Sobór trydencki (1545-1563) podjął uchwały, w wyniku których w kościele rzymskokatolickim rozpoczęto prowadzenie ksiąg metrykalnych. Początkowo prowadzono księgi ochrzczonych i zaślubionych, później również zmarłych. Takie księgi prowadzone są do dziś. Z punktu widzenia wartości historycznej najcenniejsze są te najstarsze księgi metrykalne, tym bardziej, że zachowało się ich niewiele. Sam z pasją rzucam się do ich studiowania i później indeksacji, gdy jakaś wpadnie mi w ręce. Takie księgi są również niezwykle cenne dla zaawansowanych genealogów, którzy mogą cofnąć się bardzo głęboko w swoich poszukiwaniach przodków i pochodzenia. Jest tylko jedno ale: aby cofnąć się do XVIII czy XVII wieku należy najpierw przebrnąć przez wiek XX, a potem XIX!
Zdarza się, i to wcale nierzadko, że owszem znamy imiona i nazwiska swoich dziadków, zmarłych powiedzmy w latach 1970-tych, ale imion i nazwisk ich rodziców (pradziadków) już nikt z żyjących nie pamięta. Zaawansowany genealog powiedziałby: wystarczy pojechać do Urzędu Stanu Cywilnego, przedstawić dowód na bezpośrednie pokrewieństwo i można otrzymać wypis z aktu zgonu dziadków, w którym informacje o rodzicach być powinny. No dobrze, ale gdy mieszkamy obecnie w odległym miejscu Polski lub za granicą? Wizyta w USC to poważne przedsięwzięcie! A co gdy nie wiemy, w którym urzędzie szukać dokumentów? To tylko jeden z licznych przykładów, które zniechęcają ludzi do poważniejszego zajęcia się historią swojej rodziny. Naturalne jest, że trudności powinny narastać w miarę cofania się w czasie w badaniach, ale gdy pojawiają się na samym początku, skutkują szybkim porzuceniem genealogii. Sam nie raz widziałem porzucone w sieci drzewa genealogiczne składające się z probanta (osoby głównej), jego rodziców i… czasem już tyle. Nawet dziadków nie zaznaczono, prawdopodobnie z powodu trudności ze zdobyciem informacji.
W sukurs mogą przyjść indeksy z nowszych ksiąg metrykalnych. Jak nowych? Na to pytanie odpowiedź daje ustawa o nazwie Prawo o aktach stanu cywilnego1. Informuje ona, że po upływie pewnego czasu zapisy z metryk cywilnych przestają być chronione i mogą być udostępnione zupełnie. Ten czas zdefiniowany jest następująco:
dla metryk urodzonych: 100 lat
dla metryk zaślubionych: 80 lat
dla metryk zmarłych: 80 lat
Innymi słowy prawo przewiduje, iż na dzień pisania tych słów metryki urodzonych spisane przed 9 grudnia 1921 roku powinny być udostępniane zupełnie. Analogicznie metryki zaślubionych i zmarłych powinny być dostępne metryki spisane przed 9 grudnia 1941 roku. Czy to oznacza, że metryki spisane później nie są dostępne? Niezupełnie! Wyżej wspomniana ustawa dotyczy aktów stanu cywilnego, czyli dokumentów metrykalnych przechowywanych w urzędach stanu cywilnego. Nie dotyczy ona np. metryk kościelnych, które spisywane były i są przez proboszczów poszczególnych parafii zgodnie z wytycznymi sprzed wieków. Tutaj jednak obowiązuje ustawa o ochronie danych osobowych, która chroni dane personalne przed publicznym udostępnianiem, czyli słynne RODO. Na szczęście tylko osoby żyjące w świetle prawa podlegają tej ustawie, a zmarłe nie.
Jakie są tego konsekwencje? Że można udostępniać wszelkie dane dotyczące osób zmarłych. Można więc indeksować księgi zgonów do czasów współczesnych, a wynik tej pracy udostępniać publicznie pod rygorem spełnienia dwóch warunków:
Zgody administratora danych osobowych, czyli w tym wypadku proboszcza
Usunięcia z publikowanych danych informacji o osobach potencjalnie żyjących
O ile konieczność spełnienie pierwszego warunku jest oczywista, to o co chodzi w warunku drugim? Otóż w aktach zgonów znajdują się informacje o rodzicach zmarłej osoby, ewentualnie o współmałżonku lub o innych osobach np. zgłaszających zgon. Publikując kopie metryk lub indeksy powstałe na bazie tych metryk należy zadbać o to, aby nie znalazły się tam informacje o osobach, które nie ukończyły 100 lat na dzień publikacji. Przykład poniżej:
Jest to strona z księgi zgonów parafii Żyliny z siedzibą w Podżylinach zawierająca dane o zmarłych pod koniec 1979 roku. W metryce #11 i #12 nie ma danych niejawnych – pierwsza osoba urodziła się w 1911 roku, druga w roku 1920, a więc rodzice tych osób są nieżyjący. Wobec tego wszystkie dane zawarte w tych dwóch metrykach można pokazać. Natomiast w metryce #13 wymazałem dane osobowe współmałżonka zmarłej, gdyż nie ma pewności, iż współmałżonek nie żyje, mimo tego, że zmarła osoba urodziła się w 1920 roku. Mało tego! Identycznie zachowuje się wyszukiwarka Geneo, która z indeksów selekcjonuje prawidłowo dane i wyświetla tylko te, które mogą być publicznie udostępnione.
Wyszukiwarka Geneo od samego początku miała być zgodna z literą prawa obowiązującego w Polsce. W jej bazie danych znajdują się na przykład indeksy urodzeń z parafii Adamowicze z roku 1926, a mimo to w wynikach wyszukiwania pokazywać się zaczną dopiero w roku 2026. Analogicznie związki małżeńskie i zapowiedzi zawarte po 1941 roku zaczną się pokazywać w wynikach, gdy upłynie 80 lat od daty wskazanej w zapisie. Tak jak wcześniej pisałem z metrykami zgonów jest nieco inaczej, bo dane o osobie zmarłej publikować można z uwzględnieniem restrykcji wymienionych wyżej.
Podsumowując, dzięki indeksacji nowszych ksiąg metrykalnych, zwłaszcza ksiąg zmarłych można dokonać jakościowego skoku pomiędzy współczesnością, a powszechniej dostępnymi danymi historycznymi. W Geneo są indeksy z kilku, czy może nawet kilkunastu takich ksiąg. Zawsze będę zachęcać do rozmów z proboszczami, aby zdecydowali się na udostępnianie współczesnych ksiąg zgonów do indeksacji, bo dzięki sposobowi prezentacji wyników jest to w pełni bezpieczne i chroni wrażliwe dane.
Ujednolicony tekst tej ustawy z 16 marca 2021 znajduje się na stronach Sejmu[↩]
Jeszcze kilka wieków temu obszary Suwalszczyzny porośnięte były zwartymi borami. Osadnictwo na większą skalę rozpoczęło się za czasów królowej Bony. Wtedy to Augustów otrzymał prawa miejskie i powstały najstarsze w regionie parafie. Przybywająca ludność karczowała las, by uzyskać miejsce pod domostwa i pola uprawne. Mimo to drzewostan stanowił przez kolejne stulecia dominujący element krajobrazu i gospodarki tego obszaru. Po lasach rozsianych było wiele osad leśnych zamieszkiwanych przez strzelców i strażników leśnych strzegących lasy królewskie, później państwowe, przed kłusownikami i złodziejami drewna. Wraz z upływem czasu wiele z tych osad, które dziś nazywamy leśniczówkami zniknęło z powierzchni ziemi – obszary puszczy kurczyły się, a dzięki szerszemu użyciu konia wierzchowego patrolowane obszary zwiększyły się. Już w okresie dwudziestolecia międzywojennego, kiedy tworzono dokładne mapy topograficzne całego kraju, wielu z tych osad leśnych nie było. Wcześniej z kolei mapy nie były wystarczająco dokładne, aby wszystkie te zabudowania odwzorować. Jest więc całe mnóstwo dawnych leśniczówek, które nie pozostawiły po sobie wyraźnego znaku na mapach. Gdzieniegdzie nazwa danej osady leśnej przerwała jako lokalnie używana zwyczajowa nazwa obszaru, drogi czy uroczyska.
Pamiętajmy jednak, że każda z tych osad zamieszkiwana była przez rodziny, czasem jedną lub dwie, w których rodziły się dzieci, młodzi wchodzili w związek małżeński, a wszyscy wcześniej czy później umierali. Każde z tych wydarzeń pozostawiło ślad w aktach metrykalnych (kościelnych lub cywilnych) odpowiadających najbliższej parafii. Zapis w księgach metrykalnych nierzadko jest jedynym śladem wskazującym na istnienie dawnej osady leśnej, nie wspominając o imionach i nazwiskach zamieszkujących je ludzi.
No to pierwsza ciekawostka z ksiąg metrykalnych z obszaru Suwalszczyzny. Dnia 13 września 1914 roku umiera dwóch stacjonujących w Łabnie żołnierzy 1. Fińskiego Artyleryjskiego Dywizjony 1. Parku. Fakt ten odnotowano w prawosławnej księdze zgonu za ten rok, a jako przyczynę zgonu obu kompanów podano ostre zatrucie alkoholowe.
W carskiej Rosji podstawową jednostką obrotu alkoholem było wiadro, czyli ok. 16,5 litra. Dopiero pod koniec XIX wieku państwo powróciło do własnego monopolu produkcji alkoholu oraz zlikwidowało dotychczasowy system miar handlowych. Od tej pory podstawowymi jednostkami handlowymi stały się pojemności 0,25, 0,5 i 0,75 l. Zezwolono na sprzedaż wyłącznie butelkowanego i opieczętowanego alkoholu. Oczywiście skutek takiego pomysłu okazał się odwrotny od zamierzonego. Państwo nie zlikwidowało prywatnych gorzelni tylko skupowało od nich całą produkcję, a następnie wprowadzało ten alkohol ponownie do obiegu. Takim działaniem kierowała chęć uzyskania większych zysków dla kasy państwa.
Powszechne pijaństwo nie omijało również armii. Regulamin wojskowy przewidywał, że podczas wojny każdy żołnierz ma tygodniowo prawo do trzech czarek wódki zwanej „winem chlebowym”. Jedna czarka równała się 160 gramom alkoholu. W czasie pokoju wódka była wydawana z okazji świąt, nie mniej niż 15-krotnie w ciągu roku. Skutek był taki, że poborowy-abstynent kończył służbę wojskową będąc nałogowym alkoholikiem.
Regulamin regulaminem, ale prócz przepisowych, już nie małych, ilości alkoholu (wcale nie małych) żołnierze pozyskiwali dodatkowe ilości wódki u miejscowej ludności. Nic dziwnego więc, że artylerzyści starszy feuerwerker Ilia Smirnow i starszy feuerwerker Aleksander Prokofiew dokonali żywota przy kieliszku, a raczej przy szklance wypełnionej tym zdradliwy trunkiem.
Wielokrotnie słyszałem opinie powątpiewające w sens szczegółowej indeksacji. Za długo! A po co? Każdy może sobie zajrzeć do metryki, itp. Chciałem więc pokazać przykład uzasadniający takie podejście na przykładzie metryki cywilnej ślubu z 29 stycznia 1815 roku. Metryka spisana według Kodeksu Prawa Cywilnego Napoleona, a więc bardzo długa, mieszcząca się na kilku stronach – stąd dwa skany:
O ile wiem metryka nie jest nigdzie dostępna online, więc łatwo zajrzeć do niej nie można. Indeksując ją więc według standardowego podejścia otrzymujemy następujące dane:
Rok: 1815
Akt: 2
Miejscowość: Kunicha
Pan młody: Wojciech Pycz, syn Macieja i Magdaleny Sokołowskiej
Panna młoda Agnieszka Cimoch, córka Bazylego i Krystyny Bernatowicz
Na podstawie tych danych możemy więc dodać 6 osób do drzewa genealogicznego, ale… No właśnie. Poza rodzicami młodych nie mamy o nich żadnej dodatkowej informacji. Miejscowość wskazuje, najprawdopodobniej na wieś, z której pochodzi panna młoda, ale jednak najprawdopodobniej. Tylko tyle.
Jednak metryka jest bardzo obszerna, więc zapewne zawiera znacznie więcej informacji. Istotnie! Ale od początku… Mamy po pierwsze mnóstwo informacji o panu młodym: że mieszkał we wsi Czarniewo w parafii Jaminy i w tejże parafii się urodził (podług złożonej metryki wyjętej z ksiąg kościoła jamińskiego), że jego ojciec nie żyje od roku i dwóch miesięcy (złożył sepulturę ojca swego, który jak życie skończył rok jeden miesięcy dwa), że ma 23 lata i że mieszka przy matce luźno, a więc nie ma gospodarki rolnej. Sporo, prawda? Analogicznie dowiadujemy się, że panna młoda mieszka we wsi Kunicha parafii Krasnybór i w tejże parafii się urodziła, ma 23 lata i że jej matka już nie żyje, a zamieszkuje wspólnie z ojcem. Otrzymujemy niemal pełny obraz sytuacji życiowej dwójki nowozaślubionych umocowany w funkcji czasu i przestrzeni. Wiemy w jakich księgach poszukiwać metryk urodzenia młodych, wiemy w jakim okresie szukać metryk zgonu nieżyjących rodziców.
Mało tego! Czytając dalej, na kolejnej stronie otrzymujemy informację o świadkach obecnych przy spisywaniu metryki. A są to:
Antoni Pycz (60) stryj młodego
Szymon Pycz (50) stryj młodego
Marcin Bernatowicz (42) brat wujeczny młodej
Maciej Bernatowicz (31) brat wujeczny młodej
Poznajemy w ten sposób dwóch braci ojca młodego oraz dwóch braci matki młodej wraz z ich wiekiem (czyli można określić przybliżoną datę urodzenia). Kolejne cztery osoby do drzewa genealogicznego!
Czy warto? Można przecież zebrać informacje o krewnych przeszukując indeksy z innych okresów. Zdarza się jednak, że jest luka w zapisach metrykalnych bodź w ogóle brak wcześniejszych ksiąg, a więc indeksów za dany okres nie ma, bo nie ma na podstawie czego ich stworzyć i co wtedy? I nie jest sytuacja wyjątkowa. Możemy sobie wyobrazić również gruby błąd indeksującego, a wówczas mimo tego, że indeksy są, to są tak zdeformowane, że ciężko znaleźć poszukiwaną osobę.
Zdarza się też, że metryka jest dostępna online, a jest zapisana w języku rosyjskim lub po łacinie. Jeśli ktoś zna te języki – super, ale jeśli nie? Zaczynają się prośby o tłumaczenie na różnych grupach czy forach. Oczywiście tak też można, ale wiem z własnego doświadczenia, że uzyskanie rzetelnego tłumaczenia w niektórych przypadkach nie jest trywialne.
Nie wiem, czy czujecie się przekonani. Aby zrozumieć sens takiej indeksacji trzeba posiedzieć w genealogii trochę więcej czasu i w swoich badaniach cofnąć się do okresu, gdzie zapisów metrykalnych zaczyna już brakować lub urywają się w ogóle.
