Licytacje zakończyły się w niedzielę o 18:00. Serdecznie dziękujemy za udział wszystkim licytującym, a przede wszystkim tym, którzy wylicytowali najwyższe kwoty. Dziękujemy również tym, którzy zachęcali, udostępniali linki w mediach społecznościowych i w inny sposób wspierali tę naszą skromną inicjatywę. Szczególne podziękowania kierujemy do pani Magdaleny Sommer za przekazanie wszystkich nagród - "złotych serduszek" JZI. Bez nich na pewno wylicytowana kwota byłaby dużo niższa!
Oto krótkie podsumowanie wyników licytacji:
Łączna wylicytowana suma to 416 zł! Po potrąceniu kosztów (druk książeczek, prowizja allegro) do dyspozycji pozostaje kwota 322 zł. Z tego kwotą 161 zł wesprzemy rehabilitację Marysi Godlewskiej i tyle samo przeznaczymy na dofinansowanie wydania "Księgi pamięci Żydów augustowskich". Jej przygotowanie do druku jest już na tyle zaawansowane, że możemy obiecać, iż będzie to wspaniała i cenna pozycja w biblioteczce każdego miłośnika miasta Augustowa.
Po raz kolejny mogliśmy się przekonać, że nasze inicjatywy nie pozostają bez echa. Są dobrze przyjmowane, co widać po słowach wsparcia i pomocy finansowej jaka do nas płynie. Za to należą się ogromne podziękowania!
"Ludzie wielkich marzeń" to krótka, ale bogato ilustrowana historia trzech augustowskich Żydów, braci Sokol (Sokolski), którzy w 1918 roku wyemigrowali do Ameryki, by rozpocząć lepsze życie. W New Britain w stanie Connecticut założyli dobrze prosperującą i znaną podówczas na cały kraj fabrykę płaszczy Sokol Brothers Inc. Autorką jest córka jednego z nich, Naomi Sokol Zeavin. Jej postać powinna być znana wszystkim Augustowiakom, gdyż to z jej inicjatywy na dawnym cmentarzu żydowskim w Augustowie stanął pomnik upamiętniający społeczność, która zginęła w Zagładzie. Naomi jest również autorką filmu "Podróż do Augustowa" nakręconego w latach 80. o powstaniu pomnika.
"Ludzie wielkich marzeń" to publikacja niepowtarzalna, wydana w limitowanym nakładzie.
Chcemy, aby 10 egzemplarzy tej książeczki wsparło dwie szlachetne sprawy, dlatego wystawiamy je na aukcję!
Dochodem ze sprzedaży akcji chcemy dofinansować wydanie "Księgi pamięci Żydów augustowskich". Chcemy jednak podzielić się zebraną kwotą i 50% dochodu przeznaczyć na szczytny cel. Pragniemy pomóc naszej koleżance Marysi Godlewskiej stanąć na nogi!
Marianna Godlewska była zdrową i aktywną osobą, która nagle dostała paraliżu. Wierzymy, że może chodzić, jest to możliwe! Kluczowe są pierwsze miesiące rehabilitacji, kiedy są największe postępy. Dlatego chcemy finansowo wesprzeć rehabilitację neurologiczną w specjalistycznym ośrodku rehabilitacyjnym. Koszt miesięczny wyceniono na 24 tys. zł, a rehabilitacja ma potrwać minimum 2 lata. Dla rodziny to niewyobrażalnie wysoki koszt, ale zrobimy wszystko, aby Marianna Godlewska stanęła na nogi… zróbmy to razem! Zbierzmy na min. rok intensywnej rehabilitacji! Pamiętaj dobro wraca Liczy się każda złotówka!
Już teraz możecie wesprzeć dwie wyjątkowe inicjatywy jednym kliknięciem!
Ale to nie wszystko! Do każdej wylicytowanej książeczki dołączamy nagrodę za licytację w postaci innej książki!
A oto nagrody:
1. Album pt "Profesor Mojżesz Schorr - ostatni rabin wielkiej synagogi". Publikacja, polsko-angielskojęzyczna, opatrzona jest nieznanymi dotąd materiałami faktograficznymi oraz wieloma tekstami autorstwa Mojżesza Schorra. 200 stron formatu zbliżonego do A4 pełnych ciekawej historii, starych zdjęć, fotokopii dokumentów i in.
2. Książka Dawida Grossmana pt. "Gdyby Nina wiedziała" w tłumaczeniu Magdaleny Sommer. Egzemplarz z autografem tłumaczki!
3. Książka Nadava Eyala pt. "Rewolta" w tłumaczeniu Magdaleny Sommer. Egzemplarz z autografem tłumaczki!
4. Almanach żydowski z kalendarzem na rok 5782 (rok według kalendarza żydowskiego) czyli lata 2021-2022. Prócz kalendarza z zaznaczeniem żydowskich świąt zawiera wiele interesujących informacji o Żydach i ich kulturze.
5. Książeczka dla dzieci do nauki języka hebrajskiego wydana przez Fundację im. Mojżesza Schorra (4 sztuki).
6. Obrazkowy słowniczek polsko-hebrajski dla dzieci wydany przez przez Fundację im. Mojżesza Schorra (2 sztuki).
Wszystkie nagrody przekazała pani Magdalena Sommer, tłumaczka "Księgi pamięci Żydów augustowskich" z języka hebrajskiego. Dziękujemy!
Parę lat temu podczas indeksacji ksiąg metrykalnych parafii Jaminy przez Jamiński Zespół Indeksacyjny została odnaleziona bardzo ciekawa metryka ślubu z 1840 roku. Otóż drugiego marca 1840 roku w kościele parafialnym w Jaminach zawarty został związek małżeński pomiędzy Wielmożnym Józefem Foxem, obywatelem krajowym z urzędowania w Augustowie zamieszkałym, 45 lat liczącym, synem zmarłych Wielmożnego Józefa i wielmożnej Anny z domu Fox, małżonków Foxów, urodzonym w mieście Kenty w Galicji Austriackiej, a Wielmożną panną Anną Truszkowską, 20 lat liczącą, córką Wielmożnych zmarłego Jana Truszkowskiego i Agnieszki z domu Kniażewskiej.
