Stare amerykańskie gazety to ciekawe, a czasem wręcz bezcenne źródło informacji o emigrantach z Suwalszczyzny. W jednym z poprzednich postów pokazywałem przykład nekrologu z polskojęzycznej gazety „Dziennik Chicagoski”. Interesujące ogłoszenia można znaleźć również w gazetach anglojęzycznych.
„Chicago Tribune” należy do jednej z najstarszych, a zarazem największych (o największym nakładzie) gazet amerykańskich. Ukazuje się od 1849 roku. Redakcja od samego początku ma siedzibę w Chicago, w największym ośrodku miejskim w hrabstwie1 Cook. Urzędnik stanu cywilnego tego hrabstwa przekazywał gazetom do publikacji informacje o podjętych czynnościach. Tu zamieszczam listę zezwoleń na zawarcie ślubu (tzw. marriage licence) udzielonych w dniu 25 sierpnia 1903 roku. Wśród wielu anglosaskich par znajdziemy również kilka brzmiących po polsku. Brzmiących, gdyż tak jak w wielu dokumentach amerykańskich zarówno zapisujący oryginalny dokument, jak i zecer składający kolumnę gazety do druku mieli poważne trudności z prawidłowym przeliterowaniem obcobrzmiących nazwisk.
Uważnie studiując takie listy można wyłapać znajome nazwiska przodków i krewnych. Niestety już od wielu dziesiątek lat ogłaszanie zezwoleń na zawarcie związku małżeńskiego nie jest praktykowane.
Poniższy artykuł stanowi fragment mojej pracy magisterskiej pt. "Eksperymenty na papierze. Jerzego Jaworowskiego prace z szuflady". Praca pod kierunkiem dr hab. Iwony Luby została obroniona na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego na kierunku Historia Sztuki.
Jerzy Jaworowski (1919-1975), absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, był urodzonym w Augustowie artystą-rysownikiem oraz twórcą grafiki książkowej związanym szczególnie z wydawnictwami „Czytelnik” i PIW. Pierwszy rozdział pracy został poświęcony zaprezentowaniu sylwetki Jerzego Jaworowskiego z perspektywy tekstów krytycznych z lat 70. XX w. – okresu największej popularności artysty oraz przedstawieniu stanu badań. Następna część stanowi szkic biograficzny, nakreślenie drogi artystycznej i zawodowej Jaworowskiego. Kolejny rozdział zawiera szersze spojrzenie na zjawisko autonomizacji dziedziny rysunku jako samodzielnej wypowiedzi artystycznej w odniesieniu do nurtów artystycznych lat. 60. i 70. Dalsze rozdziały są próbą problemowego ujęcia twórczości artysty. Została ona przeanalizowana w kontekście eksperymentów rysunkowych: omówiono specyficzny warsztat artysty, oryginalne media rysunkowe oraz niekonwencjonalne sposoby ich wykorzystywania, próbując zestawić je z podobnymi praktykami innych twórców. Prace artysty omówiono również w kontekście sztuki znaku, który wydaje się cechą bardzo charakterystyczną i spajającą jego twórczość.
Przedwojenny Augustów. Wojna i zesłanie
Jerzy Jaworowski urodził się 11 września 1919 roku w Augustowie w bardzo licznej i zamożnej rodzinie jako pierwszy, upragniony syn lekarza Jana Jaworowskiego[1] (il. 1a) i jego drugiej żony, Heleny z Heybowiczów[2] (il. 1b). Miał dziewięć sióstr i młodszego o osiem lat brata. Międzywojenny Augustów był miasteczkiem półkresowym, pięknym uzdrowiskiem położonym wśród lasów i jezior. Mieszkało tam wielu Żydów, Tatarów, Litwinów, Rosjan. Dom, w którym wychował się Jaworowski należał do jego matki i był położony w centrum miasta przy ulicy 3 Maja 5 (dawniej Długiej), na przeciwko kościoła. Jaworowscy zajmowali pokoje na piętrze, pozostałe były wynajmowane lokatorom; na parterze znajdowało się mieszkanie i apteka państwa Worotyńskich. Kolorytu nadawał miasteczku stacjonujący w mieście 1. Pułk Ułanów Krechowieckich, którzy w świąteczne dni organizowali huczne imprezy, defilady, jasełka[3].
Jan Leonard Jaworowski
Helena z Heybowiczów Jaworowska
Ojciec Jerzego, lekarz powiatowy i zasłużony społecznik, był znaną i szanowaną postacią na Suwalszczyźnie. W czasie zaborów działał w różnych organizacjach polskich, jednocześnie cieszył się szacunkiem władz, co w 1905 r. pozwoliło mu uratować wielu działaczy społecznych i politycznych przed represjami. W 1920 r. skazany przez bolszewików na rozstrzelanie, został uratowany dzięki pomocy ludności. Po pierwszej wojnie organizował służbę lekarską w powiecie augustowskim, utworzył szpital powiatowy i epidemiczny, organizował pierwsze kadry Polskiego Czerwonego Krzyża, Towarzystwo Przeciwgruźlicze. Był także prezesem Straży Ochotniczej, Związku Harcerstwa Polskiego i innych organizacji Otrzymał szereg odznaczeń państwowych[4]. Był osobą bardzo lubianą i towarzyską. Matka była wierzącą katoliczką i osobą bardzo tolerancyjną, nigdy nie pozwalała na wrogie zachowania wobec ludności innego wyznania. Udzielała lekcji francuskiego[5]. Jerzy nie był najlepszym uczniem, co przysparzało rodzicom zmartwień. Mimo wszystko, jako pierworodny syn, był ukochanym dzieckiem ojca, który zostawiał mu zawsze pełną swobodę[6].
Jerzy Jaworowski z rodzicami - Druskieniki, 1932 r.
Pod koniec listopada 1939 r. 19-letni Jerzy, który rozpoczął we wrześniu studia sanitarne w Szkole Podchorążych, próbował wraz z kolegami przedostać się na zachód do Warszawy w obawie przed wcieleniem do Armii Czerwonej. Zostali złapani w lesie przez Niemców i przekazani Rosjanom. Podczas ucieczki Jaworowski odmroził sobie stopy i tylko dzięki pomocy znajomego żydowskiego lekarza udało mu się uniknąć amputacji. Po paru miesiącach więzienia w Grodnie wszyscy dostali wyroki za szpiegostwo na rzecz Niemców. Zostali zesłani do łagru koło Archangielska na Syberii, gdzie przez osiem lat byli lesorubami (drwalami) pracując w nieludzkich warunkach. Podróż w głąb tajgi trwała 1,5 miesiąca[7]. W Dziennikach Marii Dąbrowskiej opisana jest poruszająca relacja Heleny Jonkajtys[8], znajomej Jaworowskich sprzed wojny: „Wieziono ich do tego więzienia w głąb Rosji, w trzaskające mrozy, w nieopalonym bydlęcym wagonie. Ponieważ dobami stali na stacjach i straszliwie marzli, więc porąbali pryczę w wagonie i rozpalili ogień w żelaznym piecyku (…). Na to weszli enkawudziści, zapytali kto porąbał pryczę. Ów młodzieniec miał to nieszczęście, ze uśmiechnął się wśród ogólnego milczenia. Natychmiast schwycili go, zaprowadzili do pustego wagonu, tam rozebrali do naga, związali, obleli wodą z lodem i tak nagiego, na mokrym mokrego, związanego, zamknęli i tak jechał 24 godziny. Teraz wrócił – dwudziestosześcioletni starzec, zniszczony, siwy i bezzębny, z przerażeniem w oczach, zupełnie bez sił, złamany moralnie i fizycznie”[9].
W Słowniku artystów plastyków z 1972 r. ten ośmioletni, tragiczny fragment życiorysu Jaworowskiego został ujęty pod hasłem „podróże zagraniczne: ZSRR – 1948 r”…[10].
Powrót do powojennej rzeczywistości. Studia
Gdy w 1948 r. Jaworowski został wypuszczony z łagru, był bliski pozostania w Związku Radzieckim wskutek niedoinformowania i nacisków ze strony władz sowieckich. Tylko dzięki namowom przypadkowo spotkanego kolegi wyrobił potrzebne dokumenty i wrócił do kraju. Dom rodzinny w Augustowie przejęło tymczasem NKWD, większość rodziny wyemigrowała do Anglii i Kanady przed końcem wojny. W Polsce została tylko matka z dwójką najmłodszych dzieci, siostrą i bratem. Matka zmarła w 1945 r., przed powrotem syna. Jerzy wrócił z obozu w tak złym stanie, że rodzina w pierwszej chwili nie rozpoznała go i nie wpuściła do domu. Wieloletnie zesłanie i trudność z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości, w której względnie normalne życie toczyło się już od kilku lat, spowodowały głęboką depresję. Jaworowski jednak stosunkowo szybko wrócił do siebie i, jak podkreśla syn, zupełnie odciął się od traumatycznych przeżyć, nigdy do nich nie wracał, nie rozpamiętywał w rozmowach rodzinnych, nie nawiązywał do nich w swojej twórczości. Nigdy też nie okazywał szczególnej wrogości do Rosjan, nie winił ludzi lecz system. Rozpoczął nowe życie[11]. Po katorżniczej pracy drwala zostały mu tylko „dłonie jak bochny”[12], które paradoksalnie stworzyły później rysunki finezyjne i pełne lekkości. Jaworowski stale wracał w swoje rodzinne strony, w wolnym czasie zabierał w okolice Augustowa znajomych i rodzinę. Czasem przy okazji takich wypadów trudne wspomnienia powracały, co opisał jego wieloletni przyjaciel, Marek Nowakowski[13].
Studia na Wydziale Grafiki warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, które rozpoczął w 1948 r., czyli właściwie niedługo po powrocie z ZSRR, bynajmniej nie były wynikiem głębokich przemyśleń czy młodzieńczych marzeń o karierze artysty. Jaworowski podjął tę decyzję najprawdopodobniej za namową brata Jana, który przypomniał mu o jego działalności redaktora gazetki w augustowskiej szkole i o rysunkach satyrycznych. Zachowane szkolne szkice redisówką raczej nie wskazywały na wybitny talent, lecz uzdolniony brat, który w wieku dwudziestu paru lat został profesorem matematyki, miał też widocznie dobrą intuicję, kierując Jerzego na studia artystyczne[14].
Jerzy Jaworowski przy pracy
Jaworowski przez krótki czas studiował w pracowni grafiki książkowej Jana Marcina Szancera, prowadzonej na Akademii od 1951 r. W swojej pracy pedagogicznej Szancer wypracował metodę opierającą się na indywidualnym podejściu i kształtowaniu ucznia, traktował studentów po partnersku ale jednocześnie był wymagający, wskazywał złe nawyki, popadanie w manierę. Celem było rozwinięcie wśród studentów myślenia plastycznego, a nie przygotowanie ich do konkretnego zawodu[15]. Jego wspomnienia dają pewien obraz tego, jak funkcjonowała pracownia ilustracji i jakie wymagania profesor stawiał studentom: „Oczywiście uczeń otrzymuje pewną sumę podstawowych wiadomości o budowie i estetyce książki, o technikach drukarskich, nigdy nie było moim zamiarem kształcenie „specjalistów”, kierowników graficznych wydawnictw czy artystów typografów. Mimo to wielu z moich uczniów pracuje w wydawnictwach i doskonale rozwiązuje problemy, których w ASP nie mogli rozwiązać, choćby ze względu na brak możliwości warsztatowych (…) Wybór tematów pozostawiałem zawsze uczniom, czasem jedynie doradzałem w podjęciu decyzji. Byłem ciekaw, jacy oni są, co czytają, co ich interesuje, różnorodność zadań była olbrzymia w ciągu dwudziestu lat powtórzyło się zaledwie kilka tematów. Ulubioną powieścią, która dawała bogate możliwości ilustratorowi, był Rękopis znaleziony w Saragossie Potockiego. Niejednokrotnie zaskakiwano mnie. Ktoś z uczniów przyniósł ostatnią nowość, musiałem ją szybko przeczytać, dokształcić się, w ogóle korekty wymagały ode mnie przygotowania, trzeba było na nowo wertować zapomniane teksty, śledzić literaturę współczesną. Czasem byłem surowy. Pamiętam, że jeden z moich uczniów nie mógł sobie dać rady z barokową architekturą w jakiejś bajce, kazałem mu więc natychmiast pojechać do Wilanowa i przywieźć stamtąd szkice, a była wtedy surowa zima. (...) Ale przede wszystkim wysyłałem moich uczniów do biblioteki, bo ilustratorowi nie wystarczą wiadomości z historii sztuki, musi się nauczyć szukać materiałów i z nich korzystać”[16]. Danuta Wróblewska pisała o nim: „Był gawędziarzem, kochał starą sztukę, jego korekty przeradzały się więc najczęściej w styloznawcze sympozja, gdzie teraźniejszość mieszała się z przeszłością, a wszystkiemu patronowało słońce malarstwa”[17].
Wydaje się, że Szancer odegrał dość znaczącą rolę w karierze Jaworowskiego. Jak wspomina Janusz Stanny, profesor często jeszcze po studiach opiekował się swoimi absolwentami, zapraszając ich do ilustrowania książeczek dla dzieci wydawanych przez „Ruch”, którego był dyrektorem graficznym[18], oraz do udziału w dorocznych wystawach w Galerii Sztuki ZPAP MDM[19]. Jaworowski parokrotnie brał udział w odbywających się tam wystawach książki i ilustracji dziecięcej (1959, 1961-1964). Kolejną oddolną inicjatywą Szancera było wydawanie okolicznościowych pocztówek, które również były projektowane przez młodych grafików. Wszystkie te działania wpisywały się w szerszą ideę kształtowania gustów i upowszechnianiu kultury plastycznej[20]. Jaworowski zaprojektował dla „Ruchu” ilustracje do Basi nad biegunem (1964), Polany (1964), Piórka Igora Sikirickiego (1968), Śniegu Jana Kiersta (1973) i książeczki Koń by się uśmiał Zygmunta Kubiaka (1976), a także wiele kolorowych okazjonalnych kartek, głównie świątecznych i noworocznych.
Jerzy Jaworowski przy pracy
Jaworowskiemu nie do końca odpowiadał realistyczny, pełen drobiazgowego detalu historycznego świat ilustracji profesora, nieco może archaiczny wobec nurtów nowoczesnej plastyki dochodzących do głosu w latach 50. i języka skrótu myślowego, który dominował w sąsiednich pracowniach[21]. Mimo to wydaje się, że podejście Szancera do projektowania ilustracji, oparte na rzetelnej kwerendzie i wyszukiwaniu odpowiednich materiałów źródłowych, znalazło wyraz w tak ważnych realizacjach Jaworowskiego jak opracowanie graficzne Trylogii Henryka Sienkiewicza czy Rękopisu znalezionego w Saragossie Jana Potockiego. Pracując nad opracowaniem graficznym Trylogii, w przypadku której założeniem wydawnictwa było wykorzystanie historycznego materiału graficznego[22], Jaworowski miesiącami przeszukiwał biblioteczne albumy z dawnymi rycinami, by dobrać jak najbardziej trafny i wierny realiom epoki materiał. Konsultacje merytoryczne prowadził historyk, Adam Kersten[23]. Fragmenty rycin wykorzystane na obwolutach poszczególnych tomów zostały „podkolorowane’’ za pomocą barwnych folii w jaskrawych kolorach, co dało bardzo ciekawy, ożywczy efekt. Płócienna oprawa ozdobiona została subtelnym roślinnym tłoczeniem w kolorze brązowym a grzbiet paskami w tym samym kolorze. Wyklejki zadrukowano reprodukcjami map z epoki. Wewnątrz skadrowane ryciny wplecione są w tekst już bez żadnej dodatkowej plastycznej ingerencji, część z nich wydrukowano na grubszym beżowym papierze o zielonkawym odcieniu. Niektóre fragmenty rycin zostały znacznie powiększone – sieć rytowanych kresek pozbawionych całościowego kontekstu tworzy abstrakcyjne wręcz kompozycje, które ciekawie współgrają w zestawieniu z naturalnej wielkości ilustracjami[24]. W 1966 r. Trylogia w nowej, eleganckiej szacie graficznej otrzymała nagrodę PTWK, a rok później srebrny medal w Moskwie na Międzynarodowej Wystawie z okazji 50. Rocznicy Rewolucji Październikowej.