Moja rodzina ze strony ojca pochodzi z maleńkiej mazowieckiej wsi. W latach 70-tych było to 25 gospodarstw, teraz trochę więcej. No może gospodarstw nie jest więcej, może nawet mniej, ale domów na pewno więcej. Zawsze mnie zastanawiało skąd w tak maleńkiej wsi, nazwisko które noszę było tak licznie reprezentowane. Jedni Zięcinowie byli z naszą rodziną spokrewnieni, inni nie – przynajmniej tak twierdził ojciec. Nie dawało mi to spokoju i w końcu postanowiłem to wyjaśnić.
Z Mazowsza na Suwalszczyznę
Był wrzesień 2008 roku. Rok, w którym bardzo rozpowszechniły się w Polsce serwisy społecznościowe takie jak nasza-klasa.pl czy facebook. Ułatwiały one odnalezienie i kontakt nawet z dalekimi członkami rodziny, również za granicą. Był to też rok, w którym zajmowanie się genealogią stało się bardzo modne. Właściwie każda osoba, z którą rozmawiałem na temat rodziny chciała w jakiś sposób współuczestniczyć w budowaniu drzewa genealogicznego, czy to dostarczając nowe informacje, czy tez kontaktując mnie z jeszcze dalszą rodziną. Budowa drzewa genealogicznego do poziomu pradziadków poszła więc bardzo szybko. Spodobało mi się też, że miałem właściwie komplet podstawowych informacji o niemal każdym członku rodziny: daty urodzenia i zgonu, zawody, miejsca pochówku, numery grobów (tam gdzie na cmentarzach groby były numerowane), historie o danej osobie itp. Już taki jestem – luki mnie drażnią. Jest to moim przekleństwem, bo czasem łapię się, że zbyt wiele czasu poświęcam detalom tracąc z oczu główny cel.
Moim poczynaniom z zazdrością przyglądała się żona i poprosiła mnie, abym budował drzewo genealogiczne również po jej stronie. Czemu nie! Tu już nie było tak łatwo z najbliższą rodziną, bo te rody bardzo lubiły się przemieszczać, również do USA. W każdym razie to genealogia żony zaprowadziła mnie do Augustowa i na Suwalszczyznę w ogóle. To wtedy odkryłem, że bez wglądu w księgi metrykalne nie posunę się zbyt daleko. Ależ to były czasy – odkrywanie czym jest genealogia, na czym polega poszukiwanie przodków i krewnych, jak systematyzować uzyskane informacje. Dziś śmieję się ze swojej naiwności, błądzenia, odkrywania Ameryki na nowo. Ten początkowy entuzjazm powodował jednak, że zainteresowanie genealogią zapuszczało coraz mocniejsze korzenie w moim umyśle. Teraz są tak silne, że nie do wyrwania!
Dzięki poznanej przez Internet pod koniec października 2008 roku Alicji, która jest daleką krewną mojej żony, posunąłem się w badaniach rodziny bardzo daleko. Alicja była bardzo zdeterminowana i bardziej ode mnie doświadczona. Dotarła do kogoś w Archiwum Diecezjalnym w Łomży, kto przejrzał księgi metrykalne z parafii Krasnybór, wynotował metryki dotyczące rodziny Bernatowicz w tej parafii zamieszkującej, wykonał zdjęcia tych metryk i przesłał je Alicji. Alicja podzieliła się nimi ze mną i wspólnie wyłuskiwaliśmy informacje z tych dokumentów. Nawet odczytanie metryk zapisanych w języku polskim sprawiało mi ogromną trudność! Kiedy jednak przebrnąłem przez wszystkie zawijasy XIX-wiecznej „kaligrafii” mojemu entuzjazmowi nie było końca. Nauczyłem się nawet na pamięć formuły stosowanej wówczas do zapisów metrykalnych! Od roku 1868 zapisy były jednak w języku rosyjskim i musiałem sobie mozolnie przypominać ten język, który kiedyś, gdy kończyłem studia, znałem dość dobrze. Na kłopoty językowe nałożyło się jeszcze stosowanie wówczas kalendarza juliańskiego. Którą datę wziąć pod uwagę – wcześniejszą czy późniejszą? Dzisiaj te dylematy wydają mi się śmieszne, ale zdaję sobie sprawę, że ludzie, którzy obecnie zaczynają przygodę z genealogią, mogą z tego samego powodu drapać się po głowie.
Zdjęć metryk dotyczących rodziny było sporo, ale nie dotyczyły wszystkich osób. Zwyczajnie nie sposób w ograniczonym czasie wyłuskać wszystkich informacji na temat tak licznie reprezentowanej rodziny. Zdałem sobie sprawę, ze tylko bezpośredni i długotrwały wgląd w księgi metrykalne może pomóc mi uzupełnić luki, na które natrafiłem. Wtedy właśnie odkryłem mormonów i ich mikrofilmy. Biegałem do Centrum Historii Rodziny w Warszawie i… robiłem masowo zdjęcia! I to wbrew obowiązującym tam regułom. Ustawiałem lustrzankę na statywie przed czytnikiem mikrofilmów i co przewiniętą klatkę wykonywałem zdjęcie przy pomocy pilota. Każde takie posiedzenie przynosiło kilkaset, do niemal tysiąca wykonanych zdjęć, czyli z reguły jeden mikrofilm lub jego połowę. Fotografowałem wszystkie klatki z mikrofilmu po kolei, by dopiero w domowym zaciszu zagłębić się w te, które dotyczyły mojej rodziny (dla uproszczenia rodzinę żony będę również nazywać moją rodziną). W fotografowaniu doszedłem do takiej wprawy, że zdjęcia wykonywane z czytnika, po pewnej obróbce niewiele różniły się od skanów osiągalnych współcześnie. Migawka trzaskała co 2-3 sekundy (tyle czasu zajmowało mi ustawienie kolejnej klatki mikrofilmu) i był to na tyle miarowy i głośny dźwięk, że co jakiś czas przybiegała siostra bibliotekarka, zaniepokojona tym co się dzieje na sali. Ja w tym czasie zamierałem udając, że wczytuję się akurat w to co jest na ekranie.
Zdjęcie strony księgi urodzeń z Krasnegoboru wykonane z czytnika mikrofilmów
Analizując dokładnie metryki, zwłaszcza te z lat 1808-1825, kiedy akta urodzeń, ślubów i zgonów spisywano podług Kodeksu Prawa Cywilnego Napoleona III, zauważyłem, że samo odczytywanie podstawowych informacji o osobie głównej, jej rodzicach jest niewystarczające. W metrykach kryło się więcej informacji, pozwalających na potwierdzenie pokrewieństwa pomiędzy osobami w okresie wcześniejszym, za który dokumentów na przykład nie było. Pojawiał się więc wśród świadków brat stryjeczny pana młodego, wuj panny młodej, szwagier ojca dziecka itp. Analizując te koligacje można było z łatwością połączyć dwie gałęzie, które korzeniami sięgały okresu, gdy dokumentów nie było lub były zubożone. Piszę o tym wszystkim, aby zwrócić uwagę na dwa ważne aspekty związane z dokładnymi badaniami genealogicznymi: kompletność metryk oraz szczegółowość ich przeglądania, czyli coś co leży u podstaw działań Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego obecnie.
Powstanie Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego
Kolejnym przełomem, który doprowadził do powstania grupy entuzjastów o nazwie Jamiński Zespół Indeksacyjny, było spotkanie Zbyszka Mierzejewskiego w marcu 2009 roku. Początkowo wymieniliśmy się informacjami na temat rodziny Lewoców, potem co jakiś czas dzieliliśmy się genealogicznymi znaleziskami, tak jak to robili, robią i będą robić entuzjaści tej dziedziny. Ja tymczasem wsiąkłem w coś co nazywa się indeksacją akt metrykalnych. Zająłem się przepisywaniem do excela podstawowych informacji z metryk parafii Matki Boskiej Loretańskiej na warszawskiej Pradze. Do indeksacji wziąłem dwa roczniki urodzeń, czyli bagatela około 6000 metryk! Mimo tego, że wypisywałem tylko podstawowe informacje z metryki (imię dziecka, imiona i nazwiska rodziców, data urodzenia), to i tak zajęło mi to kilka miesięcy. Dzięki temu jednak poznałem indeksację z dwóch stron – indeksującego – jak żmudny jest ten proces – oraz korzystającego z indeksów przygotowanych przez innych i samego siebie. Wspaniała sprawa takie indeksy! W ten sposób można bez odrywania się od komputera budować drzewo genealogiczne! Dlaczego by więc nie zrobić tego samego z parafią Krasnybór, z której miałem tysiące zdjęć metryk.
Zacząłem sam, ale ponieważ wiedziałem, że Zbyszek interesuje się także tym samym rejonem, poprosiłem go o zindeksowanie jednego rocznika czy dwóch. Dodam, że w porównaniu z parafią MB Loretańskiej Krasnybór jest parafią maleńką (później dowiedziałem się, że jest jedną z większych w regionie). Jakoś nie kleiła się nam obu ta indeksacja. Może dlatego, że była to nasza własna inicjatywa, a może dlatego, że nie wiedzieliśmy co z tymi indeksami dalej robić. W każdym razie nie udało nam się zindeksować nawet w zakresie podstawowym ani jednej księgi.
Do tematu wróciliśmy w listopadzie 2011 roku, ale indeksacja miała dotyczyć już parafii Jaminy. Zbyszek w jakiś magiczny sposób dobrał się do ksiąg metrykalnych znajdujących się w tamtejszym archiwum parafialnym i wykonał zdjęcia kilku z nich. Ponadto miał już zespół! Niewielki, bo włącznie z nim trzyosobowy (Zbyszek + Daniel Paczkowski i Aneta Cich), ale poza mną bardzo szybko dołączył Rysiek Korąkiewicz i Jay Orbik z USA, który też w jakiś cudowny sposób wykonał zdjęcia kilku ksiąg w tej parafii.
Początkowy skład Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego
Spotkanie tych ludzi było kluczowe. Po pierwsze mogliśmy podzielić się indeksacyjną robotą, dzięki czemu nie wyglądała już na benedyktyńską pracę. Po drugie wspieraliśmy się wzajemnie, aby chęci do pracy nie minęły. To niesamowicie ważny aspekt pracy zespołowej. Po trzecie prowadziliśmy niekończące się dyskusje na temat tego jak indeksować – w formacie uproszczonym jak wszyscy, czy nigdy wcześniej niestosowanym rozbudowanym? Poprawiać ewidentne błędy zapisującego czy nie? Stosować współczesne brzmienia nazwisk i nazwy miejscowości, czy takie jakie były używane w chwili spisywania metryki? Czy wyniki indeksacji zachować tylko dla grupy, czy dzielić się nimi szeroko, a jeśli tak, to jak? Co ciekawe wszystkie te dyskusje prowadziliśmy przez maila – obecnie nie do pomyślenia.
Pod koniec grudnia powstała strona „Jamiński Zespół Indeksacyjny” i wkrótce ta mała grupka ludzi z tą nazwą zaczęła się identyfikować. 28 grudnia 2011 roku Zbyszek tak do nas pisał: Większość Nam kibicuje, ale nieliczni, tak ja Wy postanowili się zmierzyć z tym wyzwaniem, za co Wam w imieniu swoim i całej rzeszy ludzi dziękuję i gratuluję. Z wyzwaniami zmierzamy się do dziś.
Co to za blog?
Podsumowując tę być może przydługą opowieść proszę Was, abyście zapamiętali trzy fundamentalne elementy działania Jamińskiego Zespołu indeksacyjnego:
kompletność – interesują nas nie tylko metryki, które powiązane są z naszymi rodzinami, ale wszystkie metryki i inne dokumenty niemetrykalne dotyczące ludzi regionu
szczegółowość – czytamy całe metryki i wypisujemy z nich wszystkie istotne dla genealoga informacje
praca zespołowa – wynik pracy zespołu jest większy niż suma wyników poszczególnych jego członków
W tym blogu, który będę chciał uzupełniać jak najczęściej, nie będzie długich historii jak ta. Stworzyłem go, by dzielić się z Wami ciekawostkami, na które natrafiłem podczas działań w Jamińskim Zespole Indeksacyjnym. Stąd też nazwa. Starałem się je publikować i wcześniej w różnych miejscach, ale stały się przez to rozproszone, zapomniane i czasem niedostępne dla wszystkich. Będę więc systematycznie odgrzebywać te stare i dzielić się nowymi. Liczę, że będą tu zaglądać nie tylko roboty wyszukiwarek, ale i Wy 🙂
Jako członek Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego indeksuję sporo ksiąg metrykalnych i weryfikuję indeksy stworzone przez innych, podobnych do mnie wolontariuszy[1]. Czasami jest to dość nużący proces – wydaje się, że kolejna metryka jest podobna do poprzedniej. Poszukuję więc motywacji do tego co robię i najczęściej znajduję ją w tym co robię.
Indeksacja JZI
Format indeksacji stosowany przez JZI, czyli wypisywania z metryki wszystkich istotnych dla genealoga informacji, włącznie z pozoru nieistotnymi, jak np. świadkowie, chrzestni, dopiski czy po prostu data sporządzenia wpisu do księgi, jest procesem czasochłonnym. Wiele osób zadaje mi pytanie, po co tak szczegółowo indeksować. Lepiej wypisać podstawowe informacje z metryki, a indeksować szybciej i więcej – argumentują. Częściowo zgadzam się z takim podejściem, ale gdy początkujący genealog zbuduje już drzewo swoich przodków i pozostanie w nim pasja badania historii rodziny, zaczyna drążyć głębiej. Zaczyna go interesować nie tylko rok urodzenia i zgonu oraz czyim dzieckiem był przodek, czy dalszy krewny, ale też czym się zajmował, jak żyli ludzie w jego wsi lub miasteczku, ile płacili za pogrzeb czy z kim ucztowali na chrzcinach czy weselach. Budujemy w ten sposób obraz świata zaginionego, często osadzonego już tylko w wyobraźni, podpartej nieco literaturą, historycznymi filmami, ale też mocno zakotwiczonego w odnalezionych dokumentach.
W tym artykule chciałbym się skupić na jednej parafii, na jednym stuleciu i na jednym aspekcie związanym z rozszerzoną indeksacją JZI. Chodzi mi mianowicie o datę wpisu aktu zgonu do księgi. Informacja pozornie nieistotna, ale można ją wykorzystać do ciekawej analizy.
Analiza
Analizę oparłem na danych z parafii Bargłów od roku 1808 do końca XIX wieku. Za ten okres istnieją wszystkie księgi zgonów i wszystkie zostały już zindeksowane w formacie JZI. Oznacza to, że z danych można wyekstrahować datę wpisu do księgi i jest zachowana ciągłość tych danych[2]. Przeanalizowałem częstość wpisów zgonów do księgi i wyraziłem ją w godzinach. Innymi słowy, jeśli danego dnia dokonano 3 wpisów, oznacza to, że wystąpiły co 8 godzin. Jeśli kolejne wpisy następowały dzień po dniu – oznaczało to, że odstęp między nimi wyniósł 24 godziny. Wiemy jednocześnie, że zapisujący metryki to też człowiek i nie pracował przez 24 godziny na dobę. Założyłem, że ksiądz mógł być aktywny i pełnić swoją posługę przez 16 godzin na dobę. A więc po normalizacji, jeśli były wykonane cztery wpisy dziennie, to oznaczało, że co 4 godziny ksiądz zapisywał zgon.
