Opublikowano Dodaj komentarz

Zapracowany ksiądz

Jako członek Jamińskiego Zespołu Indeksacyjnego indeksuję sporo ksiąg metrykalnych i weryfikuję indeksy stworzone przez innych, podobnych do mnie wolontariuszy[1]. Czasami jest to dość nużący proces – wydaje się, że kolejna metryka jest podobna do poprzedniej. Poszukuję więc motywacji do tego co robię i najczęściej znajduję ją w tym co robię.

Indeksacja JZI

Format indeksacji stosowany przez JZI, czyli wypisywania z metryki wszystkich istotnych dla genealoga informacji, włącznie z pozoru nieistotnymi, jak np. świadkowie, chrzestni, dopiski czy po prostu data sporządzenia wpisu do księgi, jest procesem czasochłonnym. Wiele osób zadaje mi pytanie, po co tak szczegółowo indeksować. Lepiej wypisać podstawowe informacje z metryki, a indeksować szybciej i więcej – argumentują. Częściowo zgadzam się z takim podejściem, ale gdy początkujący genealog zbuduje już drzewo swoich przodków i pozostanie w nim pasja badania historii rodziny, zaczyna drążyć głębiej. Zaczyna go interesować nie tylko rok urodzenia i zgonu oraz czyim dzieckiem był przodek, czy dalszy krewny, ale też czym się zajmował, jak żyli ludzie w jego wsi lub miasteczku, ile płacili za pogrzeb czy z kim ucztowali na chrzcinach czy weselach. Budujemy w ten sposób obraz świata zaginionego, często osadzonego już tylko w wyobraźni, podpartej nieco literaturą, historycznymi filmami, ale też mocno zakotwiczonego w odnalezionych dokumentach.

W tym artykule chciałbym się skupić na jednej parafii, na jednym stuleciu i na jednym aspekcie związanym z rozszerzoną indeksacją JZI. Chodzi mi mianowicie o datę wpisu aktu zgonu do księgi. Informacja pozornie nieistotna, ale można ją wykorzystać do ciekawej analizy.

Analiza

Analizę oparłem na danych z parafii Bargłów od roku 1808 do końca XIX wieku. Za ten okres istnieją wszystkie księgi zgonów i wszystkie zostały już zindeksowane w formacie JZI. Oznacza to, że z danych można wyekstrahować datę wpisu do księgi i jest zachowana ciągłość tych danych[2]. Przeanalizowałem częstość wpisów zgonów do księgi i wyraziłem ją w godzinach. Innymi słowy, jeśli danego dnia dokonano 3 wpisów, oznacza to, że wystąpiły co 8 godzin. Jeśli kolejne wpisy następowały dzień po dniu – oznaczało to, że odstęp między nimi wyniósł 24 godziny. Wiemy jednocześnie, że zapisujący metryki to też człowiek i nie pracował przez 24 godziny na dobę. Założyłem, że ksiądz mógł być aktywny i pełnić swoją posługę przez 16 godzin na dobę. A więc po normalizacji, jeśli były wykonane cztery wpisy dziennie, to oznaczało, że co 4 godziny ksiądz zapisywał zgon.

Dane wynikowe nazwałem tak jak tytuł tego artykułu, czyli „Zapracowany ksiądz”. Na wykresie przedstawiłem dane uśrednione. Dzięki uśrednieniu udało się zlikwidować kilka drobnych luk związanych z brakiem pojedynczych metryk, a także nieco wygładzić wykres. Ujemną stroną uśredniania jest utracenie faktycznych minimów, ale ogólny obraz nie został utracony.

Interpretacja danych

W jaki sposób interpretować dane? Gdy wykres zbliża się do osi poziomej, mamy do czynienia z bardzo częstymi zapisami w księdze zgonów. Jednym z logicznych uzasadnień jest wysoka umieralność w danym okresie spowodowana wybuchem epidemii na danym obszarze. Można więc prześledzić występowanie tego typu nieszczęść prześladujących lokalną społeczność na przestrzeni XIX wieku. Drugą przyczyną może być udział miejscowej ludności w konfliktach zbrojnych. Tego wątku nie chciałbym tutaj szerzej rozwijać, bo oddziały powstańcze były mobilne, a ich skład był różnorodny. Ci, którzy zginęli lub zmarli z ran chowani byli w bezimiennych mogiłach, a jako nieznani nie byli wpisywani do ksiąg metrykalnych.

Gdy wykres z kolei oddala się od osi poziomej mamy do czynienia z rzadszymi zgłoszeniami zgonów. Przyczyny mogą być co najmniej dwie. Po zakończeniu epidemii liczebność lokalnej społeczności spadła na tyle, że nawet przy typowej umieralności w liczbach bezwzględnych zgonów zgłaszano mniej. Drugą przyczyną może być czasowa nieobecność księdza na plebanii, a zgony mogły być zgłaszane z opóźnieniem, w sąsiedniej parafii lub niezgłaszane wcale[3].

Warto również zaobserwować ogólny trend. Przez większą część XIX wieku liczba ludności parafii Bargłów wzrastała, a więc wzrastała również częstość zgłoszeń zgonów. Dopiero w końcówce tego okresu stan zdrowotny społeczeństwa zaczął się nieco poprawiać i widać wyraźny spadek w częstości zgłaszania zgonów.

Epidemia cholery w 1873

Przyjrzyjmy się bliżej dekadzie 1870-1880. Rok 1873 naznaczony został epidemią cholery, która szczególnie w zaborze rosyjskim i austriackim zbierała ogromne żniwo. Na wykresie (powiększono dekadę lat 70-tych XIX wieku) wyraźnie widać, że na terenie parafii Bargłów cholera szalała we wrześniu i październiku 1873. Z analizy poszczególnych metryk za te miesiące widać, że rejestrowano nawet do 5 zgonów dziennie. Uśrednianie co prawda wygładza wykres i likwiduje tak skrajne wartości, ale minimum jest wyraźnie naznaczone. Pół roku później ilość zgonów wyraźnie spada – lokalna społeczność została już mocno przerzedzona – co pokazuje maksimum wykresu przypadające na lato następnego roku.

Co dalej?

Podobną analizę można rozszerzyć na inne parafie, które mają komplet (lub prawie komplet) ksiąg metrykalnych za badany okres. Porównując miejsca minimów wykresu da się określić przebiegi epidemii w czasie i przestrzeni – na jakim obszarze pojawiały się w pierwszej kolejności, a na jakim epidemia zakończyła śmiertelne żniwo.

Znacznie trudniejsza jest analiza w ramach jednej parafii, ale z podziałem na poszczególne wsie. Trudna ze względu na to, że niektóre wsie były małe, a zatem i ilość danych do analizy może być niereprezentatywna. Jednak dla największych wsi danej parafii taka analiza jest jak najbardziej możliwa i może dać ciekawe wnioski.

Zakończenie

Indeksacja JZI daje szerokie możliwości analizy danych dla całej parafii oraz dla całego regionu, którym się zajmujemy. Przedstawiono tu tylko jeden drobny przykład, który można dalej rozszerzać, analizując na przykład, które grupy wiekowe zostały najbardziej dotknięte epidemiami, z jakich miejscowości, jak to wpłynęło na status społeczny tych, którzy epidemię przetrwali itp.

Nieustająco zachęcamy do udziału w indeksacji oraz do dzielenia się spostrzeżeniami, które w trakcie tej pracy się pojawiają.


[1] Więcej o indeksacji i weryfikacji można przeczytać w artykule „Czym jest indeksacja akt metrykalnych

[2] Poza pojedynczymi stronami, które zostały wyrwane z ksiąg lub przez nieuwagę nie zostały sfotografowane.

[3] Zanim zaczęto zakładać przykościelne cmentarze, zmarłych grzebano w tzw. mogiłkach. Później parafianie mieli obowiązek chowania zmarłych na cmentarzach zarządzanych przez władze kościelne. Tradycja chowania na mogiłkach była kultywowana na niektórych obszarach jeszcze pod koniec XIX wieku, a jako, że była nielegalna, zmarłych pochowanych w ten sposób nie zgłaszano do ksiąg.

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Wspomnienia o moim Tacie, Ludwiku Bykowskim

Ludwik Bykowski w 1950 r.

Ludwik Bykowski w 1950 r.
Ludwik Bykowski w 1950 r.

„Nie umiera ten, kto jest w pamięci i w sercach, bo pamięć jest silniejsza niż śmierć”

Gdy zaproponowano mi napisanie wspomnień o  moim Tacie, w pierwszym odruchu chciałem odmówić. Jak bowiem sięgnąć pamięcią kilkadziesiąt lat wstecz? Jak z mgły wspomnień wyłowić to co jest prawdą, faktem, który zaistniał w rzeczywistości, a nie jedynie moim wyobrażeniem, powstałym z informacji uzyskanych znacznie później, z relacji innych osób? Spojrzenie małego chłopca na swego Ojca jest z natury rzeczy inne, niż dorosłego człowieka, a do tego trudno zdobyć się na chłodny obiektywizm, bo przecież pamięć Ojca to też i moje własne przeżycia, moje dzieciństwo, młodość, a również i chwila obecna. Wspomnienia to nie tylko fakty zapamiętane, to również – a może przede wszystkim – sfera przeżyć wewnętrznych, uczuć intymnych, o których niezręcznie opowiadać osobom postronnym. Zadanie więc wydawało mi się zbyt trudne. Po zastanowieniu się, a i ulegając namowom osób bliskich Tacie, zdecydowałem się podjąć próbę. Chcę tu przedstawić postać mego Taty widzianą oczami dziecka, a później, w miarę upływu czasu, dorosłego człowieka. Chcę pokazać Go jaki był w domu, wśród rodziny, jak żył na co dzień, czym żył, jak mieszkał i czym się interesował. Wybaczcie mi, jeżeli to co przeczytacie nie będzie w zgodzie z relacjami innych osób, a może i będzie niezgodne z Waszym wyobrażeniem o znanym  nauczycielu. Będą to wspomnienia o zwykłym życiu niezwykłego człowieka…

Kiedy myślę o moim Tacie, to zawsze widzę w nim mistrza ogrodnika. Nie ma w tym nic wyjątkowego, często tak postrzegamy nauczyciela, jego rolę w procesie wychowania młodych ludzi, właśnie poprzez analogię do ogrodnika i jego roślinek. Na pewno spotkaliście  na swojej drodze różnych nauczycieli. Niektórzy byli pasjonatami, którym towarzyszył błysk w oku i sprężysty krok, gdy zajmowali się tym, co naprawdę kochali. Byli też tacy, którzy zamiast podlewać swoje rośliny, nieświadomie je niszczyli, bo nie wiedzieli co jest w nauczaniu naprawdę ważne. Nauczyciel wskazuje najszybszą drogę do celu, ale nie pójdzie nią za Ciebie. Podobnie jak ogrodnik, nauczyciel nie może sprawić, ani zagwarantować, że roślina rozkwitnie i wyda owoce, jednak może stworzyć najlepsze możliwe otoczenie.

Trud i pracę nauczycieli właściwie oceniamy dopiero po latach, kiedy sami nabierzemy już życiowych doświadczeń. Zdajemy sobie sprawę, że ich wysiłki są duże, zaangażowanie wielkie, a efekty… na nie trzeba będzie poczekać. Zawsze zadawałem sobie pytanie, co zadecydowało, że tata dokonał tak wiele w swoim życiu, czy to związana z jego osobą wielka pracowitość, czy też olbrzymi upór były decydujące, że osiągnął tak wiele? Fizycznie był wątłym mężczyzną, w sumie raczej delikatnej, niezbyt mocnej budowy, ledwie średniego wzrostu. Natomiast jego wiedza, bezkompromisowość, zdolność do łączenia ludzi i kierowania nimi oraz ciągłe dążenie do wyznaczonego celu stały w wielkiej sprzeczności z jego wyglądem fizycznym. Nie sposób więc pominąć krótkiego życiorysu tak pozytywnej postaci.

Mój Tata, Ludwik Bykowski

urodził się 5 lutego 1928 r. w Łumbiach k/Sejn. Dawne dzieje rodziny Bykowskich nie są mi dokładnie znane, wiem tylko, że pradziadek Jerzy Bykowski  przybył do Łumbi ze wsi Krejwińce pod koniec XIX w. Podobno w ciągu swojego życia trzykrotnie był w Ameryce, gdzie zarobił na kupno gospodarstwa rolnego, a potem kupił je od Pietranisa, który swój majątek przepił. Jerzy ożenił się z Józefą Sławińską z Sumowa, której matka pochodziła z Widugier, z rodziny Gudziewskich i była narodowości litewskiej. Ich  syn, a mój dziadek Stanisław w 1927 r. ożenił się ze Stefanią ze Staniewiczów z Sumowa. Dziadek był człowiekiem niewykształconym, nie umiał pisać i czytać, natomiast babcia Stefania jak najbardziej i to ona przywiązywała dużą wagę do wykształcenia synów.

Synów było czterech, czterech „Ludwiczków” jak mówi moja mama. Bo i mój Tata najstarszy był w tej gromadce, a za nim Józef (1929), zawsze nazywany Ziutkiem, Stanisław (1931) i Romuald (1933).

I żyli tak razem: Stanisław ze Stefanią, babka Józefa, Teofila (siostra Stanisława) oraz chłopcy: Ludwiś, Ziutek, Stach i Romek; w zgodzie i bez większych nieporozumień. Matka zajmowała się głównie wychowaniem synów, a ojciec, ciocia Teofila i parobek pracowali na gospodarce. W czasie zimy kobiety przędły len, a w lecie surowe tkaniny były moczone i wybielane na słońcu. Natomiast babka Józefa zajmowała się głównie przędzeniem wełny. Gospodarstwo było zasobne i dobrze wyposażone, zaraz w pierwszych latach po I wojnie światowej kupiony został kierat, maszyna do młócenia tzw. targanka, wialnia – arfa do czyszczenia zboża, a ręczną sieczkarnię zastąpiono sieczkarnią na kierat. Natomiast do uprawy roli, oprócz pługa i bron, dokupiono kultywator, tzw. drapak oraz dwuskibowy pług.

Ludwik, jako najstarszy, najbardziej pomagał rodzicom, najczęściej poganiając konie w kieracie w czasie młocki lub przy sporządzaniu sieczki. Corocznym zwyczajem było, że 1. lutego wszyscy jeździli do Sumowa do rodziców Stefanii, na imieniny dziadka Ignacego, syna Ludwika. Ojciec Ludwika Staniewicza, a prapradziadek Ludwika Bykowskiego – Maciej Staniewicz pochodził ze szlacheckiego rodu z Wileńszczyzny. W dzieciństwie Ludwik często latem przebywał u dziadka Ignacego. Razem jeździli w pole, nad jezioro, razem pracowali, razem łowili ryby i razem odpoczywali. Dziadek miał duży sad, w którym rosły różne odmiany jabłek, gruszy, czereśni, porzeczek, agrestu i wiśni. Dziadek Ignacy bardzo znał się na sadownictwie i to on zasadził wiele drzew owocowych i krzewów w Łumbiach u moich dziadków, a rodziców Ludwika. Myślę dzisiaj, że to właśnie dziadek Ignacy miał największy wpływ na Ludwika, ale o tym później…

Swoją przygodę ze szkołą Ludwik rozpoczął od szkoły podstawowej w Klejwach. Była to jedyna  4. klasowa szkoła w okolicy, do której uczęszczało się 7 lat: do klasy I – 1 rok, do klasy II – 1 rok, do klasy III – 2 lata, a do klasy IV – 3 lata. W 1938 r., gdy Ludwik ukończył  trzecią klasę, dziadek Ignacy „załatwił” przyjęcie go do klasy czwartej, ale już do szkoły w Sejnach. Nie było to proste, gdyż dzieci ze wsi z zasady nie były tam przyjmowane. Do Sejn było około 6 km i chodziło się tam pieszo, za wyjątkiem zimy, kiedy Ludwiś mieszkał u wujka Ludwika Staniewicza, właściciela restauracji (!).