Jeśli chodzi o myślenie plastyczne, zdecydowanie największy wpływ wywarła na nim pracowania plakatu Henryka Tomaszewskiego, która powstała w marcu 1952 r. Pierwotnie nosiła nazwę Pracowni Projektowania Grafiki Propagandowej. Jak pisze Agnieszka Szewczyk, „Praktyka pedagogiczna Tomaszewskiego, oparta na ćwiczeniu i rozbudzaniu intelektu, poszukiwaniu nowych rozwiązań, przełamywaniu stereotypów, nieuleganiu schematom i nade wszystko podkreślająca własny, indywidualny język projektanta, stała się swoistą wykładnią polskiej szkoły plakatu. (…) Tomaszewski nie tyle więc uczył prawideł rządzących projektowaniem graficznym, co raczej szkolił studentów w nawyku ich przełamywania”[25]. Studenci otrzymywali ćwiczenia polegające na graficznym rozwiązywaniu rozmaitych problemów narracji, pewnych opozycji, oddania nastroju, wizualizacji haseł, czy abstrakcyjnych pojęć czy powiedzeń (często aforyzmów i bon motów Jerzego Leca). Stale powtarzającymi się tematami dla kolejnych roczników były Autoportret, Portret kolegi, Moja biografia[26].. „Rewolucyjna istota sztuki i sposobu uczenia Tomaszewskiego polegała na zanegowaniu historycznego porządku i miejsca, w jakim tkwiła do tej pory grafika projektowa, a z nią plakat i inne formy wizualnego komunikatu” [27].
Relacja Tomaszewskiego z Jaworowskim wychodziła poza schemat mistrz-uczeń, była relacją koleżeńską, czemu sprzyjała zapewne niewielka różnica wieku (Tomaszewski był tylko o 5 lat starszy). Tomaszewski i jego żona Teresa Pągowska często jeździli razem z Jaworowskimi na wakacje nad jeziora augustowskie, do wsi Wojciech. „To dziwne. Obdarzałem go uczuciem przyjaźni, choć w gruncie rzeczy znaliśmy się za mało, żeby się poznać do końca. Był prawy. I co może jeszcze trudniejsze – dobry. Ujmowało mnie w nim przede wszystkim to, że nie miał w sobie zawiści. Nigdy nikomu niczego nie zazdrościł. Spokojnie na wszystko patrzył i myślał po swojemu. Miał w środku jakąś pogodę. Był bardzo wrażliwy, w taki swój zamknięty sposób, jak mało kto. Te szorstkości, które czasem mu się zdarzały, brały się z biologicznego głodu równowagi”[28].
Pracownia graficzna i środowisko „Czytelnika”. Współpraca z innymi wydawnictwami
Jeszcze na studiach Jaworowski zaczął projektować obwoluty i ilustracje dla „Czytelnika”. Do pracowni graficznej został wciągnięty przez Andrzeja Heidricha w 1953 r. razem z Janem Młodożeńcem, kolegą z pracowni plakatu[29]. W uznaniu za wykonanie licznych prac dla wydawnictwa Jaworowski otrzymał dyplom od Tomaszewskiego w 1955 r., podobnie jak Młodożeniec[30].
W „Czytelniku” kładziono nacisk na wydawanie literatury pięknej, współczesnej prozy, polskich klasyków, poezji. Oferta skierowana do młodszych czytelników stanowiła raczej margines, jednak ilustracja przestawała być postrzegana jedynie jako domena książki dziecięcej i redakcje wydawnictw coraz częściej dbały też o oprawę plastyczną literatury dla dorosłych[31], co stanowiło dla artystów ciekawe wyzwanie. Szatę graficzną „Czytelnika” doceniano już na łamach ówczesnych czasopism[32]. W latach 1945-50 dyrektorem artystycznym był Jerzy Srokowski[33], grafiką zajmowali się Olga Siemaszko i Marek Rudnicki. Zorganizowaną pracownią graficzną, której funkcjonowanie przypada na czas artystycznego fermentu w polskiej sztuce i na złoty okres tzw. „polskiej szkoły ilustracji“, kierował od początku lat 50. Jan Samuel Miklaszewski sprowadzony przez Olgę Siemaszko z Zakopanego. Dobrał on sobie zespół młodych zdolnych grafików z warszawskiej Akademii[34]. Miklaszewski[35], znakomity grafik, zupełnie dziś zapomniany, był m.in. autorem znaku graficznego popularnych serii Nike i Głów wawelskich. Charakterystyczne dla jego stylu dynamicznie kreskowane ilustracje można znaleźć w albumie Jana Żabińskiego Z życia zwierząt czy w książeczce Antoniny Żabińskiej Borsunio; bardzo ciekawe są też jego rysunki czarnym tuszem do Dwóch księżyców Marii Kuncewiczowej.
Andrzej Heidrich wspomina: „(…) trafiłem na pracownię, która w tamtych strasznych czasach dla nas wszystkich była azylem. Nie mówiliśmy za dużo, niewiele o sobie wiedzieliśmy, a mieliśmy do siebie zaufanie”[36]. „Było to wymarzone miejsce pracy, gdzie panowała życzliwa, przyjacielska atmosfera, bez nadmiernego upolitycznienia”[37]. W okresie studencko-czytelnikowskim jednym z najbliższych kolegów Jaworowskiego był Jan Młodożeniec, z którym wspólnie zrobił kilka plakatów[38].
Spółdzielnia wydawnicza „Czytelnik” już w pierwszych latach swojej działalności bardzo dbała o swoich pracowników. Zapewniano im pracę na etacie, często także mieszkanie. Socjalne udogodnienia były częścią szerszej polityki Jerzego Borejszy, założyciela wydawnictwa i jego spiritus movens w pierwszych latach istnienia. Starał się on jak najsilniej przywiązać pracowników do swojej instytucji, stwarzając im przyjazne warunki[39]54. Jaworowscy zamieszkali w niewielkim trzydziestoparometrowym, dwupokojowym mieszkaniu, w nowoczesnym domu pod adresem Hoża 37. Tuż obok mieszkał Józef Wilkoń, który był bliskim przyjacielem rodziny. „Jurek towarzyszył mi bardzo życzliwie w moich pierwszych zmaganiach, żeby w „Czytelniku” coś tam dostać do roboty. Bo wtedy był tam Samuel Miklaszewski i jak wchodziłem to mnie takim dłuuugim powłóczystym spojrzeniem odprowadzał. Jurek widział to, współczuł mi głęboko, ale też w gruncie rzeczy ja wtedy nic nie umiałem z grafiki, z okładki”[40].
Przechowywane w archiwum wydawnictwa prace grafików odsłaniają warsztatową kuchnię projektantów. Dużej urody, barwne projekty były tworzone w różnych technikach, zazwyczaj malowane akwarelami czy temperami, bardzo często stosowano też papierowe wyklejanki. Projekty w kartonowych okienkach zawierają wskazówki plastyka i redaktora technicznego, każdy podstemplowany jest zatwierdzającą projekt pieczątką redakcji technicznej. Graficy dołączali próbki kolorów, zaznaczali, jaki typ czcionki ma zostać użyty, notowali wymiary poszczególnych elementów projektu, odległości od krawędzi etc. Logo „Czytelnika” (projekt Tomaszewskiego, zakupiony w 1945 r.), jego umiejscowienie i kolorystyka, stanowiły ważne elementy całej kompozycji. Projekty pracowni graficznej „Czytelnika” cechuje duża różnorodność, gdyż skupili się w niej twórcy o zupełnie różnych osobowościach i temperamentach. Dzięki temu propozycje plastyczne wydawnictwa cieszyły się opinią najciekawszych i najświeższych na ówczesnym rynku książkowym[41].
Liternictwo, umiejętność kaligrafii były wówczas niezbędne do pracy w wydawnictwie. Józef Wilkoń wspomina, że w tych czasach po prostu trzeba było umieć pisać. „Bardzo było dużo grafików, którzy sami rysowali czcionki. Młodożeniec był mistrzem, to był typograf pełną gębą. Wielkim mistrzem był też Janusz Stanny (często całe strony ręcznie pisanego tekstu komponował z ilustracją)”[42]. O „malowaniu literek” pisał także Młodożeniec: „Pracownia graficzna ½ etatu. Robię te wymarzone okładki. Dziś widzę jak początkowo niezdarne, krzywe, cudaczne (czasem do brzydkich treści!), setki szkiców, prób, poszukiwań, kilometry ręcznie pisanych liter. Zamówienie, termin, format, temat, to ten kierat”[43]. Być może w tej sprawności literniczej jakąś rolę odegrał profesor Tadeusz Tuszewski[44]59, prowadzący na Akademii pracownię liternictwa.
Debiutem wydawniczym Jaworowskiego było opracowanie graficzne książek Jeszcze Polska Stanisława Zielińskiego (1953) i Pieśń powszechna Pablo Nerudy (1954)[45]. Ilustracje do tych utworów są bardzo charakterystyczne dla wczesnego stylu Jaworowskiego: surowe, skubizowane twarze postaci, rysowane grubym konturem, jakby wyciosane, z typowym „picassowskim” rysunkiem oczu, nosa.
Jaworowski wraz z Wilkoniem, Młodożeńcem i Stanisławem Zamecznikiem byli grupą dobrych kolegów, a z opowieści i wspomnień wyłania się barwny obraz artystycznej cyganerii, prowadzącej intensywne życie towarzyskie. W nieco późniejszym okresie Jaworowski przyjaźnił się też z młodszym od niego o całe pokolenie Markiem Nowakowskim, który przylgnął do czytelnikowego środowiska pod koniec lat 50., gdy Młodożeniec projektował okładkę do zbioru opowiadań pisarza. „W kręgu Janka byli inni graficy. Jan Samuel Miklaszewski, Marian Stachurski, Jerzy Jaworowski, Andrzej Heidrich.
W większości byli uczniami Henryka Tomaszewskiego (…) Z nimi czułem się znacznie swobodniej niż z pisarzami. Branża bardziej rzemieślnicza. Byli bliżej zwykłego życia. Szczególnie mocno zbliżyłem się z Jurkiem Jaworowskim”[46]. Pisarz zawsze dawał Jerzemu jako pierwszemu do przeczytania swoje powieści i bardzo liczył się z jego zdaniem. Jaworowski zaprojektował okładkę do książki Nowakowskiego Zapis („Czytelnik”, 1965). Z kolei na podstawie tragikomicznej rodzinnej historii Jaworowskich o śmierci żółwia przywiezionego z Jugosławii, który wypadł z balkonu, powstało opowiadanie Nowakowskiego Śmierć żółwia (1973)[47].
Najbliższym przyjacielem Jaworowskiego a także kimś w rodzaju mentora był starszy o dziesięć lat architekt i grafik, Stanisław Zamecznik. Nie wiadomo, w którym momencie się poznali, być może zetknęli się już na Akademii, gdzie Zamecznik prowadził w roku akademickim 1949/50 wykłady z wystawiennictwa[48], a może spotkali się już w „Czytelniku”. Razem projektowali wystawę rysunków Młodożeńca w Kordegardzie w 1962 r.[49] Zamecznik często konsultował z Jaworowskim swoje makiety. Wspólnie organizowali rodzinne samochodowe wycieczki architektoniczne. Jaworowski bardzo cenił twórczość przyjaciela architekta w dziedzinie grafiki książkowej, o czym świadczą wprost fragmenty jego wypowiedzi, na przykład ta, w której domaga się szerszego, interdyscyplinarnego podejścia do ilustracji książkowej: „Ilustracja stała się u nas niesłychanie wąską specjalnością graficzną, tzn. dziewięćdziesiąt procent związanych z książką grafików pozostaje jej niewolnikami dozgonnie. Wyłączne oddawanie się tak wąskiej warsztatowo dziedzinie jest niebezpieczne. Gdzie indziej książki opracowują malarze, plastycy o szerszej skali zainteresowań i praktyki, ba, rzeźbiarze – to działa właśnie niesłychanie odświeżająco. Może tu jest właśnie przyczyna faktu, że parę dobrych książek zrobili u nas – architekci[50]. Ostatnie zdanie odnosi się najpewniej do wydawniczych hitów Zamecznika, jakimi były nowatorskie opracowania graficzne Młynka do kawy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego (1958) i Czarów i czartów polskich Juliana Tuwima (1960) dla „Czytelnika”.
Działalność projektowa Jerzego Jaworowskiego obejmowała kilka dziedzin sztuki użytkowej, plakaty, znaki graficzne, obwoluty, ilustracje i opracowania graficzne książek a nawet okazjonalnie projektowanie znaczków[51]. Mniej więcej od połowy lat 60. poświęcił się jednak wyłącznie książce i odnosił na tym polu duże sukcesy. Opracował blisko 400 pozycji, był cenionym projektantem, w wydawnictwach liczono się z jego zdaniem[52]. O swojej pracy pisał: „Właściwie chyba nie jestem ilustratorem w tym sensie, w jakim przywykło się o tym zawodzie myśleć. Zresztą, cięcie plastyki na wąskie plastry profesji zubaża ją. Do książek powinien wchodzić jak najszerzej normalny język współczesnej sztuki”[53]. Oprócz pracy w „Czytelniku”, Jaworowski tworzył także okładki i opracowania graficzne dla wielu innych wydawnictw, m.in. ISKIER, Wydawnictwa Artystycznego i Filmowego, Naszej Księgarni, PAX-u. Kilka ciekawych obwolut zaprojektował też dla Polskiego Wydawnictwa Rolniczego i Ludowego[54]. Od 1961 r. tworzył opracowania graficzne „Almanachu sceny polskiej” oraz programy teatralne („Król Roger”, 1965, „Francesca Rimini”, 1968). W latach 70. związany był szczególnie z PIW-em. W wydawnictwie kierownikiem była wówczas Jolanta Barącz, która bardzo ceniła jego twórczość. W 1973 r. został wydelegowany przez wydawnictwo do organizacji wystawy polskiej grafiki książkowej w Paryżu. Zaprojektował dla wydawnictwa okładki do serii „Teorie teatru współczesnego”, „Polska proza współczesna” (1970-76) i „Polska poezja współczesna” (1971-76) a także ilustracje do jubileuszowego wydania Baśni Hansa Christiana Andersena, wydanych przez PIW w 1975 r. Była to jego ostatnia tak duża realizacja i jednocześnie ukoronowanie jego twórczości związanej z książką. Został zaproszony do tego przedsięwzięcia jako jeden z trzech grafików, obok Janusza Stannego i Andrzeja Strumiłły[55]. Wybrał sobie tom trzeci, zawierający najmniej znane opowiadania.
Jaworowski najlepiej odnajdywał się jako ilustrator poezji[56]71. Opracował kilka poetyckich serii dla różnych wydawnictw oraz szereg pojedynczych tomików i antologii. Wróblewska nazwała go najcelniejszym ilustratorem liryki[57].. Od 1954 r. projektował dla „Czytelnika” okładki i obwoluty do serii poezji polskiej, wydanej w płóciennej oprawie, z tłoczonym i złoconym, lapidarnym wizerunkiem muzy w wieńcu laurowym, w geometrycznej, meandrującej ramce. Obwoluty zaprojektował w literniczym stylu – finezyjnie, ręcznie pisane przez grafika fragmenty wierszy poszczególnych poetów zostały kompozycyjnie powiązane z delikatnymi rysunkami, rysowane białą kreską na barwnych tłach. W serii poetyckiej ISKIER (od 1966 r.) umieścił na obwolucie lapidarne rysuneczki piórkiem i tuszem umieszczone w grubych kreskowych, przerywanych ramkach z wplecionym pomiędzy logo wydawnictwa. Z kolei malarsko potraktowane zostały niewielkich rozmiarów tomiki serii „Współczesnej poezji polskiej” PIW-u (od 1970 r.) z abstrakcyjnymi, barwnymi kompozycjami w lirycznym klimacie.
