Tłumaczenie "Księgi pamięci Żydów Augustowskich" jest mocno zaawansowane i według planów powinno się zakończyć na początku stycznia przyszłego roku. Wciąż zbieramy fundusze dla tłumaczy, ale proces ten planujemy zakończyć z końcem roku. Najbliższe dwa tygodnie będą więc ostatnią szansą, aby nas wesprzeć oraz aby za określone typy wsparcia otrzymać album o roboczej nazwie "Unikalny Augustów". Pamiętajmy - ta pozycja będzie dostępna tylko dla wspierających!
W albumie tym znajdzie się między innymi mnóstwo rzadko spotykanych zdjęć wykonanych przez Judela Rotsztejna. Rotsztejn zasłynął zdjęciami przedstawiającymi piękno Augustowa i okolic. Zdjęcia te były chętnie publikowane w ogólnokrajowych gazetach wydawanych w okresie międzywojennym, dzięki czemu Augustów stał się miejscem rozpoznawalnym turystycznie i uznawanym za jedno z najpiękniejszych miejsc w Rzeczpospolitej.
Po wkroczeniu wojsk niemieckich Judel Rotsztejn trafił do getta na Barakach, tak jak ponad tysiąc innych osób pochodzenia żydowskiego. Dnia 2 listopada 1942 roku getto zlikwidowano, a wszystkich jego mieszkańców wywieziono do obozów koncentracyjnych. Tu ślad po Judelu Rotsztejnie urywa się. Nie ma nagrobka, nie ma pamiątkowej tablicy, nie ma miejsca, w którym można by mu oddać cześć za to, co dla Augustowa zrobił. Zostały po nim tylko piękne zdjęcia. Niewielką część z nich, pokazującą augustowskie jeziora, znajdziemy w tej galerii. Więcej znajdzie się w albumie "Unikalny Augustów". Pamiętajmy: tylko do końca roku można go zamówić wspierając projekt tłumaczenia następującymi nagrodami:
Na stronie JZI ukazał się artykuł p. Ryszarda Siemiona pt. „Emigracja wsi podlaskich w latach 1885-1920 na przykładzie wsi Jagłowo„. Autor omawia w nim drogę jaką przebywali emigranci z Jagłowa by zakończyć ją w Stanach Zjednoczonych. Artykuł dał mi kolejną inspirację do napisania tego posta.
P. Siemion wskazuje w tekście, iż mieszkańcy Jagłowa okrętowali się w większości w portach Brema i Hamburg. Korzystali ze szlaków przetartych przez pierwszych emigrantów z danej miejscowości i stąd przywiązanie do określonych agencji imigracyjnych i linii „przerzutowych” do Ameryki. Jednym z takich portów, z którego korzystali mieszkańcy innych miejscowości Suwalszczyzny była belgijska Antwerpia. Port w Antwerpii był i jest wyjątkowy, leży około 90 km od Morza Północnego, na prawym brzegu rzeki Skaldy, na skrzyżowaniu najważniejszego szlaku morskiego oraz najgęstszej i najrozleglejszej sieci rzek, kanałów i linii kolejowych. Mimo położenia w głębi lądu przy nabrzeżach mogą cumować statki o największym tonażu. Dawniej i obecnie jest to przede wszystkim port towarowy, ale na przełomie XIX i XX wieku również i stąd odpływały okręty z emigrantami.
Emigracyjny biznes Antwerpii znajdował się w większości w rękach niemieckich linii żeglugowych, które miały umowę operacyjną z Liniami Red Star – amerykańsko-belgijskimi liniami oceanicznymi. Od 1873 do 1934 Linie Red Star przewiozły niemal 2 miliony emigrantów z Antwerpii do Ameryki, w większości do Nowego Jorku. Poniżej zaledwie jedna karta manifestu pokładowego statku pasażerskiego Samland, który 15 czerwca 1907 roku wypłynął z Antwerpii, by 13 dni później zameldować się w Nowym Jorku.
Wśród pasażerów znajdziemy dwie młode kobiety: Aleksandrę Wróblewską z Jasionowa (pozycja 14) i Pelagię Dochód z Lebiedzina (pozycja 15). Rozpoznaję również kilka innych osób wskazujących jako ostatnie miejsce swojego zamieszkania miejscowość położoną na Suwalszczyźnie.
Aby wyruszyć w podróż morską emigranci docierali do portów koleją. Antwerpia ma przepiękny dworzec kolejowy, który zachował się w niemal niezmienionym stanie od czasu zakończenia budowy czyli od 1905 roku. Pokryty kamieniem budynek dworca Antwerpen-Centraal zaprojektował Louis Delacenserie. Wiadukt prowadzący do stacji jest również godną uwagi konstrukcją zaprojektowaną przez lokalnego architekta Jana Van Asperena. Dworzec jest powszechnie uważany za najwspanialszy przykład architektury kolejowej w Belgii, chociaż wpływ eklektyzmu na projekt Delacenserie doprowadził do trudności w przypisaniu budowli do określonego stylu architektonicznego. Główny budynek dworca dzięki ogromnej kopule nad poczekalnią stał się potocznie nazywany spoorwegkathedraal („kolejowa katedra”). Dzisiaj na dworzec parowozy już nie wjeżdżają, ale taki obraz jaki mają dzisiejsi podróżni musieli mieć przed oczami emigranci. Z dworca do portu jest pół godziny drogi piechotą.
Dlaczego pisze akurat o Antwerpii? Nie tylko dlatego, że niektórzy członkowie rodziny mojej żony odpływali w dal z tamtejszego portu, ale także dlatego, że miałem okazję kilkukrotnie przespacerować się wzdłuż peronów dworca kolejowego Antwerpen-Centraal i podziwiać dokładnie te same miejsca, na które z szeroko otwartymi oczami 100 lat wcześniej patrzyli mieszkańcy Suwalszczyzny. Zrobiły na mnie niesamowite wrażenie, co starałem się ująć na kilku zdjęciach.
Kilka dni temu od prof. Piotra Jaworowskiego otrzymałem pracę magisterską pani Zuzanny Ciepielewskiej dotyczącą sylwetki i prac Jerzego Jaworowskigo, kiedyś znanego i wziętego grafika i ilustratora. Przytaczam tutaj zaledwie dwa akapity w oczekiwaniu na uzyskanie zgody na publikację większych fragmentów:
Jerzy Jaworowski urodził się 11 września 1919 roku w Augustowie w bardzo licznej i zamożnej rodzinie jako pierwszy, upragniony syn lekarza Jana Jaworowskiego i jego drugiej żony, Heleny z Heybowiczów. Miał dziewięć sióstr i młodszego o osiem lat brata. Międzywojenny Augustów był miasteczkiem półkresowym, pięknym uzdrowiskiem położonym wśród lasów i jezior. Mieszkało tam wielu Żydów, Tatarów, Litwinów, Rosjan. Dom, w którym wychował się Jaworowski należał do jego matki i był położony w centrum miasta przy ulicy 3 Maja 5 (dawniej Długiej), na przeciwko kościoła. Jaworowscy zajmowali pokoje na piętrze, pozostałe były wynajmowane lokatorom; na parterze znajdowało się mieszkanie i apteka państwa Worotyńskich. Kolorytu nadawał miasteczku stacjonujący w mieście pierwszy pułk Ułanów Krechowieckich, którzy w świąteczne dni organizowali huczne imprezy, defilady, jasełka.
Jan Leonard Jaworowski
Helena z Heybowiczów Jaworowska
Ojciec Jerzego, lekarz powiatowy i zasłużony społecznik, był znaną i szanowaną postacią na Suwalszczyźnie. W czasie zaborów działał w różnych organizacjach polskich, jednocześnie cieszył się szacunkiem władz, co w 1905 r. pozwoliło mu uratować wielu działaczy społecznych i politycznych przed represjami. W 1920 r. skazany przez bolszewików na rozstrzelanie, został uratowany dzięki pomocy ludności. Po pierwszej wojnie organizował służbę lekarską w powiecie augustowskim, utworzył szpital powiatowy i epidemiczny, organizował pierwsze kadry Polskiego Czerwonego Krzyża, Towarzystwo Przeciwgruźlicze. Był także prezesem Straży Ochotniczej, Związku Harcerstwa Polskiego i innych organizacji Otrzymał szereg odznaczeń państwowych. Był osobą bardzo lubianą i towarzyską. Matka była wierzącą katoliczką i osobą bardzo tolerancyjną, nigdy nie pozwalała na wrogie zachowania wobec ludności innego wyznania. Udzielała lekcji francuskiego. Jerzy nie był najlepszym uczniem, co przysparzało rodzicom zmartwień. Mimo wszystko, jako pierworodny syn, był ukochanym dzieckiem ojca, który zostawiał mu zawsze pełną swobodę.
Mam nadzieję wkrótce uzyskać zgodę autorki na publikację większych fragmentów jej pracy magisterskiej, by opublikować je na stronie głównej JZI. Jerzy Jaworowski był nie tylko znanym Augustowiakiem, ale poprzez swoich był rodziców silnie powiązany z miastem i regionem. Nazwisko Heybowicz pochodzi od pierwszych właścicieli majątku Grabowo położonego na pograniczu parafii janowskiej i bargłowskiej, a później majątku Janiszki w obecnej gminie Sejny.
Budując drzewo genealogiczne rodziny Siemion, a dalej rozbudowując je na prawie wszystkie rodziny zamieszkujące rodzinną wieś moich dziadków, zauważyłem, że duża część mieszkańców gdzieś znika. Wiedziałem oczywiście, że obaj dziadkowie byli i pracowali przez jakiś czas w USA ale nie mówiło się o tym zbyt dużo w domach rodzinnych. Po bardziej wnikliwej analizie na podstawie tylko jednej wsi zdałem dopiero sobie sprawę ze skali problemu. Dodatkowo pogłębiłem wiedzę dzięki przeczytanym w ostatnim czasie książkom. Pierwsza to Dariusza Terleckiego pt. „ Po dolary i wolność”, Małgorzaty Szejnert pt. „ Wyspa klucz” i Adama Leszczyńskiego pt. „ Ludowa historia Polski”. Polecam je wszystkim. Ważne były także dwie wizyty w USA i zwiedzanie muzeum emigracji na Ellis Island i Muzeum Emigracji w Gdyni. Oglądając eksponaty w muzeach można dopiero zrozumieć skalę problemów jakie przeżywali nasi przodkowie decydując się na tak daleką podróż. Ciekawiło mnie jak sobie dawali radę, jak ten proces imigracji milionów ludzi był zorganizowany.
W skrócie spróbuję opisać i wyjaśnić, ograniczając się do aspektów związanych z samą podróżą. Mam nadzieję, że artykuł ten w jakimś stopniu pokaże odwagę podlaskich emigrantów i odpowie na pytanie „Jak oni dali sobie radę?”
Dlaczego imigrowali?
W tym miejscu należy zadać sobie pytanie skąd była u nich taka desperacja by wyjechać, by opuścić rodzinne wsie. Przecież wcześniej nikt z nich nie podróżował poza obręb najbliższych stron. Z opowieści dziadka pamiętam, że jedyne wyjazdy, to było najbliższe miasteczko z czwartkowym targiem w Suchowoli. Jeden raz dziadek był w Grodnie załatwiając jakąś sprawę w urzędzie.