Dane wynikowe nazwałem tak jak tytuł tego artykułu, czyli „Zapracowany ksiądz”. Na wykresie przedstawiłem dane uśrednione. Dzięki uśrednieniu udało się zlikwidować kilka drobnych luk związanych z brakiem pojedynczych metryk, a także nieco wygładzić wykres. Ujemną stroną uśredniania jest utracenie faktycznych minimów, ale ogólny obraz nie został utracony.
Interpretacja danych
W jaki sposób interpretować dane? Gdy wykres zbliża się do osi poziomej, mamy do czynienia z bardzo częstymi zapisami w księdze zgonów. Jednym z logicznych uzasadnień jest wysoka umieralność w danym okresie spowodowana wybuchem epidemii na danym obszarze. Można więc prześledzić występowanie tego typu nieszczęść prześladujących lokalną społeczność na przestrzeni XIX wieku. Drugą przyczyną może być udział miejscowej ludności w konfliktach zbrojnych. Tego wątku nie chciałbym tutaj szerzej rozwijać, bo oddziały powstańcze były mobilne, a ich skład był różnorodny. Ci, którzy zginęli lub zmarli z ran chowani byli w bezimiennych mogiłach, a jako nieznani nie byli wpisywani do ksiąg metrykalnych.
Gdy wykres z kolei oddala się od osi poziomej mamy do czynienia z rzadszymi zgłoszeniami zgonów. Przyczyny mogą być co najmniej dwie. Po zakończeniu epidemii liczebność lokalnej społeczności spadła na tyle, że nawet przy typowej umieralności w liczbach bezwzględnych zgonów zgłaszano mniej. Drugą przyczyną może być czasowa nieobecność księdza na plebanii, a zgony mogły być zgłaszane z opóźnieniem, w sąsiedniej parafii lub niezgłaszane wcale[3].
Warto również zaobserwować ogólny trend. Przez większą część XIX wieku liczba ludności parafii Bargłów wzrastała, a więc wzrastała również częstość zgłoszeń zgonów. Dopiero w końcówce tego okresu stan zdrowotny społeczeństwa zaczął się nieco poprawiać i widać wyraźny spadek w częstości zgłaszania zgonów.
Epidemia cholery w 1873
Przyjrzyjmy się bliżej dekadzie 1870-1880. Rok 1873 naznaczony został epidemią cholery, która szczególnie w zaborze rosyjskim i austriackim zbierała ogromne żniwo. Na wykresie (powiększono dekadę lat 70-tych XIX wieku) wyraźnie widać, że na terenie parafii Bargłów cholera szalała we wrześniu i październiku 1873. Z analizy poszczególnych metryk za te miesiące widać, że rejestrowano nawet do 5 zgonów dziennie. Uśrednianie co prawda wygładza wykres i likwiduje tak skrajne wartości, ale minimum jest wyraźnie naznaczone. Pół roku później ilość zgonów wyraźnie spada – lokalna społeczność została już mocno przerzedzona – co pokazuje maksimum wykresu przypadające na lato następnego roku.
Co dalej?
Podobną analizę można rozszerzyć na inne parafie, które mają komplet (lub prawie komplet) ksiąg metrykalnych za badany okres. Porównując miejsca minimów wykresu da się określić przebiegi epidemii w czasie i przestrzeni – na jakim obszarze pojawiały się w pierwszej kolejności, a na jakim epidemia zakończyła śmiertelne żniwo.
Znacznie trudniejsza jest analiza w ramach jednej parafii, ale z podziałem na poszczególne wsie. Trudna ze względu na to, że niektóre wsie były małe, a zatem i ilość danych do analizy może być niereprezentatywna. Jednak dla największych wsi danej parafii taka analiza jest jak najbardziej możliwa i może dać ciekawe wnioski.
Zakończenie
Indeksacja JZI daje szerokie możliwości analizy danych dla całej parafii oraz dla całego regionu, którym się zajmujemy. Przedstawiono tu tylko jeden drobny przykład, który można dalej rozszerzać, analizując na przykład, które grupy wiekowe zostały najbardziej dotknięte epidemiami, z jakich miejscowości, jak to wpłynęło na status społeczny tych, którzy epidemię przetrwali itp.
Nieustająco zachęcamy do udziału w indeksacji oraz do dzielenia się spostrzeżeniami, które w trakcie tej pracy się pojawiają.
[2] Poza pojedynczymi stronami, które zostały wyrwane z ksiąg lub przez nieuwagę nie zostały sfotografowane.
[3] Zanim zaczęto zakładać przykościelne cmentarze, zmarłych grzebano w tzw. mogiłkach. Później parafianie mieli obowiązek chowania zmarłych na cmentarzach zarządzanych przez władze kościelne. Tradycja chowania na mogiłkach była kultywowana na niektórych obszarach jeszcze pod koniec XIX wieku, a jako, że była nielegalna, zmarłych pochowanych w ten sposób nie zgłaszano do ksiąg.
„Nie umiera ten, kto jest w pamięci i w sercach, bo pamięć jest silniejsza niż śmierć”
Gdy zaproponowano mi napisanie wspomnień o moim Tacie, w pierwszym odruchu chciałem odmówić. Jak bowiem sięgnąć pamięcią kilkadziesiąt lat wstecz? Jak z mgły wspomnień wyłowić to co jest prawdą, faktem, który zaistniał w rzeczywistości, a nie jedynie moim wyobrażeniem, powstałym z informacji uzyskanych znacznie później, z relacji innych osób? Spojrzenie małego chłopca na swego Ojca jest z natury rzeczy inne, niż dorosłego człowieka, a do tego trudno zdobyć się na chłodny obiektywizm, bo przecież pamięć Ojca to też i moje własne przeżycia, moje dzieciństwo, młodość, a również i chwila obecna. Wspomnienia to nie tylko fakty zapamiętane, to również – a może przede wszystkim – sfera przeżyć wewnętrznych, uczuć intymnych, o których niezręcznie opowiadać osobom postronnym. Zadanie więc wydawało mi się zbyt trudne. Po zastanowieniu się, a i ulegając namowom osób bliskich Tacie, zdecydowałem się podjąć próbę. Chcę tu przedstawić postać mego Taty widzianą oczami dziecka, a później, w miarę upływu czasu, dorosłego człowieka. Chcę pokazać Go jaki był w domu, wśród rodziny, jak żył na co dzień, czym żył, jak mieszkał i czym się interesował. Wybaczcie mi, jeżeli to co przeczytacie nie będzie w zgodzie z relacjami innych osób, a może i będzie niezgodne z Waszym wyobrażeniem o znanym nauczycielu. Będą to wspomnienia o zwykłym życiu niezwykłego człowieka…
Kiedy myślę o moim Tacie, to zawsze widzę w nim mistrza ogrodnika. Nie ma w tym nic wyjątkowego, często tak postrzegamy nauczyciela, jego rolę w procesie wychowania młodych ludzi, właśnie poprzez analogię do ogrodnika i jego roślinek. Na pewno spotkaliście na swojej drodze różnych nauczycieli. Niektórzy byli pasjonatami, którym towarzyszył błysk w oku i sprężysty krok, gdy zajmowali się tym, co naprawdę kochali. Byli też tacy, którzy zamiast podlewać swoje rośliny, nieświadomie je niszczyli, bo nie wiedzieli co jest w nauczaniu naprawdę ważne. Nauczyciel wskazuje najszybszą drogę do celu, ale nie pójdzie nią za Ciebie. Podobnie jak ogrodnik, nauczyciel nie może sprawić, ani zagwarantować, że roślina rozkwitnie i wyda owoce, jednak może stworzyć najlepsze możliwe otoczenie.
Trud i pracę nauczycieli właściwie oceniamy dopiero po latach, kiedy sami nabierzemy już życiowych doświadczeń. Zdajemy sobie sprawę, że ich wysiłki są duże, zaangażowanie wielkie, a efekty… na nie trzeba będzie poczekać. Zawsze zadawałem sobie pytanie, co zadecydowało, że tata dokonał tak wiele w swoim życiu, czy to związana z jego osobą wielka pracowitość, czy też olbrzymi upór były decydujące, że osiągnął tak wiele? Fizycznie był wątłym mężczyzną, w sumie raczej delikatnej, niezbyt mocnej budowy, ledwie średniego wzrostu. Natomiast jego wiedza, bezkompromisowość, zdolność do łączenia ludzi i kierowania nimi oraz ciągłe dążenie do wyznaczonego celu stały w wielkiej sprzeczności z jego wyglądem fizycznym. Nie sposób więc pominąć krótkiego życiorysu tak pozytywnej postaci.
Mój Tata, Ludwik Bykowski
urodził się 5 lutego 1928 r. w Łumbiach k/Sejn. Dawne dzieje rodziny Bykowskich nie są mi dokładnie znane, wiem tylko, że pradziadek Jerzy Bykowski przybył do Łumbi ze wsi Krejwińce pod koniec XIX w. Podobno w ciągu swojego życia trzykrotnie był w Ameryce, gdzie zarobił na kupno gospodarstwa rolnego, a potem kupił je od Pietranisa, który swój majątek przepił. Jerzy ożenił się z Józefą Sławińską z Sumowa, której matka pochodziła z Widugier, z rodziny Gudziewskich i była narodowości litewskiej. Ich syn, a mój dziadek Stanisław w 1927 r. ożenił się ze Stefanią ze Staniewiczów z Sumowa. Dziadek był człowiekiem niewykształconym, nie umiał pisać i czytać, natomiast babcia Stefania jak najbardziej i to ona przywiązywała dużą wagę do wykształcenia synów.
Synów było czterech, czterech „Ludwiczków” jak mówi moja mama. Bo i mój Tata najstarszy był w tej gromadce, a za nim Józef (1929), zawsze nazywany Ziutkiem, Stanisław (1931) i Romuald (1933).
I żyli tak razem: Stanisław ze Stefanią, babka Józefa, Teofila (siostra Stanisława) oraz chłopcy: Ludwiś, Ziutek, Stach i Romek; w zgodzie i bez większych nieporozumień. Matka zajmowała się głównie wychowaniem synów, a ojciec, ciocia Teofila i parobek pracowali na gospodarce. W czasie zimy kobiety przędły len, a w lecie surowe tkaniny były moczone i wybielane na słońcu. Natomiast babka Józefa zajmowała się głównie przędzeniem wełny. Gospodarstwo było zasobne i dobrze wyposażone, zaraz w pierwszych latach po I wojnie światowej kupiony został kierat, maszyna do młócenia tzw. targanka, wialnia – arfa do czyszczenia zboża, a ręczną sieczkarnię zastąpiono sieczkarnią na kierat. Natomiast do uprawy roli, oprócz pługa i bron, dokupiono kultywator, tzw. drapak oraz dwuskibowy pług.
Ludwik, jako najstarszy, najbardziej pomagał rodzicom, najczęściej poganiając konie w kieracie w czasie młocki lub przy sporządzaniu sieczki. Corocznym zwyczajem było, że 1. lutego wszyscy jeździli do Sumowa do rodziców Stefanii, na imieniny dziadka Ignacego, syna Ludwika. Ojciec Ludwika Staniewicza, a prapradziadek Ludwika Bykowskiego – Maciej Staniewicz pochodził ze szlacheckiego rodu z Wileńszczyzny. W dzieciństwie Ludwik często latem przebywał u dziadka Ignacego. Razem jeździli w pole, nad jezioro, razem pracowali, razem łowili ryby i razem odpoczywali. Dziadek miał duży sad, w którym rosły różne odmiany jabłek, gruszy, czereśni, porzeczek, agrestu i wiśni. Dziadek Ignacy bardzo znał się na sadownictwie i to on zasadził wiele drzew owocowych i krzewów w Łumbiach u moich dziadków, a rodziców Ludwika. Myślę dzisiaj, że to właśnie dziadek Ignacy miał największy wpływ na Ludwika, ale o tym później…
Swoją przygodę ze szkołą Ludwik rozpoczął od szkoły podstawowej w Klejwach. Była to jedyna 4. klasowa szkoła w okolicy, do której uczęszczało się 7 lat: do klasy I – 1 rok, do klasy II – 1 rok, do klasy III – 2 lata, a do klasy IV – 3 lata. W 1938 r., gdy Ludwik ukończył trzecią klasę, dziadek Ignacy „załatwił” przyjęcie go do klasy czwartej, ale już do szkoły w Sejnach. Nie było to proste, gdyż dzieci ze wsi z zasady nie były tam przyjmowane. Do Sejn było około 6 km i chodziło się tam pieszo, za wyjątkiem zimy, kiedy Ludwiś mieszkał u wujka Ludwika Staniewicza, właściciela restauracji (!).
1 września 1939 r.
wybuchła II wojna światowa. Nikt nie był na to przygotowany, przez pierwsze dni było cicho i spokojnie, utrzymywała się piękna, letnia pogoda, kobiety wyrywały len, tylko czasami gdzieś przeleciał samolot… Niestety, rozpoczął się pobór mężczyzn do wojska, a po kilku dniach wkroczyli Niemcy, którzy następnie wycofali się i 17 września 1939 r. do Sejn wkroczyły wojska radzieckie. Po kilku dniach z kolei Rosjanie wycofali się, znów wkroczyli Niemcy i rozpoczęła się okupacja niemiecka. Szkoła została zamknięta, więc Ludwik zaczął uczyć się sam. W nauce pomagał mu kolega i sąsiad Czesław Nazarek. Był on starszy od Ludwika o 4 lata, miał skończoną przed wojną szkołę podstawową, ale chętnie pomagał młodszemu koledze, przynosił podręczniki do nauki i książki, które wypożyczał od dziedziców, Dochy w Łumbiach i Borewicza w Klejwach.
W czasie okupacji obowiązkiem wszystkich było pomaganie Niemcom. Ludwik w zastępstwie ojca pracował przy żniwach w majątku w Klejwach, którym zarządzał Niemiec. Natomiast zimą jeździł też do Radziuszek odśnieżać i odkopywać drogę. W wolnych chwilach dzieciaki jeździły na sankach i nartach, które Ludwiś, tak jak i inni chłopcy, miał zrobione z pnia brzozowego. Mimo okupacji, w latach 1941– 1943 młodzież zbierała się w niedzielę u Ludwika Falkowskiego, który miał akordeon na pedały. On grał, a koledzy tańczyli i bawili się.