W 1958 r. opracował dla „Czytelnika” tomik poezji Marii Pawlikowskiej -Jasnorzewskiej Dancing, karnet balowy. Dwie postacie w tanecznej pozie, mężczyzna z diabelskimi rogami i kobieta w balowej masce, nakreślone szybko pewną ręką, za pomocą kilku pociągnięć pędzla temperową farbką, bezbłędnie oddają treść tomiku. Wydawniczą perełką było również opracowanie graficzne romansu pasterskiego Dafnis i Chloe Longosa (1962), który ukazał się jako jedna z pozycji serii z faunem, z przedmową Jana Parandowskiego. Obwolutę z kremowego papieru czerpanego zdobi piękna w kolorze ilustracja utrzymana w szarościach, fioletach i ciepłych brązach. Wewnątrz, lapidarne ilustracje przywołują kreskę Matisse’a. Jak pisał Wojciech Skrodzki, „W niektórych rysunkach postaci ludzkich odżywa duch klasycyzmu, tak pięknie wyrażony w cyklu ilustracji do Dafnisa i Chloe”[58]73.
Praca nad książką była dla niego ogromnie ważna, zawsze dokładnie wczytywał się w maszynopisy dostarczane mu przez wydawnictwa i interpretował teksty według własnej wrażliwości. Interesował się literaturą, także tą najnowszą, stąd szczególne zaangażowanie przy projektowaniu okładek do „Współczesnej prozy światowej”, która liczyła blisko 100 pozycji. Henryk Tomaszewski pisał o nim: „W naszym użytkowym fachu zawsze jest się tragarzem i trzeba te meble nosić pod wskazane adresy. Ale on nie podlizywał się ani wydawcy, ani pisarzowi. W tym co robił, był zawsze niepodległy. Przy pracy nad literaturą włączał motor własnej refleksji, i gdzieś go ona wiodła samotnymi ścieżkami. Bardzo dużo czytał, miał całkowicie swoistą inteligencję odczytywania świata i piszącego”[59].
Przypisy
[1] Jan Leonard Jaworowski (1868–1937), pochodził z majątku Szorce-Cibarzewo, opodal miasteczka Trzcianne; lekarz powiatowy, ukończył studia medyczne na Uniwersytecie Warszawskim (dyplom w 1889 r.); Jan Jaworowski, Wspomnienia, Bloomington, Indiana 2012, s. 1-5. (maszynopis).
[2] Helena z Heybowiczów Jaworowska (1889-1945) ur. w majątku Janiszki, na północ od Sejn przy granicy litewskiej; Jan Jaworowski, Wspomnienia..., s. 2.
[7] Relacja Zygmunta Kielmela, kolegi Jerzego Jaworowskiego.
[8] Helena Jonkajtys, córka Marii i Hieronima Jonkajtysów, nauczycielki i dyrektora szkoły w Augustowie. Jonkajtysowie byli bliskimi znajomymi Jaworowskich. W 1940 r. cała rodzina została wywieziona na Syberię; Jan Jaworowski, Wspomnienia..., s. 31-33.
[9] M. Dąbrowska, Dzienniki powojenne, oprac. T. Drewnowski, „Czytelnik” 1997, s. 307-308.
[10] Słownik artystów plastyków: artyści plastycy okręgu warszawskiego ZPAP, praca zbiorowa, Warszawa 1972, s. 212-213.
[11] Rozmowy z Piotrem Jaworowskim, czerwiec-lipiec 2018 (dalej: P. Jaworowski).
[12] M. Nowakowski, Pióro. Autobiografia literacka, Warszawa 2012, s. 59.
[13] „Woronieccy pamiętali Jurka doskonale. Mieli do niego zaufanie. Syn szanowanego przed wojną lekarza społecznika. Wieczorem pod granatowym, rozgwieżdżonym niebem na zboczu nad jeziorem, przy bimbrze (…) toczyły się opowieści o małym świecie wiosek schowanych wśród jezior o poetycko brzmiących nazwach: Sajno, Sajenek, Hańcza, Studzieniczne, Gaładuś, Wigry. O okupacji sowieckiej, niemieckiej. O wywózkach ludzi do sowieckich łagrów. O niespokojnych nocach, kiedy oczekiwano na łomot w drzwi. (…) Jurek, ostatni rocznik maturalny przed 1939 rokiem, był w konspiracyjnym harcerstwie, palił mu się grunt pod nogami, trzy razy uciekał pod okupację niemiecką, trzy razy zawracali go Niemcy i za trzecim razem zajęli się nim Sowieci. Śledztwo w NKWD, więzienie w Augustowie. Powieźli transportem w tajgę pod Uralem, rąbał drzewo. (…) Po wielu latach przeczytał Inny świat Herlinga-Grudzińskiego, i odkrył, że był w tym samym kompleksie łagrów, co pisarz. Jercewo! Był bardzo poruszony. (…) Któregoś dnia wyjątkowej niepogody snuliśmy się z Jurkiem Jaworowskim po uliczkach Augustowa. Pokazywał znajome miejsca. Budynek gimnazjum. Dawny dom rodzinny. Nagle twarz mu się ściągnęła. Wskazał parterowy drewniak z werandą, sielski, zadbany z gontowym dachem, w głębi podwórza zabudowania gospodarcze. Tu mieszkał człowiek znany z pierwszego roku panowania Sowietów. Zrobił wiele złego kolegom, sąsiadom. Po wojnie służył miejscowej bezpiece (…) – Chodziłem z nim do jednej klasy w gimnazjum – zamyślił się Jurek – nie wiadomo, czy nadal tu mieszka... Może to on wydał go Ruskim i skazał na długie lata pobytu w tajdze? Nic więcej Jurek nie powiedział (…)”, M. Nowakowski, op.cit., s. 123-126.
[14] Brat, Jan Jaworowski, wyemigrował z Polski w 1963 r., mieszkał w Stanach Zjednoczonych i wykładał na uniwersytecie w Bloomington w stanie Indiana (P. Jaworowski).
[15] J. M. Szancer, Teatr cudów, Warszawa 2016 , s. 73.
[17] D. Wróblewska, Szancerowskie książki, w: „Rocznik Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie” 1974, nr 4, s. 90.
[18] Przez dwadzieścia lat Jan Marcin Szancer był wychowawcą młodzieży artystycznej w pracowni ilustracji i książki warszawskiej ASP. Przedłużeniem tej funkcji była jego druga rola – kierownika artystycznego Biura Wydawniczego Ruch, które jako młody i zachłanny edytor anektowało sobie wszystkie nowe gwiazdy polskiej grafiki książkowej, gwiazdy – trzeba to przyznać – zapalone wcześniej nie bez pomocy profesora Szancera na Krakowskim Przedmieściu; D. Wróblewska, Szancerowskie książki…, s. 91.
[19] https://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/1079392,Jan-Marcin-Szancer-odkad-pamietam-malowalem; „Pierwszym więc moim zadaniem było przyciągnięcie do swej pracy młodych, zdolnych grafików. Było mi to zresztą na rękę, bo mogłem teraz moją pracę pedagogiczną połączyć z ćwiczeniem i realnymi zadaniami, w które wprowadzałem moich uczniów i absolwentów. Po roku mojej działalności, kiedy zaczęto przebąkiwać o możliwości likwidacji takiej wydawniczej partyzantki, urządziliśmy w lokalu ZPAP wystawę projektów ilustracji do zaplanowanych książek. To posunięcie okazało się taktycznie słuszne, co więcej, weszło w tradycję i rokrocznie „Ruch” urządzał bardzo interesujące wystawy grafiki dla dzieci”, J. M. Szancer, op. cit., s. 146.
[21] W. Włodarczyk, Akademia Sztuk Pięknych w latach 1944-2004, Warszawa 2005, s. 171-172.
[22] „Jubileuszowe wydanie Trylogii zaopatrzono w dosyć niezwykłą oprawę graficzną. Uważaliśmy, że Czytelnik chętniej spojrzy na oryginalne, siedemnastowieczne ilustracje lub ich fragmenty niż na kompozycje XX-wiecznych artystów Ten ambitny zamiar Wydawnictwa napotkał jednak na wiele trudności (…) Jedynie w wypadku Potopu, gdzie zachowały się świetne ryciny Erika Dahlberga, reprodukowane w dziele Samuela Pufendorfa: De rebus a Carolo Gustavo Sueciae rege gestis…, można było dać ilustracje bezpośrednio związane z historyczną fabułą książki. Inne ilustracje, wszystkie pochodzące z XVII wieku, stanowią plon dość długich poszukiwań. Większość z nich to fragmenty rycin zamieszczonych w wielu tomach Theatrum Europaeum, dzieł Freytaga: Architectura militaris…, a także kilkunastu mniej istotnych, obcych drukach. Niezwykle cennym materiałem okazały się akwaforty Stefano Della Belli z jego Wjazdu wspaniałego… oraz kilka rycin znajdujących się w Muzeum Narodowym. Także wszystkie mapy zamieszczone w tym wydaniu Trylogii, pochodzą z XVII wieku bądź są oparte na pierwowzorach z tego czasu”, nota redakcyjna w: H. Sienkiewicz, Pan Wołodyjowski, Warszawa 1966, s. 549.
[24] „Miedzioryty Puffendorfa-Dahlberga i innych rysowników-grafików owej epoki, towarzyszących wodzom na polach bitew, w pochodach, chwytających na żywo oglądane krajobrazy, egzotykę nieznanych miejsc i ludzi, stały się pretekstem do własnej wypowiedzi artysty, którego język plastyczny, podobnie jak język literacki Sienkiewicza, obficie czerpał z materiału historycznego”, T.G.K., op.cit., s. 131-132.
[25] A. Szewczyk, Pracownia plakatu, w: Henryk Tomaszewski, red. A. Szewczyk, Warszawa 2014, s. 298.
[35] J. S. Miklaszewski (1907-1982) w latach 1933-39 studiował na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Po wojnie, do 1950 r. pracował w Państwowym Liceum Technik Plastycznych Antoniego Kenara w Zakopanem, gdzie prowadził zajęcia z rysunku oraz kompozycji z liternictwem. W latach 1950-60 kierował pracownią graficzną a następnie był konsultantem do spraw artystycznych i graficznych Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik”. Był też członkiem komisji ocen graficznych w Ministerstwie Kultury i Sztuki (H. Kenarowa, Od zakopiańskiej Szkoły Przemysły Drzewnego do Szkoły Kenara, 1978, s. 234; Polskie życie artystyczne w latach 1945-1960, red. A. Wojciechowski, Wrocław 1992; Jan Samuel Miklaszewski, wystawa rysunku, Galeria Kordegarda, 10.03-1.04.1979, Waszawa 1979, s. 1).
[36] Andrzej Heidrich, twórca banknotów..., s. 34.
[37] M. Smolak, Andrzej Heidrich, malarz polskich banknotów, Wrocław 2016, s. 10.
[38] Pułkownik Foster przyznaje się do winy (1952), Wyścig Pokoju, (1954), W pogoni za żółtą koszulką (1954) (T. Kowalski, Jerzy Jaworowski, „Wiadomości Filmowe”, 13.07.1958) oraz Wesołe Kumoszki z Windsoru (1951).
[39] E. Krasucki, Międzynarodowy komunista. Jerzy Borejsza. Biografia polityczna, Warszawa 2009, s. 194-195.
[40] Rozmowa z Józefem Wilkoniem z dn. 12.03.2019 (dalej: J. Wilkoń).
[41] „Młodożeniec jest bezsprzecznie najciekawszą indywidualnością w tej dyscyplinie. Jego okładki są inteligentne – posiadają ładunek dowcipu plastycznego i co jest może jeszcze bardziej ważne: są plastycznie drapieżne. Od plakatu różni ją jednak kameralność (...) Plastyczny dowcip plakatu to dowcip czytelny z daleka, dowcip hałaśliwy. Okładka jest bardziej intymna, skondensowana i to nie tylko dosłownie, w sensie formalnym”. „Marian Stachurski jest bez porównania bardziej opanowany od Młodożeńca. Jego dekoracyjne, kolorowe okładki są zbudowane statycznie, ich symbolika jest umiarkowana“, „Jerzy Jaworowski jest dość różnorodny. Od dobrych okładek literniczych (Rodzina Thibault) aż do swobodnych, udanych kompozycji (Opowiadanie fantastyczne Wellsa) – pozbawiony jest jakiejś specjalnej maniery, stara się zagadnienie okładki w zależności od charakteru książki rozwiązać możliwie niekonwencjonalnie. Kolor dawkuje ostrożnie, unika zbytniego efekciarstwa czy przesadnego rozmachu”, J. Olkiewicz, op.cit., s. 29.
[43] Z. Schubert, Jan Młodożeniec, Warszawa 2000, s. 111.
[44] Tuszewski był przede wszystkim konserwatorem papieru, uczniem i następcą Bonawentury Lenarta, założyciela katedry konserwacji starych druków i grafiki na ASP. Zajmował się także liternictwem, grafiką użytkową, ekslibrisem, pracował w technice drzeworytu. Przed wojną był asystentem w Pracowni Liternictwa, po wojnie zorganizował pracownię na nowo. T. Polak, Profesor Tadeusz Tuszewski – pedagog, konserwator i artysta, w: Tadeusz Tuszewski. Grafika. Rysunek. Konserwacja dzieł sztuki, kat. wystawy 20.10 – 30.10.1987, Biblioteka Narodowa, pałac Krasińskich 3/5.
[45] T. Kłosiewicz, Jerzy Jaworowski1919-1975, „Nowe Książki” 1975, nr 13, s. 79.
[46] M. Nowakowski, Pióro. Autobiografia literacka, Warszawa 2012, s. 59.
[47] Na podstawie utworu powstał także film A. Kotkowskiego Żółw (1973).
[49] „To pewnie Staszek wymyślał, że z rysunków ułożył obok siebie taką mozaikę, chyba wymyślili, że szpilkami do czegoś, ja potem to powtórzyłem w Zachęcie, no bo to nic piękniejszego. To do Janka bardzo pasowało, bo on tych próbek kolorów miał tysiące. Ja kupiłem chyba z kilkadziesiąt takich próbek, był to tak cudowny kolorysta! I akwarelkami i temperami, jak on to mieszał... Urodzony malarz” (J. Wilkoń).
[51] W 1964 r. Jaworowski miał ciekawy epizod filatelistyczny. Zaprojektował znaczki żeglarskich Mistrzostwa Świata w klasie Finn, Szybowcowych Mistrzostwa Świata, Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej oraz duży, okolicznościowy znaczek na Olimpiadę w Tokio. W 1965 r. za żeglarską serię ośmiu znaczków przedstawiających różne rodzaje jachtów otrzymał III nagrodę w konkursie na najpiękniejszy znaczek pocztowy roku według londyńskiego pisma „Philatelic Magazine” Wiąże się z tym pewna historia, bowiem jeden z tych nagrodzonych projektów został potem bezprawnie wykorzystany na zachodzie w kampanii reklamowej firmy Shell i gdyby nie brat, który dużo podróżował po Europie i zobaczył gdzieś billboard ze znajomym projektem, to Jerzy zapewne nie dowiedziałby się o tym. Udało się uzyskać minimalne odszkodowanie, które Jaworowscy przeznaczyli na zagraniczne podróże: do Francji, Włoch i Hiszpanii.
[52] „Praca ostatnio dobrze mi idzie to znaczy zaczynam zbierać owoce poprzednich lat. Jestem tu już bardzo znaczny i wszędzie skaczą nade mną. Zamówienia dostaje czasem bezpośrednio od samych dyrektorów wydawnictw, którzy mnie zapraszają do siebie”. (list do Jana Jaworowskiego, niedatowany).
[53] Jerzy Jaworowski, w: Wernisaż wystawy rysunków Jerzego Jaworowskiego, P.P. DESA, Galeria Sztuki Współczesnej „Zapiecek”, 2.10.1975, Warszawa 1975.
[54] W latach 1968-1989 naczelnym grafikiem była Danuta Żukowska, która dbała o dobry poziom estetyczny wydawnictwa. Badania radiacyjne w rolnictwie, 1969; Wirusy a istota życia, 1969; Hematologia weterynaryjna, 1973.
[55] Państwowy Instytut Wydawniczy podjął kolejną rocznicową edycję o cechach całościowych (…) Tym razem otrzymujemy tryptyk Baśni Hansa Christiana Andersena, rzecz ukazuje się w stulecie śmierci wielkiego poety – z wyjątkowo minimalnym jak na nasze obyczaje poślizgiem, zaledwie półrocznym. (…) Ilustracje trzech powyższych tomów powierzono trzem doskonałym plastykom, ciekawie zestawionym jako różne, a jednak silne indywidualności. Janusz Stanny, Jerzy Jaworowski (który nie dożył ukazania się edycji) i Andrzej Strumiłło, oto intrygujący triumwirat artystów, wiodących – każdy po swojemu i każdy wirtuozowsko – swoje własne „wariacje na temat Hansa Christiana”, S. Kobyliński, Andersen i inni, „Nowe Książki” 1976, nr 3, s. 1.