Statua Wolności witała imigrantów
Główne powody emigracji to:
Gigantyczne przeludnienie wsi
Brak wolnej ziemi
Brak pracy w mieście
Unikanie służby w carskiej armii
System społeczny
Na wsi znajdujemy podział chłopów w zależności od posiadanego majątku ziemskiego na gospodarzy (kmieci); połowników; zagrodników; chałupników i komorników lub kątników. Ci dwaj ostatni nie mieli ziemi. O czym świadczą wpisy w znanych mi metrykach parafii Suchowola czy Jamin. Rodziny były wielodzietne. Posłużę się przykładem moich przodków. Pradziadek Wojciech miał czterech synów i trzy córki, był jeszcze brat wzięty do armii carskiej i dwie siostry. Dziadek jako najstarszy syn wyjeżdża do USA w 1898, wraca w 1907 roku. Przywozi pieniądze ale na rynku ziemi brak.
Podział gospodarstwa to bieda i głód. Wszystkich trzech braci wysyła do USA. Siostry wydaje za mąż, wspomagając zakup ziemi. Położenie chłopów w dobrach królewskich nie różniło się bardzo od położenia chłopów w majątkach prywatnych. Istotną zmianę w położeniu chłopów na terenach Podlasia było ogłoszenie przez carat 16 maja 1861 roku zniesienia pańszczyzny i przeprowadzenie oczynszowania z dniem 1 października. Następnie ukazy z 1864 roku wprowadziły uwłaszczenie pełne i natychmiastowe, za odszkodowaniem. Pozostawiono służebność, czyli prawo do korzystania z pastwisk i lasów. Wprowadzono zebrania wioskowe, oraz obieralnych sołtysów i wójtów. Car nadał ziemię także służbie folwarcznej i zagrodnikom. Wzrosła wydajność gospodarstw, chłop mógł produkować wreszcie dla swojej rodziny.
Ale jak podaje Dariusz Terlecki w książce „Po dolary i wolność”, po uwłaszczeniu chłopów w zaborze rosyjskim większość powstałych gospodarstw nie była samowystarczalna. Te karłowate, do dwu hektarów i małorolne, do pięciu hektarów, stanowiły w 1904 roku 64% ogólnej liczby gospodarstw rolnych. Jednocześnie zajmując tylko 16% areału. Na podstawie danych z książki Wiesław Cabana „ Służba rekrutów z Królestwa Polskiego w armii Carskiej w latach 1831-1873″ podaję kilka podstawowych informacji na temat służby w armii carskiej…
Zgodnie z ustawą z 1831 roku były trzy kategorie poboru – zwyczajny, zwiększony i nadzwyczajny. Pobór zwyczajny wtedy gdy wcielano do armii 6 osób na 1000 dusz męskich, zwiększony 7-10 osób i nadzwyczajny gdy wcielano więcej niż 10 osób. Były lata kiedy poboru nie było lub rezygnowano z niego na pewnym obszarze. Tak było na przykład w 1863 roku, kiedy przeprowadzono pobór zwiększony do 10 osób na 1000 dusz tylko w guberniach wschodnich. Z poboru wyłączono gubernie zachodnie carstwa czyli tzw. Ziemie Zabrane bo nie chciano włączać do armii mieszkających tam Polaków, a powodem było powstanie styczniowe. Służbie wojskowej podlegali młodzi ludzie w wieku 20-25 lat.
Cały ciężar służby spoczywał na chłopach. Dla przykładu w 1868 roku wcielono do armii 84060 osób z tego aż 76853 tj. 91,4% stanowili chłopi. Statystycznie z Królestwa Polskiego wcielano 7900 osób, co stanowiło 10% rocznego kontyngentu. Podlasie było traktowane jako ziemie zabrane przez carat. Obowiązywał więc pobór do armii carskiej tak jak w całej Rosji. Był on większy jak w Królestwie Polskim. Szczególnie uciążliwa służba w armii carskiej trwała 20-25 lat, często na dalekowschodnich granicach imperium, była uważana za gorszą od zesłania na katorgę.
Imigracja Polaków do USA. Imigranci z Jagłowa.
Zgodnie z zapisem Adama Leszczyńskiego w „Ludowej historii Polski”
„Masowa emigracja z ziem polskich zaczęła się po wojnie francusko-pruskiej (1870)… .W latach 1881-1890 emigracja pochłonęła w zaborze pruskim prawie cały, bardzo wysoki wówczas przyrost naturalny. W połowie lat 70 XIX wieku masowa emigracja ruszyła z ziem Królestwa Polskiego… trzecia fala emigracji ruszyła od lat 90-tych XIX wieku z Galicji… .W sumie wg. szacunków tylko w dekadzie poprzedzającej pierwszą wojnę światową z ziem polskich i kresów wyjechało ponad milion etnicznych Polaków. W tym trzy czwarte do USA. Aż 80% emigrantów stanowili chłopi. I tak np. z guberni łomżyńskiej wyjechało 36 osób na 10 tysięcy mieszkańców.
Według Dariusza Terleckiego „Po dolary i wolność” od 1860 do 1900 roku w każdym dziesięcioleciu wyjeżdżało z terenów polskich od 120 do 342 tysięcy osób. W ostatnich trzech latach przed wybuchem I wojny światowej po 150 tys. rocznie. Wskaźnik reemigracji wynosił 10-15 %. Wyjeżdżali ludzie młodzi, 82% z nich to osoby w wieku 14-44 lat.
Proszę sobie wyobrazić, że wg moich danych z Jagłowa w latach 1885-1915 wyemigrowało min. 60 mieszkańców. Wieś liczyła w 1909 roku około 290 mieszkańców tj. ok. 20 %. Dlatego liczba mieszkańców Jagłowa w roku 1926 była mniejsza niż w 1909.
Pierwsze odnalezione w archiwach wyjazdy z Jagłowa do USA.
Adam Siemion ur. ok. 1866 r. syn Jana. Przybycie do NY 1885 rok. Statek Polaria.
Wincenty Gudel ur. 29 list. 1857 r. syn Wincentego Stanisława. Przybycie do NY w 1885 r. Statek Polaria.
Wincenty Mojżuk ur. ok. 1865 r. syn Wincentego. Przybycie do Baltimore USA 24.10.1887 r. Statek Herman.
Wincenty Mojżuk ur. 16.08.1864 r. Syn Ignacego. Przybycie do USA w 1888 r. Statek Schiedam.
Fragment zapisu manifestu imigrantów z Jagłowa
Przetarcie szlaków i sukces ogłoszony w listach do rodziny i znajomych powodował kolejne wyjazdy. Imigranci słali zaproszenia swoim sąsiadom, krewnym wykupywali szyfkarty, bilety, polecali linie oceaniczne lub statki. Widoczne jest to w zapisach na kolejnych manifestach. Często nowi mieszkali razem z wcześniejszymi emigrantami. Nazywano to „boarding” czyli przyjęcie pod swój dach współlokatora. Ułatwiali nowym start w Ameryce pomagając im znaleźć zatrudnienie i mieszkanie.
Rząd carski nie chciał by rodziny poddanych, którzy wyemigrowali z polskiej ziemi pod zaborem rosyjskim, dostawały szyfkarty. Emigracja siły roboczej, a w szczególności wyjazdy mężczyzn w wieku poborowym była bardzo duża, dlatego bardzo często cała korespondencja była cenzurowana i w większości zatrzymywana. Te działania miały często tragiczne zakończenie, bo powodowały między nadawcami i adresatami konflikt i zerwanie korespondencji.
Agenci imigracyjni. Organizacja wyjazdów
Emigranci to byli ludzie odważni, przedsiębiorczy, sprytni. Byli to najbardziej aktywni, głównie młodzi mężczyźni. Po roku 1907, 80% emigrantów pochodzi z Europy Wschodniej i Południowej. Bieda była głównym bodźcem wypędzającym ich z własnego kraju. Ale nie znali języka, wcześniej poruszali się tylko w obrębie swoich miejsc zamieszkania. Z drugiej strony państwa zamorskie były zainteresowane imigrantami, czekał na nich duży rynek pracy w błyskawicznie rosnącym przemyśle. Stany Zjednoczone potrzebowały ludzi do zagospodarowania ciągle rozrastającego swego terytorium. Sprzyjał im rozwój kolei żelaznej, wzrost liczby linii żeglugowych, wymiana żaglowców na okręty zabierające często ponad tysiąc emigrantów, napędzane silnikami parowymi. Spadły znacząco koszty podróży.
Największe linie okrętowe to angielska kompania żeglugowa White Star Line, niemieckie Hamburg America Line (HAPAG) i Norddeutscher Llyod. Werbunkiem klientów dla przewoźników zajmowały się agencje, w naszym obszarze najaktywniejszą była bremeńska agencja Friedricha Misslera. Jej biura rozmieszczone po całym kraju zatrudniały setki agentów imigracyjnych.
Reklama prasowa linii żeglugowejBilet na statek
Agenci emigracyjni werbowali ludzi do wyjazdu, załatwiali wszelkie formalności związane z podróżą, pomagali w zdobyciu potrzebnych dokumentów. Niestety często oszukiwali i dokumenty były fałszywe. Podstawowy dokument to tzw. z niemieckiego szyfkarta (przepustka do wyśnionej Ameryki ). Były dwa sposoby jego uzyskania. Pierwszy to przysłanie przez krewnego lub znajomego z Ameryki. Niestety często ginął, bo konfiskowała go carska cenzura, ginęły też pieniądze na podróż i wskazówki jak wyjechać, jak bezpiecznie się zachować. W sytuacji problemów z komunikowaniem się w tamtych czasach prowadziło często do zerwania więzi rodzinnych.
Szyfkarta
Drugi sposób to wypełnienie otrzymanego z biura emigracyjnego druku zgłoszenia i wysłanie go wraz z zadatkiem. W odpowiedzi potencjalny emigrant otrzymywał instrukcję zawierającą informacje na temat podróży i musiał wtedy wybrać termin wyjazdu. Biuro dokonywało rezerwacji miejsca na konkretnym statku i przysyłało tymczasową szyfkartę. Dokument ten był ważny na okres 6-12 miesięcy. W porcie z którego wypływał wpłacał resztę należności i wymieniał na właściwą szyfkartę. W każdym z tych sposobów konieczna była znajomość czytania i pisania, wielu musiało prosić o to najczęściej miejscowego proboszcza.
Kolorowa kartka wręczana emigrantom
Wraz z tymczasowym biletem okrętowym podróżny otrzymywał kolorowe kartki. Wsiadając do pociągu na stacji początkowej, przy przesiadce, jak tez na peronie w mieście portowym, musiał je trzymać wysoko nad głową, by pracownicy agencji emigracyjnej rozpoznali swoich klientów i skierowali ich do właściwego celu. Każdy z nich musiał obowiązkowo mieć wydany przez władze miejscowe paszport i wszyscy brali metryki urodzenia od swego proboszcza.