Józef Fox był osobą ważną dla Augustowa połowy XIX wieku. Brał udział w budowach kilku augustowskich świątyń jako główny przedsiębiorca budowlany. W latach 1840-1843 przy jego kierownictwie powstała synagoga, na której fundamentach mieścił się później zakład mleczarski zbudowany w latach 50-ych XX wieku. W tym samym okresie, w latach 1840-1841 zbudował drewnianą kirchę ewangelicką na placu przy obecnych ulicach Kilińskiego i Sienkiewicza. Kościół św. Barłomieja, który został rozebrany w 1905 roku – poprzednik obecnej augustowskiej świątyni zbudował również Józef Fox w latach 1839-1842. Od 1839 był właścicielem cegielni nad Hańczą. Dzierżawił również cegielnię nad jeziorem Necko. W 1845 wyremontował własnym sumptem cerkiew unicką w Augustowie. Pod koniec I połowy XIX wieku pracował jako urzędnik banku. W 1848 uruchomił w Augustowie produkcję statków berlinek i do roku 1864 wybudował takich statków 11. Był również właścicielem magazynów soli, a także dzierżawcą majątków ziemskich – w 1844 roku folwarku Zaboryszki, w 1857 roku folwarku Szczebra.
Pierwsza małżonka Józefa, wspomniana wyżej Anna, zmarła w roku 1843 po zaledwie 3 latach małżeństwa. Drugą żoną Józefa została Wilhelmina z Bartkowskich. Na kartach historii zapisała się wspieraniem powstańców styczniowych w 1863 roku. Nosiła im do lasu żywność, a w 1864 roku podczas świąt wielkanocnych oddała im ze stołu święcone. Synem Józefa i Wilhelminy był późniejszy burmistrz Augustowa Władysław Franciszek Jan Fox urodzony w roku 1862. Małżonkowie mieli jeszcze przynajmniej dwójkę dzieci: Józefa Andrzeja i Dorotę Agnieszkę, oboje urodzonych w roku 1859.
Niestety ustalenie rodowodu samego Józefa Foxa nastręcza niemało trudności. Miasteczko Kenty w Galicji Austriackiej, miejsce urodzenia Józefa według metryki ślubu z Anną Truszkowską, to dzisiejsze miasto Kęty leżące między Bielsko-Białą, a Andrychowem. Według tejże metryki Józef urodził się w roku 1795. Z kolei według metryki urodzenia syna Władysława Franciszka Jana z roku 1862, data urodzenia to rok 1797. Jeszcze inną datę urodzenia – rok 1801, podają Jarosław Szlaszyński i Andrzej Makowski w książce „Augustów. Monografia historyczna”.
Niestety w księgach urodzeń parafii rzymskokatolickiej św. Małgorzaty i św. Katarzyny w Kętach akt urodzenia Józefa Foxa nie został odnaleziony. Rodziny o tym nazwisku nie mieszkały w Kętach w ostatnim dziesięcioleciu XVIII wieku i w pierwszym dziesięcioleciu wieku następnego.
Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że Józef Fox urodził się nie w Kętach, a w pobliskich, leżących niespełna 9 km od Kęt, Wilamowicach. Miejscowość ta powstała około 1250 roku, a pierwsi osadnicy pochodzili z odległych Fryzji i Flandrii. Prawdopodobnie stało się tak na skutek opustoszenia pobliskich ziem po najeździe tatarskim w 1241 roku. W nie ustalonym bliżej czasie osiedlili się w Wilamowicach również Szkoci. Pamiątką po nich jest motyw szkockiej kraty na noszonych przez mieszkańców chustach oraz nazwisko Fox, które nosi wielu mieszkańców miasteczka. Podobno potomkowie najstarszych osadników do dziś posługują się lokalnym językiem wilamowskim „wymysojer”, będącym mieszanką języków starogermańskiego, francuskiego, celtyckiego, galijskiego i retoromańskiego.
Postanowiłem odnaleźć metrykę urodzenia Józefa Foxa w zachowanych księgach metrykalnych z przełomu XVIII i XIX wieku z parafii katolickiej w Wilamowicach. W okresie 1790 – 1805 odnajdujemy trzech Józefów Foxów urodzonych w Wilamowicach, których rodzice mieli na imię Józef i Anna.
9 kwietnia 1792 roku urodził się Józef Fox, syn Józefa Foxa i Anny z domu Fox.
W roku 1795 odnajdujemy akt urodzenia Józefa Foxa, syna Józefa Foxa i Anny Mańtowej, a w roku 1800 akt urodzenia Józefa Foxa, którego rodzicami byli Józef Fox i Anna Biba.
Wszystkie powyższe rodziny były rodzinami chłopskimi. Józef Fox – głowa rodziny, w dwóch przypadkach: pierwszym i trzecim została zapisana jako kmieć (łac. cmeto), w przypadku drugim, jako kątnik, czyli chłop bez własnego domu (łac. inqulina).
Wydawałoby się, że Józef Fox, urodzony w roku 1792 jest tym właściwym ze względu na zgodność nazwiska panieńskiego matki. Tylko status społeczny rodziny nie zgadza się. Czy możliwe jest, że dziecko chłopskie w ciągu niespełna półwiecza uzyskało status szlachecki i zostało przedstawicielem najbogatszej warstwy społecznej w Augustowie? Ba, jako wielmożni, w metryce ślubu z 1840 roku zostali zapisani również rodzice Józefa. Być może jest to możliwe, ale nie udało mi się odnaleźć dokumentów potwierdzających ten stan rzeczy. Sprawa pochodzenia Józefa Foxa pozostaje wciąż sprawą otwartą.