1 września 1939 r.

wybuchła II wojna światowa. Nikt nie był na to przygotowany, przez pierwsze dni było cicho i spokojnie, utrzymywała się piękna, letnia pogoda, kobiety wyrywały len, tylko czasami gdzieś przeleciał samolot… Niestety, rozpoczął się pobór mężczyzn do wojska, a po kilku dniach wkroczyli Niemcy, którzy następnie wycofali się i 17 września 1939 r. do Sejn wkroczyły wojska radzieckie. Po kilku dniach z kolei Rosjanie wycofali się, znów wkroczyli Niemcy i rozpoczęła się okupacja niemiecka. Szkoła została zamknięta, więc Ludwik zaczął uczyć się sam. W nauce pomagał mu kolega i sąsiad Czesław Nazarek. Był on starszy od Ludwika o 4 lata, miał skończoną przed wojną szkołę podstawową, ale chętnie pomagał młodszemu koledze, przynosił podręczniki do nauki i książki, które wypożyczał  od dziedziców, Dochy w Łumbiach i Borewicza w Klejwach.

W czasie okupacji obowiązkiem wszystkich było pomaganie Niemcom. Ludwik w  zastępstwie ojca pracował przy żniwach w majątku w Klejwach, którym zarządzał Niemiec. Natomiast zimą jeździł też do Radziuszek odśnieżać i odkopywać drogę. W wolnych chwilach dzieciaki jeździły na sankach i nartach, które Ludwiś, tak jak i inni chłopcy, miał zrobione z pnia brzozowego. Mimo okupacji, w latach 1941– 1943 młodzież zbierała się w niedzielę u Ludwika Falkowskiego, który miał akordeon na pedały. On grał, a koledzy tańczyli i bawili się.

22 czerwca 1941 r. mieszkańców Łumbi obudził odgłos wystrzałów armatnich, rozpoczęła się wojna między Niemcami i Związkiem Radzieckim. Opowiadano, że wiatr przyniósł z Litwy spalone karki papieru, były to kartki z książek i fragmenty dokumentów biurowych z Łoździej oraz Mariampola. 29 czerwca 1944 r. Ludwik otrzymał nakaz stawienia się do Suwałk na komisję poborową, kierującą do pracy na rzecz Niemców. Przydzielono go do pracy w tartaku w Suwałkach, a w połowie lipca, gdy wrócił z pracy, na kwaterze zastał mamę, która przyszła po niego i powiedziała „uciekajmy do domu, bo już blisko front”. Już pewnie nigdy się nie dowiem, w jaki sposób udało im się wydostać, w każdym razie pieszo wyruszyli w kierunku do Sejn. W Krasnopolu spotkali żandarma, pozdrowili go po niemiecku, a kiedy odeszli kilka metrów, matka rzekła do Ludwika „ofiarowałam Ciebie Pańskiemu Przemienieniu, którego odpust przypada na 6 sierpnia w Krasnopolu, to nas uchroniło”…

Poszli dalej, a po minięciu Pawłówki skręcili przez pola do wujka Feliksa Rutowicza, u którego Ludwik został, a matka wróciła do domu. U wujka spędził kilka dni, w dzień ukrywał się w lesie, a w nocy w ziemiance za budynkami. Front zbliżał się coraz bardziej, coraz więcej było wojsk niemieckich i ukraińskich, Ludwik przeniósł się więc do Konstantego Rutowicza, ale i tam nie było bezpiecznie, więc uciekł do lasu. Udając, że przewiązuje krowy dotarł do niego i w krzakach, w podmokłym terenie spędził noc. Następnego dnia w południe zdecydował się wrócić polnymi ścieżkami do domu, do Łumbi. Gdy doszedł nad jezioro w Stabieńszczyźnie, niespodziewanie natknął się na ludzi pędzących krowy z Litwy w obstawie żandarmów. Żandarmi nie wiedząc, że mają przed sobą uciekiniera, zagonili go do pomocy. Razem doszli do Skustel i dalej do Krasnopola, już w lesie  Ludwik chciał uciec, ale bał się, bo żandarmi zbyt dobrze pilnowali… W Krasnopolu zarządzono postój i odpoczynek. Wśród grupy pomagających był niemy mężczyzna z Romanowiec, którego Niemcy zwolnili do domu. Ludwikowi udało się jakoś dogadać z Niemcami, którzy zgodzili się, żeby odprowadził mężczyznę do domu. Szli bardzo wolno, słońce zachodziło, aż doszli  do lasu na rozwidleniu dróg do Romanowiec i Michnowiec, gdzie rozstali się. Ludwik poszedł dalej sam i o zmroku był w Łumbiach. Pierwszą noc spędził w krzakach, następnego dnia zrobił sobie kryjówkę w stodole w sianie, do której wchodził przez dziurę zrobioną pod fundamentem. Romek jako najmłodszy i najmniejszy przynosił mu śniadania i obiady, a wieczorem Ludwik na krótko opuszczał kryjówkę i jadał kolację w domu, z rodziną.

Front był coraz bliżej, słychać było strzały armatnie, coraz częściej latały samoloty. 31 lipca 1944 r. artyleria wkroczyła od wschodniej części wsi, a wieczorem 1. sierpnia strzały ucichły, jedynie całą noc było słychać, jak wojsko jechało w kierunku Klejw. Następnego dnia z rana, do wsi nadciągnęły tabory wojskowe Sowietów i rozłożyły się pod drzewami w sadzie Bykowskich. Po południu nastąpił ostrzał armatami od strony Klejw, po kilku dniach ucichło, słychać było tylko pojedyncze strzały na zachodzie. Front zatrzymał się na linii Wigier i nastąpił spokój do połowy października. Ojca w tym czasie nie było, w lipcu zabrany został przez Niemców do kopania okopów. Pozbawieni ojca Ludwik i Ziutek kosili zboże, w pracach jak mogli pomagali im Stach i Romek oraz matka, ciotka Teofila i babka Józefa. W „Borku” pod Sejnami stacjonowało wojsko sowieckie, żołnierze przyjeżdżali do wsi i pomagali w zwózce zboża, za co dostawali żywność. Front ciągle stał na Wigrach, a ojca dalej nie było…

Tymczasem we wsi zrodziła się myśl o organizacji szkoły. Przed wojną szkoła mieściła się we dworze dziedzica Dochy, który teraz zajęty był przez żołnierzy, wobec czego naukę  zorganizowano tymczasowo w domu Bykowskich, a nauczanie rozpoczęła przedwojenna nauczycielka, Janina Kasperowicz. 23 października 1944 r. Suwałki zostały wyzwolone, a gdy front przesunął się dalej na zachód, w listopadzie wrócił ojciec Ludwika, bardzo brudny i zawszony. Radość z jego powrotu była ogromna i rozpoczął się nowy okres życia. Niestety, nie działo się dobrze. Nie dość, że ojciec postrzegany jako kułak, był gnębiony przez władze komunistyczne, to domostwo nachodziły różne bandy i zmuszały do ukrywania ich i żywienia. Na wiosnę 4 kwietnia 1952 r. wykryto jedną z band i nastąpiły aresztowania. Ojciec Ludwika został aresztowany jesienią 1952 r. i otrzymał trzyletni wyrok. Spędził w więzieniu  trudne 1,5 roku, a był słabego zdrowia i mało odporny psychicznie. Ciężary prowadzonego śledztwa wpłynęły na pogorszenie zdrowia tak, że pozostałe mu lata życia, spędził  całkowicie zależny od opieki Ziutka i jego żony Zofii, którzy pozostali na gospodarstwie w Łumbiach.

W styczniu 1945 r. szkoła w Łumbiach od Bykowskich została przeniesiona do dworku Dochy. Tymczasem w Sejnach powstała szkoła średnia– gimnazjum i liceum. Koledzy rozpoczęli naukę już w 1944 r. bez Ludwika, który musiał za nieobecnego ojca pracować na gospodarstwie. Wystraszony poszedł do szkoły dopiero 1 września 1945 r., wprawdzie ukończył 4 klasy przed wojną i dodatkowo uczył się sam w czasie okupacji, ale trzeba było zdać egzamin do gimnazjum. Z matematyki dostał dwóję, ale mimo to został przyjęty z poprawką, którą oczywiście później zdał i to nad podziw dobrze…

Tak jak przed wojną, do szkoły chodziło się pieszo lub jeździło rowerem. Natomiast zimą rodzice wynajmowali kwaterę u Piotrowskiej lub Przeorskiej, gdzie Ludwik mieszkał z braćmi, Stanisławem i Romualdem, a gotowała im ciotka Teofila. Stach i Romek pamiętają, jak Ludwik troszczył się o nich, pomagał w lekcjach, był bardzo cierpliwy i wyrozumiały. Bracia większość czasu spędzali ze sobą, a jak powiedział Konfucjusz „Kto nabytą wiedzę pielęgnuje, a nową bez ustanku zdobywa, ten może być nauczycielem innych”. Nie dziwi więc, że bliskość pomiędzy braćmi, takie samo podejście do życia, wychowanie i ambicje wyniesione z domu, w przyszłości spowodowały wybór tej samej nauczycielskiej drogi…

W czasie okupacji i w pierwszych latach powojennych Ludwik przyjaźnił się z Czesławem, Janiną i Reginą Nazarek, z Jerzym i Ireną Wojtyra, z Aleksandrem i Teodorem Piotrowskimi, Wacławem, Janem, Edwardem i Marianem Kruszyłowicz, Hieronimem, Alfonsem i Stanisławem Półboczkami, Józefem i Heleną Tomczyk, Luśką Falkowską, Henrykiem Gniazdowskim. W niedzielę grali w siatkówkę, a wieczorem zbierali się na potańcówkach u Juliana Szarejki. Jeden z kolegów, Marian Kruszyłowicz wstąpił później do seminarium do Niepokalanowa, a po latach został biskupem.

Natomiast w szkole średniej najbliższym kolegą Ludwika był Wiktor Winikajtis z Nowosad. Wiktor był zdolny i pracowity, przepięknie malował, rzeźbił i bardzo dobrze się uczył, na samych piątkach. Ukończył gimnazjum, ale do liceum nie poszedł, bo chciał iść do seminarium. Niestety, jego matka nie wyraziła na to zgody, pragnęła bowiem, aby został na gospodarce, chociaż później nic nie wyszło z jej planów, bo zaprotestowali ojczym i siostra Wiktora. Winikajtis nigdy się nie ożenił się i zamieszkał w Wigrach przy kościele, cały czas prowadząc pustelniczy tryb życia. W klasztorze w Wigrach ciągle wiszą obrazy przez niego malowane. Został kościelnym, sprzątał klasztor i oprowadzał wycieczki po zespole kamedulskim, aż zmarł na zawał serca na Sylwestra 1994 roku. Został pochowany na cmentarzu w Wigrach, a społeczność wigierska wystawiła mu piękny pomnik.

W czasach Ludwika gimnazjum było czteroletnie, a liceum dwuletnie. W ciągu roku Ludwik zaliczył dwie klasy, a po ukończeniu gimnazjum zdał  tzw. małą maturę, a następnie  egzamin do liceum, do klasy o profilu chemicznym, która w tym czasie, jak i cała szkoła mieściła się w budynku Pietruszkiewiczów (a wcześniej w klasztorze). W maju 1949 roku Ludwik zdał maturę, a po otrzymaniu świadectwa maturalnego stanął na rozdrożu, czy uczyć się dalej, czy iść do wojska? Bardzo chciał studiować ogrodnictwo, ale szkoła która go interesowała, była zbyt daleko, bo aż w Puławach. Jedynym sposobem uniknięcia służby wojskowej było zostanie nauczycielem. Napisał więc podanie do Inspektoratu Oświaty w Suwałkach o przyjęcie do pracy. Został przyjęty i skierowany na dwutygodniowy kurs do Białegostoku, a po kursie zatrudniony w Szkole Podstawowej w Żwikielach. Szkoła mieściła się u gospodarza Zdanisa, nie posiadała żadnej dokumentacji, oprócz spisu uczniów i ich ocen. Wieczorami Ludwik prowadził kurs dla osób starszych, nie umiejących pisać i czytać. Jesienią i wiosną dojeżdżał  rowerem, a zimą mieszkał u Zdanisa. Po roku pracy, na własną prośbę został przeniesiony do 6. klasowej Szkoły Podstawowej w Czarnem, 10 km od Filipowa. Pracowało tam dwoje nauczycieli, w tym Eugenia Kierun z Suwałk. Mój Tata całe życie wspominał, że do Czarnego droga była okropna, błotnista, górzysta i kamienista, ale okolica była przepiękna…

Stryj Romek z rozrzewnieniem wspomina, jak Ludwik ze swoich poborów kupił do rodzinnego domu radio na baterie. Ach, co to była za radość! Kiedy nadawano muzykę, Romek otwierał nawet okno, żeby muzyka dolatywała do sąsiadów: „niech wiedzą, że mamy radio”.

18 kwietnia 1948 r.

w niedzielę, przy kapliczce w Łumbiach, Ludwik poznał Sabinę Stefańską z Kielczan, swoją przyszłą żonę. Spotkali się przypadkowo, ale szybko zaczęła  rodzić się przyjaźń. W 1951 r. Sabina ukończyła Szkołę Handlową i otrzymała maturę, a 11 lipca 1951 r. w środę o godz. 17.00 w kościele w Sejnach młodzi wzięli ślub. Wesele było huczne i długie, u  Stefańskich trwało całą noc aż do popołudnia w czwartek, następnie pojechali do Łumbi i tam bawili się do południa w piątek. Dopiero 13 sierpnia pojechali  rowerami do Krasnopola, aby w Urzędzie Stanu Cywilnego spisać akt małżeństwa.

Z dniem 1 września 1951 r. już razem, rozpoczęli pracę  w Szkole Podstawowej w Czarnem (70 km od Łumbi) razem z Romualdem Konewko. Szkoła mieściła się w trzech różnych budynkach, a ponadto do dyspozycji był również duży barak, gdzie urządzano imprezy artystyczne i zabawy taneczne. Młodzi małżonkowie otrzymali poniemieckie mieszkanie, a ich niewielki dobytek przywiózł furmanką ojciec Sabiny. W czasie wakacji, przez cały lipiec Sabina i Ludwik Bykowscy w celu zdobycia formalnych uprawnień do pracy w szkole, jeździli do Augustowa na kurs pedagogiczny, a zaledwie 2 dni po jego ukończeniu, 2. sierpnia 1952 r. o godz. 21.30 urodził się ich pierworodny syn – Grzegorz.

Rodzina powiększyła się i Inspektorat w Suwałkach przeniósł ich z dniem 1 września 1952 r. do Szkoły Podstawowej w Ogrodnikach. Rok później 1. września 1953 r. stopień organizacyjny szkoły podniesiony został do siedmiu klas, a do pracy przyszła nowa nauczycielka Leokadia Domańska z Ogrodnik. Ważnym i niezapomnianym wydarzeniem było całkowite zaćmienie słońca. Na rok przed zaćmieniem w Ogrodnikach zjawili się astronomowie i przygotowali bazę ze specjalistycznymi urządzeniami do obserwacji. Na dzień przed zaćmieniem słońca przyjechali naukowcy z Krakowa i zagranicy, a 30 czerwca 1954 r. w piękny, słoneczny dzień o godz. 12.00 nastąpiło zaćmienie. Wszystko poszarzało, wróble zaczęły głośno ćwierkać, kury gdakać, krowy ryczały. Tata opowiadał mi, że wtedy ja,  prawie dwuletni Grześ wziąłem przydymione szkoło, stanąłem tyłem do słońca i zawzięcie „obserwowałem” słońce. Tak rzadkie zjawisko było nam dane oglądać do 14.00, a później wszystko wróciło do normy…

Czasy były ciężkie, więc Sabina i Ludwik mieszkając w Ogrodnikach z różnym efektem  próbowali hodować świnie. Nieszczególnie rosły, więc na święta postanowili zakupić większego kabana na jarmarku w Sejnach. Niestety, następnego dnia w domu pojawiła się milicja z oskarżeniem, że zakupiony wieprzek miał nieodpowiednią wagę (!). Tata mój  wezwany został na posterunek Milicji w Sejnach, a następnie przewieziony do Prokuratury w Suwałkach, gdzie został aresztowany. Rodzice powiadomili Inspektorat w Suwałkach i wyłącznie dzięki inspektorowi, po kilku dniach pobytu w areszcie – więzieniu, w wigilię 1954 r. Tata został zwolniony. Niestety, po tym incydencie musiał zmienić miejsce pracy. Zgłosił się więc do Inspektoratu w Suwałkach, gdzie dowiedział się, że są wolne dwa miejsca w Starej Chmielówce. Dotarli tam 1 stycznia 1955 r. wraz z dziadkiem Stefańskim, który ponownie załadował cały ich dobytek na furmankę i przewiózł na nowe miejsce. Sąd nad Tatą odbył się później i „winowajca” został skazany na rok więzienia w zawieszeniu, skonfiskowano również wieprza i wymierzono karę pieniężną.