Koszty szyfkarty to od 59 do 70 złotych reńskich tj. 24-30 dolarów. Do tego podatek emigracyjny ok. 7 dolarów. Średnio bilet kolejowy kosztował w Prusach ok. 18 marek tj. ok. 4 dolary. Koszt całej podróży do Ameryki, nawet przy słabej płacy w fabryce zwracały się po miesiącu pracy. Prędkości pociągów to 30-60 km/h, podróż pociągiem trwała ok. 2 doby. Oczywiste, że naszych emigrantów stać było na podróż pociągiem tylko w trzeciej klasie. W tym czasie w Prusach składy kolejowe nawet w trzeciej klasie miały wagony wyposażone w toalety, gazowe oświetlenie i ogrzewanie parowe. Ławy w wagonach były najczęściej dookoła ścian. Siedzieli więc na swoich kufrach czy tobołach. W przypadku przejazdów przez okupowane przez Rosję terytoria groziły częste kontrole żandarmów carskich, którzy poszukiwali rekrutów próbujących uniknąć długoletniej służby w armii carskiej. Podróż statkiem Brema New York ok. 10 dni. Posiłek na czas podróży pociągiem w ramach własnych zasobów. W porcie często w ramach bonusu, w oczekiwaniu na statek płaciły linie okrętowe. Na statku pożywienie było w ramach biletu.
Bilet kolejowy
Emigranci z Jagłowa byli w szczególnej sytuacji. Wieś położona w północno – zachodniej części guberni grodzieńskiej. Na południowym brzegu Biebrzy, która była rzeką graniczną z Prusami. Z opowiadań dziadka Jana pamiętam, że przemyt był ważnym elementem dochodu rodzin tam zamieszkujących. Można więc wnosić, że wielu przekraczało granice nielegalnie i dopiero z Prus organizowało wyjazd do Ameryki. Wyjeżdżali głównie z Bremy i Hamburga, to 65% portów wyjazdowych. Pozostałe to Liverpool, Rotterdam i Amsterdam. Porty docelowe w USA to w ok. 70% New York, 25 % Philadelphia i 5% Baltimore, ale płynęli także poprzez Kanadę do portów w Quebecku czy Halifaxie. Znakomita większość osiedliła się w Pensylwanii, New Jersey ,Michigan i Illinois.
Zaokrętowanie. Warunki podróży
Okres liberalnej polityki emigracyjnej skończył się w Stanach Zjednoczonych w 1882 roku, kiedy to zabroniono przyjazdu do USA chorym psychicznie, przestępcom kryminalnym oraz stanowiącym zagrożenie dla porządku prawnego państwa. Wprowadzono także podatek imigracyjny tzw. „head tax” w wysokości 0,5 dolara za każdego emigranta. Rósł on stopniowo i tak np. w roku 1907 osiągnął 7 dolarów. Następnie wprowadzono tzw. „Foran Act” – zabraniał on wstępu do USA robotnikom wykwalifikowanym, którzy jeszcze przed wyruszeniem do Stanów podpisali kontrakty o pracę. Od 1891 roku zobowiązano kapitanów statków do sporządzania jeszcze na pokładzie szczegółowego zestawienia danych wszystkich pasażerów, a oficerowie imigracyjni w amerykańskich portach na jego podstawie mieli decydować o wpuszczeniu emigranta do Stanów lub odesłania go do domu. Kosztem powrotnej podróży był obciążony armator przewożący emigranta. Te spisy były nazwane „manifest”.
Wypełniony manifest
Dlatego też w porcie wyjścia czekała na naszych emigrantów pierwsza kontrola. Nie mogły wejść na pokład także osoby chore, żebracy, karane sądownie, niezamężne kobiety w ciąży, osoby powyżej 60 roku życia z wyjątkiem głów rodzin.
Wejście na okręt stanowiło szok dla naszych emigrantów. Transatlantyk to był statek wielopokładowy. Liczba pokładów dochodziła do dziesięciu. Na szczycie kabina nawigacyjna, niżej pierwsze luksusowe pokłady dla najbogatszych pasażerów. Potem górny pokład spacerowy, dalej dolny pokład spacerowy i kabiny pierwszej klasy. Klasa średnia podróżowała niżej w kabinach drugiej klasy, były już one wyposażone w piętrowe łóżka a ich wygląd był funkcjonalny. Na tym poziomie były też bagażownie pierwszej i drugiej klasy a także kuchnie.
Kolejne niższe piętro, już poniżej linii wody tzw. międzypokład był dla najbiedniejszych pasażerów trzeciej klasy oraz stewardów i reszty załogi. W manifestach określany jako „Steerage”. Wystrój pomieszczeń był spartański, jadalnia to zwykła stołówka. Wielo osobowe kajuty z trzypiętrowymi metalowymi łóżkami, najczęściej wilgotne sienniki i brudne koce. Latem nagrzane, zimą zimne. Prysznic zbiorowy, toalety wspólne. Ścisk , brud , zaduch.
Emigranci z trzeciej klasy musieli być obowiązkowo zaszczepieni przeciw ospie i codziennie badani przez lekarza. Każdy dostawał przy zaokrętowaniu kartonik z ponumerowanymi dniami podróży, każdy dzień badania musiał być na nim odnotowany. Posiłki były stale takie same, stanowiły często przyczynę choroby. Był to głównie chleb, kartofle w łupinach i ryby. Wspomagali się własnym jedzeniem zabranym zgodnie z radami w listach, a więc sucharami, wędzoną kiełbasą, wędzoną słoniną, cebulą, suszonym mięsem i cukrem. Ciała zmarłych pasażerów były wrzucane do morza.
Pasażerowie trzeciej klasy byli często szykanowani. Zmuszano ich do prostych prac. Częste były wymuszenia czy okradanie. Niestety najgorsze warunki były na statkach niemieckich. Niektórzy emigranci pisali w listach do rodziny, że podróż statkiem to jak przejście przez czyściec, inni przez piekło.
Jakimi statkami pływali emigranci z Jagłowa do wyśnionej Ameryki?
SS Friedrich Der Grosse przewożący emigrantów do USA
Dokąd przybywali
Pierwsza stacja mieściła się na południowym cyplu Manhatanu zwanym Battery, w stacji imigracyjnej Castle Garden. Oficjalnie była nią od 1855 roku dla stanu Nowy York, a więc przyjmowała większość emigrantów do USA.
Stacja emigracyjna Castle Garden na południowym Cyplu Manhattanu zwanym Battery
Odprawa w Castle Garden była piekłem dla emigrantów. Bałagan, poniżanie, nie przestrzeganie prawa, wokół oszuści złodzieje i handlarze żywym towarem. Została zamknięta w 1890 r. Na czas budowy nowej stacji odprawy odbywały się w Barge Office (Urząd Bankowy) była to odprawa jeszcze bardziej niewygodna i kłopotliwa.
Jak pisała amerykańska prasa nowa stacja imigracyjna musi być nowoczesna i wygodna, ale też odcięta od ulic miasta, gdzie natychmiast rzucają się na imigrantów oszuści, złodzieje i handlarze żywym towarem. Powinien też ją kontrolować rząd federalny. Zdecydowano o budowie nowej stacji na wyspie Ellis Island.
Nowa stacja imigracyjna na Ellis Island
Nowa stacja na Ellis Island rozpoczyna pracę 1 stycznia 1892 r. Utworzono nową posadę komisarza imigracyjnego portu Nowy Jork z kwaterą główną na Ellis Island. Pierwszym rozładowanym statkiem jest parowiec Nevada.
Budynek był przestronny 122 m długości i 45 m szerokości. Posiadał centralne ogrzewanie parowe, zelektryfikowany, z nowoczesnymi sanitariatami. Stacja może przyjąć nawet 10 tys. emigrantów dziennie. Jest wykonana z drewna, dawała komfort i bezpieczeństwo. Budynek przypomina raczej nadmorskie kasyno niż stację kontrolną dla biednych imigrantów. Co bardzo charakterystyczne, na stacji imigranci czują swojski zapach lasu i domu. Z sosnowego odżywiczonego drewna wykonano podłogi, a ściany żywiczne z drewna świerkowego i sosnowego. Nowa bagażownia może pomieścić walizy i kufry dwunastu tysięcy pasażerów.
Pożar na wyspie wybucha 14 kwietnia 1897 roku. Żywiczne deski płoną z trzaskiem. Po trzech godzinach wielki gmach stacji zamienia się w hałdę węgla drzewnego. Nikt nie zginął. Spłonęły jednak jakże ważne dla nas wszystkich dokumenty, manifesty pasażerów.
Na czas odbudowy stację ponownie ulokowano na Manhattanie w budynku Barge Office. Działa wręcz skandalicznie. Brud chamstwo, złodziejskie ceny. Korupcja i chaos.
Zdecydowano o budowie nowej stacji. Tym razem z cegły, kamienia betonu i stali. Tym razem przypomina wielki dworzec kolei żelaznej. Fasada czerwono biała. Wielka sala ma 61 m długości i 30 m szerokości i 17 m wysokości. Wyspa została znacznie powiększona. Stacja stoi do dziś jako muzeum imigracji. Poniżej wiele zdjęć archiwalnych i aktualnych piszącego. Otwarcie nowej stacji następuje 17 grudnia 1900 r
Stacja Ellis Island działała do 1954 r.
Etapy weryfikowania przybyłych pasażerów
Cztery etapy weryfikowania przybyłych pasażerów:
Na pokładzie transatlantyku lekarze identyfikowali chorych, którzy musieli poddać się kwarantannie.
Urzędnicy emigracyjni na transatlantyku kontrolowali pasażerów I i II klasy.
Pasażerowie I i II klasy po pomyślnej inspekcji schodzili na ląd. Pasażerowie III klasy na promach byli przewożeni na Ellis Island.
Ellis Island – przewożeni tu pasażerowie poddani byli dokładnej kontroli prawnej i medycznej.
Mapka Zatoki Nowojorskiej
Manifesty i kwestia zapisu nazwisk
Zacznijmy od wyjaśnienia, czym były tak zwane „manifesty”. Manifesty to spis pasażerów na statkach ich przewożących. By te listy oddawały prawdziwy opis pasażerów musiały się na nich znaleźć wszystkie informacje interesujące służby imigracyjne. Kapitanowie statków zobligowani byli do przygotowania takich rozbudowanych i ujednoliconych spisów pasażerów. Dokumenty te obowiązkowo musiały być archiwizowane. Co one zawierały? Wiele istotnych informacji, a więc: port wypłynięcia i port przybycia; daty wyjazdu i przybycia; nazwisko, imię, płeć, powołanie, zdolność do czytania i pisania, obywatelstwo i kraj pochodzenia, ostatnie miejsce pobytu, zamierzone miejsce pobytu, czy jest obywatelem Stanów Zjednoczonych, stan lub terytorium, zapraszający, liczbę sztuk bagażu, wzrost, kolor włosów i oczu oraz inne. Każdy pasażer musiał być opisany, a oficer przewożącego statku taki manifest poświadczał pod przysięgą.
Druk manifestu wypełniany na stacji rejestracyjnej
Dziś manifesty są jednym z największych skarbów Ameryki. Pozwalają one przy użyciu techniki komputerowej, po zeskanowaniu oczywiście tych dokumentów, odnaleźć nam wielu przodków. Ale nie wszystkich, bo 14 kwietnia 1897 roku na wyspie Ellis Island wybucha wielki pożar. Budynki były z drewna i dokumenty poszły z dymem.