Mam prawdziwą przyjemność uczestniczyć w przygotowaniu do druku książki ś.p. Janusza Krzywińskiego pt. „Pamiętnik z czasów tułaczki wojennej”. Będzie to bardzo ciekawa pozycja pokazująca przeżycia autora z lat 1939-1953, być może najciekawsza z serii wspomnień wojennych „Ocalić od zapomnienia” Do napisania tego wpisu zainspirował mnie jeden mały fragment, który za chwilę przytoczę. Nawiązuje on do postaci Jerzego Jaworowskiego opisanej szeroko w artykule „Jerzy Jaworowski – rysownik zapomniany” przez panią Zuzannę Ciepielewską. Czytając historię Jerzego Jaworowskiego dochodzimy do roku 1939:
Pod koniec listopada 1939 r. 19-letni Jerzy, który rozpoczął we wrześniu studia sanitarne w Szkole Podchorążych, próbował wraz z kolegami przedostać się na zachód do Warszawy w obawie przed wcieleniem do Armii Czerwonej. Zostali złapani w lesie przez Niemców i przekazani Rosjanom. Podczas ucieczki Jaworowski odmroził sobie stopy i tylko dzięki pomocy znajomego żydowskiego lekarza udało mu się uniknąć amputacji. Po paru miesiącach więzienia w Grodnie wszyscy dostali wyroki za szpiegostwo na rzecz Niemców. Zostali zesłani do łagru koło Archangielska na Syberii, gdzie przez osiem lat byli lesorubami (drwalami) pracując w nieludzkich warunkach.
Okazuje się, że jednym z tych kolegów Jerzego był właśnie Janusz Krzywiński, który opisuje to samo zdarzenie szerzej, ze swojej perspektywy. Ten właśnie fragment chciałem tu przytoczyć:
24 stycznia 1940 roku zaprowadzili nas jeszcze raz na gestapo. Tam spotkałem mego stryja Wacława, a jakieś pół godziny później zjawił się również drugi stryj Ignacy, który wcześniej uciekł z Augustowa do Suwałk i który również był aresztowany. Aresztowano także kilku moich kolegów z gimnazjum: Grajewskiego, Kelmela, Jaworowskiego. Niemcy wzywali każdego z nas do urzędnika niemieckiego, który mówił dobrze po polsku. Pytał, czy nie chcielibyśmy pojechać do Niemiec na roboty. Powiedzieliśmy, że sami sobie znajdziemy pracę w Suwałkach. Nie chcieliśmy pracować dla naszych wrogów. Wtedy gestapo podeszło do nas z drugiej strony. Pytali, czy chcielibyśmy współpracować z nimi i przenosić wiadomości o rodzajach broni wojsk sowieckich w okolicach Augustowa, kto jest komisarzem, jaki jest jego stosunek do Niemców i jakie są ceny na artykuły żywnościowe i czy wojska budują fortyfikacje przy granicy.
Wszyscy jak jeden mąż odmówiliśmy współpracy. W odpowiedzi na to przemówił jeden z gestapowców, że jako element niepewny zostaniemy wyrzuceni na stronę sowiecką. Załadowali nas na sanie i pod eskortą zawieźli na placówkę graniczną koło Olszanki. Tam zamknęli nas w oborze i trzymali chyba do północy. Polska kobieta przyniosła nam wiadro z zupą. Zobaczył to młody gestapowiec, lat około dwudziestu kilku, skoczył z nahajką i uderzył ją, kobietę, która mogła być w wieku jego babki. Kiedy stryj Wacław odezwał się do gestapowca, ten skopał i zbił go również. Staliśmy bezsilni, choć wszystko w nas kipiało i wrzało jak w wulkanie. Twarz tego młodego gestapowca pamiętam do dziś, to twarz bydlaka, zwyrodniałego übermenscha.
Po północy wyprowadzili nas do lasu, do samej granicy i wskazali kierunek. Niemiec powiedział, że jeżeli wrócimy, to nas rozstrzelają.
Noc była ciemna i bardzo mroźna, później pokazał się księżyc.
Kierowaliśmy się instynktem. Przekroczyliśmy trzy ścieżki wydeptane w śniegu, które celowo były zrobione przez patrole sowieckie i w ten sposób zostawiliśmy ślad. Gdyby padał śnieg bylibyśmy w dużo lepszej sytuacji. Podzieliliśmy się na dwie grupy, uważając, że tak łatwiej będzie można prześlizgnąć się przez granicę. Mróz dochodził do -40 oC. Śnieg sięgał do pasa i brnięcie w nim było bardzo uciążliwe. Oddaliliśmy się od granicy o jakieś pięć kilometrów. Las wyglądał wspaniale, w świetle księżyca wszystko skrzyło się. Doszliśmy do polany. Stanąłem, żeby się rozejrzeć, czy nikogo nie widać. Czterej moi koledzy stanęli na środku polany i uzgadniali kierunek dalszego marszu. Zdążyłem powiedzieć: „Nie stójcie na środku, wejdźcie do lasu.” I poszedłem dalej. W tym momencie ciszę przeszyła seria karabinowa i okrzyki „Ruki w wierch”. Patrol sowiecki na nartach, z dużymi wilczurami dopadł nas. Byłem po drugiej stronie polany. Las był rzadki i trudno było ukryć się. O ucieczce nie było mowy.
I to nie jeden! Podczas indeksacji parafii Janówka natrafiliśmy na kilka metryk ślubu, w których do ołtarza stawiła się jedynie panna młoda, a pan młody był gdzieś daleko, a do zawarcia związku małżeńskiego wysłał swego pełnomocnika. Taki ślub nosi nazwę per procura – jeden z małżonków przysyła na zaślubiny swojego prokurenta (pełnomocnika) w celu wyrażenia woli strony zawarcia związku małżeńskiego.
Śluby per procura były zawierane od czasów średniowiecza. Maria Medycejska 5 sierpnia 1600 poślubiła króla Henryka IV poprzez jego pełnomocnika. Wydarzenie to zostało uwiecznione na obrazie Petera Rubensa (obrazek wyróżniający). W ten sam sposób, 15 sierpnia 1725 roku małżeństwem zostali wówczas 15-letni król Francji Ludwik XV i 22-letnia polska szlachcianka, córka Stanisława Leszczyńskiego – Maria. Zaślubiny per procura odbyły się zgodnie z ówcześnie przyjętymi francuskimi tradycjami w strasburskiej katedrze. 15 sierpnia około godziny 11-tej przyjechała karocą Maria Leszczyńska wraz rodzicami. Obok niej nie było jej przyszłego męża, tylko książę orleański, wyznaczony w imieniu króla Francji do ceremonii zaślubin.