22 czerwca 1941 r. mieszkańców Łumbi obudził odgłos wystrzałów armatnich, rozpoczęła się wojna między Niemcami i Związkiem Radzieckim. Opowiadano, że wiatr przyniósł z Litwy spalone karki papieru, były to kartki z książek i fragmenty dokumentów biurowych z Łoździej oraz Mariampola. 29 czerwca 1944 r. Ludwik otrzymał nakaz stawienia się do Suwałk na komisję poborową, kierującą do pracy na rzecz Niemców. Przydzielono go do pracy w tartaku w Suwałkach, a w połowie lipca, gdy wrócił z pracy, na kwaterze zastał mamę, która przyszła po niego i powiedziała „uciekajmy do domu, bo już blisko front”. Już pewnie nigdy się nie dowiem, w jaki sposób udało im się wydostać, w każdym razie pieszo wyruszyli w kierunku do Sejn. W Krasnopolu spotkali żandarma, pozdrowili go po niemiecku, a kiedy odeszli kilka metrów, matka rzekła do Ludwika „ofiarowałam Ciebie Pańskiemu Przemienieniu, którego odpust przypada na 6 sierpnia w Krasnopolu, to nas uchroniło”…
Poszli dalej, a po minięciu Pawłówki skręcili przez pola do wujka Feliksa Rutowicza, u którego Ludwik został, a matka wróciła do domu. U wujka spędził kilka dni, w dzień ukrywał się w lesie, a w nocy w ziemiance za budynkami. Front zbliżał się coraz bardziej, coraz więcej było wojsk niemieckich i ukraińskich, Ludwik przeniósł się więc do Konstantego Rutowicza, ale i tam nie było bezpiecznie, więc uciekł do lasu. Udając, że przewiązuje krowy dotarł do niego i w krzakach, w podmokłym terenie spędził noc. Następnego dnia w południe zdecydował się wrócić polnymi ścieżkami do domu, do Łumbi. Gdy doszedł nad jezioro w Stabieńszczyźnie, niespodziewanie natknął się na ludzi pędzących krowy z Litwy w obstawie żandarmów. Żandarmi nie wiedząc, że mają przed sobą uciekiniera, zagonili go do pomocy. Razem doszli do Skustel i dalej do Krasnopola, już w lesie Ludwik chciał uciec, ale bał się, bo żandarmi zbyt dobrze pilnowali… W Krasnopolu zarządzono postój i odpoczynek. Wśród grupy pomagających był niemy mężczyzna z Romanowiec, którego Niemcy zwolnili do domu. Ludwikowi udało się jakoś dogadać z Niemcami, którzy zgodzili się, żeby odprowadził mężczyznę do domu. Szli bardzo wolno, słońce zachodziło, aż doszli do lasu na rozwidleniu dróg do Romanowiec i Michnowiec, gdzie rozstali się. Ludwik poszedł dalej sam i o zmroku był w Łumbiach. Pierwszą noc spędził w krzakach, następnego dnia zrobił sobie kryjówkę w stodole w sianie, do której wchodził przez dziurę zrobioną pod fundamentem. Romek jako najmłodszy i najmniejszy przynosił mu śniadania i obiady, a wieczorem Ludwik na krótko opuszczał kryjówkę i jadał kolację w domu, z rodziną.
Front był coraz bliżej, słychać było strzały armatnie, coraz częściej latały samoloty. 31 lipca 1944 r. artyleria wkroczyła od wschodniej części wsi, a wieczorem 1. sierpnia strzały ucichły, jedynie całą noc było słychać, jak wojsko jechało w kierunku Klejw. Następnego dnia z rana, do wsi nadciągnęły tabory wojskowe Sowietów i rozłożyły się pod drzewami w sadzie Bykowskich. Po południu nastąpił ostrzał armatami od strony Klejw, po kilku dniach ucichło, słychać było tylko pojedyncze strzały na zachodzie. Front zatrzymał się na linii Wigier i nastąpił spokój do połowy października. Ojca w tym czasie nie było, w lipcu zabrany został przez Niemców do kopania okopów. Pozbawieni ojca Ludwik i Ziutek kosili zboże, w pracach jak mogli pomagali im Stach i Romek oraz matka, ciotka Teofila i babka Józefa. W „Borku” pod Sejnami stacjonowało wojsko sowieckie, żołnierze przyjeżdżali do wsi i pomagali w zwózce zboża, za co dostawali żywność. Front ciągle stał na Wigrach, a ojca dalej nie było…
Tymczasem we wsi zrodziła się myśl o organizacji szkoły. Przed wojną szkoła mieściła się we dworze dziedzica Dochy, który teraz zajęty był przez żołnierzy, wobec czego naukę zorganizowano tymczasowo w domu Bykowskich, a nauczanie rozpoczęła przedwojenna nauczycielka, Janina Kasperowicz. 23 października 1944 r. Suwałki zostały wyzwolone, a gdy front przesunął się dalej na zachód, w listopadzie wrócił ojciec Ludwika, bardzo brudny i zawszony. Radość z jego powrotu była ogromna i rozpoczął się nowy okres życia. Niestety, nie działo się dobrze. Nie dość, że ojciec postrzegany jako kułak, był gnębiony przez władze komunistyczne, to domostwo nachodziły różne bandy i zmuszały do ukrywania ich i żywienia. Na wiosnę 4 kwietnia 1952 r. wykryto jedną z band i nastąpiły aresztowania. Ojciec Ludwika został aresztowany jesienią 1952 r. i otrzymał trzyletni wyrok. Spędził w więzieniu trudne 1,5 roku, a był słabego zdrowia i mało odporny psychicznie. Ciężary prowadzonego śledztwa wpłynęły na pogorszenie zdrowia tak, że pozostałe mu lata życia, spędził całkowicie zależny od opieki Ziutka i jego żony Zofii, którzy pozostali na gospodarstwie w Łumbiach.
W styczniu 1945 r. szkoła w Łumbiach od Bykowskich została przeniesiona do dworku Dochy. Tymczasem w Sejnach powstała szkoła średnia– gimnazjum i liceum. Koledzy rozpoczęli naukę już w 1944 r. bez Ludwika, który musiał za nieobecnego ojca pracować na gospodarstwie. Wystraszony poszedł do szkoły dopiero 1 września 1945 r., wprawdzie ukończył 4 klasy przed wojną i dodatkowo uczył się sam w czasie okupacji, ale trzeba było zdać egzamin do gimnazjum. Z matematyki dostał dwóję, ale mimo to został przyjęty z poprawką, którą oczywiście później zdał i to nad podziw dobrze…
Tak jak przed wojną, do szkoły chodziło się pieszo lub jeździło rowerem. Natomiast zimą rodzice wynajmowali kwaterę u Piotrowskiej lub Przeorskiej, gdzie Ludwik mieszkał z braćmi, Stanisławem i Romualdem, a gotowała im ciotka Teofila. Stach i Romek pamiętają, jak Ludwik troszczył się o nich, pomagał w lekcjach, był bardzo cierpliwy i wyrozumiały. Bracia większość czasu spędzali ze sobą, a jak powiedział Konfucjusz „Kto nabytą wiedzę pielęgnuje, a nową bez ustanku zdobywa, ten może być nauczycielem innych”. Nie dziwi więc, że bliskość pomiędzy braćmi, takie samo podejście do życia, wychowanie i ambicje wyniesione z domu, w przyszłości spowodowały wybór tej samej nauczycielskiej drogi…
W czasie okupacji i w pierwszych latach powojennych Ludwik przyjaźnił się z Czesławem, Janiną i Reginą Nazarek, z Jerzym i Ireną Wojtyra, z Aleksandrem i Teodorem Piotrowskimi, Wacławem, Janem, Edwardem i Marianem Kruszyłowicz, Hieronimem, Alfonsem i Stanisławem Półboczkami, Józefem i Heleną Tomczyk, Luśką Falkowską, Henrykiem Gniazdowskim. W niedzielę grali w siatkówkę, a wieczorem zbierali się na potańcówkach u Juliana Szarejki. Jeden z kolegów, Marian Kruszyłowicz wstąpił później do seminarium do Niepokalanowa, a po latach został biskupem.
Natomiast w szkole średniej najbliższym kolegą Ludwika był Wiktor Winikajtis z Nowosad. Wiktor był zdolny i pracowity, przepięknie malował, rzeźbił i bardzo dobrze się uczył, na samych piątkach. Ukończył gimnazjum, ale do liceum nie poszedł, bo chciał iść do seminarium. Niestety, jego matka nie wyraziła na to zgody, pragnęła bowiem, aby został na gospodarce, chociaż później nic nie wyszło z jej planów, bo zaprotestowali ojczym i siostra Wiktora. Winikajtis nigdy się nie ożenił się i zamieszkał w Wigrach przy kościele, cały czas prowadząc pustelniczy tryb życia. W klasztorze w Wigrach ciągle wiszą obrazy przez niego malowane. Został kościelnym, sprzątał klasztor i oprowadzał wycieczki po zespole kamedulskim, aż zmarł na zawał serca na Sylwestra 1994 roku. Został pochowany na cmentarzu w Wigrach, a społeczność wigierska wystawiła mu piękny pomnik.
W czasach Ludwika gimnazjum było czteroletnie, a liceum dwuletnie. W ciągu roku Ludwik zaliczył dwie klasy, a po ukończeniu gimnazjum zdał tzw. małą maturę, a następnie egzamin do liceum, do klasy o profilu chemicznym, która w tym czasie, jak i cała szkoła mieściła się w budynku Pietruszkiewiczów (a wcześniej w klasztorze). W maju 1949 roku Ludwik zdał maturę, a po otrzymaniu świadectwa maturalnego stanął na rozdrożu, czy uczyć się dalej, czy iść do wojska? Bardzo chciał studiować ogrodnictwo, ale szkoła która go interesowała, była zbyt daleko, bo aż w Puławach. Jedynym sposobem uniknięcia służby wojskowej było zostanie nauczycielem. Napisał więc podanie do Inspektoratu Oświaty w Suwałkach o przyjęcie do pracy. Został przyjęty i skierowany na dwutygodniowy kurs do Białegostoku, a po kursie zatrudniony w Szkole Podstawowej w Żwikielach. Szkoła mieściła się u gospodarza Zdanisa, nie posiadała żadnej dokumentacji, oprócz spisu uczniów i ich ocen. Wieczorami Ludwik prowadził kurs dla osób starszych, nie umiejących pisać i czytać. Jesienią i wiosną dojeżdżał rowerem, a zimą mieszkał u Zdanisa. Po roku pracy, na własną prośbę został przeniesiony do 6. klasowej Szkoły Podstawowej w Czarnem, 10 km od Filipowa. Pracowało tam dwoje nauczycieli, w tym Eugenia Kierun z Suwałk. Mój Tata całe życie wspominał, że do Czarnego droga była okropna, błotnista, górzysta i kamienista, ale okolica była przepiękna…
Stryj Romek z rozrzewnieniem wspomina, jak Ludwik ze swoich poborów kupił do rodzinnego domu radio na baterie. Ach, co to była za radość! Kiedy nadawano muzykę, Romek otwierał nawet okno, żeby muzyka dolatywała do sąsiadów: „niech wiedzą, że mamy radio”.
18 kwietnia 1948 r.
w niedzielę, przy kapliczce w Łumbiach, Ludwik poznał Sabinę Stefańską z Kielczan, swoją przyszłą żonę. Spotkali się przypadkowo, ale szybko zaczęła rodzić się przyjaźń. W 1951 r. Sabina ukończyła Szkołę Handlową i otrzymała maturę, a 11 lipca 1951 r. w środę o godz. 17.00 w kościele w Sejnach młodzi wzięli ślub. Wesele było huczne i długie, u Stefańskich trwało całą noc aż do popołudnia w czwartek, następnie pojechali do Łumbi i tam bawili się do południa w piątek. Dopiero 13 sierpnia pojechali rowerami do Krasnopola, aby w Urzędzie Stanu Cywilnego spisać akt małżeństwa.
Z dniem 1 września 1951 r. już razem, rozpoczęli pracę w Szkole Podstawowej w Czarnem (70 km od Łumbi) razem z Romualdem Konewko. Szkoła mieściła się w trzech różnych budynkach, a ponadto do dyspozycji był również duży barak, gdzie urządzano imprezy artystyczne i zabawy taneczne. Młodzi małżonkowie otrzymali poniemieckie mieszkanie, a ich niewielki dobytek przywiózł furmanką ojciec Sabiny. W czasie wakacji, przez cały lipiec Sabina i Ludwik Bykowscy w celu zdobycia formalnych uprawnień do pracy w szkole, jeździli do Augustowa na kurs pedagogiczny, a zaledwie 2 dni po jego ukończeniu, 2. sierpnia 1952 r. o godz. 21.30 urodził się ich pierworodny syn – Grzegorz.
Rodzina powiększyła się i Inspektorat w Suwałkach przeniósł ich z dniem 1 września 1952 r. do Szkoły Podstawowej w Ogrodnikach. Rok później 1. września 1953 r. stopień organizacyjny szkoły podniesiony został do siedmiu klas, a do pracy przyszła nowa nauczycielka Leokadia Domańska z Ogrodnik. Ważnym i niezapomnianym wydarzeniem było całkowite zaćmienie słońca. Na rok przed zaćmieniem w Ogrodnikach zjawili się astronomowie i przygotowali bazę ze specjalistycznymi urządzeniami do obserwacji. Na dzień przed zaćmieniem słońca przyjechali naukowcy z Krakowa i zagranicy, a 30 czerwca 1954 r. w piękny, słoneczny dzień o godz. 12.00 nastąpiło zaćmienie. Wszystko poszarzało, wróble zaczęły głośno ćwierkać, kury gdakać, krowy ryczały. Tata opowiadał mi, że wtedy ja, prawie dwuletni Grześ wziąłem przydymione szkoło, stanąłem tyłem do słońca i zawzięcie „obserwowałem” słońce. Tak rzadkie zjawisko było nam dane oglądać do 14.00, a później wszystko wróciło do normy…
Czasy były ciężkie, więc Sabina i Ludwik mieszkając w Ogrodnikach z różnym efektem próbowali hodować świnie. Nieszczególnie rosły, więc na święta postanowili zakupić większego kabana na jarmarku w Sejnach. Niestety, następnego dnia w domu pojawiła się milicja z oskarżeniem, że zakupiony wieprzek miał nieodpowiednią wagę (!). Tata mój wezwany został na posterunek Milicji w Sejnach, a następnie przewieziony do Prokuratury w Suwałkach, gdzie został aresztowany. Rodzice powiadomili Inspektorat w Suwałkach i wyłącznie dzięki inspektorowi, po kilku dniach pobytu w areszcie – więzieniu, w wigilię 1954 r. Tata został zwolniony. Niestety, po tym incydencie musiał zmienić miejsce pracy. Zgłosił się więc do Inspektoratu w Suwałkach, gdzie dowiedział się, że są wolne dwa miejsca w Starej Chmielówce. Dotarli tam 1 stycznia 1955 r. wraz z dziadkiem Stefańskim, który ponownie załadował cały ich dobytek na furmankę i przewiózł na nowe miejsce. Sąd nad Tatą odbył się później i „winowajca” został skazany na rok więzienia w zawieszeniu, skonfiskowano również wieprza i wymierzono karę pieniężną.
W Chmielówce było około 6 ha gruntu szkolnego i rodzice uczniów, szczególnie Konstanty Rozmierski i Wincenty Walendzewicz zachęcali moich rodziców do prowadzenia gospodarstwa. Zagospodarowali więc oni około 2 ha, a pozostałą część podzielili między sobą rodzice uczniów, w zamian rewanżując się wszelką pomocą w uprawach. Młodzi dorobili się też krowy, świń, kur i gęsi, a na bagnistym Rososiu , tak jak wszyscy, kopali torf na opał. Zimą organizowali kursy dla dorosłych, a gdy zakupiono adapter, szkoła ożyła. Organizowano imprezy szkolne i zabawy taneczne, z których pieniądze przeznaczano na potrzeby szkoły. Po jakimś czasie została zorganizowana klasa siódma i doszedł trzeci nauczyciel – Romualda Harasim. Pomoc bardzo była potrzebna, tym bardziej, że obowiązków przybyło, i w szkole i w domu… w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia 1958 r. urodziła się moja siostra Renata.
