie pojmuję, dlaczego swastyki i zniszczenia pojawiają się co roku. Burmistrz miasta karze tych, którzy wyrządzają szkody, ale wielu uchodzi to na sucho.

“List do Boga” pozostawiony na pomniku w 2007 roku. Fot. Aneta Chilmon

Od dnia ceremonii wracałam do Augustowa trzy razy, ostatnio ponad trzydzieści lat temu. W Ambasadzie Polskiej w Waszyngtonie zyskałam wielu przyjaciół.

Drzwi zostały dla mnie otwarte, a niektóre ekscytujące doświadczenia sprawiły, że dzięki powołaniu do odnowienia cmentarza, moje życie stało się pełniejsze i bardziej niezapomniane. Pierwsze wydarzenie miało miejsce, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi i dwóch młodych przystojnych mężczyzn, ubranych w ciemne garnitury, stanęło pod moimi drzwiami. Pokazali mi swoje odznaki FBI i chcieli ze mną porozmawiać. Zaprosiłam ich i pomyślałam: co zrobiłam? Wygląda na to, że przez lata nagrywali mnie, obserwowali, podsłuchiwali moje rozmowy telefoniczne i wiedzieli o moich wizytach w polskiej ambasadzie. W naszym domu również gościliśmy wielu dostojników z ambasady.

Był to czas komunizmu lat 80-tych, a w grudniu 1981 r. polski ambasador w Ameryce F. Romuald Spasowski poprosił o azyl polityczny. Agenci zapytali mnie, czy mogłabym skłonić sekretarza Stawińskiego do ucieczki. Rozmawiałam o tym z Bronisławem, ale on miał rodzinę w Polsce, więc powiedział, że chciałby, ale nie może; bałby się o ich bezpieczeństwo. Kilka lat później FBI przyszło ponownie i poprosiło mnie o szpiegowanie nowego pierwszego sekretarza, z którym się zaprzyjaźniłam, Krzysztofa Nowakowskiego. Dałam z siebie wszystko, ale nie dostałam dla nich żadnych ciekawych informacji. Chris do dziś jest moim dobrym przyjacielem. Kilka lat później, kiedy odwiedzałam Polskę, on, jego żona i syn opiekowali się mną, kiedy pojechałam ponownie odwiedzić Augustów.

Niedługo po moich wizytach w FBI dostałam nominację od prezydenta Ronalda Reagana. Wpisałam te dwie wizyty w Polsce oraz nazwiska i daty w moim kwestionariuszu. Z przyjemnością mogę powiedzieć, że to nie miało znaczenia i dostałam nominację w 1985 roku.[7]

Kolejne ekscytujące wydarzenie miało miejsce z udziałem Ambasady Polskiej w 1991 roku. Zaprzyjaźniłam się z nowym I sekretarzem Andrzejem Jareckim z niekomunistycznej już Ambasady Polski. Był bardzo wysokim, szczupłym i wytwornym słynnym dramatopisarzem i reżyserem filmowym w Polsce. Otrzymał wiele nagród, w tym odpowiednik naszego Oscara[8]. Ze względu na wzrost antysemityzmu na świecie chciałam wyprodukować nową wersję filmu z polską i angielską ścieżką dźwiękową. Pomógł mi w tym sekretarz Jarecki, podkładając jeden z głosów po polsku i pomagając w tłumaczeniu.

Wiele antysemickich incydentów miało miejsce we Francji. To skłoniło mnie do skontaktowania się z Ambasadą Francji w Waszyngtonie. Rozpoczęłam współpracę z sekretarzem prasowym Pierre Gunardem, który otworzył mi wszystkie drzwi. Przejrzałam wszystkie ich papiery i akta i dodałam zdjęcia z Francji w nowej wersji “Podróży do Augustowa”.

Nowa wersja okazała się sukcesem i zaproszono mnie do pokazania filmu na Festiwalu Żydowskim w San Francisco. Bliskim przyjacielem sekretarza Andrzeja Jareckiego był noblista z 1980 roku, poeta Czesław Miłosz, który wówczas wykładał na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Jarecki chciał, żeby obejrzał film. Wraz z jego listem polecającym i telefonem od niego do pana Miłosza zostałam zaproszona do jego domu. Zadziwiło mnie, że poświęca mi tyle czasu mimo jego zapracowania w ważnych instytucjach. „Jak tobie, takiej drobnej, młodej kobiecie, w pojedynkę i w tak krótkim czasie, udało się wznieść pomnik poświęcony Żydom za żelazną kurtyną?”

Moja odpowiedź była taka, że tysiące rąk pomagało i wiele serc spełniło marzenie. Żydzi wierzą, że jeśli kogoś się wspomina, ten ktoś odżywa, a mając pomnik ludzie są niejako zmuszeni do myślenia o Żydach, którzy tam kiedyś mieszkali. Oni odżywają.

Naprawdę wierzę, że to Bóg prowadził mnie przez całą drogę w tej podróży, bo bez Niego nie udałoby mi się. Jestem tylko jednym z jego narzędzi.