[56] „Najchętniej wybieram do opracowywania poezję, pewnie dlatego, że zostawia mi największy margines swobody interpretacyjnej, daje przeżycie. Niestety przyjemność tego typu staje się coraz rzadsza, bo tomikom poetyckim odmawia się luksusu komponowania układów graficznych i oszczędza jak może na ich szacie”. Z zagadnień grafiki książkowej…, s. 6.
[57]Jerzy Jaworowski 1919-1975. Rysunek i grafika książkowa…
Niektórzy z Was wiedzą, że jestem mocno zaangażowany w projekt wydania „Księgi pamięci Żydów augustowskich”. Jest to duże przedsięwzięcia jak na tak małą organizację społeczną, którą reprezentuję. Obecnie tłumacze intensywnie pracują nad polską wersją tej księgi i co kilka dni spływają do nas kolejne przetłumaczone rozdziały. Czytam je na bieżąco – niektóre są obarczone wieloma błędami historycznymi, inne koncentrują się na organizacjach żydowskich działających w Augustowie przed wojną. Ale są wśród nich są również ciekawe, momentami sentymentalne wspomnienia osób, które znalazły się wśród garstki tych, którzy przetrwali Holocaust. Chciałbym dziś przytoczyć jedno z nich. Dom swoich rodziców (stąd tytuł posta) wspomina Mina Ampel (Wolmir).
Mordechaj Wolmir
Rodzina Wolmir-Rotenberg była jedną z dużych augustowskich rodzin. Mój ojciec – Mordechaj Arie – był znany ze swojej szerokiej działalności publicznej. W chwili wybuchu I wojny światowej znaczna część żydowskich mieszkańców miasta została wcielona do rosyjskiego wojska. Byli między nimi mój ojciec, Szmuel Meir Goldszmidt, Omberg, Palkow, Racicki, Mosze Rotenberg i Mordechaj Lew. Wszyscy służyli w brygadzie augustowskiej. Matka zaś została sama z piątką małych dzieci.
Kiedy Niemcy rozpoczęli ofensywę na miasto, matka zebrała wszystkie dzieci i z kolumną innych uciekinierów wyruszyła w stronę Janowa. Kiedy Niemcy zaatakowali z kolei Janowo, wróciliśmy z matką do Augustowa. Po drodze mijaliśmy Sztabin. Miasteczko było całkowicie zrujnowane i spalone. Kiedy dojechaliśmy do naszego rodzinnego miasta, okazało się, że w naszym sklepie stoją niemieckie konie.
Ojciec przysłał wiadomość, że znajduje się w niemieckiej niewoli, w obozie niedaleko Kassel. Po wybuchu rewolucji do miasta zaczęło wracać wiele rodzin, które spędziły wojnę w Rosji. Ojciec także wrócił z niewoli i od razu zaczął pomagać uchodźcom.
W 1925 mój ojciec i Manie Kantorowicz założyli związek rzemieślników. Do rady wybrani zostali: Manie Gifsztajn, mój ojciec i Dawid Arie Aleksandrowicz. Pierwszą sekretarką była Wercilińska, po niej funkcję tę pełniła Hinda Sztajn.
Ojciec był także członkiem rady miasta oraz komisji ds. podatków, która przy niej obradowała. W ramach swego stanowiska starał się nieść pomoc wszystkim potrzebującym.
Kto mógłby w ogóle przypuścić, że z tak dużej rodziny, z tak kwitnącej i zakorzenionej społeczności pozostanie jedynie kilka osób.
Nie ma żadnego pocieszenia – jedynie skupienie ludu Izraela w jego własnym kraju może rozjaśnić mrok w sercu.
Tłumaczenie "Księgi pamięci Żydów Augustowskich" jest mocno zaawansowane i według planów powinno się zakończyć na początku stycznia przyszłego roku. Wciąż zbieramy fundusze dla tłumaczy, ale proces ten planujemy zakończyć z końcem roku. Najbliższe dwa tygodnie będą więc ostatnią szansą, aby nas wesprzeć oraz aby za określone typy wsparcia otrzymać album o roboczej nazwie "Unikalny Augustów". Pamiętajmy - ta pozycja będzie dostępna tylko dla wspierających!
W albumie tym znajdzie się między innymi mnóstwo rzadko spotykanych zdjęć wykonanych przez Judela Rotsztejna. Rotsztejn zasłynął zdjęciami przedstawiającymi piękno Augustowa i okolic. Zdjęcia te były chętnie publikowane w ogólnokrajowych gazetach wydawanych w okresie międzywojennym, dzięki czemu Augustów stał się miejscem rozpoznawalnym turystycznie i uznawanym za jedno z najpiękniejszych miejsc w Rzeczpospolitej.
Po wkroczeniu wojsk niemieckich Judel Rotsztejn trafił do getta na Barakach, tak jak ponad tysiąc innych osób pochodzenia żydowskiego. Dnia 2 listopada 1942 roku getto zlikwidowano, a wszystkich jego mieszkańców wywieziono do obozów koncentracyjnych. Tu ślad po Judelu Rotsztejnie urywa się. Nie ma nagrobka, nie ma pamiątkowej tablicy, nie ma miejsca, w którym można by mu oddać cześć za to, co dla Augustowa zrobił. Zostały po nim tylko piękne zdjęcia. Niewielką część z nich, pokazującą augustowskie jeziora, znajdziemy w tej galerii. Więcej znajdzie się w albumie "Unikalny Augustów". Pamiętajmy: tylko do końca roku można go zamówić wspierając projekt tłumaczenia następującymi nagrodami:
Na stronie JZI ukazał się artykuł p. Ryszarda Siemiona pt. „Emigracja wsi podlaskich w latach 1885-1920 na przykładzie wsi Jagłowo„. Autor omawia w nim drogę jaką przebywali emigranci z Jagłowa by zakończyć ją w Stanach Zjednoczonych. Artykuł dał mi kolejną inspirację do napisania tego posta.
P. Siemion wskazuje w tekście, iż mieszkańcy Jagłowa okrętowali się w większości w portach Brema i Hamburg. Korzystali ze szlaków przetartych przez pierwszych emigrantów z danej miejscowości i stąd przywiązanie do określonych agencji imigracyjnych i linii „przerzutowych” do Ameryki. Jednym z takich portów, z którego korzystali mieszkańcy innych miejscowości Suwalszczyzny była belgijska Antwerpia. Port w Antwerpii był i jest wyjątkowy, leży około 90 km od Morza Północnego, na prawym brzegu rzeki Skaldy, na skrzyżowaniu najważniejszego szlaku morskiego oraz najgęstszej i najrozleglejszej sieci rzek, kanałów i linii kolejowych. Mimo położenia w głębi lądu przy nabrzeżach mogą cumować statki o największym tonażu. Dawniej i obecnie jest to przede wszystkim port towarowy, ale na przełomie XIX i XX wieku również i stąd odpływały okręty z emigrantami.
Emigracyjny biznes Antwerpii znajdował się w większości w rękach niemieckich linii żeglugowych, które miały umowę operacyjną z Liniami Red Star – amerykańsko-belgijskimi liniami oceanicznymi. Od 1873 do 1934 Linie Red Star przewiozły niemal 2 miliony emigrantów z Antwerpii do Ameryki, w większości do Nowego Jorku. Poniżej zaledwie jedna karta manifestu pokładowego statku pasażerskiego Samland, który 15 czerwca 1907 roku wypłynął z Antwerpii, by 13 dni później zameldować się w Nowym Jorku.
Wśród pasażerów znajdziemy dwie młode kobiety: Aleksandrę Wróblewską z Jasionowa (pozycja 14) i Pelagię Dochód z Lebiedzina (pozycja 15). Rozpoznaję również kilka innych osób wskazujących jako ostatnie miejsce swojego zamieszkania miejscowość położoną na Suwalszczyźnie.
Aby wyruszyć w podróż morską emigranci docierali do portów koleją. Antwerpia ma przepiękny dworzec kolejowy, który zachował się w niemal niezmienionym stanie od czasu zakończenia budowy czyli od 1905 roku. Pokryty kamieniem budynek dworca Antwerpen-Centraal zaprojektował Louis Delacenserie. Wiadukt prowadzący do stacji jest również godną uwagi konstrukcją zaprojektowaną przez lokalnego architekta Jana Van Asperena. Dworzec jest powszechnie uważany za najwspanialszy przykład architektury kolejowej w Belgii, chociaż wpływ eklektyzmu na projekt Delacenserie doprowadził do trudności w przypisaniu budowli do określonego stylu architektonicznego. Główny budynek dworca dzięki ogromnej kopule nad poczekalnią stał się potocznie nazywany spoorwegkathedraal („kolejowa katedra”). Dzisiaj na dworzec parowozy już nie wjeżdżają, ale taki obraz jaki mają dzisiejsi podróżni musieli mieć przed oczami emigranci. Z dworca do portu jest pół godziny drogi piechotą.
Dlaczego pisze akurat o Antwerpii? Nie tylko dlatego, że niektórzy członkowie rodziny mojej żony odpływali w dal z tamtejszego portu, ale także dlatego, że miałem okazję kilkukrotnie przespacerować się wzdłuż peronów dworca kolejowego Antwerpen-Centraal i podziwiać dokładnie te same miejsca, na które z szeroko otwartymi oczami 100 lat wcześniej patrzyli mieszkańcy Suwalszczyzny. Zrobiły na mnie niesamowite wrażenie, co starałem się ująć na kilku zdjęciach.
Kilka dni temu od prof. Piotra Jaworowskiego otrzymałem pracę magisterską pani Zuzanny Ciepielewskiej dotyczącą sylwetki i prac Jerzego Jaworowskigo, kiedyś znanego i wziętego grafika i ilustratora. Przytaczam tutaj zaledwie dwa akapity w oczekiwaniu na uzyskanie zgody na publikację większych fragmentów:
Jerzy Jaworowski urodził się 11 września 1919 roku w Augustowie w bardzo licznej i zamożnej rodzinie jako pierwszy, upragniony syn lekarza Jana Jaworowskiego i jego drugiej żony, Heleny z Heybowiczów. Miał dziewięć sióstr i młodszego o osiem lat brata. Międzywojenny Augustów był miasteczkiem półkresowym, pięknym uzdrowiskiem położonym wśród lasów i jezior. Mieszkało tam wielu Żydów, Tatarów, Litwinów, Rosjan. Dom, w którym wychował się Jaworowski należał do jego matki i był położony w centrum miasta przy ulicy 3 Maja 5 (dawniej Długiej), na przeciwko kościoła. Jaworowscy zajmowali pokoje na piętrze, pozostałe były wynajmowane lokatorom; na parterze znajdowało się mieszkanie i apteka państwa Worotyńskich. Kolorytu nadawał miasteczku stacjonujący w mieście pierwszy pułk Ułanów Krechowieckich, którzy w świąteczne dni organizowali huczne imprezy, defilady, jasełka.
Jan Leonard Jaworowski
Helena z Heybowiczów Jaworowska
Ojciec Jerzego, lekarz powiatowy i zasłużony społecznik, był znaną i szanowaną postacią na Suwalszczyźnie. W czasie zaborów działał w różnych organizacjach polskich, jednocześnie cieszył się szacunkiem władz, co w 1905 r. pozwoliło mu uratować wielu działaczy społecznych i politycznych przed represjami. W 1920 r. skazany przez bolszewików na rozstrzelanie, został uratowany dzięki pomocy ludności. Po pierwszej wojnie organizował służbę lekarską w powiecie augustowskim, utworzył szpital powiatowy i epidemiczny, organizował pierwsze kadry Polskiego Czerwonego Krzyża, Towarzystwo Przeciwgruźlicze. Był także prezesem Straży Ochotniczej, Związku Harcerstwa Polskiego i innych organizacji Otrzymał szereg odznaczeń państwowych. Był osobą bardzo lubianą i towarzyską. Matka była wierzącą katoliczką i osobą bardzo tolerancyjną, nigdy nie pozwalała na wrogie zachowania wobec ludności innego wyznania. Udzielała lekcji francuskiego. Jerzy nie był najlepszym uczniem, co przysparzało rodzicom zmartwień. Mimo wszystko, jako pierworodny syn, był ukochanym dzieckiem ojca, który zostawiał mu zawsze pełną swobodę.
Mam nadzieję wkrótce uzyskać zgodę autorki na publikację większych fragmentów jej pracy magisterskiej, by opublikować je na stronie głównej JZI. Jerzy Jaworowski był nie tylko znanym Augustowiakiem, ale poprzez swoich był rodziców silnie powiązany z miastem i regionem. Nazwisko Heybowicz pochodzi od pierwszych właścicieli majątku Grabowo położonego na pograniczu parafii janowskiej i bargłowskiej, a później majątku Janiszki w obecnej gminie Sejny.
Budując drzewo genealogiczne rodziny Siemion, a dalej rozbudowując je na prawie wszystkie rodziny zamieszkujące rodzinną wieś moich dziadków, zauważyłem, że duża część mieszkańców gdzieś znika. Wiedziałem oczywiście, że obaj dziadkowie byli i pracowali przez jakiś czas w USA ale nie mówiło się o tym zbyt dużo w domach rodzinnych. Po bardziej wnikliwej analizie na podstawie tylko jednej wsi zdałem dopiero sobie sprawę ze skali problemu. Dodatkowo pogłębiłem wiedzę dzięki przeczytanym w ostatnim czasie książkom. Pierwsza to Dariusza Terleckiego pt. „ Po dolary i wolność”, Małgorzaty Szejnert pt. „ Wyspa klucz” i Adama Leszczyńskiego pt. „ Ludowa historia Polski”. Polecam je wszystkim. Ważne były także dwie wizyty w USA i zwiedzanie muzeum emigracji na Ellis Island i Muzeum Emigracji w Gdyni. Oglądając eksponaty w muzeach można dopiero zrozumieć skalę problemów jakie przeżywali nasi przodkowie decydując się na tak daleką podróż. Ciekawiło mnie jak sobie dawali radę, jak ten proces imigracji milionów ludzi był zorganizowany.
W skrócie spróbuję opisać i wyjaśnić, ograniczając się do aspektów związanych z samą podróżą. Mam nadzieję, że artykuł ten w jakimś stopniu pokaże odwagę podlaskich emigrantów i odpowie na pytanie „Jak oni dali sobie radę?”
Dlaczego imigrowali?
W tym miejscu należy zadać sobie pytanie skąd była u nich taka desperacja by wyjechać, by opuścić rodzinne wsie. Przecież wcześniej nikt z nich nie podróżował poza obręb najbliższych stron. Z opowieści dziadka pamiętam, że jedyne wyjazdy, to było najbliższe miasteczko z czwartkowym targiem w Suchowoli. Jeden raz dziadek był w Grodnie załatwiając jakąś sprawę w urzędzie.
Statua Wolności witała imigrantów
Główne powody emigracji to:
Gigantyczne przeludnienie wsi
Brak wolnej ziemi
Brak pracy w mieście
Unikanie służby w carskiej armii
System społeczny
Na wsi znajdujemy podział chłopów w zależności od posiadanego majątku ziemskiego na gospodarzy (kmieci); połowników; zagrodników; chałupników i komorników lub kątników. Ci dwaj ostatni nie mieli ziemi. O czym świadczą wpisy w znanych mi metrykach parafii Suchowola czy Jamin. Rodziny były wielodzietne. Posłużę się przykładem moich przodków. Pradziadek Wojciech miał czterech synów i trzy córki, był jeszcze brat wzięty do armii carskiej i dwie siostry. Dziadek jako najstarszy syn wyjeżdża do USA w 1898, wraca w 1907 roku. Przywozi pieniądze ale na rynku ziemi brak.