Manifest ze statku Waesland z Liverpoolu , którym płynęli mieszkańcy Jagłowa –Albin Mojżuk ; Klemens Poźniak i Andrzej Mitrosz w 1899 roku
Oprócz manifestu były wydawane zaświadczenia czy certyfikaty potwierdzające przybycie imigranta do portu. Poniżej jeden imigranta z Jagłowa.
Certyfikat potwierdzający przybycie
Pierwsze zmiany w zapisie nazwisk i innych danych emigrantów powstały przy wypełnianiu manifestów na statkach. W stacji rejestracyjnej w Castle Garden, a potem na słynnej Ellis Island pracowano na dostarczonych ze statków dokumentach. Błędy często nie były korygowane. Urzędnicy tam ich rejestrujący często zmieniali ich imiona i nazwiska – ponieważ nie byli w stanie ich poprawnie zapisać. Po prostu zapisywali w dokumentach nazwiska tak jak je usłyszeli. Dlatego też było masę przeinaczeń i błędów. Te zmienione nazwiska wielu emigrantów używało dalej jako oficjalnych. Wielu Polaków zmieniało lub skracało swoje nazwiska świadomie w okresie późniejszym, jako trudne do wymówienia dla Amerykanów ale też ze względów biznesowych.
Procedury na stacji emigracyjnej
Promy dopływają do Ellis Island, opadają trapy i tłum imigrantów wchodzi do budynku głównego stacji. Każda nacja ma inne bagaże. Bagaży jest mnóstwo. Wszyscy taszczą toboły i kufry schodząc z podwożących ich promów i łodzi. Bagażownia znajduje się na parterze i wszyscy winni tam zostawić swoje bagaże przed udaniem się na górę do głównej sali rejestracyjnej. Przy sobie mogli mieć tylko bagaż podręczny. Największy problem jest z ludźmi mówiącymi po polsku, zapisanymi w rejestrach manifestów jako Rosjanie, Niemcy czy Austriacy. Nie chcą zostawiać swych bagaży i niosą je wszędzie za sobą. Ze względów bezpieczeństwa nie zezwala się jednak na wnoszenie bagaży do góry na salę przesłuchań. W zakresie organizacji tego obszaru na wyspie jest raczej porządek. Kufry oddane w przechowalni są opisane i bezpieczne. Po uzyskaniu zgody na wjazd firmy koncesjonowane przez rząd amerykański dostarczają je do docelowego miejsca podróży za „uczciwą” opłatą. Opłata często była uiszczona przez zapraszającego lub musi ją zapłacić imigrant i tu często dochodzi do jej zawyżania. Z parteru wielkie szerokie schody prowadziły na piętro, był tam „registry room”– sala rejestracyjna. Na schodach zaczynało się wstępne badanie. Stali tam lekarze i urzędnicy w mundurach.
Wstępne badania
Główną swą uwagę lekarz inspekcyjny kierował na: skórę głowy, twarz, szyję, ręce, sposób chodzenia i ogólną kondycję fizyczną oraz psychiczną. Jeśli któryś z tych elementów był niewidoczny emigrant był zatrzymywany i oglądany szczegółowo. Lekarzy tych nazywano „sześciosekundowi”, bo średnio tyle mieli czasu na oglądnięcie każdego imigranta. Jeśli coś zauważyli, na ubraniu tej osoby zaznaczali kredą literę oznaczającą problem, na przykład „C”- oznaczało zapalenie spojówek. Tych oznaczonych urzędnicy mundurowi wyprowadzali z kolejki i badał ich inny lekarz nazywany „człowiek oko”. Jeśli coś potwierdził, dalsze badanie odbywało się w pokoju lekarskim. Zdrowi wracali do kolejki. Chorzy trafiali do szpitala na Ellis Island, gdzie byli leczeni i obserwowani. Ozdrowieńcy powracali do procesu kontrolnego tj. inspekcji prawnej. Dla nieuleczalnie chorych nie było wjazdu.
Badanie w gabinecie lekarskim
Ci którzy pokonali schody bez kredowych znaczków ustawiani byli do inspekcji prawnej w tzw. registry room. Polegała ona na udzieleniu odpowiedzi na szereg pytań zadawanych rzez oficerów imigracyjnych. Każdy oficer prowadził rozmowę na bazie kart manifestu przekazanych ze statku. Rozmowom towarzyszyli tłumacze. W rozmowie przesłuchiwany winien przekonać, że jest zdolny by samodzielnie dać sobie radę, że nie będzie ciężarem czy zagrożeniem dla państwa amerykańskiego. Ci którzy zdali mieli otwarte drzwi do Ameryki.
Inspekcja prawna
Tych których odpowiedzi zostawiły wątpliwości, stawiano przed komisją weryfikacyjną do drugiego etapu inspekcji prawnej. Na ich korzyść mogli zeznawać sprowadzeni na ich prośbę mieszkający w Stanach krewni, znajomi , zapraszający itp. Zweryfikowani mieli zgodę na wjazd. Około 20 % tych weryfikowanych otrzymywało zakaz wstępu do USA.
Inspekcja prawna
Rozmowy były prowadzone w wielkim holu „registry room”. W tłumie czekającym na wyczytanie swego nazwiska zawsze straszne zdenerwowanie. Wyczytany podchodził do inspektora, gdzie był przepytywany. Hałas był ogromny. O co pytano?
Ile masz pieniędzy? Tu był problem, wielu już w tym momencie nic nie miało. Decydował inspektor, ważne było czy była już opłacona przez zapraszającego podróż do miejsca docelowego. Pytano o zawód, umiejętności radzenia, sytuacje rodzinną, co zamierza robić w Stanach itp.
Kobietom, które podróżowały bez mężczyzn nie pozwalano opuścić wyspy ze względu na bezpieczeństwo. Dopiero po przybyciu krewnych mogły wyjechać. Odnalazłem takie zdarzenie przy wyjeździe mojej babci ciotecznej Teofili Kuderewskiej z d. Gudel.
W oczekiwaniu na rozmowę
Po zakończeniu wielogodzinnych badań wyczytano nazwiska osób, które pomyślnie je przeszły. Część miała wykupione bilety do miejsca docelowego, inni mogli je kupić w holu, były tam kasy firm kolejowych. Były też kantory w których można było wymienić wszystkie waluty świata. W okienkach razem z biletem wydawano imigrantom duże kolorowe kartki na których wypisane były nazwy miast do których się udawali. Przypinali je do ubrań i konduktorzy podobnie jak w Europie mieli ułatwione zadanie na peronach by skierować ich do właściwego pociągu.
Jeszcze w sali rejestracyjnej każdy oczekujący na wynik rozmowy, miał prawo do zakupu paczki żywnościowej, lunch z kanapkami po specjalnej preferencyjnej cenie. Ponieważ ostatni raz jedli na transatlantyku dla wielu był to ostatni posiłek na dalszą drogę przez Stany Ameryki. Paczka była pożywna, cena wynosiła 75 centów.
Imigranci którzy pozytywnie przeszli weryfikację, przebywali na wyspie około 5 godzin. Czas pobytu pozostałych to już były tygodnie, a nawet miesiące.
Szczęśliwi musieli zejść na parter. Prowadziły tam z holu szerokie schody nazywane schodami rozstania „stairs of separation”. Były one przedzielone solidnymi barierkami na trzy linie ruchu. Lewa prowadziła na prom do Nowego Jorku. Prawa dla udających się pociągiem w dalszą podróż. Środkową prowadzono tych, których zatrzymano na wyspie do wyjaśnienia ich statusu.
Ci z prawej i lewej spotykali się z czekającymi często na nich bliskimi. Miejsce to nazwano wrotami pocałunków „kissing gate”.
Poszukiwania emigrantów z Jagłowa w manifestach i nie tylko
Poszukiwania prowadziłem dla tych nazwisk w drzewie co do których nie było żadnej wiedzy co się z nimi dalej działo, a byli w drzewie chociażby dzięki spisom obywateli Jagłowa z lat 1864 i 1909 oraz danym osiągniętym przez wywiady rodzinne. Były dwie możliwości – armia carska lub emigracja no i oczywiście zgon. Przejrzałem setki manifestów szukając znanych i typowych nazwisk z tej wsi. Każdy napotka tu na duży problem. Nazwiska które nosili są w większości poprzekształcane i wyglądają zupełnie inaczej. Zapisywane najpierw przez oficerów na statkach (obowiązek wprowadzono w 1891 r.) na początku było tylko 12 pozycji, w następnych latach urosło do 29 pozycji), a później na stacji imigracyjnej są bardzo uproszczone, są takie jak je spisujący usłyszał i w języku angielskim mógł zapisać. Następnym elementem pomocnym w szukaniu było zapisane w manifeście miejsce ostatniego stałego pobytu. Tu podobnie ten sam problem jak z nazwiskami. Jagłowo jest zapisane jako – Jeglowo ; Jaglawo; Diegowo ; Jeglewo ; Zaglewo ;Dleigowo ;Ruiglowo ; Dligowo itp. Ale są też inne problemy, pierwszy związany z tym że oficerowie na statkach upraszczają sobie pracę i wpisują jako ostatnie miejsce pobytu – port wypłynięcia statku. Z tej racji, że nasi emigranci w znakomitej większości płynęli do Grand Rapids w Michigan pomocne było sprawdzenie portu docelowego. W wielu przypadkach poszukując jednej osoby trafiałem na dwójkę lub trójkę płynących razem za wielką wodę.
Część danych udało się potwierdzić poprzez odnalezienie akt naturalizacji oraz rejestracji do wojska konkretnie do Armii Błękitnej Hallera prowadzonej wśród emigracji w latach 1917-1919. Pomocne były też zapisy i adresy zapraszających, jeśli wcześniejsze ustalenia co do ich pochodzenia były jednoznaczne.
Akt naturalizacji Stanisława Mitrosza z Jagłowa
Drugi problem stwarzają często sami emigranci, którzy zamiast małej wsi podają większe pobliskie miasta lub miasteczka. I tak pojawia się Suchowola , Sztabin , Sokółka a nawet Grodno.
Rejestracja do armii Franciszek Siemion. Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej . Wrócił do Stanów w 1920 r.
Poniżej przedstawiam najbardziej prawdopodobne wyjazdy emigrantów z Jagłowa, nie ma jednak co do niektórych 100% pewności. Oprócz tych wpisanych na listę mam prawie drugie tyle nie potwierdzonych. Trzeba też zauważyć, że istnieje spora liczba wyjazdów krewnych Jagłowian, jak na przykład Siemion i Mojżuk ze wsi Leśniki czy Sawośko z Głęboczyzny, których nie ująłem w wykazie. Nie wszystkich o których wiedziałem, że wyjechali udało się znaleźć w manifestach i nie wszystkie dane są kompletne. Braki te wynikają pewnie z powodu poruszonego już w tekście spalenia milionów manifestów w pożarze w 1897 roku, małej ilości danych w początkach ich wprowadzenia ale tez także z emigracji nielegalnej.