W Chmielówce było około 6 ha gruntu szkolnego i rodzice uczniów, szczególnie Konstanty Rozmierski i Wincenty Walendzewicz zachęcali moich rodziców do prowadzenia gospodarstwa. Zagospodarowali więc oni około 2 ha, a pozostałą część podzielili między sobą rodzice uczniów, w zamian rewanżując  się wszelką pomocą w uprawach. Młodzi dorobili się też krowy, świń, kur i gęsi, a na bagnistym Rososiu , tak jak wszyscy, kopali torf na opał. Zimą organizowali kursy dla dorosłych, a gdy zakupiono adapter, szkoła ożyła. Organizowano imprezy szkolne i zabawy taneczne, z których pieniądze przeznaczano na potrzeby szkoły. Po jakimś czasie została zorganizowana klasa siódma i doszedł trzeci nauczyciel – Romualda Harasim. Pomoc bardzo była potrzebna, tym bardziej, że obowiązków przybyło, i w szkole i w domu… w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia 1958 r. urodziła się moja siostra Renata.

Tata cały czas pracował i uczył się, w 1956 r. w Studium Nauczycielskim w Warszawie, na kierunku geografia rozpoczął studia zaoczne, które ukończył w 1959 r. Zaliczył też w lipcu 1960 r. kurs dla kierowników szkół podstawowych.

Ja natomiast od trzeciego roku życia chodziłem do szkoły jako wolny słuchacz, uczyłem się długo i dokładnie, tylko w pierwszej klasie spędziłem aż  trzy lata. Wreszcie stwierdziłem, że nie chcę już chodzić ciągle do tej samej klasy i do tego bez wpisu do dziennika. Wtedy właśnie, chyba pierwszy i jedyny raz, wykorzystałem fakt posiadania rodzica nauczyciela, i to jak ważnego, bo będącego jednocześnie kierownikiem szkoły. Bowiem dopiero po formalnym uzyskaniu zezwolenia kierownika szkoły (czyli mojego Taty) rok wcześniej niż rówieśnicy,  w wieku sześciu lat formalnie rozpocząłem naukę. W Chmielówce ukończyłem pięć klas, ciągle niezadowolony, że uczą mnie rodzice, mają wysokie wymagania, a oceny stawiają niskie…

Pod koniec sierpnia 1963 roku całą rodziną przenieśliśmy się nowo wybudowanego domu w Sejnach. Doskonale pamiętam ten czas, radość z przeprowadzki, tęsknotę za ukochaną Chmielówką i niepokój, bo Tata zaczął bardzo poważnie chorować… Pierwsze symptomy choroby pojawiły się wprawdzie już w 1959 r., ale chyba nikt wtedy nie przypuszczał, że to początki krzyża, który Tata niósł przez całe życie…

Po przeprowadzce Mama otrzymała pracę w Szkole Podstawowej w Krasnopolu, a Tata na stanowisku kierownika w Szkole Podstawowej w Mikołajewie. W tym czasie w Komitecie Powiatowym PZPR sekretarzem od oświaty był Janusz Pawłowski, znający Tatę sprzed  wojny ze Szkoły Podstawowej w Sejnach, a po wojnie z gimnazjum. Tata był człowiekiem wykształconym, a takich wtedy brakowało, ponadto Pan Pawłowski znał Jego pracowitość i  możliwości. Wystąpił więc z wnioskiem o zatrudnienie Taty od 1. września 1964 r. w Inspektoracie w Sejnach na stanowisku podinspektora, pod skrzydłami inspektora Stanisława Ślimko. Mama natomiast znalazła pracę w Szkole Podstawowej Nr 2 przy Liceum Ogólnokształcącym w Sejnach.

Rok 1969 był jednym z trudniejszych lat w życiu moich rodziców. W dniu 1. września 1969 r. na polecenie władzy administracyjnej i politycznej Tata musiał zrezygnować z pracy w inspektoracie (rzekomo ze względu na stan zdrowia) i został zatrudniony jako zastępca kierownika w Szkole Podstawowej Nr 1 w Sejnach.

Na zawirowania zawodowe nałożyła się ogromna tragedia w życiu osobistym – w dniu 19 listopada 1969 r. zmarł mój 21. dniowy braciszek, Januszek. Rodzice, a szczególnie Mama bardzo długo rozpaczali po jego śmierci.

Gdyby miłość mogła Januszka ocalić, nigdy by od nas nie odszedł, ale miłość nie wystarczyła. Śmierć dziecka, nieważne w jakim wieku, jest czymś tak nienaturalnym i niewłaściwym, że po takiej tragedii trudno na nowo odszukać sens życia. Nawet gdy zaakceptuje się ten fakt i osiągnie w jakimś stopniu równowagę, radość na zawsze pozostaje niedostępna, chociaż wiemy, że:

“Śmierć nie jest końcem wszystkiego.
Przeszedłem tylko do sąsiedniego pokoju…

I dla siebie jesteśmy tym samym, czym byliśmy przedtem.
Zatem nazywaj mnie wciąż moim imieniem, mów do mnie, jak zawsze…
Nie zmieniaj tonu głosu, nie rób poważnej i smutnej miny.
Śmiej się, tak jak dawniej robiliśmy to razem…
Uśmiechaj się, myśl o mnie, módl się za mnie…
Niech moje imię będzie wciąż wymawiane, ale tak, jak było zawsze – zwyczajnie i
bez oznak zmieszania.
Życie przecież oznacza to samo, co przedtem, jest tym samym, czym zawsze było…
Żadna nić nie została przerwana…
Dlaczego więc miałbym być nieobecny w twoich myślach tylko dlatego, że nie
możesz mnie zobaczyć?
Czekam na ciebie bardzo blisko… Tuż-tuż…
Po drugiej stronie drogi.”

Mimo tego, że śmierć pojawiła się niespodziewanie i ukradła ukochaną osobę oraz uświadomiła, jacy jesteśmy wobec niej bezsilni, „trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe…”

W dniu  1. września 1970 r. Tata został powołany na kierownika Szkoły Podstawowej Nr 2 w Sejnach. Placówkę tymczasowo umieszczono w budynku Szkoły Podstawowej Nr 1, a 1.  listopada 1970 r. przeniesiono ją do budynku poklasztornego, a dopiero 4. stycznia 1971 r. do nowego, pięknego budynku. Zmieniły się przepisy, a z nimi nazewnictwo i Tata z kierownika stał się dyrektorem i był nim do utworzenia Zbiorczej Szkoły Gminnej, której dyrektorem został Józef Romantowski, natomiast on zastępcą do spraw Szkoły Podstawowej Nr 2.

28. listopada 1977 r. Tata ukończył Studium Zawodowe w Warszawie, uzyskując kwalifikacje równoważne z wyższym wykształceniem. Pod koniec 1979 roku przeszedł do pracy w zarządzie Oddziału Związku Nauczycielstwa Polskiego w Sejnach, gdzie pełnił funkcję sekretarza, a prezesem był Jerzy Zajkowski. W tym samym czasie Tata jednocześnie był instruktorem spółdzielni uczniowskich, kuratorem sądowym oraz działał na rzecz Towarzystwa Przyjaciół Dzieci na terenie Powiatu Sejneńskiego. Po wprowadzeniu stanu wojennego w dniu 13. grudnia 1981 r. działalność związkowa została zawieszona, a Tata powrócił do Szkoły Podstawowej Nr 2 w Sejnach i został zatrudniony jako kierownik świetlicy, a u schyłku swojej pracy zawodowej w 1983 r. mianowany zastępcą dyrektora szkoły gminnej.

Z dniem 1 września 1984 r., po 35 latach pracy w szkolnictwie Ludwik Bykowski przeszedł na emeryturę, a z nim z 33-letnim stażem nauczycielskim żona, Sabina Bykowska. Nie zerwali od razu  więzi z zawodem i jeszcze przez 3 lata pracowali na połowę etatu. Potrzeba działania i bardzo silne więzy ze środowiskiem nauczycielskim nie pozwoliły Tacie siedzieć w domu i mimo coraz słabszego zdrowia, od października 1989 r. zaczął znowu pracować w Zarządzie Oddziału ZNP w Sejnach. Przepracował tam kilka kadencji wspierając i będąc wspieranym przez Leszka Kuleszę. Współpraca Panów układała się tak dobrze, że Tata nie umiał z niej zrezygnować, a może nie chciał…

Życie moich rodziców

nie było łatwe, zdominowane latami choroby Taty, który chyba uciekał w pracę, a czynny tryb życia nie pozwalał mu myśleć o swoich słabościach i poddawać się nim. Pamiętam szczególnie rok 1964, gdy Tata wysłany został na kurs podinspektorów oświaty do Warszawy, a tam stan jego zdrowia gwałtownie się pogorszył. Opowiadał, jak za radą wizytatora z Ministerstwa Oświaty udał się do lekarza prywatnego w spółdzielni lekarskiej i został skierowany do Przychodni Przyszpitalnej na ul. Goszczyńskiego. Tam wykonano badania i skierowano go do szpitala. Wyprosił jednak  zgodę na wyjazd do domu i powiadomienie rodziny. W domu spędził zaledwie jeden dzień, a wracając do szpitala był już tak bardzo chory, że stracił nadzieję na powrót do bliskich.

Okres od 1964 roku do 1992 to nieustająca huśtawka, stan zdrowia to się poprawiał, to znowu pogarszał, to skierowanie do szpitala, to wyjazd do sanatorium. Przez 20 lat Tata znajdował się pod opieką tego samego profesora, Witolda Bartnika. Często powtarzał, że to na jego „jelitach” Bartnik zdobył wszystkie stopnie naukowe, aż został profesorem. Tata coraz bardziej miał dość wszystkiego, tylko Mama niezmiennie, ze spokojem zajmowała się nim i nigdy nie okazywała zniecierpliwienia. Ostatni pobyt w szpitalu na Goszczyńskiego od 15 marca do 7 maja 1992 r. był szczególnie trudny, Tata stracił 15 kg i po konsultacjach trzech profesorów, podjęło decyzję o operacji. W dniu 11 maja 1992 r. profesor Bielecki w szpitalu na Czerniakowskiej przeprowadził u Taty 5-godzinną operację, podczas której zostało usunięte całe jelito grube, wykonano sztuczny odbyt na cienkim jelicie z prawej strony i zaszyto odbyt naturalny. 19 maja Tata został wypisany ze szpitala, ale to nie był koniec jego cierpień. Po powrocie do domu stan zdrowia bardzo się pogorszył i zaledwie po jednym dniu znowu znalazł się w szpitalu, tym razem w Sejnach. Wyglądał okropnie i wielu myślało, że nastąpi najgorsze… Chyba tylko cudem i dzięki doktorowi Cichockiemu, po dwóch  tygodniach nastąpiła poprawa zdrowia.

Dolegliwości jelitowe wprawdzie ustały, ale pojawiły się inne, związane z układem moczowym, prostatą, kamieniami w pęcherzu, zwyrodnieniem kręgosłupa i stawów,  wreszcie choroba padła na płuca. Wydawało się, że los nie może go bardziej dotknąć, gdy podczas ubierania choinki w grudniu 2011 r. Tata przewrócił się i złamał nogę. Znowu został przykuty do łóżka. Niespodziewanie jednak dla nas wszystkich, powoli, powolutku rehabilitacja zaczęła przynosić efekty i w maju 2012 r. Tata samodzielnie wyszedł do ogrodu!

W sumie spędził w różnych szpitalach 537 dni, 36 razy był pakowany do szpitala i 35 razy powracał do domu, z 36 pobytu już nie powrócił żywy. W dniu 6 marca 2012 r o godz. 10.00 serce mojego Taty przestało bić, a my pozostaliśmy bez Niego.

Umysł ludzki ma zdolność zapominania, częściej rzeczy złych niż dobrych. Wspomnienia, dobre wspomnienia pozostają na zawsze, cóż z tego, że po latach nie zawsze pamięta się szczegóły. Pozostają drobne skrawki pamięci, przeżycia i wrażenia, które układają się niczym mozaika w portret ludzi niezwykłych. Mimo upływającego czasu do tych wspomnień z sentymentem się powraca.

Wojenne i powojenne losy, często zupełnie przypadkowo rzucały ludzi w różne strony kraju. Zmieniali oni miejsca zamieszkania, szukali pracy, przystosowali się jak umieli najbardziej do otaczającej ich rzeczywistości. I tak rozpoczęli pracę pedagogiczną moi rodzice, Sabina i Ludwik Bykowscy. Przyszli nie do końca przygotowani do zawodu nauczycielskiego. Ci, którzy mieli chęć, odrobinę talentu pedagogicznego i dużo pracowali,  stali się dobrymi nauczycielami i pozostali w zawodzie do emerytury. Inni, słabsi, po jakimś czasie odchodzili. Oceniając pracę nauczycieli trzeba też pamiętać, że był to okres powojenny, zmiana ustroju, brak podręczników i największe nasilenie systemu stalinowskiego. Powodowało to dezorientację nauczycieli w treściach nauczania. Część podręczników np. do historii czy biologii było tłumaczonych z podręczników radzieckich przepełnionych cytatami z klasyków marksizmu, leninizmu i stalinizmu. Ponadto, z powodu braku pomocy dydaktycznych do wykonywania doświadczeń, nauczanie było, nazwałbym werbalne, a teoria wypowiadana przez pedagoga szczególnie musiała być zrozumiała i łatwo przyswajalna.

Ludwik Bykowski z zawodu geograf, z zamiłowania ogrodnik, szybko adoptował się w zawodzie nauczyciela i pięknie tej trudnej wiedzy uczył. Przedmiot przez niego wykładany nie podlegał ówczesnej ideologii, dlatego wiedza nie budziła wątpliwości. Dużo wymagał, często robił sprawdziany pisemne i kładł duży nacisk na samodzielne myślenie. Nie był pobłażliwy, a ja musiałem się szczególnie starać, żeby zdobyć dobrą ocenę. Jego osobowość budziła zarówno respekt, jak i ogromną sympatię. Zawsze poważny, schludnie ubrany, inteligentny i kulturalny w stosunku do uczniów. Entuzjazm i pogoda ducha, z jaką wykonywał swą profesję, były zjawiskiem niezwykłym, choć wówczas ja, pewnie nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę i nie zawsze potrafiłem to docenić. Tata uczył mnie od zawsze, a kiedy po wielu latach wspominam swoją edukację pod jego skrzydłami, mogę stwierdzić, że miałem dużo szczęścia, tak jak wszyscy ci, którzy wcześniej lub później znaleźli się w kręgu jego działania.

Nauczyciel powinien być przewodnikiem i mistrzem na wyboistej i krętej ścieżce edukacji. Dla wielu uczniów takim przewodnikiem i mistrzem był Ludwik Bykowski. Pewnie znalazłoby się wyszperanych z niepamięci wiele zdarzeń z życia szkolnego, które były dla mnie ekscytującym przeżyciem, ale niekoniecznie zainteresowało by to wszystkich. Gdy wspominam szkolne lata, myślę, że Tata dla wielu uczniów stał się autorytetem, o jaki wówczas nie było łatwo. Potrafił zmobilizować do nauki i zachęcić do działania, a swoją niezwykłą osobowością wywarł wpływ na dalsze życie i dokonywane wybory, moje też.

Tata był, choć to określenie może dzisiaj niemodne, człowiekiem renesansu. Potrafił zrobić praktycznie wszystko, co wymyślił, podejrzał u innych lub na prośbę swojej Sabinki, mojej Mamy. To ona powodowała, że uparty i nielubiący zmian człowiek, wróg szybkich decyzji, stawał się inny. Wiele jego działań było z inspiracji kochanej żony, dla niej zaakceptował budowę domu, dla niej modernizował go, upiększał i remontował, dla niej troszczył się o clematisy, które przywiozła z sanatorium z Kudowy Zdroju, a później kwitły w całych Sejnach…  A nie były to łatwe decyzje, bo zdrowie zbyt szybko przestało mu dopisywać. Pewnie ktoś inny pogrążyłby się w chorobie, w cierpieniu, a swoimi słabościami epatował otoczenie. Ale nie mój Tata, on z chorobą walczył, całe życie wspierany szczególnie przez Mamę i swojego brata Stacha, dla którego nie było zbyt dalekiej drogi, by dać mu tak potrzebną nadzieję.