Tata cały czas pracował i uczył się, w 1956 r. w Studium Nauczycielskim w Warszawie, na kierunku geografia rozpoczął studia zaoczne, które ukończył w 1959 r. Zaliczył też w lipcu 1960 r. kurs dla kierowników szkół podstawowych.
Ja natomiast od trzeciego roku życia chodziłem do szkoły jako wolny słuchacz, uczyłem się długo i dokładnie, tylko w pierwszej klasie spędziłem aż trzy lata. Wreszcie stwierdziłem, że nie chcę już chodzić ciągle do tej samej klasy i do tego bez wpisu do dziennika. Wtedy właśnie, chyba pierwszy i jedyny raz, wykorzystałem fakt posiadania rodzica nauczyciela, i to jak ważnego, bo będącego jednocześnie kierownikiem szkoły. Bowiem dopiero po formalnym uzyskaniu zezwolenia kierownika szkoły (czyli mojego Taty) rok wcześniej niż rówieśnicy, w wieku sześciu lat formalnie rozpocząłem naukę. W Chmielówce ukończyłem pięć klas, ciągle niezadowolony, że uczą mnie rodzice, mają wysokie wymagania, a oceny stawiają niskie…
Pod koniec sierpnia 1963 roku całą rodziną przenieśliśmy się nowo wybudowanego domu w Sejnach. Doskonale pamiętam ten czas, radość z przeprowadzki, tęsknotę za ukochaną Chmielówką i niepokój, bo Tata zaczął bardzo poważnie chorować… Pierwsze symptomy choroby pojawiły się wprawdzie już w 1959 r., ale chyba nikt wtedy nie przypuszczał, że to początki krzyża, który Tata niósł przez całe życie…
Po przeprowadzce Mama otrzymała pracę w Szkole Podstawowej w Krasnopolu, a Tata na stanowisku kierownika w Szkole Podstawowej w Mikołajewie. W tym czasie w Komitecie Powiatowym PZPR sekretarzem od oświaty był Janusz Pawłowski, znający Tatę sprzed wojny ze Szkoły Podstawowej w Sejnach, a po wojnie z gimnazjum. Tata był człowiekiem wykształconym, a takich wtedy brakowało, ponadto Pan Pawłowski znał Jego pracowitość i możliwości. Wystąpił więc z wnioskiem o zatrudnienie Taty od 1. września 1964 r. w Inspektoracie w Sejnach na stanowisku podinspektora, pod skrzydłami inspektora Stanisława Ślimko. Mama natomiast znalazła pracę w Szkole Podstawowej Nr 2 przy Liceum Ogólnokształcącym w Sejnach.
Rok 1969 był jednym z trudniejszych lat w życiu moich rodziców. W dniu 1. września 1969 r. na polecenie władzy administracyjnej i politycznej Tata musiał zrezygnować z pracy w inspektoracie (rzekomo ze względu na stan zdrowia) i został zatrudniony jako zastępca kierownika w Szkole Podstawowej Nr 1 w Sejnach.
Na zawirowania zawodowe nałożyła się ogromna tragedia w życiu osobistym – w dniu 19 listopada 1969 r. zmarł mój 21. dniowy braciszek, Januszek. Rodzice, a szczególnie Mama bardzo długo rozpaczali po jego śmierci.
Gdyby miłość mogła Januszka ocalić, nigdy by od nas nie odszedł, ale miłość nie wystarczyła. Śmierć dziecka, nieważne w jakim wieku, jest czymś tak nienaturalnym i niewłaściwym, że po takiej tragedii trudno na nowo odszukać sens życia. Nawet gdy zaakceptuje się ten fakt i osiągnie w jakimś stopniu równowagę, radość na zawsze pozostaje niedostępna, chociaż wiemy, że:
„Śmierć nie jest końcem wszystkiego.
Przeszedłem tylko do sąsiedniego pokoju…
I dla siebie jesteśmy tym samym, czym byliśmy przedtem.
Zatem nazywaj mnie wciąż moim imieniem, mów do mnie, jak zawsze…
Nie zmieniaj tonu głosu, nie rób poważnej i smutnej miny.
Śmiej się, tak jak dawniej robiliśmy to razem…
Uśmiechaj się, myśl o mnie, módl się za mnie…
Niech moje imię będzie wciąż wymawiane, ale tak, jak było zawsze – zwyczajnie i
bez oznak zmieszania.
Życie przecież oznacza to samo, co przedtem, jest tym samym, czym zawsze było…
Żadna nić nie została przerwana…
Dlaczego więc miałbym być nieobecny w twoich myślach tylko dlatego, że nie
możesz mnie zobaczyć?
Czekam na ciebie bardzo blisko… Tuż-tuż…
Po drugiej stronie drogi.”
Mimo tego, że śmierć pojawiła się niespodziewanie i ukradła ukochaną osobę oraz uświadomiła, jacy jesteśmy wobec niej bezsilni, „trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe…”
W dniu 1. września 1970 r. Tata został powołany na kierownika Szkoły Podstawowej Nr 2 w Sejnach. Placówkę tymczasowo umieszczono w budynku Szkoły Podstawowej Nr 1, a 1. listopada 1970 r. przeniesiono ją do budynku poklasztornego, a dopiero 4. stycznia 1971 r. do nowego, pięknego budynku. Zmieniły się przepisy, a z nimi nazewnictwo i Tata z kierownika stał się dyrektorem i był nim do utworzenia Zbiorczej Szkoły Gminnej, której dyrektorem został Józef Romantowski, natomiast on zastępcą do spraw Szkoły Podstawowej Nr 2.
28. listopada 1977 r. Tata ukończył Studium Zawodowe w Warszawie, uzyskując kwalifikacje równoważne z wyższym wykształceniem. Pod koniec 1979 roku przeszedł do pracy w zarządzie Oddziału Związku Nauczycielstwa Polskiego w Sejnach, gdzie pełnił funkcję sekretarza, a prezesem był Jerzy Zajkowski. W tym samym czasie Tata jednocześnie był instruktorem spółdzielni uczniowskich, kuratorem sądowym oraz działał na rzecz Towarzystwa Przyjaciół Dzieci na terenie Powiatu Sejneńskiego. Po wprowadzeniu stanu wojennego w dniu 13. grudnia 1981 r. działalność związkowa została zawieszona, a Tata powrócił do Szkoły Podstawowej Nr 2 w Sejnach i został zatrudniony jako kierownik świetlicy, a u schyłku swojej pracy zawodowej w 1983 r. mianowany zastępcą dyrektora szkoły gminnej.
Z dniem 1 września 1984 r., po 35 latach pracy w szkolnictwie Ludwik Bykowski przeszedł na emeryturę, a z nim z 33-letnim stażem nauczycielskim żona, Sabina Bykowska. Nie zerwali od razu więzi z zawodem i jeszcze przez 3 lata pracowali na połowę etatu. Potrzeba działania i bardzo silne więzy ze środowiskiem nauczycielskim nie pozwoliły Tacie siedzieć w domu i mimo coraz słabszego zdrowia, od października 1989 r. zaczął znowu pracować w Zarządzie Oddziału ZNP w Sejnach. Przepracował tam kilka kadencji wspierając i będąc wspieranym przez Leszka Kuleszę. Współpraca Panów układała się tak dobrze, że Tata nie umiał z niej zrezygnować, a może nie chciał…
Życie moich rodziców
nie było łatwe, zdominowane latami choroby Taty, który chyba uciekał w pracę, a czynny tryb życia nie pozwalał mu myśleć o swoich słabościach i poddawać się nim. Pamiętam szczególnie rok 1964, gdy Tata wysłany został na kurs podinspektorów oświaty do Warszawy, a tam stan jego zdrowia gwałtownie się pogorszył. Opowiadał, jak za radą wizytatora z Ministerstwa Oświaty udał się do lekarza prywatnego w spółdzielni lekarskiej i został skierowany do Przychodni Przyszpitalnej na ul. Goszczyńskiego. Tam wykonano badania i skierowano go do szpitala. Wyprosił jednak zgodę na wyjazd do domu i powiadomienie rodziny. W domu spędził zaledwie jeden dzień, a wracając do szpitala był już tak bardzo chory, że stracił nadzieję na powrót do bliskich.
Okres od 1964 roku do 1992 to nieustająca huśtawka, stan zdrowia to się poprawiał, to znowu pogarszał, to skierowanie do szpitala, to wyjazd do sanatorium. Przez 20 lat Tata znajdował się pod opieką tego samego profesora, Witolda Bartnika. Często powtarzał, że to na jego „jelitach” Bartnik zdobył wszystkie stopnie naukowe, aż został profesorem. Tata coraz bardziej miał dość wszystkiego, tylko Mama niezmiennie, ze spokojem zajmowała się nim i nigdy nie okazywała zniecierpliwienia. Ostatni pobyt w szpitalu na Goszczyńskiego od 15 marca do 7 maja 1992 r. był szczególnie trudny, Tata stracił 15 kg i po konsultacjach trzech profesorów, podjęło decyzję o operacji. W dniu 11 maja 1992 r. profesor Bielecki w szpitalu na Czerniakowskiej przeprowadził u Taty 5-godzinną operację, podczas której zostało usunięte całe jelito grube, wykonano sztuczny odbyt na cienkim jelicie z prawej strony i zaszyto odbyt naturalny. 19 maja Tata został wypisany ze szpitala, ale to nie był koniec jego cierpień. Po powrocie do domu stan zdrowia bardzo się pogorszył i zaledwie po jednym dniu znowu znalazł się w szpitalu, tym razem w Sejnach. Wyglądał okropnie i wielu myślało, że nastąpi najgorsze… Chyba tylko cudem i dzięki doktorowi Cichockiemu, po dwóch tygodniach nastąpiła poprawa zdrowia.
Dolegliwości jelitowe wprawdzie ustały, ale pojawiły się inne, związane z układem moczowym, prostatą, kamieniami w pęcherzu, zwyrodnieniem kręgosłupa i stawów, wreszcie choroba padła na płuca. Wydawało się, że los nie może go bardziej dotknąć, gdy podczas ubierania choinki w grudniu 2011 r. Tata przewrócił się i złamał nogę. Znowu został przykuty do łóżka. Niespodziewanie jednak dla nas wszystkich, powoli, powolutku rehabilitacja zaczęła przynosić efekty i w maju 2012 r. Tata samodzielnie wyszedł do ogrodu!
W sumie spędził w różnych szpitalach 537 dni, 36 razy był pakowany do szpitala i 35 razy powracał do domu, z 36 pobytu już nie powrócił żywy. W dniu 6 marca 2012 r o godz. 10.00 serce mojego Taty przestało bić, a my pozostaliśmy bez Niego.
Umysł ludzki ma zdolność zapominania, częściej rzeczy złych niż dobrych. Wspomnienia, dobre wspomnienia pozostają na zawsze, cóż z tego, że po latach nie zawsze pamięta się szczegóły. Pozostają drobne skrawki pamięci, przeżycia i wrażenia, które układają się niczym mozaika w portret ludzi niezwykłych. Mimo upływającego czasu do tych wspomnień z sentymentem się powraca.
Wojenne i powojenne losy, często zupełnie przypadkowo rzucały ludzi w różne strony kraju. Zmieniali oni miejsca zamieszkania, szukali pracy, przystosowali się jak umieli najbardziej do otaczającej ich rzeczywistości. I tak rozpoczęli pracę pedagogiczną moi rodzice, Sabina i Ludwik Bykowscy. Przyszli nie do końca przygotowani do zawodu nauczycielskiego. Ci, którzy mieli chęć, odrobinę talentu pedagogicznego i dużo pracowali, stali się dobrymi nauczycielami i pozostali w zawodzie do emerytury. Inni, słabsi, po jakimś czasie odchodzili. Oceniając pracę nauczycieli trzeba też pamiętać, że był to okres powojenny, zmiana ustroju, brak podręczników i największe nasilenie systemu stalinowskiego. Powodowało to dezorientację nauczycieli w treściach nauczania. Część podręczników np. do historii czy biologii było tłumaczonych z podręczników radzieckich przepełnionych cytatami z klasyków marksizmu, leninizmu i stalinizmu. Ponadto, z powodu braku pomocy dydaktycznych do wykonywania doświadczeń, nauczanie było, nazwałbym werbalne, a teoria wypowiadana przez pedagoga szczególnie musiała być zrozumiała i łatwo przyswajalna.
Ludwik Bykowski z zawodu geograf, z zamiłowania ogrodnik, szybko adoptował się w zawodzie nauczyciela i pięknie tej trudnej wiedzy uczył. Przedmiot przez niego wykładany nie podlegał ówczesnej ideologii, dlatego wiedza nie budziła wątpliwości. Dużo wymagał, często robił sprawdziany pisemne i kładł duży nacisk na samodzielne myślenie. Nie był pobłażliwy, a ja musiałem się szczególnie starać, żeby zdobyć dobrą ocenę. Jego osobowość budziła zarówno respekt, jak i ogromną sympatię. Zawsze poważny, schludnie ubrany, inteligentny i kulturalny w stosunku do uczniów. Entuzjazm i pogoda ducha, z jaką wykonywał swą profesję, były zjawiskiem niezwykłym, choć wówczas ja, pewnie nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę i nie zawsze potrafiłem to docenić. Tata uczył mnie od zawsze, a kiedy po wielu latach wspominam swoją edukację pod jego skrzydłami, mogę stwierdzić, że miałem dużo szczęścia, tak jak wszyscy ci, którzy wcześniej lub później znaleźli się w kręgu jego działania.
Nauczyciel powinien być przewodnikiem i mistrzem na wyboistej i krętej ścieżce edukacji. Dla wielu uczniów takim przewodnikiem i mistrzem był Ludwik Bykowski. Pewnie znalazłoby się wyszperanych z niepamięci wiele zdarzeń z życia szkolnego, które były dla mnie ekscytującym przeżyciem, ale niekoniecznie zainteresowało by to wszystkich. Gdy wspominam szkolne lata, myślę, że Tata dla wielu uczniów stał się autorytetem, o jaki wówczas nie było łatwo. Potrafił zmobilizować do nauki i zachęcić do działania, a swoją niezwykłą osobowością wywarł wpływ na dalsze życie i dokonywane wybory, moje też.
Tata był, choć to określenie może dzisiaj niemodne, człowiekiem renesansu. Potrafił zrobić praktycznie wszystko, co wymyślił, podejrzał u innych lub na prośbę swojej Sabinki, mojej Mamy. To ona powodowała, że uparty i nielubiący zmian człowiek, wróg szybkich decyzji, stawał się inny. Wiele jego działań było z inspiracji kochanej żony, dla niej zaakceptował budowę domu, dla niej modernizował go, upiększał i remontował, dla niej troszczył się o clematisy, które przywiozła z sanatorium z Kudowy Zdroju, a później kwitły w całych Sejnach… A nie były to łatwe decyzje, bo zdrowie zbyt szybko przestało mu dopisywać. Pewnie ktoś inny pogrążyłby się w chorobie, w cierpieniu, a swoimi słabościami epatował otoczenie. Ale nie mój Tata, on z chorobą walczył, całe życie wspierany szczególnie przez Mamę i swojego brata Stacha, dla którego nie było zbyt dalekiej drogi, by dać mu tak potrzebną nadzieję.