Warunkiem niezbędnym do zawarcia ślubu per procura jest ważny powód niemożności osobistego stawienia się pana młodego. Obecnie te powody muszą być naprawdę ważne – misja wojskowa, obłożna choroba itp. Kiedyś wystarczającym powodem było miejsce zamieszkania jednego z przyszłych małżonków poza granicami kraju. I tak właśnie było w przypadku wspomnianych metryk z Janówki. Przyszły pan młody przebywał na emigracji w Ameryce, a przyszła panna młoda pozostawała w kraju. Najwyraźniej taniej było wysłać przez ocean dokumenty niż samemu wybrać się w taką podróż – i to w dwie strony.
Akt ślubu per procura z Janówki pomiędzy Stanisławem Kamińskim a Rozalią Galicką z 1900 roku
Takich aktów ślubu w parafii Janówka można naliczyć 12. Ich spisanie przypadło na lata 1897-1914. Powody takiego postępowania przyszłych małżonków mogły być nie tylko ekonomiczne, ale i praktyczne, związane z większą akceptacją imigracji kobiet zamężnych do USA.
Złotnictwo to pradawne rzemiosło polegające na wyrobie ozdób ze złota, srebra, pozostałych metali szlachetnych i ich stopów oraz drogocennych kamieni. Dopiero w XVII wieku odkryto prawa fizyczne rządzące odbiciem i załamaniem światła i bardzo szybko zastosowano je do szlifowania kamieni szlachetnych z matematyczną precyzją. W ten sposób przygotowane kamienie odbijały więcej światła, a zatem stały się piękniejsze. Wkrótce to kamień stał centralnym elementem zdobniczym, a złoto i srebro zaczęły pełnić jedynie funkcję konstrukcyjną. Powstało nowe rzemiosło, wymagające zupełnie innych umiejętności – odpowiedniego szlifowania, i takiej oprawy kamieni, aby to one były wyeksponowane. Pojawili się jubilerzy. Złotnik więc koncentrował się na metalu, jubiler – na kamieniach szlachetnych.
Próżno by szukać w historycznych dokumentach informacji o augustowskich złotnikach. Czy w ogóle przedstawiciele tego cechu mieli swoje warsztaty w Augustowie lub innych miastach Suwalszczyzny? Na szczęście tak jak wszyscy ludzie mieli swoje rodziny, w których rodziły się dzieci, a te były zapisywane do akt stanu cywilnego. Zgodnie z ówcześnie obowiązującą regułą zapisywano również zajęcie ojca dziecka. I chyba tylko dzięki tym zapisom możemy stwierdzić, że w drugiej połowie XIX wieku w Augustowie mieszkał Józef Jackowski wraz z żoną Weroniką Wołodkiewicz.
W latach 1863-1873 rodziły się ich dzieci i początkowo, przed rokiem 1868 kiedy metryki zapisywano w języku polskim, Józef Jackowski określany był jako „fabrykant ram złoconych”, później w metrykach rosyjskojęzycznych jako „złotnik” lub „pozłotnik”.
Augustów i inne miasteczka Suwalszczyzny XIX wieku były stosunkowo nieduże i niezbyt bogate. Wątpliwe jest, aby ktoś w tamtym czasie był w stanie utrzymać się z wyrobu złotych przedmiotów, czy biżuterii. Złocone ramy obrazów były zaś stosunkowo tanie, ze względu na niewielką ilość kruszcu wykorzystywaną do pozłacania drewna. Mogły więc sprawiać wrażenie luksusu nawet w przeciętnie bogatym domu. Popyt na tego typu produkty był i dawał utrzymanie Józefowi Jackowskiemu przez długie lata. Należy zwrócić uwagę na opóźnienia w spisywaniu aktów. Jako przyczynę podawano „ciągłe podróże ojca” lub „czynności w swojej fabryce”. Daje to pewne pojęcie o charakterze pracy Jackowskiego – musiał mieć spory popyt i często podróżował, by zdobyć zamówienia, materiał i odwieźć gotowe towary.
W jaki sposób Józef i Weronika znaleźli się w Augustowie pozostaje zagadką.
Jeśli myślicie, że indeksacja jest nudna, to jesteście w błędzie! Dziesiątki i setki razy powtarzana jest w zapisach ta sama formuła, ale od czasu do czasu zapisujący traci cierpliwość i dorzuci coś od siebie. W tym akcie ślubu z 1823 roku, ksiądz wielokrotnie wymienia wieś Krasnopol, aż w końcu chyba się zdenerwował i zaznaczył, że brak mu już wytrwałości słowy: „z tyle razy wymienianej wsi kościelnej Krasnopola”. Bo i faktycznie! Państwo młodzi, ich rodzice, a także czterech świadków – wszyscy tamże mieszkali, a musiało to być odnotowane w dokumencie.
10 kwietnia 2009 spisałem wspomnienie świętej pamięci Kazimierza Bernatowicza na temat repatriacji z obszarów Polski, które po II Wojnie Światowej przypadły Białorusi. W latach trzydziestych rodzina przeprowadziła się z Augustowa do Grodna. Tam przetrwali całą wojnę – najpierw okupację sowiecką, potem niemiecką, następnie wyzwolenie. Po ustaleniu nowych granic Polski na wschodzie masy ludności przemieszczały się z Kresów na tzw. Ziemie Odzyskane, w tym również obszar Prus Wschodnich. Niektóre wspomnienia Kazimierza Bernatowicza są trochę nieskładne. Już wtedy chorował i o ile pamięć długoterminowa mu raczej nie szwankowała, to miał kłopoty z ubraniem wspomnień w odpowiednie słowa i zdania. Mimo to uważam, że te wspomnienia, choć krótkie i zdawkowe, oddają ducha pierwszego powojennego roku: trudów repatriacji, scalania rodzin, starań o ułożenie sobie życia. Spisałem je bez upiększania, bez fabularyzowania, bez domysłów.