Choroba tylko umacniała ducha Taty. Z natury był bardzo ambitny i pracowity, całym sobą oddawał się szkole, uczniom, pracy w Związku Nauczycielstwa Polskiego, rodzinie, przyjaciołom i ogrodowi. Właśnie ogród to szczególny rozdział w jego życiu. Jak napisałem wcześniej, młodziutki Ludwiś już w dzieciństwie, tak jak jego dziadek Ignacy Staniewicz, bardzo interesował się ogrodnictwem. Stryj Romek do dziś  pamięta, że od zawsze Ludwik czytał książki o tematyce ogrodniczej. Razem zbierali pestki dojrzałych owoców, potem Ludwik je wysiewał, hodował młode roślinki, sadził je i szczepił. W ten sposób koło domu rodzinnego w Łumbiach założył dość duży sad owocowy, w dużej mierze zachowany do dzisiaj. Całe życie kochał pracę w ogrodzie, a otoczenie naszego domu w Sejnach jest żywym dowodem jego pasji- praktycznie od nasionek wyhodował wszystkie drzewka i kwiaty. Uwielbiał pomidory i sadził je pod folią w ogromnych ilościach (nawet do 200 szt.). Oczywiście plony z nich uzyskiwane były zbyt duże dla rodziny, wobec czego rodzice z radością dzielili się nimi z przyjaciółmi, sąsiadami i znajomymi. Ich smak i zapach będziemy pamiętać zawsze…

Tata potrafił zrobić praktycznie wszystko, a że w domu podział ról był oczywisty. Mama była Dyrektorem Artystycznym, a Tata Wykonawczym, to i pole działania było ogromne: roboty wnętrzarskie w domu, w tym schody, boazerie, meble z korzeni, żyrandole, kwietniki, donice, wodospad z muszelek… Robił wszystko co wymyślił, podejrzał u innych lub na prośbę swojej Sabinki (i przy jej ogromnej pomocy). Wychowywanie pod czułym okiem matki spowodowało, że wszyscy czterej „Ludwiczkowie” byli (i są) wrażliwi na piękno i posiadali wyjątkowe zdolności manualne. Mój stryj Ziutek od lat zajmuje się stolarką i snycerką, a jego dzieła zdobią niejeden dom. Stryjowie Stach i Romek żyją otoczeni pięknem stworzonym przez siebie: stryj Stach tworzy niesamowite rzeczy  z korzeni drzew, a stryj Romek od zawsze hoduje kaktusy.

Nie zawsze się z Tatą zgadzałem, nie wszystkie jego decyzje rozumiałem i pochwalałem, ale zawsze mogłem z nim porozmawiać. Słuchał, choć czasem czerwieniał jak rak, a z uszu prawie leciała para, że taki smarkacz jak ja, chce być mądrzejszy od innych. Ale słuchał, nie uciekał, nie wymigiwał się od odpowiedzi. Nauczył mnie, że warto słuchać dzieci, że warto je poważnie traktować.

Jego szczególnym darem był łatwy kontakt z ludźmi i dziećmi, potrafił dotrzeć do ich umysłów i serc. Zawsze pogodny, chociaż nie zawsze było mu wesoło, dla każdego miał dobre słowo. Osoby potrzebujące pomocy nie były mu obojętne, zawsze wyciągał pomocną dłoń i zdarzało się, że wtedy zapominał o sobie. Z natury kochał ludzi i wielką frajdę sprawiało mu robienie im przyjemności. I tak np. „prezenty”, pamiętam te ogromne pudła z gromadą mniejszych w środku , a na końcu znajdowało się jeden mały, malutki cukiereczek (!), a ile śmiechu i radości przy tym było!

W pamięci przyjaciół Tata zapisał się jako serdeczny, koleżeński, starannie ubrany i zawsze szarmancki wobec kobiet. Pan Andrzej Sobuń, który tak pięknie Tatę pożegnał, określił go nawet jako „duszę zabaw tanecznych”! Tata zawsze lubił tańczyć, a wcześniej kiedy zdrowie dopisywało, nieraz był wodzirejem na zabawach, a ich uczestnicy doskonale pamiętają te kotyliony, mosty, para z góry, para z dołu, dowolny taniec z krzesłem  itp.

Z natury spokojny i cierpliwy, ale potrafił się też i rozzłościć. Trudno było go rozgniewać, ale jeszcze trudniej przeprosić…

Dzięki Tacie

Ludwik Bykowski w 1968 r.
Ludwik Bykowski w 1968 r.

wielu z nas połknęło jeszcze jednego bakcyla. Poznawanie świata! Może brzmi to nieco patetycznie, ale tak właśnie było, a zaczynało się od pieszych wędrówek po najbliższych okolicach. Tata od młodych lat interesował się historią ojczystą, zwłaszcza historią i zabytkami tych okolic, w których przyszło mu mieszkać. Tę pasję starał się i mnie zaszczepić zabierając ze sobą na liczne bliższe i dalsze wycieczki, zakupując przewodniki i mapy zwiedzanych okolic. Jego pasja krajoznawcza udzieliła się wielu osobom i dziś po wielu latach mogę stwierdzić, że to dzięki Tacie poznałem najciekawsze zabytki w Polsce, a zwiedzanie, poznawanie nowych miejsc, wędrówki po górskich szlakach stały się moją pasją. Połknąłem tego bakcyla jako dziecko i do dzisiaj nie wyleczyłem się. Tak samo jak i z grzybów, których Tata był ogromnym miłośnikiem. Zdarzało się, że razem z Mamą jeździli do lasu nawet 30 razy w sezonie!

W późniejszych latach, będąc już na emeryturze i działając w Związku Nauczycielstwa Polskiego, mimo choroby i zaawansowanego wieku, zorganizował wiele wycieczek po kraju i za granicę, w tym St. Petersburg, Lwów, Grodno, Nowogródek– Zaosie, Bohaterowicze nad Niemnem, Drezno, Praga, Wiedeń, Kaliningrad i inne…

Przyjaciółka rodziców, Pani Maria Koperek doskonale pamięta, że każda wycieczka była  starannie przemyślana i przygotowana. Ludwik w autokarze podchodził do każdego uczestnika, interesował się i troszczył, a jeżeli ktoś miał jakieś uwagi, starał się pomóc. Dokumentował te wyjazdy wykonując wiele zdjęć, zapisując swoje spostrzeżenia, robiąc notatki  co później było wykorzystywane w prowadzonych przez niego kronikach. Zebrane materiały segregował tematycznie, a następnie zasiadał do starej maszyny do pisania i pisał …Były tych materiałów całe stosy, nie zawsze w porządku utrzymywane. Uwielbiał gromadzić rupiecie i  z żalem pozbywał się czegokolwiek. Patrzyliśmy z uśmiechem na jego bałaganiarstwo, na jego domowe muzeum, ale też sami z niego korzystaliśmy spędzając czas na wspominkach. Tata bardzo lubił wszelkie jubileusze, uroczystości rodzinne i dał temu wyraz w pozostawionych przez siebie albumach i dziennikach. Taka postawa zresztą bardzo jednoczyła rodzinę, bliższą i dalszą.

Mimo coraz mniejszej wydolności fizycznej wykorzystywał każdą okazję, aby pracować w ogrodzie i przy biurku, choć godzinę, choć kilka chwil. Była w nim ogromna potrzeba ciągłych uzupełnień i zmian w swoich kronikach, albumach i dziennikach. Podświadomie, a może z pełną świadomością chciał przekazać jeszcze coś więcej nam i historii. Odszedł, a ja stojąc nad jego grobem pomyślałem, że w naszej sejneńskiej ziemi zakopana będzie tylko niewielka jego część, znacznie więcej będzie nadal przebywać z nami…

Już na pełnej emeryturze, bez szkoły i bez Związku, pozostawał w stałej łączności ze swoim środowiskiem. Ciągle stanowił niejako pomost między przeszłością i teraźniejszością. Był taki dumny, że córka Renata poszła w jego ślady.

Za swoją działalność został uhonorowany takimi odznaczeniami, jak: Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Złoty Krzyż Zasługi, Medal 40-lecia Polski, Medal za długoletnie pożycie małżeńskie– 50 lat, Złota Odznaka ZNP, 50-lecie członkostwa w ZNP, Odznaczenie za zasługi dla Województwa Suwalskiego, Medal 100-lecia ZNP.

Na swoje odejście Tata przygotowywał nas od dawna. Byłoby spłyceniem powiedzieć, że to ostatnie tygodnie spędzone w szpitalu, czy też długotrwała choroba przygotowały nas na dzień Jego odejścia. Na to, że nie trwamy dzisiaj w przygnębieniu i rozpaczy, chociaż zawsze będziemy za Nim tęsknić, złożyło się całe jego życie. Nie można powiedzieć, że nie chciał dłużej żyć. Chciał i to bardzo, ale żyjąc miał tę świadomość, że nadejdzie niebawem ten dzień i przyjdzie zdać rachunek ze swego życia. Do ostatniej chwili planował, co jeszcze ma do zrobienia tu na ziemi. Czekał na nadejście wiosny, aby razem z nią nabrać nowych sił, by dalej nam pomagać, służąc radą i pracą. Jego plany i to te z ostatnich tygodni, miesięcy, jak i te sprzed kilku czy kilkunastu laty, zawsze uwzględniały jeden zasadniczy element, na którym budował całe swoje życie. Tym elementem, tą skałą, na której wszystko opierał była miłość do rodziny, gorąca wiara  i nauka Kościoła przekazana przez matkę.

Dziesięć przykazań, którymi kierowali się moi rodzice, było dla Nich kanonami postępowania, a nie pustymi słowami bez pokrycia. To było jedyne prawo, które starali się zachowywać w życiu i uważam, że udało się im.

Sejny, 6 marca 2013 r.

„Bólu nie gasi żadne ukojenie i ból ten chowamy skrycie, bo łez naszych nikt nie zrozumie, ale dalej, dalej jest życie…”

Zdjęcia z archiwum autora

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Księga chrztów z Augustowa z lat 1732-1745

Działo się to w czasach, gdy Żarnowo zwane było Ziarnowem, Biernatki – Bernatkami, a Szczebra – Ściebrą. Kolnica była podzielona na Małą i Wielką, a wsie takie jak Wojciech, Strękowizna, Strzelcowizna czy Sajenek były rudniami. Księga chrztów, o której mowa obejmuje lata 1732-1745, choć znajduje się w niej dosłownie kilka wpisów z lat późniejszych. Wykorzystano po prostu pozostawione miejsce.

Nie wiadomo, w którym roku metryki zostały wtórnie ponumerowane (ostatnia nosi numer 1624), ale już w późniejszym okresie wyrwano z księgi pierwszych 20 kart. Zostały niewielkie fragmenty przy wewnętrznym marginesie z fragmentarycznymi danymi, moim zdaniem bez znaczenia genealogicznego. Wandalizm dotknął 345 pierwszych metryk z tej księgi.

Na pozostałych, całych stronach znalazło się łącznie 1307 metryk. Szacując, że jeden rocznik to około 100 metryk, oryginalnie księga faktycznie rozpoczynała się najprawdopodobniej w roku 1729.

Geograficznie ówczesny obszar parafii augustowskiej był bardzo rozległy, obejmował dodatkowo tereny później powstałej parafii szczeberskiej. W tamtym okresie Szczebra może nie była najludniejszą miejscowością parafii augustowskiej, ale była siedzibą guberni szczeberskiej. Przez Szczebrę przewijały się znamienite osoby, które od czasu do czasu pojawiały się w kościele augustowskim, by podawać dziecko do chrztu. Prócz miejscowości graniczących z parafiami Bargłów i Janówka, znajdziemy tam tak odległe od Augustowa wsie, jak Danowskie, Serwy czy Gorczyca. W księdze znalazło się również całkiem sporo metryk dzieci rodzin mieszkających w ościennych parafiach: janowskiej i bargłowskiej, a także na terenie pogranicznych Prus. Ze względu na pochodzenie proboszcza Pieńkowskiego jest też kilka wpisów dotyczących ziemi wiskiej – chrzty dzieci rodziny czy przyjaciół proboszcza wizytujących Augustów.

Lata 1732-1745 to okres urzędowania trzech proboszczów:

  • Jakub Klimowicz – od początku księgi do października 1734 roku
  • Jan Reszka – od grudnia 1734 do kwietnia 1736
  • Jan Stanisław Pieńkowski – od maja 1736 do końca księgi (ostatni wpis jest ze stycznia 1745)
Jedna z metryk spisanych reką ks. Klimowicza
Jedna z metryk spisanych reką ks. Klimowicza

Proboszcz Pieńkowski urzędował na parafii znacznie dłużej, a świadczy o tym choćby późniejszy, pojedynczy wpis z 1756 roku pisany jego ręką.

Podczas nieobecności proboszczów chrztów udzielali i wpisy uzupełniali zastępcy: ks. Hilary Mariusz Klicki, miejscowy wikariusz, ks. Jan Bańkowski, augustowski proboszcz obrządku greckiego, czy proboszczowie z sąsiednich parafii, zakonnicy czy gościnnie pojawiający się hierarchowie z Sejn i Wilna.

Każdy z proboszczów miał swój charakterystyczny styl zapisywania metryk, mniej lub bardziej detaliczny. Wydaje się, że najbardziej sumienny był ks. Pieńkowski, który pisał wyraźnie z zachowaniem gramatycznej struktury zdań, a także obszernie opisywał funkcje i tytuły szlachetnych rodziców i chrzestnych. Najmniej dbający o solidność zapisów był z kolei ks. Reszka, zwłaszcza pod koniec swojej dość krótkiej kadencji. Jego wpisy były niedbałe, pisane zdawkowo i często niedokończone.

Przykłądowa metryka spisana przez ks. Reszkę
Przykłądowa metryka spisana przez ks. Reszkę

Zawarte w tej księdze metryki zawierają następujące informacje:

  • Numer aktu
  • Miejscowość zamieszkania rodziców
  • Data chrztu
  • Imię i nazwisko księdza udzielającego chrztu
  • Imię nadane dziecku
  • Imię i nazwisko ojca, ewentualnie status społeczny czy funkcja
  • Imię i nazwisko matki, ewentualnie status społeczny
  • Imiona nazwiska, status społeczny czy funkcja chrzestnych i asystentów
Metryka z 1740 roku zapisana przez ks. Pieńkowskiego
Metryka z 1740 roku zapisana przez ks. Pieńkowskiego

Niestety nie każda metryka zawiera taki komplet informacji. Czasem brakuje podstawowych danych takich jak miejscowość (zwłaszcza przy wpisach na samej górze danej strony) czy nawet nazwisko rodzica. Najczęściej we wpisach pomijano nazwisko panieńskie matki, ale było to mocno uzależnione od urzędującego proboszcza: ks. Klimowicz – 40% pominiętych nazwisk, ks. Reszka – 21% pominiętych, ks. Pieńkowski 68% pominiętych. Mimo sporej liczby pominiętych wpisów nazwisk rodowych matek, to przy odrobinie szczęścia i uważnej analizie wszystkich wpisów dotyczących danej rodziny można w sporej części przypadków takie dane ustalić.

Na pewno pomoże w tym księga ślubów obejmująca podobny okres i ciągle czekająca na zindeksowanie.

Na koniec zadanie dla największych entuzjastów historii lokalnej i genealogii: na podstawie wpisów z tej księgi ustalić listę rodzin i osób zamieszkujących parafię augustowską, czyli spis mieszkańców parafii. Zadanie trudne, ale wykonalne, do którego potrzebny jest nie tylko entuzjazm i zacięcie, ale też mnóstwo czasu. Taka analiza byłaby jednak bezcennym przyczynkiem do poznania historii regionu.