Choroba tylko umacniała ducha Taty. Z natury był bardzo ambitny i pracowity, całym sobą oddawał się szkole, uczniom, pracy w Związku Nauczycielstwa Polskiego, rodzinie, przyjaciołom i ogrodowi. Właśnie ogród to szczególny rozdział w jego życiu. Jak napisałem wcześniej, młodziutki Ludwiś już w dzieciństwie, tak jak jego dziadek Ignacy Staniewicz, bardzo interesował się ogrodnictwem. Stryj Romek do dziś pamięta, że od zawsze Ludwik czytał książki o tematyce ogrodniczej. Razem zbierali pestki dojrzałych owoców, potem Ludwik je wysiewał, hodował młode roślinki, sadził je i szczepił. W ten sposób koło domu rodzinnego w Łumbiach założył dość duży sad owocowy, w dużej mierze zachowany do dzisiaj. Całe życie kochał pracę w ogrodzie, a otoczenie naszego domu w Sejnach jest żywym dowodem jego pasji- praktycznie od nasionek wyhodował wszystkie drzewka i kwiaty. Uwielbiał pomidory i sadził je pod folią w ogromnych ilościach (nawet do 200 szt.). Oczywiście plony z nich uzyskiwane były zbyt duże dla rodziny, wobec czego rodzice z radością dzielili się nimi z przyjaciółmi, sąsiadami i znajomymi. Ich smak i zapach będziemy pamiętać zawsze…
Tata potrafił zrobić praktycznie wszystko, a że w domu podział ról był oczywisty. Mama była Dyrektorem Artystycznym, a Tata Wykonawczym, to i pole działania było ogromne: roboty wnętrzarskie w domu, w tym schody, boazerie, meble z korzeni, żyrandole, kwietniki, donice, wodospad z muszelek… Robił wszystko co wymyślił, podejrzał u innych lub na prośbę swojej Sabinki (i przy jej ogromnej pomocy). Wychowywanie pod czułym okiem matki spowodowało, że wszyscy czterej „Ludwiczkowie” byli (i są) wrażliwi na piękno i posiadali wyjątkowe zdolności manualne. Mój stryj Ziutek od lat zajmuje się stolarką i snycerką, a jego dzieła zdobią niejeden dom. Stryjowie Stach i Romek żyją otoczeni pięknem stworzonym przez siebie: stryj Stach tworzy niesamowite rzeczy z korzeni drzew, a stryj Romek od zawsze hoduje kaktusy.
Nie zawsze się z Tatą zgadzałem, nie wszystkie jego decyzje rozumiałem i pochwalałem, ale zawsze mogłem z nim porozmawiać. Słuchał, choć czasem czerwieniał jak rak, a z uszu prawie leciała para, że taki smarkacz jak ja, chce być mądrzejszy od innych. Ale słuchał, nie uciekał, nie wymigiwał się od odpowiedzi. Nauczył mnie, że warto słuchać dzieci, że warto je poważnie traktować.
Jego szczególnym darem był łatwy kontakt z ludźmi i dziećmi, potrafił dotrzeć do ich umysłów i serc. Zawsze pogodny, chociaż nie zawsze było mu wesoło, dla każdego miał dobre słowo. Osoby potrzebujące pomocy nie były mu obojętne, zawsze wyciągał pomocną dłoń i zdarzało się, że wtedy zapominał o sobie. Z natury kochał ludzi i wielką frajdę sprawiało mu robienie im przyjemności. I tak np. „prezenty”, pamiętam te ogromne pudła z gromadą mniejszych w środku , a na końcu znajdowało się jeden mały, malutki cukiereczek (!), a ile śmiechu i radości przy tym było!
W pamięci przyjaciół Tata zapisał się jako serdeczny, koleżeński, starannie ubrany i zawsze szarmancki wobec kobiet. Pan Andrzej Sobuń, który tak pięknie Tatę pożegnał, określił go nawet jako „duszę zabaw tanecznych”! Tata zawsze lubił tańczyć, a wcześniej kiedy zdrowie dopisywało, nieraz był wodzirejem na zabawach, a ich uczestnicy doskonale pamiętają te kotyliony, mosty, para z góry, para z dołu, dowolny taniec z krzesłem itp.
Z natury spokojny i cierpliwy, ale potrafił się też i rozzłościć. Trudno było go rozgniewać, ale jeszcze trudniej przeprosić…
Dzięki Tacie
Ludwik Bykowski w 1968 r.
wielu z nas połknęło jeszcze jednego bakcyla. Poznawanie świata! Może brzmi to nieco patetycznie, ale tak właśnie było, a zaczynało się od pieszych wędrówek po najbliższych okolicach. Tata od młodych lat interesował się historią ojczystą, zwłaszcza historią i zabytkami tych okolic, w których przyszło mu mieszkać. Tę pasję starał się i mnie zaszczepić zabierając ze sobą na liczne bliższe i dalsze wycieczki, zakupując przewodniki i mapy zwiedzanych okolic. Jego pasja krajoznawcza udzieliła się wielu osobom i dziś po wielu latach mogę stwierdzić, że to dzięki Tacie poznałem najciekawsze zabytki w Polsce, a zwiedzanie, poznawanie nowych miejsc, wędrówki po górskich szlakach stały się moją pasją. Połknąłem tego bakcyla jako dziecko i do dzisiaj nie wyleczyłem się. Tak samo jak i z grzybów, których Tata był ogromnym miłośnikiem. Zdarzało się, że razem z Mamą jeździli do lasu nawet 30 razy w sezonie!
W późniejszych latach, będąc już na emeryturze i działając w Związku Nauczycielstwa Polskiego, mimo choroby i zaawansowanego wieku, zorganizował wiele wycieczek po kraju i za granicę, w tym St. Petersburg, Lwów, Grodno, Nowogródek– Zaosie, Bohaterowicze nad Niemnem, Drezno, Praga, Wiedeń, Kaliningrad i inne…
Przyjaciółka rodziców, Pani Maria Koperek doskonale pamięta, że każda wycieczka była starannie przemyślana i przygotowana. Ludwik w autokarze podchodził do każdego uczestnika, interesował się i troszczył, a jeżeli ktoś miał jakieś uwagi, starał się pomóc. Dokumentował te wyjazdy wykonując wiele zdjęć, zapisując swoje spostrzeżenia, robiąc notatki co później było wykorzystywane w prowadzonych przez niego kronikach. Zebrane materiały segregował tematycznie, a następnie zasiadał do starej maszyny do pisania i pisał …Były tych materiałów całe stosy, nie zawsze w porządku utrzymywane. Uwielbiał gromadzić rupiecie i z żalem pozbywał się czegokolwiek. Patrzyliśmy z uśmiechem na jego bałaganiarstwo, na jego domowe muzeum, ale też sami z niego korzystaliśmy spędzając czas na wspominkach. Tata bardzo lubił wszelkie jubileusze, uroczystości rodzinne i dał temu wyraz w pozostawionych przez siebie albumach i dziennikach. Taka postawa zresztą bardzo jednoczyła rodzinę, bliższą i dalszą.
Mimo coraz mniejszej wydolności fizycznej wykorzystywał każdą okazję, aby pracować w ogrodzie i przy biurku, choć godzinę, choć kilka chwil. Była w nim ogromna potrzeba ciągłych uzupełnień i zmian w swoich kronikach, albumach i dziennikach. Podświadomie, a może z pełną świadomością chciał przekazać jeszcze coś więcej nam i historii. Odszedł, a ja stojąc nad jego grobem pomyślałem, że w naszej sejneńskiej ziemi zakopana będzie tylko niewielka jego część, znacznie więcej będzie nadal przebywać z nami…
Już na pełnej emeryturze, bez szkoły i bez Związku, pozostawał w stałej łączności ze swoim środowiskiem. Ciągle stanowił niejako pomost między przeszłością i teraźniejszością. Był taki dumny, że córka Renata poszła w jego ślady.
Za swoją działalność został uhonorowany takimi odznaczeniami, jak: Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Złoty Krzyż Zasługi, Medal 40-lecia Polski, Medal za długoletnie pożycie małżeńskie– 50 lat, Złota Odznaka ZNP, 50-lecie członkostwa w ZNP, Odznaczenie za zasługi dla Województwa Suwalskiego, Medal 100-lecia ZNP.
Na swoje odejście Tata przygotowywał nas od dawna. Byłoby spłyceniem powiedzieć, że to ostatnie tygodnie spędzone w szpitalu, czy też długotrwała choroba przygotowały nas na dzień Jego odejścia. Na to, że nie trwamy dzisiaj w przygnębieniu i rozpaczy, chociaż zawsze będziemy za Nim tęsknić, złożyło się całe jego życie. Nie można powiedzieć, że nie chciał dłużej żyć. Chciał i to bardzo, ale żyjąc miał tę świadomość, że nadejdzie niebawem ten dzień i przyjdzie zdać rachunek ze swego życia. Do ostatniej chwili planował, co jeszcze ma do zrobienia tu na ziemi. Czekał na nadejście wiosny, aby razem z nią nabrać nowych sił, by dalej nam pomagać, służąc radą i pracą. Jego plany i to te z ostatnich tygodni, miesięcy, jak i te sprzed kilku czy kilkunastu laty, zawsze uwzględniały jeden zasadniczy element, na którym budował całe swoje życie. Tym elementem, tą skałą, na której wszystko opierał była miłość do rodziny, gorąca wiara i nauka Kościoła przekazana przez matkę.
Dziesięć przykazań, którymi kierowali się moi rodzice, było dla Nich kanonami postępowania, a nie pustymi słowami bez pokrycia. To było jedyne prawo, które starali się zachowywać w życiu i uważam, że udało się im.
Sejny, 6 marca 2013 r.
„Bólu nie gasi żadne ukojenie i ból ten chowamy skrycie, bo łez naszych nikt nie zrozumie, ale dalej, dalej jest życie…”
Działo się to w czasach, gdy Żarnowo zwane było Ziarnowem, Biernatki – Bernatkami, a Szczebra – Ściebrą. Kolnica była podzielona na Małą i Wielką, a wsie takie jak Wojciech, Strękowizna, Strzelcowizna czy Sajenek były rudniami. Księga chrztów, o której mowa obejmuje lata 1732-1745, choć znajduje się w niej dosłownie kilka wpisów z lat późniejszych. Wykorzystano po prostu pozostawione miejsce.
Nie wiadomo, w którym roku metryki zostały wtórnie ponumerowane (ostatnia nosi numer 1624), ale już w późniejszym okresie wyrwano z księgi pierwszych 20 kart. Zostały niewielkie fragmenty przy wewnętrznym marginesie z fragmentarycznymi danymi, moim zdaniem bez znaczenia genealogicznego. Wandalizm dotknął 345 pierwszych metryk z tej księgi.
Na pozostałych, całych stronach znalazło się łącznie 1307 metryk. Szacując, że jeden rocznik to około 100 metryk, oryginalnie księga faktycznie rozpoczynała się najprawdopodobniej w roku 1729.
Geograficznie ówczesny obszar parafii augustowskiej był bardzo rozległy, obejmował dodatkowo tereny później powstałej parafii szczeberskiej. W tamtym okresie Szczebra może nie była najludniejszą miejscowością parafii augustowskiej, ale była siedzibą guberni szczeberskiej. Przez Szczebrę przewijały się znamienite osoby, które od czasu do czasu pojawiały się w kościele augustowskim, by podawać dziecko do chrztu. Prócz miejscowości graniczących z parafiami Bargłów i Janówka, znajdziemy tam tak odległe od Augustowa wsie, jak Danowskie, Serwy czy Gorczyca. W księdze znalazło się również całkiem sporo metryk dzieci rodzin mieszkających w ościennych parafiach: janowskiej i bargłowskiej, a także na terenie pogranicznych Prus. Ze względu na pochodzenie proboszcza Pieńkowskiego jest też kilka wpisów dotyczących ziemi wiskiej – chrzty dzieci rodziny czy przyjaciół proboszcza wizytujących Augustów.
Lata 1732-1745 to okres urzędowania trzech proboszczów:
Jakub Klimowicz – od początku księgi do października 1734 roku
Jan Reszka – od grudnia 1734 do kwietnia 1736
Jan Stanisław Pieńkowski – od maja 1736 do końca księgi (ostatni wpis jest ze stycznia 1745)
Jedna z metryk spisanych reką ks. Klimowicza
Proboszcz Pieńkowski urzędował na parafii znacznie dłużej, a świadczy o tym choćby późniejszy, pojedynczy wpis z 1756 roku pisany jego ręką.
Podczas nieobecności proboszczów chrztów udzielali i wpisy uzupełniali zastępcy: ks. Hilary Mariusz Klicki, miejscowy wikariusz, ks. Jan Bańkowski, augustowski proboszcz obrządku greckiego, czy proboszczowie z sąsiednich parafii, zakonnicy czy gościnnie pojawiający się hierarchowie z Sejn i Wilna.
Każdy z proboszczów miał swój charakterystyczny styl zapisywania metryk, mniej lub bardziej detaliczny. Wydaje się, że najbardziej sumienny był ks. Pieńkowski, który pisał wyraźnie z zachowaniem gramatycznej struktury zdań, a także obszernie opisywał funkcje i tytuły szlachetnych rodziców i chrzestnych. Najmniej dbający o solidność zapisów był z kolei ks. Reszka, zwłaszcza pod koniec swojej dość krótkiej kadencji. Jego wpisy były niedbałe, pisane zdawkowo i często niedokończone.
Przykłądowa metryka spisana przez ks. Reszkę
Zawarte w tej księdze metryki zawierają następujące informacje:
Numer aktu
Miejscowość zamieszkania rodziców
Data chrztu
Imię i nazwisko księdza udzielającego chrztu
Imię nadane dziecku
Imię i nazwisko ojca, ewentualnie status społeczny czy funkcja
Imię i nazwisko matki, ewentualnie status społeczny
Imiona nazwiska, status społeczny czy funkcja chrzestnych i asystentów
Metryka z 1740 roku zapisana przez ks. Pieńkowskiego
Niestety nie każda metryka zawiera taki komplet informacji. Czasem brakuje podstawowych danych takich jak miejscowość (zwłaszcza przy wpisach na samej górze danej strony) czy nawet nazwisko rodzica. Najczęściej we wpisach pomijano nazwisko panieńskie matki, ale było to mocno uzależnione od urzędującego proboszcza: ks. Klimowicz – 40% pominiętych nazwisk, ks. Reszka – 21% pominiętych, ks. Pieńkowski 68% pominiętych. Mimo sporej liczby pominiętych wpisów nazwisk rodowych matek, to przy odrobinie szczęścia i uważnej analizie wszystkich wpisów dotyczących danej rodziny można w sporej części przypadków takie dane ustalić.
Na pewno pomoże w tym księga ślubów obejmująca podobny okres i ciągle czekająca na zindeksowanie.
Na koniec zadanie dla największych entuzjastów historii lokalnej i genealogii: na podstawie wpisów z tej księgi ustalić listę rodzin i osób zamieszkujących parafię augustowską, czyli spis mieszkańców parafii. Zadanie trudne, ale wykonalne, do którego potrzebny jest nie tylko entuzjazm i zacięcie, ale też mnóstwo czasu. Taka analiza byłaby jednak bezcennym przyczynkiem do poznania historii regionu.