Lista imigrantów
Jan Siemion ur. 08.07.1880 r. syn Wojciecha. Wyjazd 1898 r z Bremy. Powrót 1907, ślub 1908 r.
Bolesław Bert Siemion ur. 18.06.1888 r. syn Wojciecha. Wyjazd 10.08.1907 z Bremy do Qebec, Kanada. Następnie przez jeziora statkiem Montezuma przybył dn. 21.08.1907 r. do Grand Rapids Michigan. Odebrał go brat Jan. Zamieszkał u niego pod adresem 11 Str.205. Pozostał w USA, ślub 1910 r. Rejestracja do Armii Hallera 12.09.1918 r.
Adolf Siemion ur. 28.06.1891 r. syn Wojciecha. Wyjazd 02.06.1911 r. prawdopodobnie z Bremy. Przybycie do Quebec Kanada dn. 12.06.1911 r. Dalej statkiem Lake Michigan do Detroit gdzie przybył 13.06.1911 r i do Grand Rapids Michigan do brata Bolesława. Pozostał w USA, ślub w 1914 r. Rejestracja do Armii Hallera 05.06.1917 r. w Grand Rapids, Michigan.
Franciszek Adolf Siemion ur. 28.03.1896 r. syn Wojciecha. Pierwszy wyjazd 1914 r. Wyjazd prawdopodobnie z Bremy 02.08.1914 r. Przybył do Quebec w Kanadzie 12.08.1914 r. Dalej statkiem Rathenia do Detroit dotarł 13.08.1914 r. i dalej do Grand Rapids Michigan do brata Adolfa Siemiona. Rejestracja do Armii Hallera 05.06.1917 r. w Grand Rapids, Michigan. Powrót do Polski w ramach błękitnej Armii Hallera. W latach 1918 -20 udział w wojnie z Rosją i Ukrainą. Drugi wyjazd z Gdańska 16.06.1920 r. i powrót do USA New York 28.06.1920 r. statkiem Mercury. Ślub w 1924. Pozostał w USA.
Antoni Siemion ur. 12.02.1855 r. syn Antoniego. Pierwszy wyjazd 1890 i drugi 1897 r. z żoną Mary Jacobski i pięciorgiem dzieci John; Helen; Michael; Peter Anton i Steve.
Adam Siemion ur. ok. 1866 r. syn Jana. Wyjazd z Hamburga statkiem Polaria do New York 18.05.1885 r. Powrót przed 1905 rokiem. Po raz drugi prawdopodobnie z żoną Rozalią i dwoma synami Józefem i Zygmuntem ponowny wyjazd po 1909 r.
Franciszek Siemion ur. ok. 1876 r. w Jagłowie. Wyjazd z Hamburga do New Jorku dn. 01.05.1896 r. Statek Scandia. Brak danych w drzewie.
Drugi prawdopodobnie jego wyjazd. Franciszek Siemion ur. ok. 1876 r. w Jagłowie. Zaprosił Albin Mojżuk z Grand Rapids Michigan. Wyjazd z Bremy 16.08.1906 r. Przybycie do Baltimore 30.08.1906 r. Statek Branderburg.
Klemens Poźniak ur. ok. 1877 r. syn Mateusza Michała. Wyjazd z Liverpool 08.03.1899 r. statek Waesland, przybycie do USA Philadelphia Pa 20.03.1899 r. Pozostał w USA. Zaprosił Joseph Mojzuk.
Adam Poźniak ur. ok. 1875 r. syn Mateusza Michała. Wyjazd z Liverpool 20.02.1904 r. Statek Etruria. Przybycie do USA New York 29.02.1904 r. Powrót przed 1908 r. Ślub 1908 r. w Polsce. Zaprosił kuzyn Cegelski .
Ignac Poźniak ur. ok. 1879 r. w Jagłowie. Syn Mateusza Michała. Wyjazd z Bremy 16.08.1906 r. Statek Branderburg. Przybycie do Baltimore 30.08.1906 r. Zaprosił kuzyn Jan Sienko (Siemion).
Izydor Janewicz ur. ok. 1886 r. syn Józefa. Wyjazd z Bremy 18.06.1904 r. Statek Grosser Kurfurst. Przybycie do New York 29.06.1904 r. Powrót przed 1924. Ślub ok. 1924 r.
Jan Janewicz ur. ok. 1887 r. syn Józefa. Wyjazd z Hamburga 19.07.1905 r. Statek Blucher. Przybycie do New York 30.07.1905 r. Zaprosił brat Izydor Janewicz.
Jan Kuderewski ur. ok. 1873r. mąż Teofili d.Gudel. Wyjazd z Rotterdamu. Statek Rotterdam, przybycie do USA New York 25.07.1905. Prawdopodobnie powrócił i mieszkał w Suchowoli.
Teofila Kuderewska z d. Gudel ur. ok. 1883 r. córka Jana. Wyjazd z Rotterdamu 13.03.1909 r. Statek Nieuw Amsterdam. Przybycie do USA New York 23.03. 909 r. W kraju mąż Jan Kuderewski. Zaprosił Kuzyn Wincenty Mojżuk.
Jej drugi wyjazd. Teofila Kuderewska ur. ok. 1883 z Suchowoli. W kraju teściowa Aniela Kuderewska w Suchowoli. Wyjazd z Hamburga 23.08.1911 r. Statek Cleveland. Przybycie do New York 03.09.1911 r. Zaprosił Anton Sokołowski. Jest także zapis w rejestrze zatrzymanych oczekujących na odbiór kobiet. Odbiera Małgorzata Sokołowska 05.08.1911 (sic!?) godz. 10.00.
Wincenty Gudel ur. ok. 29.11.1857 r. w Jagłowie syn Wincentego Stanisława. Wyjazd z Hamburga 05.05.1885 r. Statek Polaria. Przybycie do New York 18.05.1895. Prawdopodobnie pozostał.
Marianna Gudel ur. ok. 1894 r. córka Jana? (brak w drzewie – jest ale ojciec jego brat Józef). W kraju pozostał ojciec Jan Gudel w Sztabinie (Jagłowo). Wyjazd z Rotterdamu 29.11.1912 r. Statek Nieuw Amsterdam. Przybycie do USA, New York 04.12.1912 r. Pozostała w USA.
Adolf Dawidowicz ur. ok. 15.05.1884 r. w Jagłowie syn Marcina. Wyjazd z Bremy 13.07.1911 r. Statek Friedrich Grose. Przybycie do USA, New York 25.07.1911 r. Pozostał w USA, ślub w 1924 r. W kraju pozostał ojciec Marcin Dawidowicz w Jagłowie. Rejestracja do Armii Hallera 12. 08. 1918 r.
Serafina Wiesztort z d. Dawidowicz ur. ok. 1886 r. córka Marcina-wyjazd do USA –wyjazd z mężem do Australii – pozostała w Australii.
Mieczysław Dawidowicz ur. 25.03.1914 r. w Jagłowie syn Kajetana i brat Adolfa i Serafiny. Wyjazd z Bremerhaven 02.07.1950 r. Statek Generall S. D. Strugis. Przybycie do USA, New York, dwie daty 12.02.1950 i 11.07.1950 – został lekarzem. Pułkownik armii USA, pozostał w USA.
Andrzej Mitrosz ur. ok. 1887 r. syn Mateusza. Wyjazd z Bremy. Statek Barbarossa. Przybycie do USA New York 24.03.1905 r. Zaprosił Franciszek Koszczuk, adres Main St.4209 Philadelphia Pa, USA. Pozostał w USA.
Kazimierz Mitrosz ur. 28.08.1881 r. syn Mateusza. Wyjazd z Antwerpii, statek Vaderland. Przybycie do USA, New York 12.04.1907 r. Pozostał w USA. Akt naturalizacji 10.02.1922 r.
Stanisław Mitrosz ur. ok 1888 r. syn Mateusza. Wyjazd z Liverpool. Statek Merion. Przybycie do USA Philadelphia Pa 17.04.1910 r. Pozostał w USA. Zaprosił Andrzej Mitrosz.
Marianna Mitrosz ur. ok. 1890 r. córka Mateusza – przyjechała razem z bratem Stanisławem.
Antoni Mitrosz ur. ok. 1872 r. syn Mateusza. Wyjazd z Hamburga. Statek Pennsylvania. Przybycie do USA New York 26.09.1912 r. Pozostał w USA zmarł w 1950 r. dzieci w Polsce.
Wiktor Winkiewicz ur. ok. 1865 r. (19.04.1864) syn Mateusza. Wyjazd z Hamburga. Statek Polaria. Przybycie do New York 18.05.1885 r. Brak danych o powrocie.
Kazimierz Winkiewicz ur. 1852 r. syn Mateusza. Wyjazd z Antwerpii. Statek Rhynland. Przybycie do USA, New York 15.04.1903 r. Powrót przed 1905 r.
Klemens Winkiewicz ur. ok 1858 r. syn Mateusza. Wyjazd z Bremy. Statek Karlsuhe. Przybycie do USA Baltimore, Maryland w 05.08.1890 r. Powrót przed 1909 r.
Wiktoria Winkiewicz ur. ok 1860 r. córka Kazimierza. Wyjazd z Niemiec. Statek Fulda. Przyjazd do New York 1890 r. Brak danych o powrocie.
Feliksa Wojtkielewicz ur. ok. 1890 r. córka Wincentego. Wyjazd z Rotterdamu. Statek Noordam. Przybycie do USA, New York 14.06.1910 r. Pozostała w USA, ślub 20.09.1911 z Bolesławem Kolskim.
Anna Wojtkielewicz ur. ok. 1879 r. córka Kazimierza. Wyjazd z Hamburga. Statek Arcadia. Przybycie do USA New York 06.04.1902 r. Pozostała w USA, mąż Frank, synowie Edwin i Alfred.
Ignacy Wojtkielewicz ur. ok. 1870 r. emigrował przed 1902 rokiem, na jego zaproszenie przyjechała Anna – wrócił do Polski.
Rozalia Wojtkielewicz ur. ok. 1885 r. z d. Jaroszewicz, córka Mateusza , II-ga żona Ignacego. Statek Belgenland. Przybycie do USA Philadelphia Pa 1903 r. Wróciła wraz z mężem do Polski. Przy tej ulicy Main Str. 4145 Philadelphia Pa mieszali Mojżukowie: – Wincenty s. Wincentego i następni Albin Mojżuk; Joseph Mojżuk; Klemens Pożniak.
Wincenty Mojżuk ur. ok. 1865 r. syn Wincentego. Wyjazd statkiem Hermann, przybycie do USA Baltimore MD, Maryland 24.09.1887 r. Pracował tam ok. 20 lat – wrócił po śmierci ojca ok. 1906-1907 r.
Wincenty Mojżuk ur. 16. 08. 1864 r. syn Ignacego. Wyjazd statkiem Schiedam, przybycie do USA New York 1988 r. Pozostał w USA. Ślub w USA w 1901 r. z Anna Kozłowską z Mogilnic.
Albin Mojżuk ur. ok. 1874 r. syn Jana . Wyjazd z Liverpool statkiem Waesland, przybycie do USA Philadelphia PA 20. 03. 1899 r. Wrócił przed 1901 r. Zaprosił brat stryjeczny Wincenty.