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Jak powstał film “Podróż do Augustowa”

Na naszym kanale YouTube znajduje się film Naomi Sokol Zeavin pt. “Podróż do Augustowa”. Materiały do tego filmu kręcone były w 1981 roku i właśnie Augustów z tamtego czasu został na filmie uchwycony. Film dotyczy historii augustowskich żydów i ich upamiętnienia poprzez budowę pomnika na starym cmentarzu żydowskim, a poniższy, niezwykle ciekawy tekst z kolei w szczegółach opowiada jak powstał ten film. Jeśli interesuje Cię kultura i historia Żydów Suwalszczyzny, wesprzyj tłumaczenie “Księgi pamięci Żydów augustowskich”: https://jzi.org.pl/kategoria-produktu/kpza/


Podczas pełnej przygód podróży do krajów za ówczesną żelazną kurtyną w pewnym momencie znalazłam się wraz z moim byłym mężem w komunistycznej Warszawie. Był rok 1979. Siedząc w hotelowym lobby zapytałam Zaszę, naszą przewodniczkę, czy moglibyśmy opuścić grupę i wyruszyć w czterogodzinną podróż do Augustowa, gdzie urodził się mój ojciec. Chciałam zobaczyć, gdzie mieszkało wiele pokoleń rodziny Sokolskich. Przewodniczka poprosiła zaprzyjaźnionego mężczyznę, aby nas tam zawiózł; mówił po polsku i niemiecku, ale nie potrafił mówić po angielsku.

Przez całą podróż wąskimi, krętymi drogami moje serce łomotało. W końcu dotarliśmy do ładnego rynku w miasteczku położonym na obszarze przepięknego Pojezierza Augustowskiego. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił nasz kierowca, było odpytanie młodej blondynki w kiosku informacyjnym, czy wie, gdzie kiedyś był żydowski cmentarz. Miała na imię Anna. Powiedziała, że nie wie, ale zabrała nas do swojego domu w pobliżu, do swojej matki – Reginy Buksińskiej, która była jedyną nauczycielką angielskiego w tamtejszym liceum. Z domu wyszła drobna kobieta, poniżej półtora metra wzrostu, tuż po czterdziestce, z tak wielkim uśmiechem jak ona sama.

Regina od razu zabrała nas do domu Józefa Babkowskiego. Był mocno zbudowanym, krzepkim mężczyzną, miał siedemdziesiąt dziewięć lat. Głębokie zmarszczki na jego twarzy wyrażały jego ciężkie i pracowite życie. Pan Babkowski był uważany za historyka miasta. Przez całą wojnę ukrywał małą żydowską dziewczynkę, ryzykując bezpieczeństwo swoje i swojej rodziny. Pamiętał rodzinę Sokolskich i powiedział, że robił zakupy w dwóch sklepach, których byli właścicielami. Podniósł rękę i wyciągnął ją, niezbyt wysoko, i powiedział: „Och, to byli porządni, niewysocy ludzie”. Prawdę mówiąc, mój ojciec był najwyższy z sześciu braci i dwóch sióstr, a miał tylko 168 cm wzrostu.

Regina Buksińska i Józef Babkowski. Kadr z filmu"Podróż do Augustowa"
Regina Buksińska i Józef Babkowski. Kadr z filmu”Podróż do Augustowa”

Oprowadził nas po rynku i pokazał, gdzie mieszkała moja rodzina. Powiedziałam, że chcę iść na cmentarz, aby złożyć wyrazy szacunku. Regina powiedziała “Cmentarza nie ma”, a pan Babkowski powiedział “O tak, jest” i poprowadził nas na długi spacer przez miasto do gęstego lasu. Odpychając gałęzie od twarzy, zdałam sobie sprawę, że cmentarz już nie istnieje. Pan Babkowski mówił dalej po polsku, a Regina tłumaczyła, że Niemcy zabrali wszystkie macewy i wykorzystali je do budowy dróg i chodników, resztę ułożyli w żydowskim getcie. Zapytałam: „Czy ciała nadal tu są?” Jego odpowiedź brzmiała: „Tak”. Stanie na grobach moich krewnych sprawiało, że czułam się dziwnie. W lesie stał piękny drewniany dom, w którym niegdyś przygotowywano ciała do żydowskiego pochówku, teraz mieszkała w nim polska rodzina. Tuż obok cmentarza żydowskiego stał duży cmentarz katolicki. Był całkowicie nienaruszony, wszystkie groby były na swoich miejscach.

Pan Babkowski powiedział wtedy: „Przejdźmy na drugą stronę miasta, gdzie było getto”. Dotarliśmy do niedużej dzielnicy małych domów. W rogu dużej działki znajdowało się wiele pogruchotanych nagrobków, pogrążonych w wysokiej trawie. Opowiedział nam wtedy, jak w 1941 roku, kiedy Niemcy weszli do miasta, zabrali wszystkich Żydów w wieku 15-65 lat i rozstrzelali ich w lasach pod Szczebrą, w sumie tysiąc pięćdziesięciu mężczyzn. Powiedział, że mimo odległości ludzie w mieście słyszeli wystrzały i strasznie się bali.

Macewy na terenie dawnego getta żydowskiego na Barakach. Widok z roku 1980 (po lewej) i współczesny (po prawej)
Macewy na terenie dawnego getta żydowskiego na Barakach. Widok z roku 1980 (po lewej) i współczesny (po prawej)

Wszyscy wpakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy do lasu, niedaleko miasta, by zobaczyć, gdzie miało miejsce to przerażające wydarzenie. Wysokie sosny wznosiły się ku niebu. Ojciec opowiadał mi o pięknych polskich lasach. W tym momencie drzewa nie wydawały mi się już tak piękne i nie mogłam się doczekać powrotu do Warszawy. Ulżyło mi, że moi dziadkowie zmarli śmiercią naturalną na początku lat trzydziestych.

Byłam naprawdę przygnębiona w drodze powrotnej do hotelu. Milczałam, co jest u mnie rzadkością. Postanowiłam wtedy, że muszę coś zrobić, aby upamiętnić bliskich i wszystkich tych, którzy zginęli w Holokauście. Trudno było w to uwierzyć, ale teraz ani jeden mieszkaniec Augustowa nie był Żydem.

Po kilku tygodniach poważnych przemyśleń zadzwoniłam do Ambasady Polskiej w Waszyngtonie i umówiłam się na spotkanie z I sekretarzem, panem Bronisławem Stawińskim. Pojechałam się z nim zobaczyć, bo było to tylko czterdzieści pięć minut jazdy od mojego domu w Wirginii. Kiedy wszedł do pokoju, od razu pomyślałam, że wygląda jak mój zmarły ojciec. Rzeczywiście, powiedział mi, że jego babcia była Żydówką, a rodzina ukrywała się w czasie wojny w lesie. Powiedziałam mu, że chciałabym odrestaurować cmentarz żydowski i wybudować pomnik na cześć ludzi narodowości żydowskiej, którzy zginęli w Holokauście.

Sekretarz Stawiński był bardzo życzliwy i powiedział, że skontaktuje się z burmistrzem Augustowa[1] w celu uzyskania pozwolenia na budowę pomnika. Burmistrz odrzucił naszą pierwszą prośbę, ale nalegaliśmy i za drugim razem dostaliśmy pozwolenie. Sekretarz Stawiński skontaktował mnie wtedy z organizacją żydowską zrzeszającą wszystkich Żydów w Polsce; ich siedziba mieściła się w Warszawie. Grupa nosiła nazwę Związek Religijny Wyznania Mojżeszowego, a prezesem był Moses Finkelstein. Pan Finkelstein zrobił dla nas wszystko. Sporządził plany, które wysłałam, i załatwił wszystkie potrzebne na tym etapie pieniądze. Jego partnerem w organizacji był nieżydowski szef biura Jerzy Komack. Razem odbyli kilka podróży z Warszawy do Augustowa na spotkanie z burmistrzem i ustalenie, gdzie będzie pomnik i jak duży może być ogrodzony teren.

Po powrocie do domu w Wirginii postanowiłam odwiedzić chrześcijańskie cmentarze z dużymi, wysokimi nagrobkami, aby znaleźć pomnik, który mi się podobał. Znalazłam ten idealny na cmentarzu w Aleksandrii w Wirginii i zrobiłam mu zdjęcie. Następnie udałam się do polskiego kamieniarza w Arlington w stanie Wirginia, który był na tyle uprzejmy, że bez wynagrodzenia narysował mi szkic pomnika i zwymiarował go. Napisał też instrukcje, jak ciąć kamień i jakiego materiału użyć. Wysłałam szczegóły i zdjęcia do Polski i już na miejscu zatrudniono rzeźbiarza Tobiasza Jana Trzcińskiego.

Przede mną były teraz dwa duże projekty; jeden, aby znaleźć inne osoby pochodzące z Augustowa, a drugi, aby zebrać pieniądze na budowę pomnika. Pan Stawiński podał mi nazwę i numer telefonu organizacji w Nowym Jorku „Independent Suwalk and Vicinity Benevolent Association” (Niezależne Stowarzyszenie Dobroczynne Suwałk i Okolic), która została powołana w 1905 roku. Mój ojciec przez lata chodził tam na zebrania. Pewnego lata moi rodzice zaopiekowali się Stanleyem, synem jednego z członków, który akurat przechodził przez niełatwy proces rozwodowy. Tak bliscy byli ludzie lata temu.

Pewnego dnia pojechałam z córką Jill pociągiem do Nowego Jorku na spotkanie z pochodzącym z Augustowa członkiem „Independent Suwalk and Vicinity Benevolent Association”. Był to wielkoduszny i elegancki człowiek, Sam Grodowski. Opowiedział mi o dwóch kobietach, które również przybyły z tej okolicy, Lubie Lewinson i Racheli Nunburg. Rachela mieszkała niedaleko mnie, w Maryland.

Pojechałam porozmawiać z Rachelą w kolejnym tygodniu. Kiedy weszłam do koszernego sklepu spożywczego, siedziała za ladą i nie chciała wstać. Była raczej zdystansowana i nieufna wobec mnie. Zrozumiałam, kiedy powiedziała mi, że była w obozie koncentracyjnym. Po chwili ożywiła się i obiecała przekazać darowiznę. Powiedziałam jej, że skontaktuję się z nią, kiedy zbiorę wszystkie pieniądze.

Przeprowadziłam kampanię zbierania funduszy, wysyłając listy i dzwoniąc do ludzi. Wykorzystałam adresy i telefony rodziny i znajomych, moje członkostwa w klubach, gazety i radio. Najwięcej pieniędzy otrzymaliśmy od rodziny i bliskich. Byłam bardzo aktywna politycznie, więc miałam dużą bazę adresową. Darowizny przyszły od gubernatora Wirginii Johna Daltona, naszego kongresmana Joela Broyhilla i członka Rady Nadzorczej [2] Toma Davisa.

Była podobna ilość osób pochodzenia żydowskiego i nieżydowskiego, które przekazywały datki. Udało się zebrać wszystkie potrzebne fundusze! I ponieważ byłam członkiem Gildii Aktorów Filmowych i Amerykańskiej Federacji Telewizji i Radia, pomyślałam, dlaczego nie sfilmować ceremonii. Jeden z hojnych pacjentów mojego byłego męża, pan Don McNary, wsparł realizację filmu.

Lekcje polskiego brałam u przyjaciółki sekretarza Stawińskiego, młodej kobiety o imieniu Mira Creech[3]. Została moją nauczycielką i przyjaciółką. Naprawdę potrzebowaliśmy więcej pieniędzy, a jej mama w Warszawie pomogła nam wymieniać pieniądze na czarnym rynku. Jej siostra Anna została moją tłumaczką, a także zatrudniła dla mnie polską ekipę filmową Interpress. Kazano mi przywieźć własny film Kodaka, ponieważ w Polsce brakowało filmu.

W 1981 roku, zaledwie rok po tym, jak napisałam do organizacji żydowskiej w Polsce, polecieliśmy do Polski na poświęcenie pomnika. Był sierpień, pogoda była naprawdę ciepła i nie zanosiło się na deszcz. Zatrzymaliśmy się w hotelu Victoria w centrum Warszawy, ale większość czasu spędziliśmy w domu Modelskich – Miry i jej mamy. Był to okres braków żywnościowych, a mimo to byli bardzo gościnni. Solidarność zyskiwała wpływy i wyglądało na to, że Rosjanie mogą wkroczyć siłą i przejąć miasto.

Hotel Victoria Intercontinental przy ul. Królewskiej w Warszawie. Początek lat 80-tych
Hotel Victoria Intercontinental przy ul. Królewskiej w Warszawie. Początek lat 80-tych

Sytuacja była bardzo napięta i trudno było zdobyć jedzenie. Trzeba było czekać w długich kolejkach po chleb, a potem przejść do innej kolejki po trochę mięsa. Zdobycie kanapki zajęłoby cały dzień. Moja przyjaciółka Mira i jej siostra Anna zabrały nawet trochę papieru toaletowego z naszej hotelowej łazienki. Policja pilnowała hotelu, więc tylko goście hotelu mogli wejść. Ludzie mieli pieniądze, ale nic nie było w sklepach. Pewnego dnia staliśmy w długiej kolejce po faszerowaną bułkę, nie z hot dogiem, ale z grzybami.

To był trudny czas na wykonanie tego, co planowaliśmy, ponieważ w Polsce panował stan wojenny[4]. Już następnego dnia, kiedy byliśmy w Augustowie, filmowaliśmy uroczystość, to nasz hotel w Warszawie, hotel Victoria został otoczony przez polskich żołnierzy powstrzymujących z bronią w ręku protestujących członków Solidarności. Moja ekipa filmowa bardzo martwiła się o moje bezpieczeństwo, a ja martwiłam się o ich rodziny.

Przyjechaliśmy do Polski z kartonami jedzenia, cukru, mąki, z papierosami i prezentami dla wszystkich, którzy nam pomogli. Kiedy kręciliśmy scenę ze mną siedzącą na ławce na rynku, kobieta krzyczała przez okno po polsku: “Daj nam jedzenie! Nie rób nam zdjęć!”

Dzień przed ceremonią biegaliśmy i kręciliśmy różne sceny, m.in. tę w lesie z panem Babkowskim i wywiady w hotelu. Następnego dnia na ceremonii byłam szalenie podekscytowana, bo polskie flagi zasłaniały las przed pomnikiem na cmentarzu. Wokół ogrodzonego terenu posadzono rośliny podarowane przez miasto. Dwadzieścia osiem organizacji podarowało kwiaty i postawiło je na pomniku. Harcerze i harcerki stanęli na straży honorowej i także wręczali kwiaty. Sekretarz partii komunistycznej mówił najpierw o „tej historycznej okazji”, a następnie przemówił burmistrz witając nas wszystkich oraz wspomniał o obywatelach Polski, którzy zginęli i zostali pochowani na tej świętej ziemi. Ksiądz Zdatowski również przemówił i powiedział, że ma wielki szacunek dla Żydów, gdyż on również przebywał w obozie koncentracyjnym w Moghaven[5]. Podziwiał ich wolę przetrwania, bez względu na to, jak ciężko im było; byli chłostą zmuszani do ciągnięcia wozów, upadali, a potem wstawali i ciągnęli je dalej. Mówił o pamięci o Żydach i poszanowaniu ich wspomnień.

Pan Finkelstein przemawiał mówiąc: „W czasie, gdy do Augustowa weszli Niemcy, jedna trzecia z 4000 jego mieszkańców było Żydami. Prowadzili aktywne życie ramię w ramię z nieżydowskimi mieszkańcami tej społeczności. Byli kupcami, wykwalifikowanymi rzemieślnikami i fachowcami. Niektórzy z nich mieli młyny i liczne sklepy. To była dobrze prosperująca społeczność żydowska. Mieli bibliotekę i pomagali biednym. Mieli wiele synagog, w których mogli się modlić, tak jak wy macie kościoły. Wyszkolili też wielu gojow i nauczyli ich handlu. Byli prawdziwymi sąsiadami i przyjaciółmi”. Rabin Hertz, przyjezdny rabin skandował piękne słowa za zmarłych: „Al moleh rak hamim”. W tym czasie w Polsce nie było stałych rabinów. Rabin Hertz pochodził z Brooklynu w USA.

Mówiłam przez kilka minut. Przemowa, którą przygotowywałam po polsku przez pół roku, uleciała mi z pamięci, gdy zobaczyłam te wszystkie twarze patrzące na mnie. Położyłam kamień na pomniku i powiedziałam, że zgodnie z tradycją żydowską zostawiamy kamienie na grobie, który odwiedziliśmy, aby pokazać, że tam jesteśmy i że nam zależy. Anna przetłumaczyła wszystko, co powiedziałam, zakończyłam słowami „jen-koo-yea” po polsku (dziękuję) i to sprawiło, że wszyscy się uśmiechnęli i klaskali. Następnie wykopałam mały dołek w polskiej ziemi i zakopałam puszkę ze wszystkimi nazwiskami tych, którzy przekazali pieniądze na urzeczywistnienie tego marzenia.