Bezpośrednio po wojnie Antoni Bernatowicz1 wraz z rodziną zatrzymał się w Jasionówce koło Dąbrowy Białostockiej u Owsiejków. Owsiejkowie byli podobno jakimiś dalekimi krewnymi. Była to dobrze sytuowana rodzina posiadająca murowany wiatrak, w którym produkowano mąkę na lokalne potrzeby. Zatrudnił się u nich Hieronim. Tam też pojawił się Czesław, który rozpytując trafił w końcu do Owsiejków. Wracał z niemieckiej niewoli.
Wkrótce rodzina przeniosła się z Jesionowa do punktu repatriacyjnego w Sokółce. Tam oczekiwali mniej więcej miesiąc na rozkaz repatriacji i transport kolejowy. Cała rodzina czekała przez ten czas bezpośrednio na dworcu kolejowym w Sokółce. Głównym posiłkiem była zalewajka robiona na żytniej mące. Mąka była słabo odsiana od plew, które bardzo kłuły w usta. Zupa przygotowywana była we wspólnym kotle dla wszystkich oczekujących repatriantów.
Antoni nawiązał kontakt z krewnym Dzietczykiem w Mażach, który powiedział, że jest tam wolny dom. Rodzina Bernatowiczów została w końcu przetransportowana ciężarówką do Mażów. To było jesienią.
Stanisław Kasprzyk podczas wojny pracował jako parobek, na zasadzie przymusu, u niemieckich gospodarzy. Gdy Ci uciekli do Niemiec zajął gospodarstwo po swoich chlebodawcach. Dzietczykowie z kolei zajęli najlepszy dom w Mażach. Mieli więc gdzie przenocować Bernatowiczów.
Pierwszy dom Antoniego Bernatowicza po wojnie – Maże 16
Potem Bernatowicze mieszkali w maleńkim domku – kuchnia dzielona na dwa. W pokoju deski, w sieni glinobitka, w kuchni cegły na podłodze. Do tego dwa budynki gospodarcze – chlew i stodoła. Materiał złożony na budowę większego domu został rozszabrowany. Dziadek Antoni dostał z UNRA2 konia. Latem 1946 do rodziny dotarł wujek Józef. Został zdemobilizowany w Czechosłowacji i stamtąd dotarł do Mażów.
Maże 16 – dom i zabudowania gospodarskie
Józef ożenił się z Reginą Sokołowską – dobrze znaną koleżanką Teofili, która w Grodnie pracowała dla Niemców. Po ślubie Teofila przeniosła się do Kasprzyka i zajęli pół domu. Regina zamieszkała o sąsiadów, którzy przygarnęli Bernatowiczów. Józef znalazł pracę w Kalinowie. Wynajęli z żoną mieszkanie.
Na wiosnę mały domek został wyszykowany do zamieszkania. W sadzie za domem były bardzo dobre wiśnie i jabłka. Podczas remontu chlewni pod deskami na progu znaleźli ukryte talerze, kieliszki, właściwie całą zastawę stołową.
Zacząłem chodzić do Kalinowa do szkoły. Chodzenie na skróty było dwa razy tyle niż normalnie. Normalnie było szosą. Kazik miał piłkę – jako jedyny w okolicy. Jak Bernatowicze wyjeżdżali z Grodna, sąsiad dał piłkę – całą kauczukową. Była to jedyna piłka w szkole. Reszta to były szmacianki.
Czesław początkowo chciał iść pracować do policji. Jednak było takie zarządzenie, że wszyscy, którzy rodzili się poza Polską mieli prawo wracać tam gdzie się rodzili. Czesław zgłosił się więc do konsulatu i wyjechał do USA. Józef z kolei pracował w spółdzielczości – mleczarnie, sklepy. Józef nie mógł wyjechać, bo już miał żonę. Mógł wyjechać sam, ale żona musiałaby zostać. Zdecydował się więc pozostać w kraju przy żonie. Lubił popijać. Czasem forsę zgubił.
W Mażach był taki weterynarz, pół Polak – pół Niemiec, zatrudniony jako weterynarz powiatowy w Ełku. Nawiązał kontakt z synem z NRD i postanowił wyjechac do Niemiec. Gospodarstwo które miał w Mażach Kolonia, sprzedał dziadkowi Antoniemu. Antoni miał pieniądze od Czesława. Józef przeszedł z Kalinowa na to właśnie gospodarstwo.
Harry (Hieronim) był u Józefa na pomocnika w gospodarstwie. Zmarł jako pierwszy. Zachorował na wyrostek i powinien leżeć spokojnie w szpitalu. Jednak chodził do ubikacji itp. i miał nawrót. Zmarł w szpitalu w Ełku.
Regina zmarła w szpitalu w Białymstoku. Józef ożenił się drugi raz. Regina miała jeszcze ojca po wojennych przejściach, który od czasu do czasu odchodził od zmysłów – wydawał wojskowe komendy, uciekał, itp. Zmarł – pochowany w Kalinowie. Potem zmarł Józef. Teraz już nic nie ma ani z domu, ani z gospodarstwa w Mażach. Została tylko suszarnia do suszenia tabaki z białych pustaków. Druga żona Józefa sprzedała potajemnie całość.
Miał wymienione tu dzieci: Czesława, Hieronima, Józefa i Teofilę. Syn Franciszek zginął w czasie wojny. Wszystkie dzieci urodziły się w USA.[↩]
Od 10 lat trzymam w swojej szufladzie bardzo nietypowe drzewo genealogiczne. Jest to rodowód tylko tych osób z rodu Bernatowiczów, które wyemigrowały ze swojej ojczyzny do USA.
O protoplaście rodu Bernatowiczów z gminy Sztabin pisała już moja córka w artykule „Marcin Bernatowicz i jego najbliżsi„. Gdybym chciał pokazać drzewo genealogiczne jego potomków, otrzymalibyśmy wielki rysunek zawierający grubo ponad 1000 osób. Prawdopodobnie zupełnie nieczytelny. Można jednak odfiltrować tylko gałęzie, które kończą się poza granicami Polski.