Podział gospodarstwa to bieda i głód. Wszystkich trzech braci wysyła do USA. Siostry wydaje za mąż, wspomagając zakup ziemi. Położenie chłopów w dobrach królewskich nie różniło się bardzo od położenia chłopów w majątkach prywatnych. Istotną zmianę w położeniu chłopów na terenach Podlasia było ogłoszenie przez carat 16 maja 1861 roku zniesienia pańszczyzny i przeprowadzenie oczynszowania z dniem 1 października. Następnie ukazy z 1864 roku wprowadziły uwłaszczenie pełne i natychmiastowe, za odszkodowaniem. Pozostawiono służebność, czyli prawo do korzystania z pastwisk i lasów. Wprowadzono zebrania wioskowe, oraz obieralnych sołtysów i wójtów. Car nadał ziemię także służbie folwarcznej i zagrodnikom. Wzrosła wydajność gospodarstw, chłop mógł produkować wreszcie dla swojej rodziny.
Ale jak podaje Dariusz Terlecki w książce „Po dolary i wolność”, po uwłaszczeniu chłopów w zaborze rosyjskim większość powstałych gospodarstw nie była samowystarczalna. Te karłowate, do dwu hektarów i małorolne, do pięciu hektarów, stanowiły w 1904 roku 64% ogólnej liczby gospodarstw rolnych. Jednocześnie zajmując tylko 16% areału. Na podstawie danych z książki Wiesław Cabana „ Służba rekrutów z Królestwa Polskiego w armii Carskiej w latach 1831-1873″ podaję kilka podstawowych informacji na temat służby w armii carskiej…
Zgodnie z ustawą z 1831 roku były trzy kategorie poboru – zwyczajny, zwiększony i nadzwyczajny. Pobór zwyczajny wtedy gdy wcielano do armii 6 osób na 1000 dusz męskich, zwiększony 7-10 osób i nadzwyczajny gdy wcielano więcej niż 10 osób. Były lata kiedy poboru nie było lub rezygnowano z niego na pewnym obszarze. Tak było na przykład w 1863 roku, kiedy przeprowadzono pobór zwiększony do 10 osób na 1000 dusz tylko w guberniach wschodnich. Z poboru wyłączono gubernie zachodnie carstwa czyli tzw. Ziemie Zabrane bo nie chciano włączać do armii mieszkających tam Polaków, a powodem było powstanie styczniowe. Służbie wojskowej podlegali młodzi ludzie w wieku 20-25 lat.
Cały ciężar służby spoczywał na chłopach. Dla przykładu w 1868 roku wcielono do armii 84060 osób z tego aż 76853 tj. 91,4% stanowili chłopi. Statystycznie z Królestwa Polskiego wcielano 7900 osób, co stanowiło 10% rocznego kontyngentu. Podlasie było traktowane jako ziemie zabrane przez carat. Obowiązywał więc pobór do armii carskiej tak jak w całej Rosji. Był on większy jak w Królestwie Polskim. Szczególnie uciążliwa służba w armii carskiej trwała 20-25 lat, często na dalekowschodnich granicach imperium, była uważana za gorszą od zesłania na katorgę.
Imigracja Polaków do USA. Imigranci z Jagłowa.
Zgodnie z zapisem Adama Leszczyńskiego w „Ludowej historii Polski”
„Masowa emigracja z ziem polskich zaczęła się po wojnie francusko-pruskiej (1870)… .W latach 1881-1890 emigracja pochłonęła w zaborze pruskim prawie cały, bardzo wysoki wówczas przyrost naturalny. W połowie lat 70 XIX wieku masowa emigracja ruszyła z ziem Królestwa Polskiego… trzecia fala emigracji ruszyła od lat 90-tych XIX wieku z Galicji… .W sumie wg. szacunków tylko w dekadzie poprzedzającej pierwszą wojnę światową z ziem polskich i kresów wyjechało ponad milion etnicznych Polaków. W tym trzy czwarte do USA. Aż 80% emigrantów stanowili chłopi. I tak np. z guberni łomżyńskiej wyjechało 36 osób na 10 tysięcy mieszkańców.
Według Dariusza Terleckiego „Po dolary i wolność” od 1860 do 1900 roku w każdym dziesięcioleciu wyjeżdżało z terenów polskich od 120 do 342 tysięcy osób. W ostatnich trzech latach przed wybuchem I wojny światowej po 150 tys. rocznie. Wskaźnik reemigracji wynosił 10-15 %. Wyjeżdżali ludzie młodzi, 82% z nich to osoby w wieku 14-44 lat.
Proszę sobie wyobrazić, że wg moich danych z Jagłowa w latach 1885-1915 wyemigrowało min. 60 mieszkańców. Wieś liczyła w 1909 roku około 290 mieszkańców tj. ok. 20 %. Dlatego liczba mieszkańców Jagłowa w roku 1926 była mniejsza niż w 1909.
Pierwsze odnalezione w archiwach wyjazdy z Jagłowa do USA.
Adam Siemion ur. ok. 1866 r. syn Jana. Przybycie do NY 1885 rok. Statek Polaria.
Wincenty Gudel ur. 29 list. 1857 r. syn Wincentego Stanisława. Przybycie do NY w 1885 r. Statek Polaria.
Wincenty Mojżuk ur. ok. 1865 r. syn Wincentego. Przybycie do Baltimore USA 24.10.1887 r. Statek Herman.
Wincenty Mojżuk ur. 16.08.1864 r. Syn Ignacego. Przybycie do USA w 1888 r. Statek Schiedam.
Fragment zapisu manifestu imigrantów z Jagłowa
Przetarcie szlaków i sukces ogłoszony w listach do rodziny i znajomych powodował kolejne wyjazdy. Imigranci słali zaproszenia swoim sąsiadom, krewnym wykupywali szyfkarty, bilety, polecali linie oceaniczne lub statki. Widoczne jest to w zapisach na kolejnych manifestach. Często nowi mieszkali razem z wcześniejszymi emigrantami. Nazywano to „boarding” czyli przyjęcie pod swój dach współlokatora. Ułatwiali nowym start w Ameryce pomagając im znaleźć zatrudnienie i mieszkanie.
Rząd carski nie chciał by rodziny poddanych, którzy wyemigrowali z polskiej ziemi pod zaborem rosyjskim, dostawały szyfkarty. Emigracja siły roboczej, a w szczególności wyjazdy mężczyzn w wieku poborowym była bardzo duża, dlatego bardzo często cała korespondencja była cenzurowana i w większości zatrzymywana. Te działania miały często tragiczne zakończenie, bo powodowały między nadawcami i adresatami konflikt i zerwanie korespondencji.
Agenci imigracyjni. Organizacja wyjazdów
Emigranci to byli ludzie odważni, przedsiębiorczy, sprytni. Byli to najbardziej aktywni, głównie młodzi mężczyźni. Po roku 1907, 80% emigrantów pochodzi z Europy Wschodniej i Południowej. Bieda była głównym bodźcem wypędzającym ich z własnego kraju. Ale nie znali języka, wcześniej poruszali się tylko w obrębie swoich miejsc zamieszkania. Z drugiej strony państwa zamorskie były zainteresowane imigrantami, czekał na nich duży rynek pracy w błyskawicznie rosnącym przemyśle. Stany Zjednoczone potrzebowały ludzi do zagospodarowania ciągle rozrastającego swego terytorium. Sprzyjał im rozwój kolei żelaznej, wzrost liczby linii żeglugowych, wymiana żaglowców na okręty zabierające często ponad tysiąc emigrantów, napędzane silnikami parowymi. Spadły znacząco koszty podróży.
Największe linie okrętowe to angielska kompania żeglugowa White Star Line, niemieckie Hamburg America Line (HAPAG) i Norddeutscher Llyod. Werbunkiem klientów dla przewoźników zajmowały się agencje, w naszym obszarze najaktywniejszą była bremeńska agencja Friedricha Misslera. Jej biura rozmieszczone po całym kraju zatrudniały setki agentów imigracyjnych.
Reklama prasowa linii żeglugowejBilet na statek
Agenci emigracyjni werbowali ludzi do wyjazdu, załatwiali wszelkie formalności związane z podróżą, pomagali w zdobyciu potrzebnych dokumentów. Niestety często oszukiwali i dokumenty były fałszywe. Podstawowy dokument to tzw. z niemieckiego szyfkarta (przepustka do wyśnionej Ameryki ). Były dwa sposoby jego uzyskania. Pierwszy to przysłanie przez krewnego lub znajomego z Ameryki. Niestety często ginął, bo konfiskowała go carska cenzura, ginęły też pieniądze na podróż i wskazówki jak wyjechać, jak bezpiecznie się zachować. W sytuacji problemów z komunikowaniem się w tamtych czasach prowadziło często do zerwania więzi rodzinnych.
Szyfkarta
Drugi sposób to wypełnienie otrzymanego z biura emigracyjnego druku zgłoszenia i wysłanie go wraz z zadatkiem. W odpowiedzi potencjalny emigrant otrzymywał instrukcję zawierającą informacje na temat podróży i musiał wtedy wybrać termin wyjazdu. Biuro dokonywało rezerwacji miejsca na konkretnym statku i przysyłało tymczasową szyfkartę. Dokument ten był ważny na okres 6-12 miesięcy. W porcie z którego wypływał wpłacał resztę należności i wymieniał na właściwą szyfkartę. W każdym z tych sposobów konieczna była znajomość czytania i pisania, wielu musiało prosić o to najczęściej miejscowego proboszcza.
Kolorowa kartka wręczana emigrantom
Wraz z tymczasowym biletem okrętowym podróżny otrzymywał kolorowe kartki. Wsiadając do pociągu na stacji początkowej, przy przesiadce, jak tez na peronie w mieście portowym, musiał je trzymać wysoko nad głową, by pracownicy agencji emigracyjnej rozpoznali swoich klientów i skierowali ich do właściwego celu. Każdy z nich musiał obowiązkowo mieć wydany przez władze miejscowe paszport i wszyscy brali metryki urodzenia od swego proboszcza.
Koszty szyfkarty to od 59 do 70 złotych reńskich tj. 24-30 dolarów. Do tego podatek emigracyjny ok. 7 dolarów. Średnio bilet kolejowy kosztował w Prusach ok. 18 marek tj. ok. 4 dolary. Koszt całej podróży do Ameryki, nawet przy słabej płacy w fabryce zwracały się po miesiącu pracy. Prędkości pociągów to 30-60 km/h, podróż pociągiem trwała ok. 2 doby. Oczywiste, że naszych emigrantów stać było na podróż pociągiem tylko w trzeciej klasie. W tym czasie w Prusach składy kolejowe nawet w trzeciej klasie miały wagony wyposażone w toalety, gazowe oświetlenie i ogrzewanie parowe. Ławy w wagonach były najczęściej dookoła ścian. Siedzieli więc na swoich kufrach czy tobołach. W przypadku przejazdów przez okupowane przez Rosję terytoria groziły częste kontrole żandarmów carskich, którzy poszukiwali rekrutów próbujących uniknąć długoletniej służby w armii carskiej. Podróż statkiem Brema New York ok. 10 dni. Posiłek na czas podróży pociągiem w ramach własnych zasobów. W porcie często w ramach bonusu, w oczekiwaniu na statek płaciły linie okrętowe. Na statku pożywienie było w ramach biletu.
Bilet kolejowy
Emigranci z Jagłowa byli w szczególnej sytuacji. Wieś położona w północno – zachodniej części guberni grodzieńskiej. Na południowym brzegu Biebrzy, która była rzeką graniczną z Prusami. Z opowiadań dziadka Jana pamiętam, że przemyt był ważnym elementem dochodu rodzin tam zamieszkujących. Można więc wnosić, że wielu przekraczało granice nielegalnie i dopiero z Prus organizowało wyjazd do Ameryki. Wyjeżdżali głównie z Bremy i Hamburga, to 65% portów wyjazdowych. Pozostałe to Liverpool, Rotterdam i Amsterdam. Porty docelowe w USA to w ok. 70% New York, 25 % Philadelphia i 5% Baltimore, ale płynęli także poprzez Kanadę do portów w Quebecku czy Halifaxie. Znakomita większość osiedliła się w Pensylwanii, New Jersey ,Michigan i Illinois.
Zaokrętowanie. Warunki podróży
Okres liberalnej polityki emigracyjnej skończył się w Stanach Zjednoczonych w 1882 roku, kiedy to zabroniono przyjazdu do USA chorym psychicznie, przestępcom kryminalnym oraz stanowiącym zagrożenie dla porządku prawnego państwa. Wprowadzono także podatek imigracyjny tzw. „head tax” w wysokości 0,5 dolara za każdego emigranta. Rósł on stopniowo i tak np. w roku 1907 osiągnął 7 dolarów. Następnie wprowadzono tzw. „Foran Act” – zabraniał on wstępu do USA robotnikom wykwalifikowanym, którzy jeszcze przed wyruszeniem do Stanów podpisali kontrakty o pracę. Od 1891 roku zobowiązano kapitanów statków do sporządzania jeszcze na pokładzie szczegółowego zestawienia danych wszystkich pasażerów, a oficerowie imigracyjni w amerykańskich portach na jego podstawie mieli decydować o wpuszczeniu emigranta do Stanów lub odesłania go do domu. Kosztem powrotnej podróży był obciążony armator przewożący emigranta. Te spisy były nazwane „manifest”.
Wypełniony manifest
Dlatego też w porcie wyjścia czekała na naszych emigrantów pierwsza kontrola. Nie mogły wejść na pokład także osoby chore, żebracy, karane sądownie, niezamężne kobiety w ciąży, osoby powyżej 60 roku życia z wyjątkiem głów rodzin.
Wejście na okręt stanowiło szok dla naszych emigrantów. Transatlantyk to był statek wielopokładowy. Liczba pokładów dochodziła do dziesięciu. Na szczycie kabina nawigacyjna, niżej pierwsze luksusowe pokłady dla najbogatszych pasażerów. Potem górny pokład spacerowy, dalej dolny pokład spacerowy i kabiny pierwszej klasy. Klasa średnia podróżowała niżej w kabinach drugiej klasy, były już one wyposażone w piętrowe łóżka a ich wygląd był funkcjonalny. Na tym poziomie były też bagażownie pierwszej i drugiej klasy a także kuchnie.
Kolejne niższe piętro, już poniżej linii wody tzw. międzypokład był dla najbiedniejszych pasażerów trzeciej klasy oraz stewardów i reszty załogi. W manifestach określany jako „Steerage”. Wystrój pomieszczeń był spartański, jadalnia to zwykła stołówka. Wielo osobowe kajuty z trzypiętrowymi metalowymi łóżkami, najczęściej wilgotne sienniki i brudne koce. Latem nagrzane, zimą zimne. Prysznic zbiorowy, toalety wspólne. Ścisk , brud , zaduch.
Emigranci z trzeciej klasy musieli być obowiązkowo zaszczepieni przeciw ospie i codziennie badani przez lekarza. Każdy dostawał przy zaokrętowaniu kartonik z ponumerowanymi dniami podróży, każdy dzień badania musiał być na nim odnotowany. Posiłki były stale takie same, stanowiły często przyczynę choroby. Był to głównie chleb, kartofle w łupinach i ryby. Wspomagali się własnym jedzeniem zabranym zgodnie z radami w listach, a więc sucharami, wędzoną kiełbasą, wędzoną słoniną, cebulą, suszonym mięsem i cukrem. Ciała zmarłych pasażerów były wrzucane do morza.
Pasażerowie trzeciej klasy byli często szykanowani. Zmuszano ich do prostych prac. Częste były wymuszenia czy okradanie. Niestety najgorsze warunki były na statkach niemieckich. Niektórzy emigranci pisali w listach do rodziny, że podróż statkiem to jak przejście przez czyściec, inni przez piekło.
Jakimi statkami pływali emigranci z Jagłowa do wyśnionej Ameryki?
SS Friedrich Der Grosse przewożący emigrantów do USA
Dokąd przybywali
Pierwsza stacja mieściła się na południowym cyplu Manhatanu zwanym Battery, w stacji imigracyjnej Castle Garden. Oficjalnie była nią od 1855 roku dla stanu Nowy York, a więc przyjmowała większość emigrantów do USA.
Stacja emigracyjna Castle Garden na południowym Cyplu Manhattanu zwanym Battery
Odprawa w Castle Garden była piekłem dla emigrantów. Bałagan, poniżanie, nie przestrzeganie prawa, wokół oszuści złodzieje i handlarze żywym towarem. Została zamknięta w 1890 r. Na czas budowy nowej stacji odprawy odbywały się w Barge Office (Urząd Bankowy) była to odprawa jeszcze bardziej niewygodna i kłopotliwa.