Na uroczystość przyszły trzy osoby, z którymi kontaktowałam się w Ameryce. Pan Sam Grodowski opuścił Augustów w latach 30-tych jako młody chłopak. Rachael Nunburg, ocalała z getta w mieście, spędziła trzy lata w Auschwitz i której ojciec był jednym z mężczyzn rozstrzelanych w lesie. Uczestniczyła również Luba Feldman, słodka kobieta z New Jersey. Tuż po uroczystości pan Grodowski zaaranżował płatne przeniesienie nagrobków z żydowskiego getta i umieszczenie ich za pomnikiem.

Uroczystość odsłonięcia pomnika na starym cmentarzu żydowskim w Augustowie. Kadry z filmu “Podróż do Augustowa”

Cała nasza czwórka przekazała datki, dlatego po jednej stronie pomnika umieściliśmy cztery nazwiska: Sokolsky, Grodowski, Lewinson i Słowatychi. Po nich następują słowa: „Miejsce poświęcone – na tym cmentarzu spoczywają tysiące Żydów mieszkańców Augustowa i Ziemi Augustowskiej”.

Zaraz po ceremonii podeszła do mnie jedna kobieta i powiedziała po polsku, jak bardzo się cieszy, że stoi tam pomnik. Miała sąsiada Żyda, który był jej dobrym przyjacielem i byli bardzo blisko ze sobą.

Po ceremonii wszyscy byliśmy radośni, ale to szybko zmieniło się dla mnie we łzy. Kamerzysta podszedł do mnie zdenerwowany i powiedział, że ktoś ukradł niebieską plastikową torbę, którą zostawił na ziemi z filmem, który nakręciliśmy dzień wcześniej. Wygląda na to, że myśleli, że to jedzenie. Policja próbowała go znaleźć i wielu mieszkańców miasteczka zajrzało do koszy na śmieci, a nawet ogłoszono to przez głośniki z samochodu przejeżdżającego przez miasto. Bezskutecznie, beznadziejnie.

Macewy na dawnym cmentarzu żydowskim w Augustowie - stan pierwotny. Fot. Naomi Zeavin
Macewy na dawnym cmentarzu żydowskim w Augustowie – stan pierwotny. Fot. Naomi Zeavin

Nakręciliśmy tylko dzień ceremonii. Powiedziałam, że to koniec, nieważne. Po prostu nie mogłam wymyślić, co zrobić. Ale Anna i ekipa byli wspaniali i nalegali, abyśmy zrobili zdjęcia następnego dnia przed powrotem do domu. Kamerzysta wstał o świcie, i aby mnie zaskoczyć podwinął spodnie, a następnie poszedł z aparatem brodzić w rzece Netcie, żeby zrobić wspaniałe ujęcie szerokiej rzeki, przez którą mój ojciec kiedyś przepłynął stając się bohaterem miasta. Film „Podróż do Augustowa” jest dziś na płytach CD oraz w Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie i w Yod Visham w Izraelu.[6]

Słyszałam, że wiele osób oglądało film w Waszyngtonie w sali badawczej Muzeum Holokaustu. Kilkoro z nich pojechało do Polski, aby zwiedzić cmentarz i pomnik. Jedna rodzina, Fishbine, wynajęła autobus dla członków rodziny, aby zwiedzić Augustów. Dodali duży własny kamień na cmentarzu. Inny mężczyzna, Hank Hchonzeit, pojechał z córką do Augustowa. Urocza Regina była przewodnikiem obu rodzin.

Regina, mój anioł, czuwał nad cmentarzem ponad trzydzieści lat. Urzędnicy w mieście są odpowiedzialni za utrzymanie cmentarza, ale kiedy coś się zepsuje, ja muszę zająć się naprawą. Regina i jej rodzina udają się i upewniają się, że okolica jest czysta i usuwają liście. Przynoszą też kwiaty i świece. Miasteczko jest w stu procentach chrześcijańskie, a jednak zawsze znajduje tam kwiaty lub świece, spoczywające na podstawie pomnika. W ostatnich latach pojawiły się graffiti i zniszczenia. Choć w mieście nie ma ani jednego Żyda, nie pojmuję, dlaczego swastyki i zniszczenia pojawiają się co roku. Burmistrz miasta karze tych, którzy wyrządzają szkody, ale wielu uchodzi to na sucho.

“List do Boga” pozostawiony na pomniku w 2007 roku. Fot. Aneta Chilmon

Od dnia ceremonii wracałam do Augustowa trzy razy, ostatnio ponad trzydzieści lat temu. W Ambasadzie Polskiej w Waszyngtonie zyskałam wielu przyjaciół.

Drzwi zostały dla mnie otwarte, a niektóre ekscytujące doświadczenia sprawiły, że dzięki powołaniu do odnowienia cmentarza, moje życie stało się pełniejsze i bardziej niezapomniane. Pierwsze wydarzenie miało miejsce, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi i dwóch młodych przystojnych mężczyzn, ubranych w ciemne garnitury, stanęło pod moimi drzwiami. Pokazali mi swoje odznaki FBI i chcieli ze mną porozmawiać. Zaprosiłam ich i pomyślałam: co zrobiłam? Wygląda na to, że przez lata nagrywali mnie, obserwowali, podsłuchiwali moje rozmowy telefoniczne i wiedzieli o moich wizytach w polskiej ambasadzie. W naszym domu również gościliśmy wielu dostojników z ambasady.

Był to czas komunizmu lat 80-tych, a w grudniu 1981 r. polski ambasador w Ameryce F. Romuald Spasowski poprosił o azyl polityczny. Agenci zapytali mnie, czy mogłabym skłonić sekretarza Stawińskiego do ucieczki. Rozmawiałam o tym z Bronisławem, ale on miał rodzinę w Polsce, więc powiedział, że chciałby, ale nie może; bałby się o ich bezpieczeństwo. Kilka lat później FBI przyszło ponownie i poprosiło mnie o szpiegowanie nowego pierwszego sekretarza, z którym się zaprzyjaźniłam, Krzysztofa Nowakowskiego. Dałam z siebie wszystko, ale nie dostałam dla nich żadnych ciekawych informacji. Chris do dziś jest moim dobrym przyjacielem. Kilka lat później, kiedy odwiedzałam Polskę, on, jego żona i syn opiekowali się mną, kiedy pojechałam ponownie odwiedzić Augustów.

Niedługo po moich wizytach w FBI dostałam nominację od prezydenta Ronalda Reagana. Wpisałam te dwie wizyty w Polsce oraz nazwiska i daty w moim kwestionariuszu. Z przyjemnością mogę powiedzieć, że to nie miało znaczenia i dostałam nominację w 1985 roku.[7]

Kolejne ekscytujące wydarzenie miało miejsce z udziałem Ambasady Polskiej w 1991 roku. Zaprzyjaźniłam się z nowym I sekretarzem Andrzejem Jareckim z niekomunistycznej już Ambasady Polski. Był bardzo wysokim, szczupłym i wytwornym słynnym dramatopisarzem i reżyserem filmowym w Polsce. Otrzymał wiele nagród, w tym odpowiednik naszego Oscara[8]. Ze względu na wzrost antysemityzmu na świecie chciałam wyprodukować nową wersję filmu z polską i angielską ścieżką dźwiękową. Pomógł mi w tym sekretarz Jarecki, podkładając jeden z głosów po polsku i pomagając w tłumaczeniu.

Wiele antysemickich incydentów miało miejsce we Francji. To skłoniło mnie do skontaktowania się z Ambasadą Francji w Waszyngtonie. Rozpoczęłam współpracę z sekretarzem prasowym Pierre Gunardem, który otworzył mi wszystkie drzwi. Przejrzałam wszystkie ich papiery i akta i dodałam zdjęcia z Francji w nowej wersji “Podróży do Augustowa”.

Nowa wersja okazała się sukcesem i zaproszono mnie do pokazania filmu na Festiwalu Żydowskim w San Francisco. Bliskim przyjacielem sekretarza Andrzeja Jareckiego był noblista z 1980 roku, poeta Czesław Miłosz, który wówczas wykładał na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Jarecki chciał, żeby obejrzał film. Wraz z jego listem polecającym i telefonem od niego do pana Miłosza zostałam zaproszona do jego domu. Zadziwiło mnie, że poświęca mi tyle czasu mimo jego zapracowania w ważnych instytucjach. „Jak tobie, takiej drobnej, młodej kobiecie, w pojedynkę i w tak krótkim czasie, udało się wznieść pomnik poświęcony Żydom za żelazną kurtyną?”

Moja odpowiedź była taka, że tysiące rąk pomagało i wiele serc spełniło marzenie. Żydzi wierzą, że jeśli kogoś się wspomina, ten ktoś odżywa, a mając pomnik ludzie są niejako zmuszeni do myślenia o Żydach, którzy tam kiedyś mieszkali. Oni odżywają.

Naprawdę wierzę, że to Bóg prowadził mnie przez całą drogę w tej podróży, bo bez Niego nie udałoby mi się. Jestem tylko jednym z jego narzędzi.




 

  1. W tamtych czasach na czele władz miasta stał nie burmistrz lecz naczelnik
  2. Fairfax County Board of Supervisors
  3. https://pl.wikipedia.org/wiki/Mira_Modelska-Creech [przyp. red.]
  4. Tu autorka się myli, gdyż stan wojenny został wprowadzony dopiero 13 grudnia 1981 roku [przyp. red.]
  5. Prawdopodobnie chodzi tu o obóz koncentracyjny Mauthausen
  6. Kopię z polską ścieżką dźwiękową przekazaliśmy również do Augustowskich Placówek Kultury [przyp. red.]
  7. Autorka otrzymała nominację na Członka Komitetu Doradczego ds. Sztuki 14 maja 1985 r. z rąk Prezydenta Ronalda Reagana [przyp. red.]
  8. Tu autorka chyba trochę przesadziła. Film “Marysia i Napoleon” na podstawie dramatu Andrzeja Jareckiego otrzymał w 1967 roku wyróżnienie na Międzynarodowym Festiwalu Filmu Barwnego w Barcelonie
Opublikowano Dodaj komentarz

Trzy oblicza Augustowa

Dziś nietypowy wpis! Od darczyńców trzymaliśmy trzy piękne, unikatowe albumy, którymi chcemy się z Wami podzielić. Każdy z tych albumów przedstawia nieco inne oblicze Augustowa i okolic. Żaden z nich nie jest łatwy do zdobycia, a teraz pojawiają się razem na aukcjach Allegro. Aukcje trwają 10 dni, a 100% dochodu ze sprzedaży tych albumów darczyńcy przeznaczają do dofinansowanie tłumaczenia "Księgi pamięci Żydów augustowskich". Więcej o tej inicjatywie oraz o innych sposobach wsparcia tłumaczenia można znaleźć tutaj.

Co jakiś czas będziemy aktualizować ten post informując jaką kwotę łącznie zebraliśmy.


 

Augustów - miasto królewskie

Szlaki turystyczne Ziemi AugustowskiejAlbum ten prezentuje szlaki turystyczne Ziemi Augustowskiej – papieskie, kajakowe, żeglarskie, piesze, rowerowe i konne. Na wszystkich szlakach są widoczne elementy dziedzictwa kulturowego rybołówstwa. Prezentowane w albumie trasy przebiegają przez tereny leśne i przyrodniczo cenne obszary, obok gospodarstw rybackich, łowisk wędkarskich oraz punktów gastronomicznych, oferujących wyśmienite, świeże i zdrowe dania z lokalnych ryb. Albumem tym zachęcamy do odkrywania uroków tych zachwycających terenów oraz do odwiedzenia pięknej i gościnnej Ziemi Augustowskiej.

Album na aukcję przekazał Krzysztof Zięcina ze Stowarzyszenia Jamiński Zespół Indeksacyjny.


 

Augustów - miasto królewskie

Augustów - miasto królewskie

80-stronicowy album wydany przez miasto Augustów.  Zaprasza do wędrówki przez karty historii, prezentuje bogactwa przyrody, osiągnięcia gospodarcze, kulturalne i sportowe grodu nad Nettą. Jesteśmy przekonani, że będzie to podróż wyjątkowa, która zachęci do odkrywania Augustowa na nowo.

Album na aukcję przekazał Bogdan Falicki z Klubu Augustowiaków i Suwalszczan w Warszawie.


 

Wigry z Janem Pawłem II

 

Wigry z Janem Pawłem IIArturo Mari był osobistym fotografem papieża Jana Pawła II. Towarzyszył mu we wszystkich podróżach, w tym również tej, najważniejszej dla mieszkańców Suwalszczyzny, która odbyła się w czerwcu 1999 roku. Fotografie w albumie pokazują, jak doskonale papież czuł się wśród polskich jezior, pól i lasów oraz jak na każdym kroku spotykał się z miłością i oddaniem rodaków.

Album na aukcję przekazał Bogdan Falicki z Klubu Augustowiaków i Suwalszczan w Warszawie.


O tym w jaki sposób te trzy książki się łączą i w jaki sposób dotykają Ziemi Augustowskiej pisze Bogdan Falicki w swoim wierszu napisanym z okazji tej aukcji:

Miasto, wody, pielgrzymi

Miasto

Ulice zaklęte w czuły czworobok
i trzy mosty: wysoki, śluza, upust.
Krajobrazy zapamiętane, widziane i śnione.
Wszystkie pogody 365 dni i nocy,
Wszystkie 6 pór roku od ich początku
Wrośnięte w nasze kości.

Wody

Jeziora, rzeki, Kanał i ich podwodni mieszkańcy,
służący swym ciałem ludzkim pokoleniom.
Odwieczny i zmyślny przepływ białka
ponad przykazaniem „nie zabijaj”.
Ryba: znak pojednania śmierci i życia,
wierzących i pogan, tubylców i najeźdźców.
Wszyscy musieli jeść i karmić dzieci.

Pielgrzymi

Od pól gdzie Klęczący Pan Jezus,
przez przydrożne kapliczki i ołtarzyki
do uzdrawiającego źródełka w Studzienicznej.
Z modlitwą lub w skupionym znoju
Od Zielonych Świątek pieszo do kolejnych Zielonych Świątek.
Kiedyś On po naszych śladach,
teraz my Jego szlakiem.
Czerwcowe powietrze dotąd drga
poruszone Słowem.

Bogdan Falicki
8-9.06.2021

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Podróż do Augustowa

Naomi Sokol Zeavin jest córką Maksa Sokolskiego, augustowskiego Żyda, który przed II Wojną Światową wyjechał do USA. Pod koniec lat 70-tych Naomi odwiedziła miasto swojego ojca, a po tej wizycie, z zebranych wśród potomków augustowskich Żydów funduszy, na terenie dawnego cmentarza Żydowskiego powstał pomnik upamiętniający tę niegdyś liczną w Augustowie społeczność.

Naomi Sokol Zeavin

Wydarzenia te zostały utrwalone na filmie “Journey to Augustów“, który już był wielokrotnie pokazywany i udostępniany. Nie wszyscy jednak wiedzą, że istnieje wersja tego filmu z polskim lektorem, której nadaliśmy tytuł “Podróż do Augustowa”! Naomi odszukała taką kopię w formacie DVD i przesłała do nas, a my dzielimy się tą wersją jak najszerzej tylko potrafimy. Po konwersji z formatu DVD na format MP4 wgraliśmy ją na nasz kanał YouTube, a płytkę z oryginalnym formatem DVD przekazaliśmy do Augustowskich Placówek Kultury.

Przenieśmy się więc na chwilę do Augustowa z przełomu lat 70-tych i 80-tych, przypomnijmy sobie jego ówczesnych mieszkańców, a także przypomnijmy sobie mieszkańców pochodzenia żydowskiego, po których tak niewiele śladów w Augustowie pozostało. Naszymi działaniami staramy przywrócić się pamięć augustowskich Żydów przygotowując do publikacji tłumaczenie na język polski “Księgi pamięci Żydów augustowskich”. Zachęcamy do wspierania tego ambitnego projektu: https://jzi.org.pl/kategoria-produktu/kpza/.