Końcówka XIX wieku charakteryzowała się zmniejszoną umieralnością niemowląt. Nieużytki we wsiach Suwalszczyzny zostały już zagospodarowane i nie było możliwości utrzymania tak wielkiej liczby mieszkańców wsi przy ciągle słabej efektywności uprawy rolnej. Część z młodych ludzi musiała więc szukać utrzymania poza rolnictwem. Niektórzy najmowali się jako pomoc u bogatszych gospodarzy lub w folwarkach. Inni wyjeżdżali do większych miast w nadziei na znalezienie zajęcia, z którego mogliby utrzymać siebie i swoją rodzinę. Jeszcze inni szukali szczęścia opuszczając kraj i próbując urządzić się w innych krajach, w większości w Ameryce.
Te dylematy nie ominęły również rodu Bernatowiczów. Na przełomie XIX i XX wieku część z nich wyjechało do USA. Nieliczni powrócili do kraju, ale większość pozostała dając początek wielkim rodzinom, które później rozprzestrzeniły się po całym kontynencie północnoamerykańskim. Tego rodu jak i wielu innych z Suwalszczyzny nie ominęła również fala emigracji po drugiej wojnie światowej, aczkolwiek w liczbach bezwzględnych była ona znacząco mniejsza.
Na przedstawionym diagramie każda osoba oznaczona jest kolorem niebieskim i zielonym lub ich mieszanką. Kolor niebieski oznacza okres życia w kraju, kolor zielony – w USA. Widać, że niektóre osoby, chodzi o najstarsze pokolenia rodu, spędziły całe swoje życie w kraju. Inni rodzili się w Polsce, ale wyemigrowali i zmarli po drugiej stronie oceanu. Niektórzy wyjechali do USA, ale później wrócili do ojczyzny (zielony kolor po środku osoby). Są też takie, które urodziły się w USA i wróciły do Polski. Gałęzie nie zawierające w ogóle emigrantów zostały z diagramu w całości wyeliminowane.
Rys historyczny osady młyńskiej Rynki w dobrach Dowspuda jest fragmentem książki Marcina Halickiego – „Dawni mieszkańcy parafii Janówka. Przyczynek do badań genealogicznych”, która jest w opracowaniu.
W wybranych źródłach osada młyńska Rynki występuje również pod nazwą Rynkówek. Młyn wybudowano między Chodorkami, a dworem Dowspuda, na prawym brzegu rzeki Rospudy. Obiekt wraz z osadą wspieraną przybytkiem karczemnym funkcjonował od końca XVI wieku do lat 30. XIX wieku.
Fragment pruskiej mapy wojskowej z lat 1795-1805 z zaznaczonym przez autora młynem Rynki
(…) Młyn wodny założony został celowo w możliwie najbliższej odległości od wołłowiczowskiego dworu w Dowspudzie, nad rzeką o tej samej nazwie (dziś jest to rzeka Rospuda). Niewielka osada zastąpiła prawdopodobnie inną, starszą i dość odległą od głównego dworu osadę młyńska zwaną „Krasnym Borem”. Obecnie jest to teren znany pod nazwą „uroczysko Młynisko”. By osadnikom z ościennych terenów dóbr, leżących w sąsiedztwie miasta Augustowa, zrekompensować stratę pobliskiego młyna Krasny Bór, z początkiem XVII wieku w dobrach założono młyn wodny zwany „Kusowizną”, a następnie „Ślepskiem”. Młyn ten wspomagany był niewielkim obiektem na rzece Bliźnie, w nieodległej Szczebrze.
Identycznie jak pobliskie Chodorki oraz Suchą Wieś (w czasach założenia wieś nazwano „Ruskie Sioło”) osadę Rynki założyli ruscy osadnicy spod Grodna, z niewielką domieszką wykwalifikowanej kultury polskiej. Być może nazwa osady młyńskiej wywodzi się od imienia „Hryńko”, czyli naszego Grzegorza.
Srebrny grosz pruski Alberta Hohenzollerna z roku 1537 znaleziony w rzece przy młynie
Choć nie sposób jednoznacznie określić, jakie rozwiązania techniczne wykorzystano w młynie, na podstawie zebranych materiałów źródłowych i nielicznych opracowań, młyn należy zakwalifikować do obiektu z kołem młyńskim typu śródsiębiernego, czyli zasilanego wodą dostarczaną do koła poniżej połowy jego wysokości, bądź typu nadsiębiernego, zasilanego wodą od góry. Z uwagi na niewielki spadek terenu, drugie rozwiązanie jest jednak mało prawdopodobne. Z pewnością z biegiem czasu młyn był modernizowany i wymagał znacznych nakładów na kosztowne prace remontowe.
Oprócz zebranej archiwalnej dokumentacji, na solidność kompleksu młyńskiego wskazują również obserwacje terenu, a także dostępne wizualizacje Numerycznego Modelu Terenu (NMT), który powstał w wyniku lotniczego skanowania laserowego, znanego również pod nazwą LiDAR lub ALS, czyli Airborne Laser Scanning. Wizualizacje te dostępne są jedynie w postaci cieniowanego reliefu (hillshade), ale nie koliduje to z wykorzystaniem ich do celów badawczych.
Choć zebrany przez autora materiał nie jest stricte fachowy, należy uznać, że zastosowana przy budowie młyna technika pozwalała w tamtych czasach na pobudowanie drewnianego młyna osadzonego na kamienno – ceglanej podmurówce.
Obiekt pracował w symbiozie z dość okazałym kompleksem, zasilanym spiętrzoną wodą ze sztucznego zbiornika, który okalały groble, a także z całym systemem melioracji z zastawami, śluzami i odprowadzającym wodę ku pobliskiej rzece Głebokiej kanałem ulgi. Było to najrozsądniejsze rozwiązanie, gdyż jako kanał odprowadzający nadmiar wody z zalewu młyńskiego, wykorzystano naturalny ciek wodny. Łąki niegdyś zalane przez wody stawu młyńskiego, do dziś znane są z miejscowej nazwy „Bulwary”.
Rzeka Głęboka jest prawobrzeżnym odpływem Rospudy i wpada do rzeki poniżej Chodorek, w miejscu przez okolicznych mieszkańców zwanym „Ugiel”. Nazwa ta wywodzi się albo od staropolskiego słowa „ług”, co dawnej oznaczało tereny podmokłe, bagniste łąki, albo od końcowego punktu kanału ulgi, jakim było ujście Głebokiej do Rospudy. W miejscu tym, nad wodą istnieje do dziś niezidentyfikowany fundament, prawdopodobnie po jakimś obiekcie śluzowym.