Jak pisała amerykańska prasa nowa stacja imigracyjna musi być nowoczesna i wygodna, ale też odcięta od ulic miasta, gdzie natychmiast rzucają się na imigrantów oszuści, złodzieje i handlarze żywym towarem. Powinien też ją kontrolować rząd federalny. Zdecydowano o budowie nowej stacji na wyspie Ellis Island.
Nowa stacja imigracyjna na Ellis Island
Nowa stacja na Ellis Island rozpoczyna pracę 1 stycznia 1892 r. Utworzono nową posadę komisarza imigracyjnego portu Nowy Jork z kwaterą główną na Ellis Island. Pierwszym rozładowanym statkiem jest parowiec Nevada.
Budynek był przestronny 122 m długości i 45 m szerokości. Posiadał centralne ogrzewanie parowe, zelektryfikowany, z nowoczesnymi sanitariatami. Stacja może przyjąć nawet 10 tys. emigrantów dziennie. Jest wykonana z drewna, dawała komfort i bezpieczeństwo. Budynek przypomina raczej nadmorskie kasyno niż stację kontrolną dla biednych imigrantów. Co bardzo charakterystyczne, na stacji imigranci czują swojski zapach lasu i domu. Z sosnowego odżywiczonego drewna wykonano podłogi, a ściany żywiczne z drewna świerkowego i sosnowego. Nowa bagażownia może pomieścić walizy i kufry dwunastu tysięcy pasażerów.
Pożar na wyspie wybucha 14 kwietnia 1897 roku. Żywiczne deski płoną z trzaskiem. Po trzech godzinach wielki gmach stacji zamienia się w hałdę węgla drzewnego. Nikt nie zginął. Spłonęły jednak jakże ważne dla nas wszystkich dokumenty, manifesty pasażerów.
Na czas odbudowy stację ponownie ulokowano na Manhattanie w budynku Barge Office. Działa wręcz skandalicznie. Brud chamstwo, złodziejskie ceny. Korupcja i chaos.
Zdecydowano o budowie nowej stacji. Tym razem z cegły, kamienia betonu i stali. Tym razem przypomina wielki dworzec kolei żelaznej. Fasada czerwono biała. Wielka sala ma 61 m długości i 30 m szerokości i 17 m wysokości. Wyspa została znacznie powiększona. Stacja stoi do dziś jako muzeum imigracji. Poniżej wiele zdjęć archiwalnych i aktualnych piszącego. Otwarcie nowej stacji następuje 17 grudnia 1900 r
Stacja Ellis Island działała do 1954 r.
Etapy weryfikowania przybyłych pasażerów
Cztery etapy weryfikowania przybyłych pasażerów:
Na pokładzie transatlantyku lekarze identyfikowali chorych, którzy musieli poddać się kwarantannie.
Urzędnicy emigracyjni na transatlantyku kontrolowali pasażerów I i II klasy.
Pasażerowie I i II klasy po pomyślnej inspekcji schodzili na ląd. Pasażerowie III klasy na promach byli przewożeni na Ellis Island.
Ellis Island – przewożeni tu pasażerowie poddani byli dokładnej kontroli prawnej i medycznej.
Mapka Zatoki Nowojorskiej
Manifesty i kwestia zapisu nazwisk
Zacznijmy od wyjaśnienia, czym były tak zwane „manifesty”. Manifesty to spis pasażerów na statkach ich przewożących. By te listy oddawały prawdziwy opis pasażerów musiały się na nich znaleźć wszystkie informacje interesujące służby imigracyjne. Kapitanowie statków zobligowani byli do przygotowania takich rozbudowanych i ujednoliconych spisów pasażerów. Dokumenty te obowiązkowo musiały być archiwizowane. Co one zawierały? Wiele istotnych informacji, a więc: port wypłynięcia i port przybycia; daty wyjazdu i przybycia; nazwisko, imię, płeć, powołanie, zdolność do czytania i pisania, obywatelstwo i kraj pochodzenia, ostatnie miejsce pobytu, zamierzone miejsce pobytu, czy jest obywatelem Stanów Zjednoczonych, stan lub terytorium, zapraszający, liczbę sztuk bagażu, wzrost, kolor włosów i oczu oraz inne. Każdy pasażer musiał być opisany, a oficer przewożącego statku taki manifest poświadczał pod przysięgą.
Druk manifestu wypełniany na stacji rejestracyjnej
Dziś manifesty są jednym z największych skarbów Ameryki. Pozwalają one przy użyciu techniki komputerowej, po zeskanowaniu oczywiście tych dokumentów, odnaleźć nam wielu przodków. Ale nie wszystkich, bo 14 kwietnia 1897 roku na wyspie Ellis Island wybucha wielki pożar. Budynki były z drewna i dokumenty poszły z dymem.
Manifest ze statku Waesland z Liverpoolu , którym płynęli mieszkańcy Jagłowa –Albin Mojżuk ; Klemens Poźniak i Andrzej Mitrosz w 1899 roku
Oprócz manifestu były wydawane zaświadczenia czy certyfikaty potwierdzające przybycie imigranta do portu. Poniżej jeden imigranta z Jagłowa.
Certyfikat potwierdzający przybycie
Pierwsze zmiany w zapisie nazwisk i innych danych emigrantów powstały przy wypełnianiu manifestów na statkach. W stacji rejestracyjnej w Castle Garden, a potem na słynnej Ellis Island pracowano na dostarczonych ze statków dokumentach. Błędy często nie były korygowane. Urzędnicy tam ich rejestrujący często zmieniali ich imiona i nazwiska – ponieważ nie byli w stanie ich poprawnie zapisać. Po prostu zapisywali w dokumentach nazwiska tak jak je usłyszeli. Dlatego też było masę przeinaczeń i błędów. Te zmienione nazwiska wielu emigrantów używało dalej jako oficjalnych. Wielu Polaków zmieniało lub skracało swoje nazwiska świadomie w okresie późniejszym, jako trudne do wymówienia dla Amerykanów ale też ze względów biznesowych.
Procedury na stacji emigracyjnej
Promy dopływają do Ellis Island, opadają trapy i tłum imigrantów wchodzi do budynku głównego stacji. Każda nacja ma inne bagaże. Bagaży jest mnóstwo. Wszyscy taszczą toboły i kufry schodząc z podwożących ich promów i łodzi. Bagażownia znajduje się na parterze i wszyscy winni tam zostawić swoje bagaże przed udaniem się na górę do głównej sali rejestracyjnej. Przy sobie mogli mieć tylko bagaż podręczny. Największy problem jest z ludźmi mówiącymi po polsku, zapisanymi w rejestrach manifestów jako Rosjanie, Niemcy czy Austriacy. Nie chcą zostawiać swych bagaży i niosą je wszędzie za sobą. Ze względów bezpieczeństwa nie zezwala się jednak na wnoszenie bagaży do góry na salę przesłuchań. W zakresie organizacji tego obszaru na wyspie jest raczej porządek. Kufry oddane w przechowalni są opisane i bezpieczne. Po uzyskaniu zgody na wjazd firmy koncesjonowane przez rząd amerykański dostarczają je do docelowego miejsca podróży za „uczciwą” opłatą. Opłata często była uiszczona przez zapraszającego lub musi ją zapłacić imigrant i tu często dochodzi do jej zawyżania. Z parteru wielkie szerokie schody prowadziły na piętro, był tam „registry room”– sala rejestracyjna. Na schodach zaczynało się wstępne badanie. Stali tam lekarze i urzędnicy w mundurach.
Wstępne badania
Główną swą uwagę lekarz inspekcyjny kierował na: skórę głowy, twarz, szyję, ręce, sposób chodzenia i ogólną kondycję fizyczną oraz psychiczną. Jeśli któryś z tych elementów był niewidoczny emigrant był zatrzymywany i oglądany szczegółowo. Lekarzy tych nazywano „sześciosekundowi”, bo średnio tyle mieli czasu na oglądnięcie każdego imigranta. Jeśli coś zauważyli, na ubraniu tej osoby zaznaczali kredą literę oznaczającą problem, na przykład „C”- oznaczało zapalenie spojówek. Tych oznaczonych urzędnicy mundurowi wyprowadzali z kolejki i badał ich inny lekarz nazywany „człowiek oko”. Jeśli coś potwierdził, dalsze badanie odbywało się w pokoju lekarskim. Zdrowi wracali do kolejki. Chorzy trafiali do szpitala na Ellis Island, gdzie byli leczeni i obserwowani. Ozdrowieńcy powracali do procesu kontrolnego tj. inspekcji prawnej. Dla nieuleczalnie chorych nie było wjazdu.
Badanie w gabinecie lekarskim
Ci którzy pokonali schody bez kredowych znaczków ustawiani byli do inspekcji prawnej w tzw. registry room. Polegała ona na udzieleniu odpowiedzi na szereg pytań zadawanych rzez oficerów imigracyjnych. Każdy oficer prowadził rozmowę na bazie kart manifestu przekazanych ze statku. Rozmowom towarzyszyli tłumacze. W rozmowie przesłuchiwany winien przekonać, że jest zdolny by samodzielnie dać sobie radę, że nie będzie ciężarem czy zagrożeniem dla państwa amerykańskiego. Ci którzy zdali mieli otwarte drzwi do Ameryki.
Inspekcja prawna
Tych których odpowiedzi zostawiły wątpliwości, stawiano przed komisją weryfikacyjną do drugiego etapu inspekcji prawnej. Na ich korzyść mogli zeznawać sprowadzeni na ich prośbę mieszkający w Stanach krewni, znajomi , zapraszający itp. Zweryfikowani mieli zgodę na wjazd. Około 20 % tych weryfikowanych otrzymywało zakaz wstępu do USA.
Inspekcja prawna
Rozmowy były prowadzone w wielkim holu „registry room”. W tłumie czekającym na wyczytanie swego nazwiska zawsze straszne zdenerwowanie. Wyczytany podchodził do inspektora, gdzie był przepytywany. Hałas był ogromny. O co pytano?
Ile masz pieniędzy? Tu był problem, wielu już w tym momencie nic nie miało. Decydował inspektor, ważne było czy była już opłacona przez zapraszającego podróż do miejsca docelowego. Pytano o zawód, umiejętności radzenia, sytuacje rodzinną, co zamierza robić w Stanach itp.
Kobietom, które podróżowały bez mężczyzn nie pozwalano opuścić wyspy ze względu na bezpieczeństwo. Dopiero po przybyciu krewnych mogły wyjechać. Odnalazłem takie zdarzenie przy wyjeździe mojej babci ciotecznej Teofili Kuderewskiej z d. Gudel.
W oczekiwaniu na rozmowę
Po zakończeniu wielogodzinnych badań wyczytano nazwiska osób, które pomyślnie je przeszły. Część miała wykupione bilety do miejsca docelowego, inni mogli je kupić w holu, były tam kasy firm kolejowych. Były też kantory w których można było wymienić wszystkie waluty świata. W okienkach razem z biletem wydawano imigrantom duże kolorowe kartki na których wypisane były nazwy miast do których się udawali. Przypinali je do ubrań i konduktorzy podobnie jak w Europie mieli ułatwione zadanie na peronach by skierować ich do właściwego pociągu.
Jeszcze w sali rejestracyjnej każdy oczekujący na wynik rozmowy, miał prawo do zakupu paczki żywnościowej, lunch z kanapkami po specjalnej preferencyjnej cenie. Ponieważ ostatni raz jedli na transatlantyku dla wielu był to ostatni posiłek na dalszą drogę przez Stany Ameryki. Paczka była pożywna, cena wynosiła 75 centów.
Imigranci którzy pozytywnie przeszli weryfikację, przebywali na wyspie około 5 godzin. Czas pobytu pozostałych to już były tygodnie, a nawet miesiące.
Szczęśliwi musieli zejść na parter. Prowadziły tam z holu szerokie schody nazywane schodami rozstania „stairs of separation”. Były one przedzielone solidnymi barierkami na trzy linie ruchu. Lewa prowadziła na prom do Nowego Jorku. Prawa dla udających się pociągiem w dalszą podróż. Środkową prowadzono tych, których zatrzymano na wyspie do wyjaśnienia ich statusu.
Ci z prawej i lewej spotykali się z czekającymi często na nich bliskimi. Miejsce to nazwano wrotami pocałunków „kissing gate”.
Poszukiwania emigrantów z Jagłowa w manifestach i nie tylko
Poszukiwania prowadziłem dla tych nazwisk w drzewie co do których nie było żadnej wiedzy co się z nimi dalej działo, a byli w drzewie chociażby dzięki spisom obywateli Jagłowa z lat 1864 i 1909 oraz danym osiągniętym przez wywiady rodzinne. Były dwie możliwości – armia carska lub emigracja no i oczywiście zgon. Przejrzałem setki manifestów szukając znanych i typowych nazwisk z tej wsi. Każdy napotka tu na duży problem. Nazwiska które nosili są w większości poprzekształcane i wyglądają zupełnie inaczej. Zapisywane najpierw przez oficerów na statkach (obowiązek wprowadzono w 1891 r.) na początku było tylko 12 pozycji, w następnych latach urosło do 29 pozycji), a później na stacji imigracyjnej są bardzo uproszczone, są takie jak je spisujący usłyszał i w języku angielskim mógł zapisać. Następnym elementem pomocnym w szukaniu było zapisane w manifeście miejsce ostatniego stałego pobytu. Tu podobnie ten sam problem jak z nazwiskami. Jagłowo jest zapisane jako – Jeglowo ; Jaglawo; Diegowo ; Jeglewo ; Zaglewo ;Dleigowo ;Ruiglowo ; Dligowo itp. Ale są też inne problemy, pierwszy związany z tym że oficerowie na statkach upraszczają sobie pracę i wpisują jako ostatnie miejsce pobytu – port wypłynięcia statku. Z tej racji, że nasi emigranci w znakomitej większości płynęli do Grand Rapids w Michigan pomocne było sprawdzenie portu docelowego. W wielu przypadkach poszukując jednej osoby trafiałem na dwójkę lub trójkę płynących razem za wielką wodę.
Część danych udało się potwierdzić poprzez odnalezienie akt naturalizacji oraz rejestracji do wojska konkretnie do Armii Błękitnej Hallera prowadzonej wśród emigracji w latach 1917-1919. Pomocne były też zapisy i adresy zapraszających, jeśli wcześniejsze ustalenia co do ich pochodzenia były jednoznaczne.
Akt naturalizacji Stanisława Mitrosza z Jagłowa
Drugi problem stwarzają często sami emigranci, którzy zamiast małej wsi podają większe pobliskie miasta lub miasteczka. I tak pojawia się Suchowola , Sztabin , Sokółka a nawet Grodno.
Rejestracja do armii Franciszek Siemion. Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej . Wrócił do Stanów w 1920 r.
Poniżej przedstawiam najbardziej prawdopodobne wyjazdy emigrantów z Jagłowa, nie ma jednak co do niektórych 100% pewności. Oprócz tych wpisanych na listę mam prawie drugie tyle nie potwierdzonych. Trzeba też zauważyć, że istnieje spora liczba wyjazdów krewnych Jagłowian, jak na przykład Siemion i Mojżuk ze wsi Leśniki czy Sawośko z Głęboczyzny, których nie ująłem w wykazie. Nie wszystkich o których wiedziałem, że wyjechali udało się znaleźć w manifestach i nie wszystkie dane są kompletne. Braki te wynikają pewnie z powodu poruszonego już w tekście spalenia milionów manifestów w pożarze w 1897 roku, małej ilości danych w początkach ich wprowadzenia ale tez także z emigracji nielegalnej.
Lista imigrantów
Jan Siemion ur. 08.07.1880 r. syn Wojciecha. Wyjazd 1898 r z Bremy. Powrót 1907, ślub 1908 r.
Bolesław Bert Siemion ur. 18.06.1888 r. syn Wojciecha. Wyjazd 10.08.1907 z Bremy do Qebec, Kanada. Następnie przez jeziora statkiem Montezuma przybył dn. 21.08.1907 r. do Grand Rapids Michigan. Odebrał go brat Jan. Zamieszkał u niego pod adresem 11 Str.205. Pozostał w USA, ślub 1910 r. Rejestracja do Armii Hallera 12.09.1918 r.