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Tajemnice niemieckiej okupacji w Augustowie

czyli sprawa uratowanej dziewczynki i historia upamiętnienia Żydów augustowskich

W 1980 roku (lub wiosną 1981) mój teść Józef Babkowski poprosił mnie o podwiezienie jego i jego znajomych do Urzędu. Okazało się, że tymi znajomymi są Żydzi z USA – 3 albo 4 osoby po 70-tce, dobrze mówiące po polsku, elegancko ubrane. Mój teść miał wtedy ok. 77 lat i chorował na serce, więc moja pomoc była mu jak najbardziej potrzebna. Woziłem go i jego gości do Urzędu Miasta i do Naczelnika Powiatu. Być może jeszcze gdzieś, bo służyłem, jako kierowca ze trzy, cztery razy. Potem jadłem z nimi obiad w domu u Babkowskich. Przybysze zachowywali się swobodnie w mojej obecności, ale nie przypominam sobie, żeby w rozmowie poruszano temat budowy pomnika ku czci augustowskich Żydów.

Nie byłem wówczas świadomy, w jakim celu goście z USA odwiedzają urzędy i co załatwiają. Pamiętam, że była wśród nich kobieta około 80-tki, o wesołym i dość głośnym sposobie bycia, sprawiająca wrażenie osoby wiodącej rej w tym towarzystwie. Z ich wypowiedzi wynikało, że są to byli mieszkańcy Augustowa.

Ich wizyta w Augustowie nie potrwała długo, bodajże parę dni. Cały ten czas towarzyszył im Józef Babkowski. Dopiero później dowiedziałem się, że załatwiali sprawę budowy i odsłonięcia pomnika nad jeziorem Necko, poświęconego Żydom augustowskim. W uroczystości odsłonięcia nie wziąłem udziału, bo nie zostałem o tym wydarzeniu powiadomiony. Jestem przekonany, że gdyby nie pomoc mojego teścia, pomnik ten nigdy by nie powstał. A już w latach 70-tych Józef Babkowski zabiegał o utworzenie cmentarzyka żydowskiego na terenie dzielnicy Limanowskiego (dawne Baraki), gdzie w czasie wojny było getto. To jego inicjatywa przełożyła się na powstanie tego miejsca pamięci.

Jako chłopiec chodziłem z moim tatą do jego rodziny, gdzie przy grze w karty wspominano wojnę. Pamiętam, jak opowiadano, że Niemcy wyznaczali gospodarzy, którzy mieli konie, żeby w określone dni podstawiali furmanki do lokalnego transportu. Najczęściej było to drewno do tartaku na Lipowcu, ale jednego dnia wożono nagrobki z cmentarza żydowskiego i ładowano je do wagonów. Dokąd je wywieziono – nikt nie wiedział. Prawdopodobnie miały posłużyć, jako materiał budowlany. Pamiętam jak mówiono, że Niemcy zabraniali karmić konie owsem, bo ten był zarezerwowany tylko dla niemieckich koni wojskowych.

Mój teść był osobą mocno doświadczoną przez życie, zapewne przez to pozostał bardzo skryty i trzymał swoje tajemnice tylko dla siebie. Urodził się w 1902 roku w Strękowiźnie koło Augustowa i tam mieszkał mniej więcej do połowy II wojny światowej, prowadząc gospodarstwo rolne. W czasie wojny zabudowania zostały spalone, prawdopodobnie przez Niemców, bo leżały z dala od wsi i mogły dawać schronienie partyzantom. Razem z żoną i dziećmi tułał się potem po wsiach powiatu augustowskiego, zatrzymywał u rodziny i znajomych. W sumie, do końca wojny przebywał w 11 różnych miejscach. Po wyzwoleniu wybudował dom w Augustowie przy ówczesnej ulicy Armii Czerwonej 1 (dziś Mostowa 1A) na gruzach domu należącego przed wojną do jakiegoś Żyda. Doczekał się 10 dzieci, zmarł w 1982 roku w Augustowie.

Przed wojną teść miał oprócz gospodarstwa rolnego także firmę budowlaną (do dziś stoją drewniane budynki Domu Opieki Caritas w Studzienicznej pod Augustowem, postawione przez jego zakład), nieraz więc prowadził interesy z augustowskimi Żydami i utrzymywał z nimi bardzo dobre stosunki. Być może te znajomości spowodowały, że w czasie wojny razem z żoną przechowywali żydowską dziewczynkę, prawdopodobnie była to Krystyna Rechtman (córka Leona czy Maxa – nie wiadomo. Leon i Max Rechtmanowie pochodzili z Augustowa). Po wojnie pisała listy po polsku do Babkowskiego, przychodziły z RPA, ale teść nigdy i nikomu ich nie ujawnił. W latach 1937 i 1938 Janinie i Józefowi Babkowskim urodziły się dwie córki, które niestety zmarły w wieku niemowlęcym. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że uratowana dziewczynka miała papiery którejś ze zmarłych. Nie wiem tego na pewno, ale wydawałoby się to logiczne. Możliwe, że Babkowscy pomagali też doktorowi Szorowi (pisownia fonetyczna). Niestety teść o pewnych sprawach nie rozmawiał ani ze mną, ani nawet ze swoimi dziećmi. Dawał do zrozumienia, że lepiej go nie pytać, bo nie wiadomo, kto jeszcze będzie w Polsce rządził. O historii przechowywania przez Babkowskich żydowskiej dziewczynki nie słyszałem więc od nich samych, natomiast wielokrotnie opowiadali mi o tym starsi mieszkańcy Augustowa. Jedno jest pewne – Józefa Babkowskiego i Leona Rechtmana łączyły bardzo dobre stosunki oparte na olbrzymim zaufaniu.

Po wojnie teść utrzymywał kontakty z Leonem i Maxem Rechtmanami. Leon mieszkał w Austrii w Salzburgu do końca życia, zmarł w połowie lat 80-tych. Mieszkała tam również Gienia (?) Rechtman, prawdopodobnie jego córka. Max osiadł chyba w USA. Nie znam okoliczności, w jakich rodzina Rechtmanów przetrwała wojnę. Syn Leona, Owadio Rechtman wyjechał w 1936 roku na tereny ówczesnej Palestyny, w czasie wojny nie był w Polsce. Około 1966 roku Józef Babkowski pojechał do Salzburga na zaproszenie Leona i gościł tam, co najmniej kilkanaście dni. Rechtmanowie byli przed wojną bardzo majętni. Należały do nich kamienice przy Rynku Zygmunta Augusta 9 i 40, kamienica przy ul. 3-go Maja (tzw. Dom Turka), posiadali też szereg działek w okolicy obecnej szkoły nr 5 przy ul. Nowomiejskiej oraz przy ul. Kwaśnej i budynek magazynowy przy ul. Młyńskiej. Prawdopodobnie mieli również kilka jezior, a także część dzierżawili. Podobno Rechtmanowie podarowali te działki przy Nowomiejskiej pod budowę szkoły „tysiąclatki”. Możliwe, że było to w ramach jakiegoś układu, umożliwiającego Leonowi przyjazd do Polski w pierwszej połowie lat 60-tych. Moja żona pamięta, że Leon Rechtman był w Augustowie co najmniej dwa razy i kupił rodzinie Babkowskich telewizor. Po roku 1968 już więcej do Polski nie przyjechał. Co ciekawe, dzięki staraniom i zabiegom Józefa Babkowskiego, z pomocą mecenasa Stanisława Sipowicza i notariusza Kulowskiego, nieruchomości Rechtmanów (oprócz Domu Turka) nie przeszły na Skarb Państwa, a ich administratorem został nie kto inny, jak właśnie Józef Babkowski. Opiekował się tymi majątkami aż do śmierci, po nim przejął ten obowiązek jego syn Franciszek. W 1991 roku do Augustowa przyjechał z Izraela syn Leona Rechtmana, Owadio. Razem z Franciszkiem Babkowskim, z pomocą adwokata Tadeusza Nettera, odzyskali Dom Turka i do roku 2005 sprzedali wszystkie pozostałe nieruchomości. Owadio Rechtman bywał w Augustowie kilkakrotnie, a ok. 1995 roku przyjechał ze swoją córką.

Na zakończenie zabawna anegdota. Krótko po wyjeździe tej „delegacji” z USA zadzwoniono do mnie z Powiatowego Biura PZPR. Zdziwiłem się, bo do partii nigdy nie należałem. Przyjął mnie niejaki towarzysz Święcicki, który zagadnął: – A co Wy tak, towarzyszu, wozicie tego Babkowskiego? Ja na to krótko: – Bo to mój teść. Wyraźnie zaskoczony towarzysz Święcicki złapał powietrze i po dłuższej chwili wydukał: – Aha, aha, aha… Tego nie przewidział, a ówczesne przepisy nie zabraniały wozić teścia!

Sprawa żydowskiej dziewczynki pozostaje do dziś niewyjaśniona do końca. Parę lat temu pisałem do ambasady Izraela i Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie, ale odpowiedziano mi, że w ich rejestrach nie figuruje żaden Józef Babkowski. Może ktoś ma jakąkolwiek wiedzę na ten temat i mógłby tę opowieść uzupełnić? A ja mam nadzieję, że moje wspominki komuś się przydadzą.

Opowieść spisała i opracowała Małgorzata Zachorowska

Artykuł ilustrują kadry z filmu “Journey to Augustów” autorstwa Naomi Sokol Zeavin.


Na początku lat 80-tych, niemal czterdzieści lat po likwidacji augustowskiego getta, nad jeziorem Necko odsłonięto pomnik, który upamiętnił mieszkańców Augustowa żydowskiego pochodzenia. Po kolejnych czterdziestu latach ciszy nadszedł czas, aby ponownie zacząć głośno rozmawiać o tamtych ludziach. Większość z nich zginęła w Holocauście. Nieliczni, jakby przeczuwając złe czasy, opuścili Augustów przed wybuchem II Wojny Światowej. I Ci właśnie, którzy ocaleli opowiedzieli nam swoją historię i historię Augustowa widzianą swoimi oczami w “Księdze pamięci Żydów augustowskich“. Planujemy wydać ją na początku 2022 roku. Zespół tłumaczy z języka hebrajskiego i jidysz już pracuje nad tekstem, którego fragmenty co jakiś czas publikujemy na naszej stronie. Zbiórka na sfinansowanie tego najbardziej kosztownego etapu trwa. Teraz, gdy ponad 90% kwoty zostało już zebrane, prowadzimy ją poprzez naszą własną stronę, utrzymując regulamin z nagrodami za wsparcie. Wpłacając nie tylko masz gwarancję uzyskania nagrody, ale też udzielasz głosu ludziom, którzy przez tak wiele lat milczeli. Zapraszamy: https://jzi.org.pl/kategoria-produktu/kpza/

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Zakończenie zbiórki publicznej na wspieram.to

O północy zakończyła się publiczna zbiórka funduszy na tłumaczenie “Księgi pamięci Żydów augustowskich” na portalu wspieram.to. Oto podsumowanie akcji:

Łącznie zebraliśmy 17 771 zł z oczekiwanych 31 500 zł, czyli około 56% tej kwoty. 95 osób wsparło nas 121 razy, a to oznacza, że kilka osób wspierało nas wielokrotnie! Dziękujemy za wszystkie wpłacone kwoty, te duże i te małe! Jesteście wielcy!

Wsparcia finansowe to jedno, ale nie bylibyśmy w stanie uzbierać tej kwoty, gdyby nie szeroko rozpowszechniana informacja o kampanii. Łącze do portalu było udostępnione 188 razy!

Nasze wskaźniki pokazują, że strona kampanii na portalu wspieram.to była odwiedzana w tym czasie ponad 3100 razy! Zainteresowanie pomysłem i zbiórką pieniężną przekroczyło nasze najśmielsze oczekiwania i jest to miejsce, aby podziękować również wszystkim, którzy niestrudzenie udostępniali informacje o zbiórce na tłumaczenie “Księgi pamięci Żydów augustowskich”. Bez Was o akcji nie dowiedziałoby się aż tyle osób!

Równolegle do trwającej kampanii na wspieram.to otrzymaliśmy kilkanaście wsparć bezpośrednio na konto, a także znaczące wsparcia od instytucji: Augustowskich Placówek Kultury oraz Urzędu Gminy Sztabin. Oto podsumowanie finansowe na dzień dzisiejszy:

przez portal wspieram.to zebrano 17 771,00 zł
pozostałe wsparcia 13 047,18 zł
prowizja portalu i koszty nagród 6 428,12 zł[1]
na tłumaczenie zostaje 24 390,06 zł

Nie wiemy, jaka będzie dokładnie końcowa objętość Księgi, ale przewidujemy, że do pełnego sfinansowania tłumaczenia brakuje nam jeszcze około 3-6 tysięcy złotych. Dlatego nie będziemy ustawać w wysiłkach, aby zebrać brakującą kwotę. W związku z tym postanowiliśmy kontynuować zbiórkę publiczną, już przez nasz własny sklep internetowy, która będzie trwała do końca listopada. Zachowujemy przy tym identyczny regulamin wiążący wsparcia z nagrodami, jak na portalu wspieram.to. Oto link do kontynuacji zbiórki: https://jzi.org.pl/kategoria-produktu/kpza/. Zobowiązujemy się jednocześnie do dalszego informowania o postępach w pracach nad Projektem na stronie https://jzi.org.pl/ksiega-pamieci-zydow-augustowskich/.

Wkrótce do wszystkich osób wspierających roześlemy certyfikaty potwierdzające wsparcie.

Raz jeszcze dziękujemy wszystkim wspierającym! Dodajecie nam energii i motywacji do dalszej pracy!

 

  1. kwota przybliżona bazująca na dzisiejszych kosztach drukarni, a ponieważ druk książek przeznaczonych na nagrody będzie wykonywany w styczniu 2022, ceny druku mogą ulec zmianie
Opublikowano Dodaj komentarz

Maje mojego dzieciństwa – gawęda Józefy Drozdowskiej

serca Maryi

Maje zapamiętane przeze mnie z dzieciństwa były przeważnie ciepłe, suto przybrane zielenią i kwiatkami. W ogródkach obok konwalii zakwitały delikatne, o różowych serduszkach „serca Maryi”. Przydrożne krzyże przystrajane były na ten czas przez nas, dzieci, wiankami witymi ze złocistych mleczy i białej koniczynki.

Wieczorami schodziliśmy się na nabożeństwa majowe. Na koloniach wsi Jeziorki, pod Turówką, gdzie mieszkałam, przez wiele lat odbywały się one w domu pana Wacława Kondratowicza. Jak głosi tutejsza legenda, w miejscu, gdzie stoi dotąd ich dom, pobudowana była pierwsza chata osadnika, który na puszczańskiej polanie założył naszą wieś.
W małym, ale mającym w sobie ducha nabożności domu spotykali się wszyscy na modlitwie, której przewodziła pani Agnieszka Kondratowiczowa, matka moich koleżanek Wini, Jadzi i Krysi, wychowująca w duchu religijnym kilkoro dzieci, a w jakiś sposób pośrednio i nas – sąsiedzkich. Odśpiewywanej lub odczytywanej przed domowym ołtarzykiem, przybranym kwiatami, „Litanii Loretańskiej do NMP” towarzyszyły liczne pieśni maryjne z „Chwalcie, łąki umajone”, „Po górach, dolinach” i „Serdeczna Matko” na czele.

Wracałyśmy do domów, jak przystało na dzieci, rozbawione, przekrzykując kumkanie żab w licznych wówczas we wsi sadzawkach i „torfowniakach”, klekotanie bocianów i śpiewy ptaków w drzewach. Jedna z głównych kolonijnych dróg – gościniec – obsadzona była gęsto topolami. Na nich to mrowiło się w maju od chrabąszczy, którymi chłopcy mieli zwyczaj straszyć dziewczęta, wkładając je za kołnierze sukienek, często dla psikusów nawet podczas modlitwy.
Wieczorami niosły się również po polach pieśni maryjne z sąsiedniej wsi Żarnowo, gdzie był zwyczaj zbierania się ludzi na majowe przy przydrożnych krzyżach.

W moim rodzinnym domu ci, którzy nie szli na majowe, odczytywali wspólnie na głos litanię do Matki Bożej. W innych domach również. Często wspominam te rozkwiecone i rozmodlone maje, dające siłę memu życiu również i teraz, i myślę, że innym także.