Józef Mojżuk ur. ok. 1870 r. syn Piotra. Wyjazd z Liverpool 18.03.1890 r. Statek Lord Clive , przybycie 04.04 1890 r. do USA Philadelphia PA. Wrócił przed 1909 rokiem. Zaprosił do USA Klemensa Poźniaka i Izydora Janewicza.
Stanisław Mojżuk ur. ok. 1895 r. syn Piotra, brat Józefa. Wyjazd z Hamburga, przybycie statkiem Graff Waldersee do USA Phpladelphia PA, 21.09.1912 r. Brak informacji o powrocie.
Ignacy Mojżuk ur. ok. 1882 r. syn Jana. Wyjazd z Hmburga, statek Pretoria, przybycie do USA New York 11.03.1907 r. Brak informacji o powrocie.
Albina Mojżuk ur. ok. 1883 r. w Jagłowie, córka Jana i siostra Albina, który ją zaprosił. Wyjazd z Bremy 14.08.1902 r. Statek Breslau. Przyjazd do Baltimore 27.08.1902 r.
Jan Ratkiewicz ur. ok. 1867 r. syn Ignacego. Wyjazd Hamburga 04.02.1903 r. Statek Albano, przybycie do USA New York 24.02.1903 r. Zaproszenie od Jana Kamińskiego mieszkającego w Pitsburgu. Brak informacji o powrocie, prawdopodobnie ściągnął żonę.
Marianna Ratkiewicz z d. Polkowska ur. 08.11.1872 r. żona Jana. Syn Bolesław ur. ok. 1895 r. i córka Marianna ur. ok. 1900 r. Zaproszeni przez męża i ojca Jana. Wyjazd z Bremy 03.07.1902 r. Statek Breslau. Przyjazd do Baltimore 16.07.1902 r.
Anna Ratkiewicz ur. ok. 1881 r. córka Jgnacego. Wyjechała razem z bratem Janem. Brak wiedzy o powrocie.
Władysław Ratkiewicz ur. ok. 1887 r. syn Józefa. Wyjazd z Bremy, statek Koln, przybycie 14.06.1911 r. do Philadelphia. Zaproszenie od Józefa Romanowskiego, adres 141 St. Calton Phila-Pa. Powrócił.
Pelagia Ratkiewicz ur. ok. 1889 r. żona Władysława z d. Romanowska, wyjazd razem z mężem.
Magdalena (Marianna) Ratkiewicz ur. 03.03.1864 r. w Jagłowie, córka Ignacego. Wyjazd z Liverpool 03.06.1907 r. Port docelowy Philadelphia 14.06.1907 r. Statek Wasterland.
Józef Sawośko ur. 19. 03. 1891 r. syn Ignacego lub Jana z Jagłowa. Przybycie do USA 11.11.1907 r. Naturalizacja 29.08.1918 Illinois USA.
Aleksander Sawośko ur. ok 1893 r. syn Ignacego z Jagłowa. Przybycie do USA 21.09.1912 do Philadelphia, statek Waldersee z Hamburga. Brak danych o powrocie.
Kajetan Sawośko ur. ok. 1887 r. z Jagłowa syn Ignacego. Przybycie do USA Chicago w 1905 r. Małżeństwo z Rozalią Sztukowską.
Franciszek Sawośko ur. ok. 1877 r. w Jagłowie. Brak w drzewie. Wyjazd z Hamburga 25. 05. 1903 r. Przybycie do New York 8.06. 1903 r.
Wincenty Mikucki ur. 11.08.1868 r. syn Laurentego Bartłomieja. Wyjazd 1908 r. Zaproszenie od Ignacy Mikucki, wrócił do Polski.
Jan Koszczuk ur. ok. 1865 r. syn Wincentego. Wyjazd z Hamburga, statek Palatia, przybycie do New York 11.05.1895 r. Brak wiedzy o powrocie.
Jan Kamiński ur. ok. 1865 r. syn Józefa z Jagłowa. Wyjazd z Bremy, statek Maryland, przybycie do Baltimore USA 28.03.1896 r. Wrócił ok. 1899 r.
Aleksandra Szkiłądź ur. ok. 1883 z Jagłowa córka Józefa. Wyjazd z Antwerpii 01.04.1907 r. Statek Vaderland. Przyjazd do New York 12.04.1907 r. Wyjechała razem z Kazimierzem Mitroszem .
Niektórych wyjazdów nie jestem w stanie przypisać do konkretnych rodzin z braku pełnej wiedzy o mieszkańcach Jagłowa, podam jeden ciekawy przypadek. Wyjazd z Hamburga, statek SS Scandia. Port docelowy Nowy Jork 01.05.1896 r. Sześć typowych nazwisk dla Jagłowa.
Franciszek Siemion L.25
Klemens Winkiewicz l.35
Joanna Winkiewicz l.22
Jan Mojżuk l.23
Wincenty Mojżuk l.30
Marian Ratkiewicz l.19
Zapis w manifeście jest ubogi, z roku 1896, zawiera mało danych. Takich zapisów jest jeszcze wiele. Te wyjazdy powodowały, że z czasem pewne rodziny od wieków zamieszkujące Jagłowo znikały. Zniknęły np. rodziny: Mitroszów; Sawośków; Koszczuków; Winkiewiczów, w dużej części Mojżuków; Siemionów czy Ratkiewiczów.
Zdjęcia przedstawione w artykule są zdjęciami autora – dokumentów odnalezionych w manifestach, wykonanymi podczas podróży do USA z ekspozycji Muzeum na Ellis Island i Muzeum Emigracji w Gdyni. Niektóre zdjęcia wykorzystałem z książki pt. „Po dolary i wolność” Dariusza Terleckiego, który przywołuje iż pochodzą ze zbiorów Muzeum w Gdyni.
Opracował: Ryszard Siemion na bazie Family Tree Siemion.
Od redakcji
Znakomitą relację o emigracji i emigrantach z tego samego obszaru, ale z nieco innej perspektywy można znaleźć w książce Marii Narel-Challot pt. „Amerykański kapelusz. Feliks”
Wiele lat temu korespondowałem z Sharon, potomkiem Bernatowiczów, którzy wyemigrowali do USA. Wymienialiśmy mnóstwo maili i w pewnym momencie okazało się, że jest również potomkiem rodziny Pycz. Nazwisko niewątpliwie związane z regionem gminy Sztabin i sąsiednich. Otrzymałem od niej klepsydrę krewnego Ludwika Pycza wydrukowaną w 1902 roku w „Dzienniku Chicagoskim”, a więc po polsku. Poza imieniem i nazwiskiem Sharon niewiele odczytała z tej notki, którą zamieszam poniżej.
Ponieważ kopia jest marnej jakości i słabej rozdzielczości (taką dostałem), pozwolę sobie przepisać tutaj jej treść. Oto ona:
Krewnym i znajomym donosimy tę smutną wiadomość, iż najukochańszy ojciec nas i mąż mój, Ludwik Pycz, pożegnał się z tym światem17 grudnia 1902 roku w Czarniejewie, Gminie Dębowskiej, Guberni Suwalskiej, (Powiat Augustowski), a zwłoki ś.p. Ludwika złożono w grobie w parafii Jamińskiej.
Ś.p. Ludwik Pycz, przybywszy do Ameryki przed 13tu laty pracował przez cały czas w zawodzie rzeźniczym w rzezalniach Chicagoskich. Zapadłszy na ciężką chorobę, za poradą prof. Kuflewskiego udał się w rodzinne strony dla poratowania zdrowia, tymczasem nielitościwa śmierć przecięła pasmo życia jego.
Ś.p. Ludwik był członkiem Tow. Obrońców Korony Polskiej, w parafii NMP Nieustającej Pomocy, na Bridgeporcie. Msza św. za spokój duszy jego odbędzie się 16go stycznia o godz. 7mej rano w kościele NMP Nieustającej Pomocy, na Bridgeporcie.
Na tę świętą i ostatnia przysługę zaprasza w smutku pogrążona:
Felicya Pycz, żona; Leonarda, córka; Józef Szyperski, szwagier; Wiktoria Szyperska, siostra; Józef Zacharewicz, szwagier; Joanna Zacharewicz, siostra; Hieronim Łukawski, teść z dziećmi; Milanowska, ciocia z dziećmi.
Bardzo ciekawy nekrolog! Zawiera mnóstwo informacji o życiu zmarłego i jego rodzinie. Dziś już takich nie spotkamy, nad czym ubolewam, podobnie jak wiele koleżanek i kolegów genealogów. Mnie jednak najbardziej interesowała informacje, że Ludwik Pycz został pochowany na cmentarzu jamińskim, a ponieważ bywałem i bywam w okolicy, więc postanowiłem to sprawdzić.
Pogodny letni dzień 2009 roku wybrałem się wspólnie z żoną po raz pierwszy do Jamin celem odszukania domniemanego grobu. Przetrząsnęliśmy niemal cały cmentarz i dopiero przy granicy we wschodniej części znaleźliśmy grób zmarłego w 1902 roku Ludwika.
W bezpośrednim sąsiedztwie znajdowały się groby Ignacego Pycza, Romualdy Pycz i Henryka Pycza, którzy byli zapewne powiązani rodzinnie z rzeczonym Ludwikiem. Moją uwagę zwrócił nadzwyczaj dobry stan grobu sprzed ponad 100 lat. Nie tylko ktoś przynosił kwiaty, ale i płyta z inskrypcją była w takim stanie, jakby wykonana była niedawno, choć współcześnie, ani takich betonowych nagrobków się nie wykonuje, ani takich inskrypcji w cementowych płytach. Zapytałem więc przypadkowo napotkaną osobę, czy może wie, kto się opiekuje tym grobem. Traf chciał, że była ona dobrze zorientowana i skierowała mnie do rodziny Panasewiczów w Czarniewie. To musiał być dobry trop, bo przecież ta miejscowość (w zniekształconym nieco zapisie) została wzmiankowana w nekrologu.
Wizyta w domu Panasewiczów była bardzo owocna. Spotkałem tam młodego człowieka i jego teściową, która okazała się być córką Ignacego i Romualdy Pyczów, pochowanych tuż obok Ludwika, stryja Ignacego. Opowiedziałem całą historię w jaki sposób do nich trafiłem, o Sharon – ich amerykańskiej krewniaczce i innych zagadnieniach związanych z genealogią. W konsekwencji Sharon mogła się skontaktować z nowopoznanymi krewnymi z Polski ze strony rodziny Pycz.
Akt zgonu Ludwika Pycza z 1902 r.
Po indeksacji parafii Jaminy i umieszczeniu indeksów w wyszukiwarce Geneo każdy może z łatwością odnaleźć dane Ludwika i Ignacego Pyczów oraz poznać ich wzajemne relacje rodzinne. Jak się okazuje znalezienie tych powiązań jest możliwe i bez wglądu w księgi metrykalne. Potrzebne są wizyty terenowe, przeszukiwanie cmentarzy, rozmowy z ludźmi. Jest to znacznie trudniejsze niż wpisanie kwerenty w wyszukiwarce, ale i znacznie ciekawsze!