Na naszym kanale YouTube znajduje się film Naomi Sokol Zeavin pt. „Podróż do Augustowa”. Materiały do tego filmu kręcone były w 1981 roku i właśnie Augustów z tamtego czasu został na filmie uchwycony. Film dotyczy historii augustowskich żydów i ich upamiętnienia poprzez budowę pomnika na starym cmentarzu żydowskim, a poniższy, niezwykle ciekawy tekst z kolei w szczegółach opowiada jak powstał ten film. Jeśli interesuje Cię kultura i historia Żydów Suwalszczyzny, wesprzyj tłumaczenie „Księgi pamięci Żydów augustowskich”: https://jzi.org.pl/kategoria-produktu/kpza/
Podczas pełnej przygód podróży do krajów za ówczesną żelazną kurtyną w pewnym momencie znalazłam się wraz z moim byłym mężem w komunistycznej Warszawie. Był rok 1979. Siedząc w hotelowym lobby zapytałam Zaszę, naszą przewodniczkę, czy moglibyśmy opuścić grupę i wyruszyć w czterogodzinną podróż do Augustowa, gdzie urodził się mój ojciec. Chciałam zobaczyć, gdzie mieszkało wiele pokoleń rodziny Sokolskich. Przewodniczka poprosiła zaprzyjaźnionego mężczyznę, aby nas tam zawiózł; mówił po polsku i niemiecku, ale nie potrafił mówić po angielsku.
Przez całą podróż wąskimi, krętymi drogami moje serce łomotało. W końcu dotarliśmy do ładnego rynku w miasteczku położonym na obszarze przepięknego Pojezierza Augustowskiego. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił nasz kierowca, było odpytanie młodej blondynki w kiosku informacyjnym, czy wie, gdzie kiedyś był żydowski cmentarz. Miała na imię Anna. Powiedziała, że nie wie, ale zabrała nas do swojego domu w pobliżu, do swojej matki – Reginy Buksińskiej, która była jedyną nauczycielką angielskiego w tamtejszym liceum. Z domu wyszła drobna kobieta, poniżej półtora metra wzrostu, tuż po czterdziestce, z tak wielkim uśmiechem jak ona sama.
Regina od razu zabrała nas do domu Józefa Babkowskiego. Był mocno zbudowanym, krzepkim mężczyzną, miał siedemdziesiąt dziewięć lat. Głębokie zmarszczki na jego twarzy wyrażały jego ciężkie i pracowite życie. Pan Babkowski był uważany za historyka miasta. Przez całą wojnę ukrywał małą żydowską dziewczynkę, ryzykując bezpieczeństwo swoje i swojej rodziny. Pamiętał rodzinę Sokolskich i powiedział, że robił zakupy w dwóch sklepach, których byli właścicielami. Podniósł rękę i wyciągnął ją, niezbyt wysoko, i powiedział: „Och, to byli porządni, niewysocy ludzie”. Prawdę mówiąc, mój ojciec był najwyższy z sześciu braci i dwóch sióstr, a miał tylko 168 cm wzrostu.
Regina Buksińska i Józef Babkowski. Kadr z filmu”Podróż do Augustowa”
Oprowadził nas po rynku i pokazał, gdzie mieszkała moja rodzina. Powiedziałam, że chcę iść na cmentarz, aby złożyć wyrazy szacunku. Regina powiedziała „Cmentarza nie ma”, a pan Babkowski powiedział „O tak, jest” i poprowadził nas na długi spacer przez miasto do gęstego lasu. Odpychając gałęzie od twarzy, zdałam sobie sprawę, że cmentarz już nie istnieje. Pan Babkowski mówił dalej po polsku, a Regina tłumaczyła, że Niemcy zabrali wszystkie macewy i wykorzystali je do budowy dróg i chodników, resztę ułożyli w żydowskim getcie. Zapytałam: „Czy ciała nadal tu są?” Jego odpowiedź brzmiała: „Tak”. Stanie na grobach moich krewnych sprawiało, że czułam się dziwnie. W lesie stał piękny drewniany dom, w którym niegdyś przygotowywano ciała do żydowskiego pochówku, teraz mieszkała w nim polska rodzina. Tuż obok cmentarza żydowskiego stał duży cmentarz katolicki. Był całkowicie nienaruszony, wszystkie groby były na swoich miejscach.
Pan Babkowski powiedział wtedy: „Przejdźmy na drugą stronę miasta, gdzie było getto”. Dotarliśmy do niedużej dzielnicy małych domów. W rogu dużej działki znajdowało się wiele pogruchotanych nagrobków, pogrążonych w wysokiej trawie. Opowiedział nam wtedy, jak w 1941 roku, kiedy Niemcy weszli do miasta, zabrali wszystkich Żydów w wieku 15-65 lat i rozstrzelali ich w lasach pod Szczebrą, w sumie tysiąc pięćdziesięciu mężczyzn. Powiedział, że mimo odległości ludzie w mieście słyszeli wystrzały i strasznie się bali.
Macewy na terenie dawnego getta żydowskiego na Barakach. Widok z roku 1980 (po lewej) i współczesny (po prawej)
Wszyscy wpakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy do lasu, niedaleko miasta, by zobaczyć, gdzie miało miejsce to przerażające wydarzenie. Wysokie sosny wznosiły się ku niebu. Ojciec opowiadał mi o pięknych polskich lasach. W tym momencie drzewa nie wydawały mi się już tak piękne i nie mogłam się doczekać powrotu do Warszawy. Ulżyło mi, że moi dziadkowie zmarli śmiercią naturalną na początku lat trzydziestych.
Byłam naprawdę przygnębiona w drodze powrotnej do hotelu. Milczałam, co jest u mnie rzadkością. Postanowiłam wtedy, że muszę coś zrobić, aby upamiętnić bliskich i wszystkich tych, którzy zginęli w Holokauście. Trudno było w to uwierzyć, ale teraz ani jeden mieszkaniec Augustowa nie był Żydem.
Po kilku tygodniach poważnych przemyśleń zadzwoniłam do Ambasady Polskiej w Waszyngtonie i umówiłam się na spotkanie z I sekretarzem, panem Bronisławem Stawińskim. Pojechałam się z nim zobaczyć, bo było to tylko czterdzieści pięć minut jazdy od mojego domu w Wirginii. Kiedy wszedł do pokoju, od razu pomyślałam, że wygląda jak mój zmarły ojciec. Rzeczywiście, powiedział mi, że jego babcia była Żydówką, a rodzina ukrywała się w czasie wojny w lesie. Powiedziałam mu, że chciałabym odrestaurować cmentarz żydowski i wybudować pomnik na cześć ludzi narodowości żydowskiej, którzy zginęli w Holokauście.
Sekretarz Stawiński był bardzo życzliwy i powiedział, że skontaktuje się z burmistrzem Augustowa1 w celu uzyskania pozwolenia na budowę pomnika. Burmistrz odrzucił naszą pierwszą prośbę, ale nalegaliśmy i za drugim razem dostaliśmy pozwolenie. Sekretarz Stawiński skontaktował mnie wtedy z organizacją żydowską zrzeszającą wszystkich Żydów w Polsce; ich siedziba mieściła się w Warszawie. Grupa nosiła nazwę Związek Religijny Wyznania Mojżeszowego, a prezesem był Moses Finkelstein. Pan Finkelstein zrobił dla nas wszystko. Sporządził plany, które wysłałam, i załatwił wszystkie potrzebne na tym etapie pieniądze. Jego partnerem w organizacji był nieżydowski szef biura Jerzy Komack. Razem odbyli kilka podróży z Warszawy do Augustowa na spotkanie z burmistrzem i ustalenie, gdzie będzie pomnik i jak duży może być ogrodzony teren.
Po powrocie do domu w Wirginii postanowiłam odwiedzić chrześcijańskie cmentarze z dużymi, wysokimi nagrobkami, aby znaleźć pomnik, który mi się podobał. Znalazłam ten idealny na cmentarzu w Aleksandrii w Wirginii i zrobiłam mu zdjęcie. Następnie udałam się do polskiego kamieniarza w Arlington w stanie Wirginia, który był na tyle uprzejmy, że bez wynagrodzenia narysował mi szkic pomnika i zwymiarował go. Napisał też instrukcje, jak ciąć kamień i jakiego materiału użyć. Wysłałam szczegóły i zdjęcia do Polski i już na miejscu zatrudniono rzeźbiarza Tobiasza Jana Trzcińskiego.
Przede mną były teraz dwa duże projekty; jeden, aby znaleźć inne osoby pochodzące z Augustowa, a drugi, aby zebrać pieniądze na budowę pomnika. Pan Stawiński podał mi nazwę i numer telefonu organizacji w Nowym Jorku „Independent Suwalk and Vicinity Benevolent Association” (Niezależne Stowarzyszenie Dobroczynne Suwałk i Okolic), która została powołana w 1905 roku. Mój ojciec przez lata chodził tam na zebrania. Pewnego lata moi rodzice zaopiekowali się Stanleyem, synem jednego z członków, który akurat przechodził przez niełatwy proces rozwodowy. Tak bliscy byli ludzie lata temu.
Pewnego dnia pojechałam z córką Jill pociągiem do Nowego Jorku na spotkanie z pochodzącym z Augustowa członkiem „Independent Suwalk and Vicinity Benevolent Association”. Był to wielkoduszny i elegancki człowiek, Sam Grodowski. Opowiedział mi o dwóch kobietach, które również przybyły z tej okolicy, Lubie Lewinson i Racheli Nunburg. Rachela mieszkała niedaleko mnie, w Maryland.
Pojechałam porozmawiać z Rachelą w kolejnym tygodniu. Kiedy weszłam do koszernego sklepu spożywczego, siedziała za ladą i nie chciała wstać. Była raczej zdystansowana i nieufna wobec mnie. Zrozumiałam, kiedy powiedziała mi, że była w obozie koncentracyjnym. Po chwili ożywiła się i obiecała przekazać darowiznę. Powiedziałam jej, że skontaktuję się z nią, kiedy zbiorę wszystkie pieniądze.
Przeprowadziłam kampanię zbierania funduszy, wysyłając listy i dzwoniąc do ludzi. Wykorzystałam adresy i telefony rodziny i znajomych, moje członkostwa w klubach, gazety i radio. Najwięcej pieniędzy otrzymaliśmy od rodziny i bliskich. Byłam bardzo aktywna politycznie, więc miałam dużą bazę adresową. Darowizny przyszły od gubernatora Wirginii Johna Daltona, naszego kongresmana Joela Broyhilla i członka Rady Nadzorczej 2 Toma Davisa.
Była podobna ilość osób pochodzenia żydowskiego i nieżydowskiego, które przekazywały datki. Udało się zebrać wszystkie potrzebne fundusze! I ponieważ byłam członkiem Gildii Aktorów Filmowych i Amerykańskiej Federacji Telewizji i Radia, pomyślałam, dlaczego nie sfilmować ceremonii. Jeden z hojnych pacjentów mojego byłego męża, pan Don McNary, wsparł realizację filmu.
Lekcje polskiego brałam u przyjaciółki sekretarza Stawińskiego, młodej kobiety o imieniu Mira Creech3. Została moją nauczycielką i przyjaciółką. Naprawdę potrzebowaliśmy więcej pieniędzy, a jej mama w Warszawie pomogła nam wymieniać pieniądze na czarnym rynku. Jej siostra Anna została moją tłumaczką, a także zatrudniła dla mnie polską ekipę filmową Interpress. Kazano mi przywieźć własny film Kodaka, ponieważ w Polsce brakowało filmu.
W 1981 roku, zaledwie rok po tym, jak napisałam do organizacji żydowskiej w Polsce, polecieliśmy do Polski na poświęcenie pomnika. Był sierpień, pogoda była naprawdę ciepła i nie zanosiło się na deszcz. Zatrzymaliśmy się w hotelu Victoria w centrum Warszawy, ale większość czasu spędziliśmy w domu Modelskich – Miry i jej mamy. Był to okres braków żywnościowych, a mimo to byli bardzo gościnni. Solidarność zyskiwała wpływy i wyglądało na to, że Rosjanie mogą wkroczyć siłą i przejąć miasto.
Hotel Victoria Intercontinental przy ul. Królewskiej w Warszawie. Początek lat 80-tych
Sytuacja była bardzo napięta i trudno było zdobyć jedzenie. Trzeba było czekać w długich kolejkach po chleb, a potem przejść do innej kolejki po trochę mięsa. Zdobycie kanapki zajęłoby cały dzień. Moja przyjaciółka Mira i jej siostra Anna zabrały nawet trochę papieru toaletowego z naszej hotelowej łazienki. Policja pilnowała hotelu, więc tylko goście hotelu mogli wejść. Ludzie mieli pieniądze, ale nic nie było w sklepach. Pewnego dnia staliśmy w długiej kolejce po faszerowaną bułkę, nie z hot dogiem, ale z grzybami.
To był trudny czas na wykonanie tego, co planowaliśmy, ponieważ w Polsce panował stan wojenny4. Już następnego dnia, kiedy byliśmy w Augustowie, filmowaliśmy uroczystość, to nasz hotel w Warszawie, hotel Victoria został otoczony przez polskich żołnierzy powstrzymujących z bronią w ręku protestujących członków Solidarności. Moja ekipa filmowa bardzo martwiła się o moje bezpieczeństwo, a ja martwiłam się o ich rodziny.
Przyjechaliśmy do Polski z kartonami jedzenia, cukru, mąki, z papierosami i prezentami dla wszystkich, którzy nam pomogli. Kiedy kręciliśmy scenę ze mną siedzącą na ławce na rynku, kobieta krzyczała przez okno po polsku: „Daj nam jedzenie! Nie rób nam zdjęć!”
Dzień przed ceremonią biegaliśmy i kręciliśmy różne sceny, m.in. tę w lesie z panem Babkowskim i wywiady w hotelu. Następnego dnia na ceremonii byłam szalenie podekscytowana, bo polskie flagi zasłaniały las przed pomnikiem na cmentarzu. Wokół ogrodzonego terenu posadzono rośliny podarowane przez miasto. Dwadzieścia osiem organizacji podarowało kwiaty i postawiło je na pomniku. Harcerze i harcerki stanęli na straży honorowej i także wręczali kwiaty. Sekretarz partii komunistycznej mówił najpierw o „tej historycznej okazji”, a następnie przemówił burmistrz witając nas wszystkich oraz wspomniał o obywatelach Polski, którzy zginęli i zostali pochowani na tej świętej ziemi. Ksiądz Zdatowski również przemówił i powiedział, że ma wielki szacunek dla Żydów, gdyż on również przebywał w obozie koncentracyjnym w Moghaven5. Podziwiał ich wolę przetrwania, bez względu na to, jak ciężko im było; byli chłostą zmuszani do ciągnięcia wozów, upadali, a potem wstawali i ciągnęli je dalej. Mówił o pamięci o Żydach i poszanowaniu ich wspomnień.