Adolf Siemion ur. 28.06.1891 r. syn Wojciecha. Wyjazd 02.06.1911 r. prawdopodobnie z Bremy. Przybycie do Quebec Kanada dn. 12.06.1911 r. Dalej statkiem Lake Michigan do Detroit gdzie przybył 13.06.1911 r i do Grand Rapids Michigan do brata Bolesława. Pozostał w USA, ślub w 1914 r. Rejestracja do Armii Hallera 05.06.1917 r. w Grand Rapids, Michigan.
Franciszek Adolf Siemion ur. 28.03.1896 r. syn Wojciecha. Pierwszy wyjazd 1914 r. Wyjazd prawdopodobnie z Bremy 02.08.1914 r. Przybył do Quebec w Kanadzie 12.08.1914 r. Dalej statkiem Rathenia do Detroit dotarł 13.08.1914 r. i dalej do Grand Rapids Michigan do brata Adolfa Siemiona. Rejestracja do Armii Hallera 05.06.1917 r. w Grand Rapids, Michigan. Powrót do Polski w ramach błękitnej Armii Hallera. W latach 1918 -20 udział w wojnie z Rosją i Ukrainą. Drugi wyjazd z Gdańska 16.06.1920 r. i powrót do USA New York 28.06.1920 r. statkiem Mercury. Ślub w 1924. Pozostał w USA.
Antoni Siemion ur. 12.02.1855 r. syn Antoniego. Pierwszy wyjazd 1890 i drugi 1897 r. z żoną Mary Jacobski i pięciorgiem dzieci John; Helen; Michael; Peter Anton i Steve.
Adam Siemion ur. ok. 1866 r. syn Jana. Wyjazd z Hamburga statkiem Polaria do New York 18.05.1885 r. Powrót przed 1905 rokiem. Po raz drugi prawdopodobnie z żoną Rozalią i dwoma synami Józefem i Zygmuntem ponowny wyjazd po 1909 r.
Franciszek Siemion ur. ok. 1876 r. w Jagłowie. Wyjazd z Hamburga do New Jorku dn. 01.05.1896 r. Statek Scandia. Brak danych w drzewie.
Drugi prawdopodobnie jego wyjazd. Franciszek Siemion ur. ok. 1876 r. w Jagłowie. Zaprosił Albin Mojżuk z Grand Rapids Michigan. Wyjazd z Bremy 16.08.1906 r. Przybycie do Baltimore 30.08.1906 r. Statek Branderburg.
Klemens Poźniak ur. ok. 1877 r. syn Mateusza Michała. Wyjazd z Liverpool 08.03.1899 r. statek Waesland, przybycie do USA Philadelphia Pa 20.03.1899 r. Pozostał w USA. Zaprosił Joseph Mojzuk.
Adam Poźniak ur. ok. 1875 r. syn Mateusza Michała. Wyjazd z Liverpool 20.02.1904 r. Statek Etruria. Przybycie do USA New York 29.02.1904 r. Powrót przed 1908 r. Ślub 1908 r. w Polsce. Zaprosił kuzyn Cegelski .
Ignac Poźniak ur. ok. 1879 r. w Jagłowie. Syn Mateusza Michała. Wyjazd z Bremy 16.08.1906 r. Statek Branderburg. Przybycie do Baltimore 30.08.1906 r. Zaprosił kuzyn Jan Sienko (Siemion).
Izydor Janewicz ur. ok. 1886 r. syn Józefa. Wyjazd z Bremy 18.06.1904 r. Statek Grosser Kurfurst. Przybycie do New York 29.06.1904 r. Powrót przed 1924. Ślub ok. 1924 r.
Jan Janewicz ur. ok. 1887 r. syn Józefa. Wyjazd z Hamburga 19.07.1905 r. Statek Blucher. Przybycie do New York 30.07.1905 r. Zaprosił brat Izydor Janewicz.
Jan Kuderewski ur. ok. 1873r. mąż Teofili d.Gudel. Wyjazd z Rotterdamu. Statek Rotterdam, przybycie do USA New York 25.07.1905. Prawdopodobnie powrócił i mieszkał w Suchowoli.
Teofila Kuderewska z d. Gudel ur. ok. 1883 r. córka Jana. Wyjazd z Rotterdamu 13.03.1909 r. Statek Nieuw Amsterdam. Przybycie do USA New York 23.03. 909 r. W kraju mąż Jan Kuderewski. Zaprosił Kuzyn Wincenty Mojżuk.
Jej drugi wyjazd. Teofila Kuderewska ur. ok. 1883 z Suchowoli. W kraju teściowa Aniela Kuderewska w Suchowoli. Wyjazd z Hamburga 23.08.1911 r. Statek Cleveland. Przybycie do New York 03.09.1911 r. Zaprosił Anton Sokołowski. Jest także zapis w rejestrze zatrzymanych oczekujących na odbiór kobiet. Odbiera Małgorzata Sokołowska 05.08.1911 (sic!?) godz. 10.00.
Wincenty Gudel ur. ok. 29.11.1857 r. w Jagłowie syn Wincentego Stanisława. Wyjazd z Hamburga 05.05.1885 r. Statek Polaria. Przybycie do New York 18.05.1895. Prawdopodobnie pozostał.
Marianna Gudel ur. ok. 1894 r. córka Jana? (brak w drzewie – jest ale ojciec jego brat Józef). W kraju pozostał ojciec Jan Gudel w Sztabinie (Jagłowo). Wyjazd z Rotterdamu 29.11.1912 r. Statek Nieuw Amsterdam. Przybycie do USA, New York 04.12.1912 r. Pozostała w USA.
Adolf Dawidowicz ur. ok. 15.05.1884 r. w Jagłowie syn Marcina. Wyjazd z Bremy 13.07.1911 r. Statek Friedrich Grose. Przybycie do USA, New York 25.07.1911 r. Pozostał w USA, ślub w 1924 r. W kraju pozostał ojciec Marcin Dawidowicz w Jagłowie. Rejestracja do Armii Hallera 12. 08. 1918 r.
Serafina Wiesztort z d. Dawidowicz ur. ok. 1886 r. córka Marcina-wyjazd do USA –wyjazd z mężem do Australii – pozostała w Australii.
Mieczysław Dawidowicz ur. 25.03.1914 r. w Jagłowie syn Kajetana i brat Adolfa i Serafiny. Wyjazd z Bremerhaven 02.07.1950 r. Statek Generall S. D. Strugis. Przybycie do USA, New York, dwie daty 12.02.1950 i 11.07.1950 – został lekarzem. Pułkownik armii USA, pozostał w USA.
Andrzej Mitrosz ur. ok. 1887 r. syn Mateusza. Wyjazd z Bremy. Statek Barbarossa. Przybycie do USA New York 24.03.1905 r. Zaprosił Franciszek Koszczuk, adres Main St.4209 Philadelphia Pa, USA. Pozostał w USA.
Kazimierz Mitrosz ur. 28.08.1881 r. syn Mateusza. Wyjazd z Antwerpii, statek Vaderland. Przybycie do USA, New York 12.04.1907 r. Pozostał w USA. Akt naturalizacji 10.02.1922 r.
Stanisław Mitrosz ur. ok 1888 r. syn Mateusza. Wyjazd z Liverpool. Statek Merion. Przybycie do USA Philadelphia Pa 17.04.1910 r. Pozostał w USA. Zaprosił Andrzej Mitrosz.
Marianna Mitrosz ur. ok. 1890 r. córka Mateusza – przyjechała razem z bratem Stanisławem.
Antoni Mitrosz ur. ok. 1872 r. syn Mateusza. Wyjazd z Hamburga. Statek Pennsylvania. Przybycie do USA New York 26.09.1912 r. Pozostał w USA zmarł w 1950 r. dzieci w Polsce.
Wiktor Winkiewicz ur. ok. 1865 r. (19.04.1864) syn Mateusza. Wyjazd z Hamburga. Statek Polaria. Przybycie do New York 18.05.1885 r. Brak danych o powrocie.
Kazimierz Winkiewicz ur. 1852 r. syn Mateusza. Wyjazd z Antwerpii. Statek Rhynland. Przybycie do USA, New York 15.04.1903 r. Powrót przed 1905 r.
Klemens Winkiewicz ur. ok 1858 r. syn Mateusza. Wyjazd z Bremy. Statek Karlsuhe. Przybycie do USA Baltimore, Maryland w 05.08.1890 r. Powrót przed 1909 r.
Wiktoria Winkiewicz ur. ok 1860 r. córka Kazimierza. Wyjazd z Niemiec. Statek Fulda. Przyjazd do New York 1890 r. Brak danych o powrocie.
Feliksa Wojtkielewicz ur. ok. 1890 r. córka Wincentego. Wyjazd z Rotterdamu. Statek Noordam. Przybycie do USA, New York 14.06.1910 r. Pozostała w USA, ślub 20.09.1911 z Bolesławem Kolskim.
Anna Wojtkielewicz ur. ok. 1879 r. córka Kazimierza. Wyjazd z Hamburga. Statek Arcadia. Przybycie do USA New York 06.04.1902 r. Pozostała w USA, mąż Frank, synowie Edwin i Alfred.
Ignacy Wojtkielewicz ur. ok. 1870 r. emigrował przed 1902 rokiem, na jego zaproszenie przyjechała Anna – wrócił do Polski.
Rozalia Wojtkielewicz ur. ok. 1885 r. z d. Jaroszewicz, córka Mateusza , II-ga żona Ignacego. Statek Belgenland. Przybycie do USA Philadelphia Pa 1903 r. Wróciła wraz z mężem do Polski. Przy tej ulicy Main Str. 4145 Philadelphia Pa mieszali Mojżukowie: – Wincenty s. Wincentego i następni Albin Mojżuk; Joseph Mojżuk; Klemens Pożniak.
Wincenty Mojżuk ur. ok. 1865 r. syn Wincentego. Wyjazd statkiem Hermann, przybycie do USA Baltimore MD, Maryland 24.09.1887 r. Pracował tam ok. 20 lat – wrócił po śmierci ojca ok. 1906-1907 r.
Wincenty Mojżuk ur. 16. 08. 1864 r. syn Ignacego. Wyjazd statkiem Schiedam, przybycie do USA New York 1988 r. Pozostał w USA. Ślub w USA w 1901 r. z Anna Kozłowską z Mogilnic.
Albin Mojżuk ur. ok. 1874 r. syn Jana . Wyjazd z Liverpool statkiem Waesland, przybycie do USA Philadelphia PA 20. 03. 1899 r. Wrócił przed 1901 r. Zaprosił brat stryjeczny Wincenty.
Józef Mojżuk ur. ok. 1870 r. syn Piotra. Wyjazd z Liverpool 18.03.1890 r. Statek Lord Clive , przybycie 04.04 1890 r. do USA Philadelphia PA. Wrócił przed 1909 rokiem. Zaprosił do USA Klemensa Poźniaka i Izydora Janewicza.
Stanisław Mojżuk ur. ok. 1895 r. syn Piotra, brat Józefa. Wyjazd z Hamburga, przybycie statkiem Graff Waldersee do USA Phpladelphia PA, 21.09.1912 r. Brak informacji o powrocie.
Ignacy Mojżuk ur. ok. 1882 r. syn Jana. Wyjazd z Hmburga, statek Pretoria, przybycie do USA New York 11.03.1907 r. Brak informacji o powrocie.
Albina Mojżuk ur. ok. 1883 r. w Jagłowie, córka Jana i siostra Albina, który ją zaprosił. Wyjazd z Bremy 14.08.1902 r. Statek Breslau. Przyjazd do Baltimore 27.08.1902 r.
Jan Ratkiewicz ur. ok. 1867 r. syn Ignacego. Wyjazd Hamburga 04.02.1903 r. Statek Albano, przybycie do USA New York 24.02.1903 r. Zaproszenie od Jana Kamińskiego mieszkającego w Pitsburgu. Brak informacji o powrocie, prawdopodobnie ściągnął żonę.
Marianna Ratkiewicz z d. Polkowska ur. 08.11.1872 r. żona Jana. Syn Bolesław ur. ok. 1895 r. i córka Marianna ur. ok. 1900 r. Zaproszeni przez męża i ojca Jana. Wyjazd z Bremy 03.07.1902 r. Statek Breslau. Przyjazd do Baltimore 16.07.1902 r.
Anna Ratkiewicz ur. ok. 1881 r. córka Jgnacego. Wyjechała razem z bratem Janem. Brak wiedzy o powrocie.
Władysław Ratkiewicz ur. ok. 1887 r. syn Józefa. Wyjazd z Bremy, statek Koln, przybycie 14.06.1911 r. do Philadelphia. Zaproszenie od Józefa Romanowskiego, adres 141 St. Calton Phila-Pa. Powrócił.
Pelagia Ratkiewicz ur. ok. 1889 r. żona Władysława z d. Romanowska, wyjazd razem z mężem.
Magdalena (Marianna) Ratkiewicz ur. 03.03.1864 r. w Jagłowie, córka Ignacego. Wyjazd z Liverpool 03.06.1907 r. Port docelowy Philadelphia 14.06.1907 r. Statek Wasterland.
Józef Sawośko ur. 19. 03. 1891 r. syn Ignacego lub Jana z Jagłowa. Przybycie do USA 11.11.1907 r. Naturalizacja 29.08.1918 Illinois USA.
Aleksander Sawośko ur. ok 1893 r. syn Ignacego z Jagłowa. Przybycie do USA 21.09.1912 do Philadelphia, statek Waldersee z Hamburga. Brak danych o powrocie.
Kajetan Sawośko ur. ok. 1887 r. z Jagłowa syn Ignacego. Przybycie do USA Chicago w 1905 r. Małżeństwo z Rozalią Sztukowską.
Franciszek Sawośko ur. ok. 1877 r. w Jagłowie. Brak w drzewie. Wyjazd z Hamburga 25. 05. 1903 r. Przybycie do New York 8.06. 1903 r.
Wincenty Mikucki ur. 11.08.1868 r. syn Laurentego Bartłomieja. Wyjazd 1908 r. Zaproszenie od Ignacy Mikucki, wrócił do Polski.
Jan Koszczuk ur. ok. 1865 r. syn Wincentego. Wyjazd z Hamburga, statek Palatia, przybycie do New York 11.05.1895 r. Brak wiedzy o powrocie.
Jan Kamiński ur. ok. 1865 r. syn Józefa z Jagłowa. Wyjazd z Bremy, statek Maryland, przybycie do Baltimore USA 28.03.1896 r. Wrócił ok. 1899 r.
Aleksandra Szkiłądź ur. ok. 1883 z Jagłowa córka Józefa. Wyjazd z Antwerpii 01.04.1907 r. Statek Vaderland. Przyjazd do New York 12.04.1907 r. Wyjechała razem z Kazimierzem Mitroszem .
Niektórych wyjazdów nie jestem w stanie przypisać do konkretnych rodzin z braku pełnej wiedzy o mieszkańcach Jagłowa, podam jeden ciekawy przypadek. Wyjazd z Hamburga, statek SS Scandia. Port docelowy Nowy Jork 01.05.1896 r. Sześć typowych nazwisk dla Jagłowa.
Franciszek Siemion L.25
Klemens Winkiewicz l.35
Joanna Winkiewicz l.22
Jan Mojżuk l.23
Wincenty Mojżuk l.30
Marian Ratkiewicz l.19
Zapis w manifeście jest ubogi, z roku 1896, zawiera mało danych. Takich zapisów jest jeszcze wiele. Te wyjazdy powodowały, że z czasem pewne rodziny od wieków zamieszkujące Jagłowo znikały. Zniknęły np. rodziny: Mitroszów; Sawośków; Koszczuków; Winkiewiczów, w dużej części Mojżuków; Siemionów czy Ratkiewiczów.
Zdjęcia przedstawione w artykule są zdjęciami autora – dokumentów odnalezionych w manifestach, wykonanymi podczas podróży do USA z ekspozycji Muzeum na Ellis Island i Muzeum Emigracji w Gdyni. Niektóre zdjęcia wykorzystałem z książki pt. „Po dolary i wolność” Dariusza Terleckiego, który przywołuje iż pochodzą ze zbiorów Muzeum w Gdyni.
Opracował: Ryszard Siemion na bazie Family Tree Siemion.