P.S. Historię tę opisywałem już kiedyś na jakiejś stronie w Internecie, ale strona zaniknęła i w niebyt pociągnęła tę moim zdaniem ciekawą historię, którą teraz postanowiłem odtworzyć z wykonanych ponad 12 lat temu zdjęć, maili i własnej, coraz bardziej szwankującej pamięci. Nic nie jest wieczne – warto więc trzymać swoje notatki w kilku kopiach w różnych miejscach 🙂
Otrzymałem właśnie najświeższy, czyli datowany na grudzień 2021 roku, numer miesięcznika „Nasz sztabiński dom”. Czytam tam zawsze teksty o historii regionu i o ludziach powiązanych z regionem. Od kilku miesięcy ukazuje się w tym miesięczniku rubryka „Wydarzenia ubiegłych stuleci”, w której nasza koleżanka, Urszula Zalewska przytacza wyciągi z ciekawych metryk sprzed stuleci, powiązanych z regionem obecnej gminy Sztabin. Moją uwagę przykuła wzmianka o śmierci Marcina Bernatowicza 202 lata temu i właśnie ten kilkuzdaniowy tekst zainspirował mnie do napisania tego posta.
Ów Marcin Bernatowicz (skądinąd wiadomo, że był synem także Marcina, najstarszego znanego z imienia protoplasty rodu Bernatowiczów z gminy Sztabin) zmarł 18 grudnia 1819 roku. U urzędnika stanu cywilnego zgon zgłaszali jego szwagier, Michał Karp, lat 38, gospodarz z Kunichy, oraz Józef Mikucki, lat 26, parobek u tegoż Michała Karpa. Tu mała dygresja. Po raz kolejny widać, że analiza całej metryki daje pełniejszy obraz sytuacji zmarłego. Choć bezpośrednio nie podano nazwiska małżonki Marcina Bernatowicza, to na podstawie podanych danych zgłaszających wiadomo, że pochodziła z Karpów. I to majętniejszych chłopów, skoro posiadali parobka.
Co jest takiego niezwykłego w tej metryce? Otóż czytamy dalej, że „Marcin Bernatowicz, gospodarz mający wieku swego lat około sześćdziesiąt, będąc w drodze przy towarze szklanym i chorując przez dni pięć, umarł w mieście Szczuczynie w domu sławetnego Karola Pożarskiego, cyrulika w Szczuczynie zamieszkałego, pod numerem dwusetnym w ulicy Grabowskiej”. Kościelny akt zgonu spisano 25 grudnia, zapewne w dniu pogrzebu Marcina. Fantastyczny zestaw informacji o okolicznościach śmierci! Nie dość, że wiemy czym zajmował się Marcin Bernatowicz, to wiemy jak długo chorował, u kogo zmarł, a także ile czasu trwał transport ciała z powrotem do miejsca jego zamieszkania, czyli do wsi Kunicha koło Sztabina. Dalej musimy uruchomić trochę wyobraźni i połączyć fakty z metryki z innymi faktami historycznymi, a zwłaszcza z postacią hrabiego Karola Brzostowskiego.
Karol Brzostowski, właściciel majątku Cisów, przyjął i zrealizował nową myśl – uprzemysłowienia gospodarstwa wiejskiego. Zdając sobie sprawę z tego, że inaczej dochodów nie osiągnie, oraz korzystając z miejscowych bogactw naturalnych postanowił rozwinąć działalność przemysłową. Już w1819podpisał umowę zmajstrem kunsztu wyzwolonego fabryk huty szklanej, zamieszkałym w królestwie pruskim Gustawem Uklańskim o budowę i wydzierżawienie manufaktury szklanej w Koziej Szyi53Tak więc urządził Brzostowskihutę szkła zwyczajnego o pół mili od Cisowa, a gdy dzierżawca nie umiał wyjść na swoje i w przeciągu roku zbankrutował, Brzostowski wciągnięty znacznym nakładem, musiał fabrykę sam dalej prowadzić.
Brzostowski sprowadził książki techniczne i wyuczył się na hutnika. Po kilku latach manufaktura zaczęła przynosić poważne dochody. Stała się znaną ze swych wyrobów nie tylko w Królestwie, lecz i w guberniach zachodnich carskiej Rosji. Szklana manufaktura stała się zaczątkiem osady fabrycznej zwanej Hutą Sztabińską. Zabudowania huty wystawiono w latach1819-1820i składały się one z hali huty, prostowni tafel szklanych, tłuczarni, potażni, magazynu wyrobów szklanych. Hala huty była jedną z największych w wówczas w Polsce, natomiast powierzchnia wszystkich budynków przemysłowych tej manufaktury nie ustępowała najsłynniejszym obiektom tego typu w kraju i w Imperium Rosyjskim. Wszystkie zabudowania wzniesiono z drewna na fundamentach kamiennych.
Prężnie działająca huta dawała zajęcie okolicznej ludności, czego przykładem jest choćby wymieniony akt zgonu Marcina Bernatowicza. Był on rolnikiem i nie zajmował się handlem wyrobami szklanymi. Okres zimy to czas zmniejszonej intensywności prac gospodarskich i prawdopodobnie najmował się do przewożenia transportu gotowych wyrobów do większych ośrodków miejskich, skąd były rozprowadzane w głąb Królestwa Polskiego i dalej, za granicę. Niewątpliwie Szczuczyn należał do takich miejsc. Było to miasteczko zamieszkałe w większości przez Żydów, którzy licznie trudnili się handlem.
Handlem wyrobami szklanymi zajmowali się również Żydzi z najbliższego Sztabina, i to bardzo licznie. To również widać po szybkiej analizie metryk z ówczesnej gminy krasnoborskiej w wyszukiwarce Geneo. Jeśli w polu „Szukaj dowolnego tekstu” wpiszemy ciąg znaków „szkł” (odpowiadających fragmentom wyrazów: szkłem, szkła, itp.) otrzymamy pokaźną listę osób wyznania mojżeszowego pochodzących niemal wyłącznie ze Sztabina:
Niestety Żydzi byli notowani we wspólnych dla wszystkich grup wyznaniowych metrykach cywilnych tylko w latach 1808-1825 i tylko te metryki, wraz z towarzyszącymi im szczegółowymi informacjami o profesjach, zostały zachowane i zindeksowane.
Rozwój miejscowości skończył się wraz ze śmiercią Karola Brzostowskiego w 1854 roku. Od tej pory zakłady przemysłowe zaczęły upadać, a mieszkańcy wsi zajęli się głównie rolnictwem. Na mocy testamentu Brzostowskiego uwłaszczono tam 53 rodziny na 499 morgach ziemi, co czyniło Hutę jedną z największych miejscowości w okolicy. Jednak w wyniku upadku przemysłu wiele rodzin wyjechało stamtąd i tym należy tłumaczyć brak wzrostu liczby mieszkańców po 1854 roku, a nawet spadek. W 1880 roku we wsi Huta Sztabińska notowano 47 domów i 450 mieszkańców.
Podobno po dziś dzień na polach, które znajdują się w miejscu dawnych zabudowań fabrycznych Brzostowskiego, można wyorać fragmenty jego szklanych wyrobów. Co jakiś czas zdarzają się całe, nienaruszone butelki mające dziś już niemal 200 lat. Kilka z nich znajduje się w Muzeum Ziemi Sztabińskiej oraz w prywatnych kolekcjach mieszkańców regionu.
No to dzisiaj coś, co rzeczywiście można nazwać genealogicznym znaleziskiem dnia. Akt zgonu znaleziony w księdze zgonów z Augustowa z lat 1875-1882, którą obecnie uzupełniam do formatu JZI.
Podpis ks. Michała Pożarowskiego znajdziemy pod wieloma metrykami z Augustowa. Urodził się w 1822 roku i wieku 28 lat został wikariuszem w Augustowie, by w latach 1858‑1881 sprawować urząd proboszcza i dziekana augustowskiego, który objął po swoim wuju Antonim Jaskowskim.
Istotnie przyczynił się do rozwoju parafii augustowskiej. W roku 1861 uzyskał pozwolenie na rozebranie i pobudowanie nowych budynków plebańskich, w których uwzględniono także budowę „domu mieszkalnego dla dziadów”. Jednak w aktach z lat następnych opisujących nowe zabudowania nie spotykamy wyraźnej wzmianki o istnieniu szpitala. Można tylko przypuszczać, że w domu służby kościelnej mogło być pomieszczenie przeznaczone dla ubogich. W akcie wizytacyjnym z 1873 r. umieszczono adnotację, iż parafia Augustów szpitala nie posiada.[1]
Okres jego pasterzowania przypadł również na trudny czas. Władze carskie rozwiązały kościół unicki, a jego wyznawców siło starano się przenieść do obcego im kościoła prawosławnego. Powszechnie, nie tylko pod wpływem przymusu, ale i chęci przypodobania się władzom, donoszono na sąsiadów i księży nieposłusznych rządowym wytycznym. Polecenia donosicielstwa nie ominęły ks. Pożarowskiego. Dnia 3 lipca 1875 r. ksiądz Pożarowskiinformuje biskupa sejneńskiego, że rządowa władza administracyjna wymaga od kapłanów, aby w konfesjonale żądali od swych penitentów osobistej książeczki legitymacyjnej, by przekonać się z niej, jakiego są wyznania.
W roku 1873 ks. Michał Pożarowski oceniał stan moralny parafian augustowskich w sposób następujący: „Prowadzenie się parafian w ogólności można powiedzieć jest przyzwoite i moralne, [ludzie] są chętni w spełnianiu obowiązków religijnych. Wprawdzie pomiędzy nimi znajduje się kilkanaście osób z wyższej klasy lekceważących posty nakazane przez Kościół i rzadko uczęszczających w dni świąteczne i niedzielne na nabożeństwa. Znajduje się także kilkanaście osób oddających się nałogowi pijaństwa mimo zaprowadzonej wstrzemięźliwości, są i tacy w niewielkiej liczbie osób, niewstrzemięźliwe życie prowadzący pod względem czystości. I nareszcie z klasy biedniejszej niektórzy oddają się Żydom do posług w szabasy.”[1]
Ks. Michał Pożarowski umiera 17 kwietnia 1881 roku. Trzy dni później jego zgon zgłaszają: Antoni Jaskowski, 65 lat, z Klimaszewnicy (zapewne krewny zmarłego), Franciszek Dobecki, 52 lata, miejscowy organista. Z metryki zgonu dowiadujemy się też, że urodził się w miejscowości Guzy w guberni grodzieńskiej w rodzinie zmarłych Augustyna i Katarzyny z d. Jaskowskiej. Akt podpisuje ks. Wawrzyniec Włostowski, późniejszy proboszcz parafii Jaminy. Został pochowany na augustowskim cmentarzu wspólnie ze swoim poprzednikiem, a jego nagrobek w dobrym stanie zachował się do dziś. Niedawno został poddany renowacji.
Grób księży Antoniego Jaskowskiego i Michała Pożarowskiego. Zdjęcie pochodzi ze strony mogily.pl
[1] Akapit pochodzi z przygotowanej do wznowienia przez wydawnictwo JZI książki „Z dziejów chrześcijaństwa w Augustowie”.