Pan Finkelstein przemawiał mówiąc: „W czasie, gdy do Augustowa weszli Niemcy, jedna trzecia z 4000 jego mieszkańców było Żydami. Prowadzili aktywne życie ramię w ramię z nieżydowskimi mieszkańcami tej społeczności. Byli kupcami, wykwalifikowanymi rzemieślnikami i fachowcami. Niektórzy z nich mieli młyny i liczne sklepy. To była dobrze prosperująca społeczność żydowska. Mieli bibliotekę i pomagali biednym. Mieli wiele synagog, w których mogli się modlić, tak jak wy macie kościoły. Wyszkolili też wielu gojow i nauczyli ich handlu. Byli prawdziwymi sąsiadami i przyjaciółmi”. Rabin Hertz, przyjezdny rabin skandował piękne słowa za zmarłych: „Al moleh rak hamim”. W tym czasie w Polsce nie było stałych rabinów. Rabin Hertz pochodził z Brooklynu w USA.
Mówiłam przez kilka minut. Przemowa, którą przygotowywałam po polsku przez pół roku, uleciała mi z pamięci, gdy zobaczyłam te wszystkie twarze patrzące na mnie. Położyłam kamień na pomniku i powiedziałam, że zgodnie z tradycją żydowską zostawiamy kamienie na grobie, który odwiedziliśmy, aby pokazać, że tam jesteśmy i że nam zależy. Anna przetłumaczyła wszystko, co powiedziałam, zakończyłam słowami „jen-koo-yea” po polsku (dziękuję) i to sprawiło, że wszyscy się uśmiechnęli i klaskali. Następnie wykopałam mały dołek w polskiej ziemi i zakopałam puszkę ze wszystkimi nazwiskami tych, którzy przekazali pieniądze na urzeczywistnienie tego marzenia.
Na uroczystość przyszły trzy osoby, z którymi kontaktowałam się w Ameryce. Pan Sam Grodowski opuścił Augustów w latach 30-tych jako młody chłopak. Rachael Nunburg, ocalała z getta w mieście, spędziła trzy lata w Auschwitz i której ojciec był jednym z mężczyzn rozstrzelanych w lesie. Uczestniczyła również Luba Feldman, słodka kobieta z New Jersey. Tuż po uroczystości pan Grodowski zaaranżował płatne przeniesienie nagrobków z żydowskiego getta i umieszczenie ich za pomnikiem.
Uroczystość odsłonięcia pomnika na starym cmentarzu żydowskim w Augustowie. Kadry z filmu „Podróż do Augustowa”
Cała nasza czwórka przekazała datki, dlatego po jednej stronie pomnika umieściliśmy cztery nazwiska: Sokolsky, Grodowski, Lewinson i Słowatychi. Po nich następują słowa: „Miejsce poświęcone – na tym cmentarzu spoczywają tysiące Żydów mieszkańców Augustowa i Ziemi Augustowskiej”.
Zaraz po ceremonii podeszła do mnie jedna kobieta i powiedziała po polsku, jak bardzo się cieszy, że stoi tam pomnik. Miała sąsiada Żyda, który był jej dobrym przyjacielem i byli bardzo blisko ze sobą.
Po ceremonii wszyscy byliśmy radośni, ale to szybko zmieniło się dla mnie we łzy. Kamerzysta podszedł do mnie zdenerwowany i powiedział, że ktoś ukradł niebieską plastikową torbę, którą zostawił na ziemi z filmem, który nakręciliśmy dzień wcześniej. Wygląda na to, że myśleli, że to jedzenie. Policja próbowała go znaleźć i wielu mieszkańców miasteczka zajrzało do koszy na śmieci, a nawet ogłoszono to przez głośniki z samochodu przejeżdżającego przez miasto. Bezskutecznie, beznadziejnie.
Macewy na dawnym cmentarzu żydowskim w Augustowie – stan pierwotny. Fot. Naomi Zeavin
Nakręciliśmy tylko dzień ceremonii. Powiedziałam, że to koniec, nieważne. Po prostu nie mogłam wymyślić, co zrobić. Ale Anna i ekipa byli wspaniali i nalegali, abyśmy zrobili zdjęcia następnego dnia przed powrotem do domu. Kamerzysta wstał o świcie, i aby mnie zaskoczyć podwinął spodnie, a następnie poszedł z aparatem brodzić w rzece Netcie, żeby zrobić wspaniałe ujęcie szerokiej rzeki, przez którą mój ojciec kiedyś przepłynął stając się bohaterem miasta. Film „Podróż do Augustowa” jest dziś na płytach CD oraz w Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie i w Yod Visham w Izraelu.6
Słyszałam, że wiele osób oglądało film w Waszyngtonie w sali badawczej Muzeum Holokaustu. Kilkoro z nich pojechało do Polski, aby zwiedzić cmentarz i pomnik. Jedna rodzina, Fishbine, wynajęła autobus dla członków rodziny, aby zwiedzić Augustów. Dodali duży własny kamień na cmentarzu. Inny mężczyzna, Hank Hchonzeit, pojechał z córką do Augustowa. Urocza Regina była przewodnikiem obu rodzin.
Regina, mój anioł, czuwał nad cmentarzem ponad trzydzieści lat. Urzędnicy w mieście są odpowiedzialni za utrzymanie cmentarza, ale kiedy coś się zepsuje, ja muszę zająć się naprawą. Regina i jej rodzina udają się i upewniają się, że okolica jest czysta i usuwają liście. Przynoszą też kwiaty i świece. Miasteczko jest w stu procentach chrześcijańskie, a jednak zawsze znajduje tam kwiaty lub świece, spoczywające na podstawie pomnika. W ostatnich latach pojawiły się graffiti i zniszczenia. Choć w mieście nie ma ani jednego Żyda, nie pojmuję, dlaczego swastyki i zniszczenia pojawiają się co roku. Burmistrz miasta karze tych, którzy wyrządzają szkody, ale wielu uchodzi to na sucho.
„List do Boga” pozostawiony na pomniku w 2007 roku. Fot. Aneta Chilmon
Od dnia ceremonii wracałam do Augustowa trzy razy, ostatnio ponad trzydzieści lat temu. W Ambasadzie Polskiej w Waszyngtonie zyskałam wielu przyjaciół.
Drzwi zostały dla mnie otwarte, a niektóre ekscytujące doświadczenia sprawiły, że dzięki powołaniu do odnowienia cmentarza, moje życie stało się pełniejsze i bardziej niezapomniane. Pierwsze wydarzenie miało miejsce, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi i dwóch młodych przystojnych mężczyzn, ubranych w ciemne garnitury, stanęło pod moimi drzwiami. Pokazali mi swoje odznaki FBI i chcieli ze mną porozmawiać. Zaprosiłam ich i pomyślałam: co zrobiłam? Wygląda na to, że przez lata nagrywali mnie, obserwowali, podsłuchiwali moje rozmowy telefoniczne i wiedzieli o moich wizytach w polskiej ambasadzie. W naszym domu również gościliśmy wielu dostojników z ambasady.
Był to czas komunizmu lat 80-tych, a w grudniu 1981 r. polski ambasador w Ameryce F. Romuald Spasowski poprosił o azyl polityczny. Agenci zapytali mnie, czy mogłabym skłonić sekretarza Stawińskiego do ucieczki. Rozmawiałam o tym z Bronisławem, ale on miał rodzinę w Polsce, więc powiedział, że chciałby, ale nie może; bałby się o ich bezpieczeństwo. Kilka lat później FBI przyszło ponownie i poprosiło mnie o szpiegowanie nowego pierwszego sekretarza, z którym się zaprzyjaźniłam, Krzysztofa Nowakowskiego. Dałam z siebie wszystko, ale nie dostałam dla nich żadnych ciekawych informacji. Chris do dziś jest moim dobrym przyjacielem. Kilka lat później, kiedy odwiedzałam Polskę, on, jego żona i syn opiekowali się mną, kiedy pojechałam ponownie odwiedzić Augustów.
Niedługo po moich wizytach w FBI dostałam nominację od prezydenta Ronalda Reagana. Wpisałam te dwie wizyty w Polsce oraz nazwiska i daty w moim kwestionariuszu. Z przyjemnością mogę powiedzieć, że to nie miało znaczenia i dostałam nominację w 1985 roku.7
Kolejne ekscytujące wydarzenie miało miejsce z udziałem Ambasady Polskiej w 1991 roku. Zaprzyjaźniłam się z nowym I sekretarzem Andrzejem Jareckim z niekomunistycznej już Ambasady Polski. Był bardzo wysokim, szczupłym i wytwornym słynnym dramatopisarzem i reżyserem filmowym w Polsce. Otrzymał wiele nagród, w tym odpowiednik naszego Oscara8. Ze względu na wzrost antysemityzmu na świecie chciałam wyprodukować nową wersję filmu z polską i angielską ścieżką dźwiękową. Pomógł mi w tym sekretarz Jarecki, podkładając jeden z głosów po polsku i pomagając w tłumaczeniu.
Wiele antysemickich incydentów miało miejsce we Francji. To skłoniło mnie do skontaktowania się z Ambasadą Francji w Waszyngtonie. Rozpoczęłam współpracę z sekretarzem prasowym Pierre Gunardem, który otworzył mi wszystkie drzwi. Przejrzałam wszystkie ich papiery i akta i dodałam zdjęcia z Francji w nowej wersji „Podróży do Augustowa”.
Nowa wersja okazała się sukcesem i zaproszono mnie do pokazania filmu na Festiwalu Żydowskim w San Francisco. Bliskim przyjacielem sekretarza Andrzeja Jareckiego był noblista z 1980 roku, poeta Czesław Miłosz, który wówczas wykładał na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Jarecki chciał, żeby obejrzał film. Wraz z jego listem polecającym i telefonem od niego do pana Miłosza zostałam zaproszona do jego domu. Zadziwiło mnie, że poświęca mi tyle czasu mimo jego zapracowania w ważnych instytucjach. „Jak tobie, takiej drobnej, młodej kobiecie, w pojedynkę i w tak krótkim czasie, udało się wznieść pomnik poświęcony Żydom za żelazną kurtyną?”
Moja odpowiedź była taka, że tysiące rąk pomagało i wiele serc spełniło marzenie. Żydzi wierzą, że jeśli kogoś się wspomina, ten ktoś odżywa, a mając pomnik ludzie są niejako zmuszeni do myślenia o Żydach, którzy tam kiedyś mieszkali. Oni odżywają.
Naprawdę wierzę, że to Bóg prowadził mnie przez całą drogę w tej podróży, bo bez Niego nie udałoby mi się. Jestem tylko jednym z jego narzędzi.
W tamtych czasach na czele władz miasta stał nie burmistrz lecz naczelnik[↩]
Tu autorka się myli, gdyż stan wojenny został wprowadzony dopiero 13 grudnia 1981 roku [przyp. red.][↩]
Prawdopodobnie chodzi tu o obóz koncentracyjny Mauthausen[↩]
Kopię z polską ścieżką dźwiękową przekazaliśmy również do Augustowskich Placówek Kultury [przyp. red.][↩]
Autorka otrzymała nominację na Członka Komitetu Doradczego ds. Sztuki 14 maja 1985 r. z rąk Prezydenta Ronalda Reagana [przyp. red.][↩]
Tu autorka chyba trochę przesadziła. Film „Marysia i Napoleon” na podstawie dramatu Andrzeja Jareckiego otrzymał w 1967 roku wyróżnienie na Międzynarodowym Festiwalu Filmu Barwnego w Barcelonie[↩]
Dziś nietypowy wpis! Od darczyńców trzymaliśmy trzy piękne, unikatowe albumy, którymi chcemy się z Wami podzielić. Każdy z tych albumów przedstawia nieco inne oblicze Augustowa i okolic. Żaden z nich nie jest łatwy do zdobycia, a teraz pojawiają się razem na aukcjach Allegro. Aukcje trwają 10 dni, a 100% dochodu ze sprzedaży tych albumów darczyńcy przeznaczają do dofinansowanie tłumaczenia "Księgi pamięci Żydów augustowskich". Więcej o tej inicjatywie oraz o innych sposobach wsparcia tłumaczenia można znaleźć tutaj.
Co jakiś czas będziemy aktualizować ten post informując jaką kwotę łącznie zebraliśmy.
Augustów - miasto królewskie
Album ten prezentuje szlaki turystyczne Ziemi Augustowskiej – papieskie, kajakowe, żeglarskie, piesze, rowerowe i konne. Na wszystkich szlakach są widoczne elementy dziedzictwa kulturowego rybołówstwa. Prezentowane w albumie trasy przebiegają przez tereny leśne i przyrodniczo cenne obszary, obok gospodarstw rybackich, łowisk wędkarskich oraz punktów gastronomicznych, oferujących wyśmienite, świeże i zdrowe dania z lokalnych ryb. Albumem tym zachęcamy do odkrywania uroków tych zachwycających terenów oraz do odwiedzenia pięknej i gościnnej Ziemi Augustowskiej.
Album na aukcję przekazał Krzysztof Zięcina ze Stowarzyszenia Jamiński Zespół Indeksacyjny.
80-stronicowy album wydany przez miasto Augustów. Zaprasza do wędrówki przez karty historii, prezentuje bogactwa przyrody, osiągnięcia gospodarcze, kulturalne i sportowe grodu nad Nettą. Jesteśmy przekonani, że będzie to podróż wyjątkowa, która zachęci do odkrywania Augustowa na nowo.
Album na aukcję przekazał Bogdan Falicki z Klubu Augustowiaków i Suwalszczan w Warszawie.
Arturo Mari był osobistym fotografem papieża Jana Pawła II. Towarzyszył mu we wszystkich podróżach, w tym również tej, najważniejszej dla mieszkańców Suwalszczyzny, która odbyła się w czerwcu 1999 roku. Fotografie w albumie pokazują, jak doskonale papież czuł się wśród polskich jezior, pól i lasów oraz jak na każdym kroku spotykał się z miłością i oddaniem rodaków.
Album na aukcję przekazał Bogdan Falicki z Klubu Augustowiaków i Suwalszczan w Warszawie.
O tym w jaki sposób te trzy książki się łączą i w jaki sposób dotykają Ziemi Augustowskiej pisze Bogdan Falicki w swoim wierszu napisanym z okazji tej aukcji:
Miasto, wody, pielgrzymi
Miasto
Ulice zaklęte w czuły czworobok i trzy mosty: wysoki, śluza, upust. Krajobrazy zapamiętane, widziane i śnione. Wszystkie pogody 365 dni i nocy, Wszystkie 6 pór roku od ich początku Wrośnięte w nasze kości.
Wody
Jeziora, rzeki, Kanał i ich podwodni mieszkańcy, służący swym ciałem ludzkim pokoleniom. Odwieczny i zmyślny przepływ białka ponad przykazaniem „nie zabijaj”. Ryba: znak pojednania śmierci i życia, wierzących i pogan, tubylców i najeźdźców. Wszyscy musieli jeść i karmić dzieci.
Pielgrzymi
Od pól gdzie Klęczący Pan Jezus, przez przydrożne kapliczki i ołtarzyki do uzdrawiającego źródełka w Studzienicznej. Z modlitwą lub w skupionym znoju Od Zielonych Świątek pieszo do kolejnych Zielonych Świątek. Kiedyś On po naszych śladach, teraz my Jego szlakiem. Czerwcowe powietrze dotąd drga poruszone Słowem.
Jeśli uważasz, że informacje zawarte na tej stronie są wartościowe, rozważ przekazanie dotacji w dowolnej wysokości. Każda suma wspomoże dodawanie nowych indeksów.
Konto: 37 1600 1462 1834 7686 6000 0001 w BGŻ BNP