Od redakcji
Znakomitą relację o emigracji i emigrantach z tego samego obszaru, ale z nieco innej perspektywy można znaleźć w książce Marii Narel-Challot pt. „Amerykański kapelusz. Feliks”
Wiele lat temu korespondowałem z Sharon, potomkiem Bernatowiczów, którzy wyemigrowali do USA. Wymienialiśmy mnóstwo maili i w pewnym momencie okazało się, że jest również potomkiem rodziny Pycz. Nazwisko niewątpliwie związane z regionem gminy Sztabin i sąsiednich. Otrzymałem od niej klepsydrę krewnego Ludwika Pycza wydrukowaną w 1902 roku w „Dzienniku Chicagoskim”, a więc po polsku. Poza imieniem i nazwiskiem Sharon niewiele odczytała z tej notki, którą zamieszam poniżej.
Ponieważ kopia jest marnej jakości i słabej rozdzielczości (taką dostałem), pozwolę sobie przepisać tutaj jej treść. Oto ona:
Krewnym i znajomym donosimy tę smutną wiadomość, iż najukochańszy ojciec nas i mąż mój, Ludwik Pycz, pożegnał się z tym światem17 grudnia 1902 roku w Czarniejewie, Gminie Dębowskiej, Guberni Suwalskiej, (Powiat Augustowski), a zwłoki ś.p. Ludwika złożono w grobie w parafii Jamińskiej.
Ś.p. Ludwik Pycz, przybywszy do Ameryki przed 13tu laty pracował przez cały czas w zawodzie rzeźniczym w rzezalniach Chicagoskich. Zapadłszy na ciężką chorobę, za poradą prof. Kuflewskiego udał się w rodzinne strony dla poratowania zdrowia, tymczasem nielitościwa śmierć przecięła pasmo życia jego.
Ś.p. Ludwik był członkiem Tow. Obrońców Korony Polskiej, w parafii NMP Nieustającej Pomocy, na Bridgeporcie. Msza św. za spokój duszy jego odbędzie się 16go stycznia o godz. 7mej rano w kościele NMP Nieustającej Pomocy, na Bridgeporcie.
Na tę świętą i ostatnia przysługę zaprasza w smutku pogrążona:
Felicya Pycz, żona; Leonarda, córka; Józef Szyperski, szwagier; Wiktoria Szyperska, siostra; Józef Zacharewicz, szwagier; Joanna Zacharewicz, siostra; Hieronim Łukawski, teść z dziećmi; Milanowska, ciocia z dziećmi.
Bardzo ciekawy nekrolog! Zawiera mnóstwo informacji o życiu zmarłego i jego rodzinie. Dziś już takich nie spotkamy, nad czym ubolewam, podobnie jak wiele koleżanek i kolegów genealogów. Mnie jednak najbardziej interesowała informacje, że Ludwik Pycz został pochowany na cmentarzu jamińskim, a ponieważ bywałem i bywam w okolicy, więc postanowiłem to sprawdzić.
Pogodny letni dzień 2009 roku wybrałem się wspólnie z żoną po raz pierwszy do Jamin celem odszukania domniemanego grobu. Przetrząsnęliśmy niemal cały cmentarz i dopiero przy granicy we wschodniej części znaleźliśmy grób zmarłego w 1902 roku Ludwika.
W bezpośrednim sąsiedztwie znajdowały się groby Ignacego Pycza, Romualdy Pycz i Henryka Pycza, którzy byli zapewne powiązani rodzinnie z rzeczonym Ludwikiem. Moją uwagę zwrócił nadzwyczaj dobry stan grobu sprzed ponad 100 lat. Nie tylko ktoś przynosił kwiaty, ale i płyta z inskrypcją była w takim stanie, jakby wykonana była niedawno, choć współcześnie, ani takich betonowych nagrobków się nie wykonuje, ani takich inskrypcji w cementowych płytach. Zapytałem więc przypadkowo napotkaną osobę, czy może wie, kto się opiekuje tym grobem. Traf chciał, że była ona dobrze zorientowana i skierowała mnie do rodziny Panasewiczów w Czarniewie. To musiał być dobry trop, bo przecież ta miejscowość (w zniekształconym nieco zapisie) została wzmiankowana w nekrologu.
Wizyta w domu Panasewiczów była bardzo owocna. Spotkałem tam młodego człowieka i jego teściową, która okazała się być córką Ignacego i Romualdy Pyczów, pochowanych tuż obok Ludwika, stryja Ignacego. Opowiedziałem całą historię w jaki sposób do nich trafiłem, o Sharon – ich amerykańskiej krewniaczce i innych zagadnieniach związanych z genealogią. W konsekwencji Sharon mogła się skontaktować z nowopoznanymi krewnymi z Polski ze strony rodziny Pycz.
Akt zgonu Ludwika Pycza z 1902 r.
Po indeksacji parafii Jaminy i umieszczeniu indeksów w wyszukiwarce Geneo każdy może z łatwością odnaleźć dane Ludwika i Ignacego Pyczów oraz poznać ich wzajemne relacje rodzinne. Jak się okazuje znalezienie tych powiązań jest możliwe i bez wglądu w księgi metrykalne. Potrzebne są wizyty terenowe, przeszukiwanie cmentarzy, rozmowy z ludźmi. Jest to znacznie trudniejsze niż wpisanie kwerenty w wyszukiwarce, ale i znacznie ciekawsze!
P.S. Historię tę opisywałem już kiedyś na jakiejś stronie w Internecie, ale strona zaniknęła i w niebyt pociągnęła tę moim zdaniem ciekawą historię, którą teraz postanowiłem odtworzyć z wykonanych ponad 12 lat temu zdjęć, maili i własnej, coraz bardziej szwankującej pamięci. Nic nie jest wieczne – warto więc trzymać swoje notatki w kilku kopiach w różnych miejscach 🙂
Otrzymałem właśnie najświeższy, czyli datowany na grudzień 2021 roku, numer miesięcznika „Nasz sztabiński dom”. Czytam tam zawsze teksty o historii regionu i o ludziach powiązanych z regionem. Od kilku miesięcy ukazuje się w tym miesięczniku rubryka „Wydarzenia ubiegłych stuleci”, w której nasza koleżanka, Urszula Zalewska przytacza wyciągi z ciekawych metryk sprzed stuleci, powiązanych z regionem obecnej gminy Sztabin. Moją uwagę przykuła wzmianka o śmierci Marcina Bernatowicza 202 lata temu i właśnie ten kilkuzdaniowy tekst zainspirował mnie do napisania tego posta.
Ów Marcin Bernatowicz (skądinąd wiadomo, że był synem także Marcina, najstarszego znanego z imienia protoplasty rodu Bernatowiczów z gminy Sztabin) zmarł 18 grudnia 1819 roku. U urzędnika stanu cywilnego zgon zgłaszali jego szwagier, Michał Karp, lat 38, gospodarz z Kunichy, oraz Józef Mikucki, lat 26, parobek u tegoż Michała Karpa. Tu mała dygresja. Po raz kolejny widać, że analiza całej metryki daje pełniejszy obraz sytuacji zmarłego. Choć bezpośrednio nie podano nazwiska małżonki Marcina Bernatowicza, to na podstawie podanych danych zgłaszających wiadomo, że pochodziła z Karpów. I to majętniejszych chłopów, skoro posiadali parobka.
Co jest takiego niezwykłego w tej metryce? Otóż czytamy dalej, że „Marcin Bernatowicz, gospodarz mający wieku swego lat około sześćdziesiąt, będąc w drodze przy towarze szklanym i chorując przez dni pięć, umarł w mieście Szczuczynie w domu sławetnego Karola Pożarskiego, cyrulika w Szczuczynie zamieszkałego, pod numerem dwusetnym w ulicy Grabowskiej”. Kościelny akt zgonu spisano 25 grudnia, zapewne w dniu pogrzebu Marcina. Fantastyczny zestaw informacji o okolicznościach śmierci! Nie dość, że wiemy czym zajmował się Marcin Bernatowicz, to wiemy jak długo chorował, u kogo zmarł, a także ile czasu trwał transport ciała z powrotem do miejsca jego zamieszkania, czyli do wsi Kunicha koło Sztabina. Dalej musimy uruchomić trochę wyobraźni i połączyć fakty z metryki z innymi faktami historycznymi, a zwłaszcza z postacią hrabiego Karola Brzostowskiego.
Karol Brzostowski, właściciel majątku Cisów, przyjął i zrealizował nową myśl – uprzemysłowienia gospodarstwa wiejskiego. Zdając sobie sprawę z tego, że inaczej dochodów nie osiągnie, oraz korzystając z miejscowych bogactw naturalnych postanowił rozwinąć działalność przemysłową. Już w1819podpisał umowę zmajstrem kunsztu wyzwolonego fabryk huty szklanej, zamieszkałym w królestwie pruskim Gustawem Uklańskim o budowę i wydzierżawienie manufaktury szklanej w Koziej Szyi53Tak więc urządził Brzostowskihutę szkła zwyczajnego o pół mili od Cisowa, a gdy dzierżawca nie umiał wyjść na swoje i w przeciągu roku zbankrutował, Brzostowski wciągnięty znacznym nakładem, musiał fabrykę sam dalej prowadzić.
Brzostowski sprowadził książki techniczne i wyuczył się na hutnika. Po kilku latach manufaktura zaczęła przynosić poważne dochody. Stała się znaną ze swych wyrobów nie tylko w Królestwie, lecz i w guberniach zachodnich carskiej Rosji. Szklana manufaktura stała się zaczątkiem osady fabrycznej zwanej Hutą Sztabińską. Zabudowania huty wystawiono w latach1819-1820i składały się one z hali huty, prostowni tafel szklanych, tłuczarni, potażni, magazynu wyrobów szklanych. Hala huty była jedną z największych w wówczas w Polsce, natomiast powierzchnia wszystkich budynków przemysłowych tej manufaktury nie ustępowała najsłynniejszym obiektom tego typu w kraju i w Imperium Rosyjskim. Wszystkie zabudowania wzniesiono z drewna na fundamentach kamiennych.
Prężnie działająca huta dawała zajęcie okolicznej ludności, czego przykładem jest choćby wymieniony akt zgonu Marcina Bernatowicza. Był on rolnikiem i nie zajmował się handlem wyrobami szklanymi. Okres zimy to czas zmniejszonej intensywności prac gospodarskich i prawdopodobnie najmował się do przewożenia transportu gotowych wyrobów do większych ośrodków miejskich, skąd były rozprowadzane w głąb Królestwa Polskiego i dalej, za granicę. Niewątpliwie Szczuczyn należał do takich miejsc. Było to miasteczko zamieszkałe w większości przez Żydów, którzy licznie trudnili się handlem.
Handlem wyrobami szklanymi zajmowali się również Żydzi z najbliższego Sztabina, i to bardzo licznie. To również widać po szybkiej analizie metryk z ówczesnej gminy krasnoborskiej w wyszukiwarce Geneo. Jeśli w polu „Szukaj dowolnego tekstu” wpiszemy ciąg znaków „szkł” (odpowiadających fragmentom wyrazów: szkłem, szkła, itp.) otrzymamy pokaźną listę osób wyznania mojżeszowego pochodzących niemal wyłącznie ze Sztabina:
Niestety Żydzi byli notowani we wspólnych dla wszystkich grup wyznaniowych metrykach cywilnych tylko w latach 1808-1825 i tylko te metryki, wraz z towarzyszącymi im szczegółowymi informacjami o profesjach, zostały zachowane i zindeksowane.
Rozwój miejscowości skończył się wraz ze śmiercią Karola Brzostowskiego w 1854 roku. Od tej pory zakłady przemysłowe zaczęły upadać, a mieszkańcy wsi zajęli się głównie rolnictwem. Na mocy testamentu Brzostowskiego uwłaszczono tam 53 rodziny na 499 morgach ziemi, co czyniło Hutę jedną z największych miejscowości w okolicy. Jednak w wyniku upadku przemysłu wiele rodzin wyjechało stamtąd i tym należy tłumaczyć brak wzrostu liczby mieszkańców po 1854 roku, a nawet spadek. W 1880 roku we wsi Huta Sztabińska notowano 47 domów i 450 mieszkańców.
Podobno po dziś dzień na polach, które znajdują się w miejscu dawnych zabudowań fabrycznych Brzostowskiego, można wyorać fragmenty jego szklanych wyrobów. Co jakiś czas zdarzają się całe, nienaruszone butelki mające dziś już niemal 200 lat. Kilka z nich znajduje się w Muzeum Ziemi Sztabińskiej oraz w prywatnych kolekcjach mieszkańców regionu.
No to dzisiaj coś, co rzeczywiście można nazwać genealogicznym znaleziskiem dnia. Akt zgonu znaleziony w księdze zgonów z Augustowa z lat 1875-1882, którą obecnie uzupełniam do formatu JZI.
Podpis ks. Michała Pożarowskiego znajdziemy pod wieloma metrykami z Augustowa. Urodził się w 1822 roku i wieku 28 lat został wikariuszem w Augustowie, by w latach 1858‑1881 sprawować urząd proboszcza i dziekana augustowskiego, który objął po swoim wuju Antonim Jaskowskim.
Istotnie przyczynił się do rozwoju parafii augustowskiej. W roku 1861 uzyskał pozwolenie na rozebranie i pobudowanie nowych budynków plebańskich, w których uwzględniono także budowę „domu mieszkalnego dla dziadów”. Jednak w aktach z lat następnych opisujących nowe zabudowania nie spotykamy wyraźnej wzmianki o istnieniu szpitala. Można tylko przypuszczać, że w domu służby kościelnej mogło być pomieszczenie przeznaczone dla ubogich. W akcie wizytacyjnym z 1873 r. umieszczono adnotację, iż parafia Augustów szpitala nie posiada.[1]
Okres jego pasterzowania przypadł również na trudny czas. Władze carskie rozwiązały kościół unicki, a jego wyznawców siło starano się przenieść do obcego im kościoła prawosławnego. Powszechnie, nie tylko pod wpływem przymusu, ale i chęci przypodobania się władzom, donoszono na sąsiadów i księży nieposłusznych rządowym wytycznym. Polecenia donosicielstwa nie ominęły ks. Pożarowskiego. Dnia 3 lipca 1875 r. ksiądz Pożarowskiinformuje biskupa sejneńskiego, że rządowa władza administracyjna wymaga od kapłanów, aby w konfesjonale żądali od swych penitentów osobistej książeczki legitymacyjnej, by przekonać się z niej, jakiego są wyznania.
W roku 1873 ks. Michał Pożarowski oceniał stan moralny parafian augustowskich w sposób następujący: „Prowadzenie się parafian w ogólności można powiedzieć jest przyzwoite i moralne, [ludzie] są chętni w spełnianiu obowiązków religijnych. Wprawdzie pomiędzy nimi znajduje się kilkanaście osób z wyższej klasy lekceważących posty nakazane przez Kościół i rzadko uczęszczających w dni świąteczne i niedzielne na nabożeństwa. Znajduje się także kilkanaście osób oddających się nałogowi pijaństwa mimo zaprowadzonej wstrzemięźliwości, są i tacy w niewielkiej liczbie osób, niewstrzemięźliwe życie prowadzący pod względem czystości. I nareszcie z klasy biedniejszej niektórzy oddają się Żydom do posług w szabasy.”[1]
Ks. Michał Pożarowski umiera 17 kwietnia 1881 roku. Trzy dni później jego zgon zgłaszają: Antoni Jaskowski, 65 lat, z Klimaszewnicy (zapewne krewny zmarłego), Franciszek Dobecki, 52 lata, miejscowy organista. Z metryki zgonu dowiadujemy się też, że urodził się w miejscowości Guzy w guberni grodzieńskiej w rodzinie zmarłych Augustyna i Katarzyny z d. Jaskowskiej. Akt podpisuje ks. Wawrzyniec Włostowski, późniejszy proboszcz parafii Jaminy. Został pochowany na augustowskim cmentarzu wspólnie ze swoim poprzednikiem, a jego nagrobek w dobrym stanie zachował się do dziś. Niedawno został poddany renowacji.
Grób księży Antoniego Jaskowskiego i Michała Pożarowskiego. Zdjęcie pochodzi ze strony mogily.pl
[1] Akapit pochodzi z przygotowanej do wznowienia przez wydawnictwo JZI książki „Z dziejów chrześcijaństwa w Augustowie”.
Jeśli uważasz, że informacje zawarte na tej stronie są wartościowe, rozważ przekazanie dotacji w dowolnej wysokości. Każda suma wspomoże dodawanie nowych indeksów.
Konto: 37 1600 1462 1834 7686 6000 0001 w BGŻ BNP