Ciekawym jest też fakt wybudowania żwirowej drogi na wysokiej grobli, usytuowanej nad zalewowym terenem nad rzeką Głęboką. Droga ta kierowała się niegdyś z młyna przez Suchą Wieś do granicy pruskiej.
(…) Obiekt młyński w Rynkach od początku funkcjonował również jako krupiarnia, gdzie mielono zboża na kasze, a później jako folusz, czyli warsztat zajmujący się obróbką rzadko utkanej tkaniny wełnianej w celu nadania jej spoistości sukna.
W okresie początków istnienia osady, młyn prowadzili młynarze o nazwisku Bystry, jednakże po roku 1611 wymienia się ich w metrykach kościelnych, jako ród o nazwisku Młynarz, od wykonywanej profesji.
Na podstawie dokumentów z początku XVII wieku możemy poznać imiona kilku osób z tego rodu. Najstarsi znani z imienia i nazwiska to Małgorzata Młynarzowa z mężem Stanisławem Bystrym, który zmarł przed rokiem 1627. Stanisław nie był jednak pierwszym z młynarzy, gdyż w Rynkach młynarzeniem zajmował się również prawdopodobnie jego ojciec lub inny fachowiec pochodzenia ruskiego.
W dokumentach parafialnych wymienieni są kolejno: Krystyna Młynarzowa pochodząca z Raczek wraz z mężem Wawrzyńcem i córką Anną, Mateusz syn Marcina Młynarza i Marianny, Tomasz i Anna Młynarz. Młynarze spowinowaceni byli z Jaśkiewiczami, drobną szlachtą i założycielami pobliskiej wsi Jaśki.
W latach 20. i 30. XVII wieku Rynki występują również pod nazwą „Młyn”, a mieszkańcy i pracownicy osady także zapisani są pod sąsiednią wieś Chodorki, którą zamieszkiwali i uprawiali tu niewielkie, zagrodowe gospodarstwa, zajmowali się bartnictwem, a także rybołówstwem. W większości byli to samowystarczalni ludzie małorolni, którym praca w nieźle prosperującym młynie pozwalała wydobyć się z największej nędzy.
W roku 1633 wymienia się tu młynarza Bartoluka Szłapę (vel Bartłomieja Łapińskiego), zaś w 1636 we młynie mieszkał i jako parobek pracował Tomasz Zelik z żoną Anną, którym urodził się syn Kazimierz. W tym roku młyn prowadził Tomasz Młynarz, prawdopodobnie Łapiński.
Przed rokiem 1642 młynarzem został Paweł Falkowski, który wżenił się w rodzinę młynarzy Łapińskich. Żoną jego była Katarzyna, córka Tomasza i Anny. Przed rokiem 1646 we młynie pracował Michał Hrynaszkiewicz z żoną Marianną, którym urodził się syn Michał, a chrzestną została Katarzyna Falkowska. Katarzyna musiała być uznaną personą, gdyż występuje również jako matka chrzestna dzieci z Suchej Wsi, wsi Jaśki, Chodorki, a także z Kuriank.
W pierwszej i drugiej połowie XVII wieku w Janówce, Jabłońskich i Prusce Wielkiej występuje nazwisko Młynarczyk, lecz nie ma pewności, czy jest to linia skoligacona z Młynarzami z młyna Rynki.
Przed rokiem 1652 młyn wspólnie z młynarzem Falkowskim prowadzi Maciej Młynarz. Okres wojny z Rosją i Szwecją jest dość zagadkowy, gdyż w tym czasie nie ma żadnego wpisu, z którego możemy dowiedzieć się o rodzinie Młynarzy, a także o ich następcach. Być może podczas Potopu szwedzkiego część rodziny została wzięta w tatarską niewolę, czyli jasyr. Nie jest wykluczone, że rodzina mogła ponieść śmierć z rąk ordy tatarskiej, bądź po prostu zbiec, porzuciwszy dobytek, wracając do niego po wielu tygodniach, a nawet miesiącach.
(…) Młyny były ważnymi punktami strategicznymi, przy których niejednokrotnie prowadzono równolegle przybytki szynkowe i popasy, więc stawały się punktem ataku i docelowym miejscem dla łupieżców z obcych wojsk. Niewykluczone, że młyn Rynki mógł dostać się w niepowołane ręce, albo dotknęło mieszkańców małe ognisko zarazy- cholery lub czerwonki. Zarazy z tego okresu mogły być również przyczyną wielu zgonów, nie tylko w osadzie młyńskiej, ale w całym regionie.
(…) W roku 1679 na świat przychodzi Maciej Młynarz, syn Wawrzyńca i Aleksandry. Nie ma pewności, czy jest to rodzina, która prowadziła młyn przed nieszczęsnym rokiem 1656.
W roku 1708 we młynie pracuje Jan Tertejna, który poślubia we wrześniu Dorotę Kopko, również z młyna Rynki. Świadkiem na ślubie był m.in. szlachetnie urodzony Mateusz Szczytnicki.
19 grudnia 1709 roku ochrzczony przez janowskiego proboszcza Sucharzewskiego został urodzony we młynie Tomasz Sipowski, Syn Jana i Teresy. Rodzicami chrzestnymi zostali wielmożni Stefan Pozusieński, podstarosta dowspudzki oraz Katarzyna Szczytnicka, małżonka wymienionego Mateusza. Oboje pochodzili z osady młyńskiej.
Rok 1710 był tragicznym dla mieszkańców młyna. Dżuma postrzegana wtedy, jako „powietrze morowe”, zabrała na wieczny spoczynek wszystkich pracowników i młynarskich pachołków w Rynkach. Wśród osób, które zmarły na skutek epidemii był ogrodniczy Mateusz Szczytnicki z małżonką i dziećmi, a także młynarze nieznanego nazwiska. W efekcie zarazy pomarła cała obsada młyna zamieszkująca dwa domy- w sumie 6 osób z rodziny młynarzy, a także 7 służących.