Sobór trydencki (1545-1563) podjął uchwały, w wyniku których w kościele rzymskokatolickim rozpoczęto prowadzenie ksiąg metrykalnych. Początkowo prowadzono księgi ochrzczonych i zaślubionych, później również zmarłych. Takie księgi prowadzone są do dziś. Z punktu widzenia wartości historycznej najcenniejsze są te najstarsze księgi metrykalne, tym bardziej, że zachowało się ich niewiele. Sam z pasją rzucam się do ich studiowania i później indeksacji, gdy jakaś wpadnie mi w ręce. Takie księgi są również niezwykle cenne dla zaawansowanych genealogów, którzy mogą cofnąć się bardzo głęboko w swoich poszukiwaniach przodków i pochodzenia. Jest tylko jedno ale: aby cofnąć się do XVIII czy XVII wieku należy najpierw przebrnąć przez wiek XX, a potem XIX!
Zdarza się, i to wcale nierzadko, że owszem znamy imiona i nazwiska swoich dziadków, zmarłych powiedzmy w latach 1970-tych, ale imion i nazwisk ich rodziców (pradziadków) już nikt z żyjących nie pamięta. Zaawansowany genealog powiedziałby: wystarczy pojechać do Urzędu Stanu Cywilnego, przedstawić dowód na bezpośrednie pokrewieństwo i można otrzymać wypis z aktu zgonu dziadków, w którym informacje o rodzicach być powinny. No dobrze, ale gdy mieszkamy obecnie w odległym miejscu Polski lub za granicą? Wizyta w USC to poważne przedsięwzięcie! A co gdy nie wiemy, w którym urzędzie szukać dokumentów? To tylko jeden z licznych przykładów, które zniechęcają ludzi do poważniejszego zajęcia się historią swojej rodziny. Naturalne jest, że trudności powinny narastać w miarę cofania się w czasie w badaniach, ale gdy pojawiają się na samym początku, skutkują szybkim porzuceniem genealogii. Sam nie raz widziałem porzucone w sieci drzewa genealogiczne składające się z probanta (osoby głównej), jego rodziców i… czasem już tyle. Nawet dziadków nie zaznaczono, prawdopodobnie z powodu trudności ze zdobyciem informacji.
W sukurs mogą przyjść indeksy z nowszych ksiąg metrykalnych. Jak nowych? Na to pytanie odpowiedź daje ustawa o nazwie Prawo o aktach stanu cywilnego1. Informuje ona, że po upływie pewnego czasu zapisy z metryk cywilnych przestają być chronione i mogą być udostępnione zupełnie. Ten czas zdefiniowany jest następująco:
dla metryk urodzonych: 100 lat
dla metryk zaślubionych: 80 lat
dla metryk zmarłych: 80 lat
Innymi słowy prawo przewiduje, iż na dzień pisania tych słów metryki urodzonych spisane przed 9 grudnia 1921 roku powinny być udostępniane zupełnie. Analogicznie metryki zaślubionych i zmarłych powinny być dostępne metryki spisane przed 9 grudnia 1941 roku. Czy to oznacza, że metryki spisane później nie są dostępne? Niezupełnie! Wyżej wspomniana ustawa dotyczy aktów stanu cywilnego, czyli dokumentów metrykalnych przechowywanych w urzędach stanu cywilnego. Nie dotyczy ona np. metryk kościelnych, które spisywane były i są przez proboszczów poszczególnych parafii zgodnie z wytycznymi sprzed wieków. Tutaj jednak obowiązuje ustawa o ochronie danych osobowych, która chroni dane personalne przed publicznym udostępnianiem, czyli słynne RODO. Na szczęście tylko osoby żyjące w świetle prawa podlegają tej ustawie, a zmarłe nie.
Jakie są tego konsekwencje? Że można udostępniać wszelkie dane dotyczące osób zmarłych. Można więc indeksować księgi zgonów do czasów współczesnych, a wynik tej pracy udostępniać publicznie pod rygorem spełnienia dwóch warunków:
Zgody administratora danych osobowych, czyli w tym wypadku proboszcza
Usunięcia z publikowanych danych informacji o osobach potencjalnie żyjących
O ile konieczność spełnienie pierwszego warunku jest oczywista, to o co chodzi w warunku drugim? Otóż w aktach zgonów znajdują się informacje o rodzicach zmarłej osoby, ewentualnie o współmałżonku lub o innych osobach np. zgłaszających zgon. Publikując kopie metryk lub indeksy powstałe na bazie tych metryk należy zadbać o to, aby nie znalazły się tam informacje o osobach, które nie ukończyły 100 lat na dzień publikacji. Przykład poniżej:
Jest to strona z księgi zgonów parafii Żyliny z siedzibą w Podżylinach zawierająca dane o zmarłych pod koniec 1979 roku. W metryce #11 i #12 nie ma danych niejawnych – pierwsza osoba urodziła się w 1911 roku, druga w roku 1920, a więc rodzice tych osób są nieżyjący. Wobec tego wszystkie dane zawarte w tych dwóch metrykach można pokazać. Natomiast w metryce #13 wymazałem dane osobowe współmałżonka zmarłej, gdyż nie ma pewności, iż współmałżonek nie żyje, mimo tego, że zmarła osoba urodziła się w 1920 roku. Mało tego! Identycznie zachowuje się wyszukiwarka Geneo, która z indeksów selekcjonuje prawidłowo dane i wyświetla tylko te, które mogą być publicznie udostępnione.
Wyszukiwarka Geneo od samego początku miała być zgodna z literą prawa obowiązującego w Polsce. W jej bazie danych znajdują się na przykład indeksy urodzeń z parafii Adamowicze z roku 1926, a mimo to w wynikach wyszukiwania pokazywać się zaczną dopiero w roku 2026. Analogicznie związki małżeńskie i zapowiedzi zawarte po 1941 roku zaczną się pokazywać w wynikach, gdy upłynie 80 lat od daty wskazanej w zapisie. Tak jak wcześniej pisałem z metrykami zgonów jest nieco inaczej, bo dane o osobie zmarłej publikować można z uwzględnieniem restrykcji wymienionych wyżej.
Podsumowując, dzięki indeksacji nowszych ksiąg metrykalnych, zwłaszcza ksiąg zmarłych można dokonać jakościowego skoku pomiędzy współczesnością, a powszechniej dostępnymi danymi historycznymi. W Geneo są indeksy z kilku, czy może nawet kilkunastu takich ksiąg. Zawsze będę zachęcać do rozmów z proboszczami, aby zdecydowali się na udostępnianie współczesnych ksiąg zgonów do indeksacji, bo dzięki sposobowi prezentacji wyników jest to w pełni bezpieczne i chroni wrażliwe dane.
Ujednolicony tekst tej ustawy z 16 marca 2021 znajduje się na stronach Sejmu[↩]
Jeszcze kilka wieków temu obszary Suwalszczyzny porośnięte były zwartymi borami. Osadnictwo na większą skalę rozpoczęło się za czasów królowej Bony. Wtedy to Augustów otrzymał prawa miejskie i powstały najstarsze w regionie parafie. Przybywająca ludność karczowała las, by uzyskać miejsce pod domostwa i pola uprawne. Mimo to drzewostan stanowił przez kolejne stulecia dominujący element krajobrazu i gospodarki tego obszaru. Po lasach rozsianych było wiele osad leśnych zamieszkiwanych przez strzelców i strażników leśnych strzegących lasy królewskie, później państwowe, przed kłusownikami i złodziejami drewna. Wraz z upływem czasu wiele z tych osad, które dziś nazywamy leśniczówkami zniknęło z powierzchni ziemi – obszary puszczy kurczyły się, a dzięki szerszemu użyciu konia wierzchowego patrolowane obszary zwiększyły się. Już w okresie dwudziestolecia międzywojennego, kiedy tworzono dokładne mapy topograficzne całego kraju, wielu z tych osad leśnych nie było. Wcześniej z kolei mapy nie były wystarczająco dokładne, aby wszystkie te zabudowania odwzorować. Jest więc całe mnóstwo dawnych leśniczówek, które nie pozostawiły po sobie wyraźnego znaku na mapach. Gdzieniegdzie nazwa danej osady leśnej przerwała jako lokalnie używana zwyczajowa nazwa obszaru, drogi czy uroczyska.
Pamiętajmy jednak, że każda z tych osad zamieszkiwana była przez rodziny, czasem jedną lub dwie, w których rodziły się dzieci, młodzi wchodzili w związek małżeński, a wszyscy wcześniej czy później umierali. Każde z tych wydarzeń pozostawiło ślad w aktach metrykalnych (kościelnych lub cywilnych) odpowiadających najbliższej parafii. Zapis w księgach metrykalnych nierzadko jest jedynym śladem wskazującym na istnienie dawnej osady leśnej, nie wspominając o imionach i nazwiskach zamieszkujących je ludzi.
No to pierwsza ciekawostka z ksiąg metrykalnych z obszaru Suwalszczyzny. Dnia 13 września 1914 roku umiera dwóch stacjonujących w Łabnie żołnierzy 1. Fińskiego Artyleryjskiego Dywizjony 1. Parku. Fakt ten odnotowano w prawosławnej księdze zgonu za ten rok, a jako przyczynę zgonu obu kompanów podano ostre zatrucie alkoholowe.
W carskiej Rosji podstawową jednostką obrotu alkoholem było wiadro, czyli ok. 16,5 litra. Dopiero pod koniec XIX wieku państwo powróciło do własnego monopolu produkcji alkoholu oraz zlikwidowało dotychczasowy system miar handlowych. Od tej pory podstawowymi jednostkami handlowymi stały się pojemności 0,25, 0,5 i 0,75 l. Zezwolono na sprzedaż wyłącznie butelkowanego i opieczętowanego alkoholu. Oczywiście skutek takiego pomysłu okazał się odwrotny od zamierzonego. Państwo nie zlikwidowało prywatnych gorzelni tylko skupowało od nich całą produkcję, a następnie wprowadzało ten alkohol ponownie do obiegu. Takim działaniem kierowała chęć uzyskania większych zysków dla kasy państwa.
Powszechne pijaństwo nie omijało również armii. Regulamin wojskowy przewidywał, że podczas wojny każdy żołnierz ma tygodniowo prawo do trzech czarek wódki zwanej „winem chlebowym”. Jedna czarka równała się 160 gramom alkoholu. W czasie pokoju wódka była wydawana z okazji świąt, nie mniej niż 15-krotnie w ciągu roku. Skutek był taki, że poborowy-abstynent kończył służbę wojskową będąc nałogowym alkoholikiem.
Regulamin regulaminem, ale prócz przepisowych, już nie małych, ilości alkoholu (wcale nie małych) żołnierze pozyskiwali dodatkowe ilości wódki u miejscowej ludności. Nic dziwnego więc, że artylerzyści starszy feuerwerker Ilia Smirnow i starszy feuerwerker Aleksander Prokofiew dokonali żywota przy kieliszku, a raczej przy szklance wypełnionej tym zdradliwy trunkiem.
Jeśli uważasz, że informacje zawarte na tej stronie są wartościowe, rozważ przekazanie dotacji w dowolnej wysokości. Każda suma wspomoże dodawanie nowych indeksów.
Konto: 37 1600 1462 1834 7686 6000 0001 w BGŻ BNP