Gawęda pochodzi z książki Józefy Drozdowskiej „Opowieści z domu pod topolą”

 
Opublikowano Dodaj komentarz

Augustów

O tym, jak odkryłam moją drugą „małą ojczyznę” i poznałam rodzinę Janusza

OD ROKU 1967 DO DZIŚ…

Kiedy zaczyna znikać nasz pierwszy świat, ta mityczna kraina początku, in­stynktownie zaczynamy sobie szukać miejsca rezerwowego. Drugiej małej oj­czyzny i drugiej rodziny.

Byliśmy już z Januszem cały sezon razem i właśnie mieliśmy się przenieść do Kalisza, kiedy postanowił poznać mnie ze swoją rodziną zamieszkałą w Au­gustowie i okolicznych wsiach, które zwane były przez mieszkańców powiato­wego Augustowa „prowincją”.

Babcia Elżbietka
Babcia Elżbietka

Zdawałam sobie sprawę z wagi tej chwili i nie będę ukrywać, bałam się: jacyś nieznajomi, obcy ludzie w jednej chwili mają się stać moimi najbliż­szymi. Szłam ulicą w kierunku jego domu, liczyłam kroki. Na ganeczku do­mu rodzinnego Janusza, na ulicy Tadeusza Kościuszki pod numerem 13, siedziała wsparta o kostyle Elżbietka Malinowska, babka Janusza. Na głowie miała chusteczkę, bieluteńkie, pachnące szarym mydłem włosy i uśmiecha­ła się do mnie całą swoją grubowatością. Była tęga, duża i lekko pochylona. Ganek był też krzywy i też pochylony jak babcia Elżbietka. Domek niewiel­ki, zapuszczony, przypominał trochę czterookienną chatkę, w układzie sy­metrycznym, z sienią na przestrzał. Z domu wybiegła, żeby mnie przywitać, Olimpia, mama Janusza. Maleńka, zawsze uśmiechnięta i serdeczna. Ręce pośpiesznie wycierała w fartuch, bo kończyła właśnie faszerować kurczaka na moje przyjęcie. Kurczak był jej najlepszym daniem. Chciała, żeby od najlepszego zaczęło się moje wrastanie w rodzinę Janusza, w jego świat, w świat jego kolegów i znajomych. Poznawałam także jego z innej, niezna­nej mi dotąd strony. To nie zawsze było łatwe. Często czegoś nie rozumia­łam, coś mnie irytowało. Ale już nigdy nie mogłam sobie pozwolić na chłodną obserwację Augustowa, oglądania go krytycznie, z zewnątrz, jak zapuszczonego peerelowskiego miasteczka. Wszystko wokół stawało się tak­że moje. Własne… Mój Kamień chował się za horyzontem. Wchodziłam w nowy WIDNOKRĄG.

Przez cały czas pobytu w Augustowie jeździliśmy po okolicznych wsiach w poszukiwaniu starych lamp naftowych do Januszowej kolekcji. Nasze wyprawy czę­sto były połączone z odwiedzinami miejsc szczególnych, takich jak Janówka czy Topiłówka. Tam Michałowskich, wojennych wygnańców z Augustowa, gnanych pieszo do obozu w zadymkę, śnieżycę, mróz porzucili Niemcy, kiedy front był tuż, tuż… Tam Janusz dowiedział się, co to jest wojenny głód, bezdomność, nie­życzliwość sąsiedzka i strach. Poznawałam ten ciągle nowy jeszcze dla mnie świat krok po kroku. Potem przyszła kolej na rodzinę ze wsi.

Odwiedzaliśmy cały rozległy ród Malinowskich w Netcie i Żarnowie.

Z młodymi jeździłam na traktorze, a Stacha, cioteczna babka Janusza, uczyła mnie doić krowę. Trochę udawałam własne nieuctwo, żeby im się przy­podobać. O wsi wiedziałam przecież dużo. Jestem w końcu etnografką z dy­plomem! A dzieciństwo w Kamieniu też było nieustannym poznawaniem obyczajów wiejskiego świata. Ale teraz to była inna wieś. Inny jest punkt wi­dzenia, kiedy jako etnograf chodzi się po wsi, prowadzi wywiady, zadaje lu­dziom głupie pytania, a jeszcze inny, kiedy na wieś patrzy się z wysokości dworskiego ganku. Przyszłam tu z innego świata i mając już za sobą kawał ży­cia, stanęłam wobec nowej perspektywy. Tym razem chciałam poczuć się członkiem tej nowej dla mnie społeczności. No, może członkiem to przesada, ale kimś naprawdę jej bliskim.

Chyba w 1988, może już w 1989 roku byliśmy na grobach w Cłach. To ma­ła wyrębinka przy drodze, też bardziej przypominająca przecinkę niż trakt — a na niej krzyże, krzyże, krzyże z patyczków, z szyszek i kijków. Leżą płasko na poszyciu, igliwiu, wzdłuż wgłębień, które jak zasypane okopy wojenne ciągną się jeden obok drugiego. Na drzewie, pod którym stoi jedyny, biały, drewniany krzyż, kartka wyrwana z zeszytu, zgnieciona, zamokła, a na niej dziecinnym pi­smem napisane, że tu leżą pomordowani przez NKWD i UB w lipcu 1945 roku. Padał deszcz, czekaliśmy w samochodzie, aż przestanie lać, żeby zrobić zdjęcia.

Jak oni znaleźli te groby? — zapytałam potem fufajkowatego grubasa, któ­ry z drugim takim samym pił wino „Wino” przy drodze, na polance w desz­czu, ukryty pod liściem chrzanu. Spojrzał, długą chwilę milczał, widocznie nieufny, i wreszcie wymamrotał: „Jednemu z sąsiedniej wsi przyśnił się oj­ciec. Ślad po starym zaginął w 1945. Dopiero się przypomniał. Widać wcze­śniej nie mógł się śnić. Teraz kazał się synowi odkopać i pochować po chrześcijańsku. Wskazał mu miejsce. Właśnie tu, ale lepiej nie gadać! Jak ten, co mu się przyśniło, powiedział, to zaczęli go ciągać po posterunkach”.

Parę dni potem Janusz pokazał mi Kubrynia. Chodził po rynku w Augu­stowie. Uśmiechnięty, zadowolony, chyba nawet bardzo zadowolony. W 1945 to on denuncjował tych, którzy tam leżą. Wtedy, u progu wolnej Polski, wszy­scy go znali i wiedzieli o nim wszystko. A jednak nikt go nie tknął. Tacy to byli „sąsiedzi”! Kubryń był podwładnym Szostaka z UB, największego morder­cy w okolicy.

Szostaka pokazał mi jeszcze Janek Swiderski w latach sześćdziesiątych, kiedy pływaliśmy po augustowskich jeziorach z moim byłym mężem Jerzym Adamskim. Ten Szostak morderca nadal sobie spokojnie żył, przefarbowany na hobbystę kolekcjonera. Żył tak aż do 1987 roku. Nad Nettą miał muzeum osobliwości. Zbierał i rzeźbił korzenie podobne do różnych stworów, specjalizował się w diabłach, zbierał buteleczki po perfumach, hodował czaplę, lisa i królika. Żył tak, aż któregoś dnia wszystko spaliło mu się do cna. Samotny, opuszczony przez wszystkich Szostak latał wkoło jak oszalały z wiadrem wody. Wył, ryczał, błagał i wzywał pomocy. Tłum stał milczący, patrzył i czekał, aż wszystko spłonie. Bezruch i cisza! Zemsta za pomordowanych ojców i braci.

Ta ziemia wciąż ma swoje tajemnice. Ale piękno i cisza szczelnie je przykrywają.

Januszek u fotografa
Januszek u fotografa

W domu w Augustowie oprócz babci Elżbietki i mamy Olimpii mieszkał jeszcze brat Janusza Jurek z żoną Barbarą i synem Bogusiem. Mama praco­wała do emerytury w sklepie, Jurek od zawsze w budownictwie. Ale tak na­prawdę bardziej był rybakiem niż budowlańcem. Jak miał czas, to wychodził na ryby jeszcze głęboką nocą. Wracał zawsze z tarczą. Wiedział, gdzie jaka ry­ba, wiedział, kiedy bierze. Kaidy połów był zmierzony. Każda większa sztu­ka zapisana. Te zeszyty przechowywane są do dziś. Ale teraz już Jurek ryb nie łowi. Na emeryturze „łowi” stare kapliczki, cmentarze, pomniczki i wszyst­ko, co świadczy o inności, co nie jest z naszego plastikowego świata. Doku­mentuje to w czasie długich codziennych wędrówek z Barbarą u boku, przemieszczając się małym, bardzo już wysłużonym fiacikiem. Jurek to znaw­ca tych ziem. O każdym swoim odkryciu opowiada z takim przejęciem, jakby natknął się na jeszcze nieodkrytą wyspę na Oceanie Spokojnym.

Stary pożydowski dom przy Kościuszki, w którym urodzili się obaj, Ja­nusz i Jurek, kupili ich dziadkowie, Marcin i Elżbietka Malinowscy, których przywiała tu Wielka Rosyjska Rewolucja Październikowa. Malinowscy miesz­kali przedtem w Odessie, gdzie dziadek Janusza miał warsztat szewski. Pra­cowało u niego kilku ludzi, podobno większość chromych, jednonogich, żeby było taniej. „Szewcowi nogi niepotrzebne” — mawiał dziadek Marcin, znany ze specyficznego poczucia humoru. Grupa kalek, jedni bez nogi, inni bez rę­ki, z zapamiętaniem stukają młotkami w podeszwy butów pod czujnym okiem mistrza Sajetana z „Szewców” Witkacego czytającego im na głos „Kapitał” Marksa, ten fragment o „środkach produkcji”, które do nich nie należą, a po­winny. Janusz grał Sajetana w kaliskich „Szewcach”, spektaklu Maćka Prusa. Teraz w kreacyjnym dokumencie mógłby być i swoim dziadkiem Marcinem, i Sajetanem.

Dziadek Marcin z chłopcami
Dziadek Marcin z chłopcami

Dziadek Marcin do Odessy pojechał za chlebem. Urodził się jeszcze w XIX wieku w Żarnowie, w chacie z glinianą polepą zamiast podłogi, gdzie ludzie i zwierzęta spali i mieszkali razem. Było ich dwunastu braci, więc nie było jak dzielić majątku. Marcin jako najenergiczniejszy z nich, ale też nielu­biący pracy na roli, w lnianej koszuli przepasanej sznurkiem, z tobołkiem na plecach i chlebem na drogę wyjechał do Warszawy, gdzie uczył się szewstwa na ulicy Piwnej, w domu „gołębiarki”. Każdy stary warszawiak wie, gdzie to jest, ale nie wie, że to naprzeciwko naszego domu, w którym z jego wnukiem Januszem mieszkamy od czasu, kiedy przyjechaliśmy tu z Poznania. Marcin wyuczył się na Piwnej szewstwa i pojechał dalej — na wschód. Potem, jak Mar­cin i Elżbietka w 1918 roku uciekali z Odessy przed bolszewikami, to cały swój majątek zamienili na papierowe ruble. Elżbietka chciała złote, ale decy­dował Marcin, którego wprawdzie wyzywała od „żarnowskich kluch”, ale za­wsze aż do samej śmierci mu ustępowała. Gdy okazało się, że te papierowe ruble są nic niewarte, Elżbietka wyciągnęła jakieś swoje zaskórniaki, zarobio­ne w Odessie na obszywaniu żon carskich oficerów i aktorek, i kupiła za nie w Augustowie ten pożydowski dom na ulicy Kościuszki.

Januszek w drodze do szkoły teatralnej
Januszek w drodze do szkoły teatralnej

Ich córka, mama Olimpia, wyszła za Bolka Michałowskiego, nauczyciela. Pobrali się w 1936 roku. Miłość była gorąca, ale krótka. W 1940 Sowieci wy­wieźli go na Wschód. Olimpia „odkrytoje pisma” od męża z zesłania prze­chowywała w szufladzie białego bufetu w przedwojennej kopercie z fałszywym dla niepoznaki adresem nadawcy. Kartki były wygniecione i spłowiałe. Bolek wysyłał je Olimpii najpierw z kopalń, z Krzywego Rogu z dalekiego Kaukazu, skąd udało mu się uciec. Potem przychodziły już listy z okolic Siedlec. Na po­czątku wojny był szefem wywiadu AK obwodu augustowskiego. Bolka, gdy już wracał z partyzantki do domu, zamordowali najprawdopodobniej enkawudzi­ści razem z miejscowymi ubolami. Olimpia została sama, bez zawodu, ale za to z dwoma chłopcami i starymi rodzicami na utrzymaniu.

Janusz w młodości nigdy nie widział profesjonalnego teatru, ale za to du­żo czytał, pięknie recytował wiersze i na wszystkich akademiach był pierwszy i najlepszy. Pewnego dnia podjął męską decyzję, że zostanie aktorem. W sa­mej Warszawie. Z drewnianym kuferkiem i w marynarce w kratę uszytej przez babcię Elżbietkę, z włosami w plerezę na cukier i butelką tranu dla zdrowia pojechał w ślad za swoim dziadkiem Marcinem do Warszawy.

Nasz dom w Augustowie
Nasz dom w Augustowie

Nasz dom w AugustowieA teraz pomieszkujemy latem w jego rodzinnym domu w Augustowie. Wy­remontowaliśmy stary, stupięćdziesięcioletni, a może nawet starszy dom. Po­stanowiliśmy przywrócić mu to, co kiedyś było piękne, i to, co zostało zapomniane. Na starych belkach i pobielanych ścianach zawisły rodzinne foto­grafie. Dla mamy Janusza, która na starość miała problemy z poruszaniem się. chcąc jej ułatwić codzienne ablucje, wybudowaliśmy przy jej pokoju własną łazienkę. „Tyle lat tu żyję i nie wiedziałam, że w ścianie jest woda” — powiedzia­ła zdziwiona i przestraszona, gdy pierwszy raz odkręciła kurek. Teraz mama Ja­nusza już nie żyje, Jurkowie przeprowadzili się do bloków w śródmieściu Augustowa.

Przydomowy ogród wypiękniał przez lata, ale tylko w połowie i od wscho­du. Od wschodu, bo w Augustowie majątek starszego brata jest zawsze od wschodu. Młodszy ma grządki na zachodzie. Także na zachodzie Jurek ma oranżerię, którą zbudowaliśmy mu na końcu ogródka, od Kopernika. Szklany pawilon ukryty w zieleni pachnie tak samo jak w wielkiej oranżerii w Kamieniu, tej, co była zaraz obok domku Grabowskiego, tego ogrodnika z grubym paznokciem. Czasami chodzę tam podumać, pomilczeć i zrozu­mieć, jak to w przeszłości tkwi przyszłość. Z naszymi sąsiadami Wiśniewski­mi z naprzeciwka, z drugiej, tej parzystej strony Kościuszki, bardzo się przyjaźnimy. Zosia robi pyszne puszyste kołduny, jak nikt w okolicy, a syn Zbyszek, który wtedy, przed laty, zaczynał od sprzedawania marchewki z wóz­ka, teraz otwiera co i rusz sklepy-salony rowerowe w całym Augustowie.

Mama Olimpia
Mama Olimpia

Augustów i jego okolice to dla mnie druga mała ojczyzna. Dom, w którym urodził się Janusz, to taki zastępczy Kamień. A do rodziny Janusza czasami bliżej mi niż do niektórych członków mojej…

Kończę pisać ten fragment książki w naszym zielonym saloniku w Augu­stowie, w dawnym szewskim warsztacie dziadka Marcina. Potem była tu kuch­nia, w której babcia szyła. Tu też umarła. Kiedy niedługo przed swoją śmiercią już prawie niewidząca mama Janusza, przerażona, wyrwana ze snu, wbiega­ła do przerobionego przez nas pomieszczenia — zielonego salonu — i pytała, gdzie jesteśmy, nie poznając miejsca, Janusz spokojnie odpowiadał: „W warsz­tacie szewskim u dziadka, Mamo”.


Powyższy tekst to tylko jeden mały fragment autobiograficznej książki pani Izabelli Cywińskiej pod tytułem “Dziewczyna z Kamienia”. Dotyczy Augustowa i augustowskiej rodziny Janusza Michałowskiego, męża pani Izabelli. Polecamy przeczytać w całości!