Nie zachowały się źródła, kiedy odbudowała się populacja w osadzie młyńskiej po zarazie, ale należy założyć, że mąka oraz krupy, a także miejsce do folowania sukna były podstawową potrzebą miejscowej ludności i obsada młyna szybko się zregenerowała. Sąsiednie osady i wsie potrzebowały kilku dziesięcioleci, by powrócić do stanu sprzed epidemii. Jeszcze inne, w ogóle się nie podniosły.
(…) W roku 1833 Komisja Województwa Augustowskiego wystawiła na dzierżawę w drodze licytacji trzy młyny wodne z zasekwestrowanych dóbr Paca. Jeden młyn o trzech gankach wraz z foluszem oraz ogrodem młynarskim i jedną włóka gruntu w Małych Raczkach, a także dwa młyny, zgodnie z opisem, w Chodorkach.
Pierwszy z młynów zakwalifikowano, jako lichy, „ordynaryjny”, o jednym kamieniu (ganku), wraz z krupiarnią i foluszem. Mowa tu o podupadającym, a być może nawet nieczynnym młynie Rynki.
Drugi młyn o dwóch gankach, z tartakiem i krupiarnią, wyposażonym w angielską maszynerię i cztery piły uznano za nowoczesny i porządnie urządzony. Był to nowy młyn przy przeprawie rzecznej i karczmie w Chodorkach. Mimo, iż do licytacji dopuszczono starozakonnych, z powodu braku oferentów, nie doszła ona do skutku. Kolejna licytacja, z identycznym skutkiem, odbyła się w listopadzie roku 1834, a następna w styczniu 1835.
W późniejszym okresie brak jest jakichkolwiek danych o osadzie młyńskiej Rynki, zatem należy uznać, że były to ostatnie lata w życiu starego młyna, który został rozebrany i odszedł w zapomnienie, dając życie i prosperity nowemu młynowi w Chodorkach.
Fragment grobli na lewym brzegu rzeki
Fragment grobli na lewym brzegu rzeki
Kamienie po fundamencie młyna
Kamienie po fundamencie młyna
Palisada będąca częścią umocnień wału
Palisada będąca częścią umocnień wału
Zjazd na sianożęci i do młyna od strony folwarku Popaśnia
Zjazd na sianożęci i do młyna od strony folwarku Popaśnia
Czasami ciekawe informacje genealogiczne można znaleźć w bardzo nietypowych źródłach. Oto przykład. Interesując się ostatnio rodziną Jaworowskich z Augustowa takie oto informacje znalazłem na łamach periodyku „Wiadomości matematyczne” wydawanego przez Polskie Towarzystwo Matematyczne:
Jan Jaworowski był wybitnym matematykiem-teoretykiem, którego specjalnością była topologia algebraiczna. Jego badania dotyczyły głównie uogólnienia twierdzenia Borsuka–Ulama.
Urodził się 2 marca 1928 roku w Augustowie, jako piąte (najmłodsze) dziecko Jana Leonarda i Heleny(z d. Heybowicz) Jaworowskich. W domu rodzinnym nazywany był Nuśkiem. Ojciec był powiatowym lekarzem w Augustowie, absolwentem carskiego Uniwersytetu Warszawskiego (dyplom ukończenia studiów uzyskał w 1896 roku). Rodzina mieszkała w jednopiętrowym domu będącym ich własnością, zajmując sześciopokojowe obszerne mieszkanie na pierwszym piętrze. W wychowaniu najmłodszych dzieci (Jana, o siedem lat starszej siostry Heleny– nazywanej Lunią i o dziewięć lat starszego brata Jerzego; była jeszcze Irena i Zofia – najstarsze z rodzeństwa) pomagała matce niania Wiktoria (Wikcia) Aleksandrowicz, bardzo związana z rodziną. Jan rozpoczął naukę 1 września 1934 roku w czteroklasowej szkole początkowej, tzw. „ćwiczeniówce”. Była to szkoła nazywana oûcjalnie „preparandą” przy istniejącym wtedy Seminarium Nauczycielskim, które w następnych latach przekształcone zostało w Gimnazjum i Liceum przy znaczącym udziale dyrektora Witolda Wołosewicza. W 1936 roku Seminarium Nauczycielskie, w tym także szkołę ćwiczeń, zlikwidowano. Jan kontynuował naukę w szkole powszechnej, której dyrektorem był Hieronim Jonkajtys – do wybuchu wojny w 1939 roku ukończył pięć klas szkoły powszechnej. Dwudziestego stycznia 1937 roku umarł ojciec Jana. We wrześniu 1939 roku Augustów został zajęty przez wojska sowieckie. W efekcie tego rodzina została wyrzucona z własnego domu,który zajął sowiecki pułkownik. Władze wojskowe zezwoliły pozostać jedynie Wiktorii, która pełniła obowiązki kucharki. Wyrzucona rodzina znalazła lokum w jednopokojowym mieszkaniu u zaprzyjaźnionych znajomych. W zimie 1939/40 roku został zatrzymany przez Niemców przy przekraczaniu granicy sowiecko-niemieckiej starszy brat Jerzy, którego Niemcy przekazali Sowietom. Po krótkim procesie Jerzy został skazany na osiem lat łagrów i wywieziony na Syberię. Zagrożona aresztowaniem była również starsza siostra Irena, będąca żoną rotmistrza Narcyza Łopianowskiego (późniejszego „cichociemnego”), który we wrześniu w bitwie pod Kadziowcami zniszczył szesnaście sowieckich czołgów. Mama Helena wynajęła przewodnika, który przeprowadził szczęśliwie w zimie przez „zieloną granicę” Irenę z dwójką małych dzieci (jedno na ręku) do Generalnej Guberni.
Walerian Piotrowski w swoim artykule w „Wiadomościach matematycznych” dalej opowiada historię Jana Jaworowskiego. Liczę, że wkrótce otrzymam więcej informacji o Janie od jego bratanka prof. Piotra Jaworowskiego i wówczas nie omieszkam podzielić się nimi szerzej.
Jeśli uważasz, że informacje zawarte na tej stronie są wartościowe, rozważ przekazanie dotacji w dowolnej wysokości. Każda suma wspomoże dodawanie nowych indeksów.
Konto: 37 1600 1462 1834 7686 6000 0001 w BGŻ BNP