 

  1. W tamtych czasach na czele władz miasta stał nie burmistrz lecz naczelnik
  2. Fairfax County Board of Supervisors
  3. https://pl.wikipedia.org/wiki/Mira_Modelska-Creech [przyp. red.]
  4. Tu autorka się myli, gdyż stan wojenny został wprowadzony dopiero 13 grudnia 1981 roku [przyp. red.]
  5. Prawdopodobnie chodzi tu o obóz koncentracyjny Mauthausen
  6. Kopię z polską ścieżką dźwiękową przekazaliśmy również do Augustowskich Placówek Kultury [przyp. red.]
  7. Autorka otrzymała nominację na Członka Komitetu Doradczego ds. Sztuki 14 maja 1985 r. z rąk Prezydenta Ronalda Reagana [przyp. red.]
  8. Tu autorka chyba trochę przesadziła. Film “Marysia i Napoleon” na podstawie dramatu Andrzeja Jareckiego otrzymał w 1967 roku wyróżnienie na Międzynarodowym Festiwalu Filmu Barwnego w Barcelonie
Opublikowano Dodaj komentarz

Trzy oblicza Augustowa

Dziś nietypowy wpis! Od darczyńców trzymaliśmy trzy piękne, unikatowe albumy, którymi chcemy się z Wami podzielić. Każdy z tych albumów przedstawia nieco inne oblicze Augustowa i okolic. Żaden z nich nie jest łatwy do zdobycia, a teraz pojawiają się razem na aukcjach Allegro. Aukcje trwają 10 dni, a 100% dochodu ze sprzedaży tych albumów darczyńcy przeznaczają do dofinansowanie tłumaczenia "Księgi pamięci Żydów augustowskich". Więcej o tej inicjatywie oraz o innych sposobach wsparcia tłumaczenia można znaleźć tutaj.

Co jakiś czas będziemy aktualizować ten post informując jaką kwotę łącznie zebraliśmy.


 

Augustów - miasto królewskie

Szlaki turystyczne Ziemi AugustowskiejAlbum ten prezentuje szlaki turystyczne Ziemi Augustowskiej – papieskie, kajakowe, żeglarskie, piesze, rowerowe i konne. Na wszystkich szlakach są widoczne elementy dziedzictwa kulturowego rybołówstwa. Prezentowane w albumie trasy przebiegają przez tereny leśne i przyrodniczo cenne obszary, obok gospodarstw rybackich, łowisk wędkarskich oraz punktów gastronomicznych, oferujących wyśmienite, świeże i zdrowe dania z lokalnych ryb. Albumem tym zachęcamy do odkrywania uroków tych zachwycających terenów oraz do odwiedzenia pięknej i gościnnej Ziemi Augustowskiej.

Album na aukcję przekazał Krzysztof Zięcina ze Stowarzyszenia Jamiński Zespół Indeksacyjny.


 

Augustów - miasto królewskie

Augustów - miasto królewskie

80-stronicowy album wydany przez miasto Augustów.  Zaprasza do wędrówki przez karty historii, prezentuje bogactwa przyrody, osiągnięcia gospodarcze, kulturalne i sportowe grodu nad Nettą. Jesteśmy przekonani, że będzie to podróż wyjątkowa, która zachęci do odkrywania Augustowa na nowo.

Album na aukcję przekazał Bogdan Falicki z Klubu Augustowiaków i Suwalszczan w Warszawie.


 

Wigry z Janem Pawłem II

 

Wigry z Janem Pawłem IIArturo Mari był osobistym fotografem papieża Jana Pawła II. Towarzyszył mu we wszystkich podróżach, w tym również tej, najważniejszej dla mieszkańców Suwalszczyzny, która odbyła się w czerwcu 1999 roku. Fotografie w albumie pokazują, jak doskonale papież czuł się wśród polskich jezior, pól i lasów oraz jak na każdym kroku spotykał się z miłością i oddaniem rodaków.

Album na aukcję przekazał Bogdan Falicki z Klubu Augustowiaków i Suwalszczan w Warszawie.


O tym w jaki sposób te trzy książki się łączą i w jaki sposób dotykają Ziemi Augustowskiej pisze Bogdan Falicki w swoim wierszu napisanym z okazji tej aukcji:

Miasto, wody, pielgrzymi

Miasto

Ulice zaklęte w czuły czworobok
i trzy mosty: wysoki, śluza, upust.
Krajobrazy zapamiętane, widziane i śnione.
Wszystkie pogody 365 dni i nocy,
Wszystkie 6 pór roku od ich początku
Wrośnięte w nasze kości.

Wody

Jeziora, rzeki, Kanał i ich podwodni mieszkańcy,
służący swym ciałem ludzkim pokoleniom.
Odwieczny i zmyślny przepływ białka
ponad przykazaniem „nie zabijaj”.
Ryba: znak pojednania śmierci i życia,
wierzących i pogan, tubylców i najeźdźców.
Wszyscy musieli jeść i karmić dzieci.

Pielgrzymi

Od pól gdzie Klęczący Pan Jezus,
przez przydrożne kapliczki i ołtarzyki
do uzdrawiającego źródełka w Studzienicznej.
Z modlitwą lub w skupionym znoju
Od Zielonych Świątek pieszo do kolejnych Zielonych Świątek.
Kiedyś On po naszych śladach,
teraz my Jego szlakiem.
Czerwcowe powietrze dotąd drga
poruszone Słowem.

Bogdan Falicki
8-9.06.2021